A ta stalowa duma katowiczan – bez niej nie ma jutra!
pamiętam ten dzień jak dziś, koledzy. ja wtedy z teściem do katowic przyjechałem specjalnie — my z łodzi na ówczesną arenę to niby niedaleko, a jakoś nigdy tak mi się nie chciało odrywać tyłka od kanapy. stare nawyki, stare grzechy. ale ten jeden raz? tamten mecz akurat wypadł akurat w moje urodziny, no i co ty powiesz — ode mnie do siatki dwa kroki, a emocji? naprawdę, że aż dech mi zaparło jak stuknęliśmy pierwszego gola. wisła w tamtym sezonie była mocna, pamiętacie? ledwo co drugi zespół umiał ich podejść na własnym terenie, a my? myśmy ich posypali.
wszedłem do tunelu razem z resztą kiboli, tam jeszcze nie było tych nowych blach, tylko stare, zakurzone kafelki, które pamiętały czasy sławnego "podwórka" między dwiema ścianami. było głośno, było ciepło, a ten zapach farby świeżej na trybunach i piwa z kubków papierowych... boże, nawet nie wiem, czy teraz któryś z młodych to czuje. tamten mecz to nie był tylko mecz — to była jakaś manifestacja, że my, stalowa duma, mamy prawo być na tej elicie. ten gol latek po szybkim kontrze, pamiętam, że wszyscy staliśmy w miejscu jak wmurowani, a potem huk, krzyki, uściski... nawet sędzia chyba się uśmiechnął, choć już dawno nie widziałem sędziego który by się uśmiechał.
i co najważniejsze — nie liczyliśmy na ten dzień latami. byliśmy zwyczajnymi kibolami, którym po prostu zależało. nie było tiktoków, nie było transmisji na każdym rogu, był za to nasz samorządowy stadion, serce w gardle i ta wiara, że wreszcie coś pójdzie po naszej myśli. a jak poszło? poszło tak, że ja do dzisiaj mam to zdjęcie w ramce nad telewizorem — ja, teść i ten mecz na kartce, którą ktoś rzucił nam na trybunie.
i teraz patrzę czasem na tamten okres i myślę: właśnie o takie chwile chodzi w kibicowaniu. nie o te nowe trybuny, nie o te klimatyzacje, nie o te cyfrowe billboardy — tylko o te sekundy, kiedy wszystko się zatrzymuje i jesteśmy razem. wierzę, że ten duch jeszcze się odradza, bo on w nas siedzi jak ta stal — mocny, trudny do złamania, choć czasem rdzewiejący. 😄
no ale zobaczymy.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
kurwa, a ja akurat akurat w 2009 byłem na tym meczu… z mamą na urodzinach mojej siostry! 😂 mieliśmy akurat grill na działce koło Katowic, ale mama mówi „siema, idziemy kibicować naszym!” i tak się spakowaliśmy jak na wojnę. pamiętam, że mama walnęła jeszcze bigos na szybko, bo „żeby nie umierać z głodu przed meczem”, a ja „mamo, a my mamy bilety?!”… no jasne, że mieliśmy, bo ojciec kolegi ze szkoły miał bilety na lożę… no to lecimy, 3 auta, wiadomo — pod tuneliem Areny jakieś piekło 🔥💪
i tam… dosłownie wpadliśmy do środka, bo te drzwi co się otworzyły to nas wszystkich wessało do środka, a ten zapach… starych, zakurzonych trybun, piwa lało się strumieniami, a na trybunie goście śpiewali „Górniczy hymn” tak głośno, że aż szyby w oknach u sąsiadów dzwoniły! i wtedy ten gol — latek… no kurwa, serce stanęło, ktoś krzyknął „GÓWNO WISŁA!” i wszyscy jak jeden facet na kolana padliśmy i płakaliśmy jak dzieci! 😭
mama mnie dopiero potem zapytała „a ten mecz to w ogóle liczył się coś?”… a ja jej „MAMO, TO BYŁA BITWA O DUMĘ, NIE LICZBY!” i pojechaliśmy do domu w euforii, że nagraliśmy cały mecz na kamerę (tak, na starą kamerę video!) i potem w kółko to odtwarzaliśmy, aż bateria padła…
i teraz patrzę na tamten dzień i myślę… właśnie o takich momentach się mówi „trzeba było tam być”… bo to nie był mecz, to była pieprzona lekcja życia 💪🔴
Jeden klub, jedno życie ❤️
a pamiętam jeszcze ten dzień, kiedy mieliśmy bilet na trybunę za bramką od strony Brynowa — stary dobry „ogon” koło starego hotelu sportowego, gdzie jeszcze w latach dziewięćdziesiątych schodziliśmy z dresami w ręku i marzeniem, że kiedyś dotrzemy do pierwszej ligi. była godzina dwunasta, słońce prażyło jak diabli, a my z kolegami — ciociu syn, jakiś kumaty rudy z sąsiedztwa i ja — siedzieliśmy na betonie obok kosza na śmieci, popijając z pękniętej butelki coca-coli, którą kupiliśmy za pół ceny w kiosku na dworcu. wiatr przyniósł zapach smażonych kiełbasek z budy koło stadionu i myśleliśmy, że to jest nasze święto — nie tylko mecz, tylko to, że w końcu jesteśmy tam, gdzie powinniśmy byli być od zawsze.
i potem zobaczyliśmy ich na murawie — te białe i granatowe koszulki wisły, a kibole pod naszą bramką zaczęli krzyczeć „gdzie wyście się tu podziewali?!” i myśmy im odpowiedzieli śpiewem, który znamy od urodzenia. jeden facet z tyłu, taki starszy, w kombinezonie górniczym, krzyczał do mikrofonu „niech im zagrają ‘Katowice, miasto gwiazd’!”, a myśmy mu wtórowali, że gardło bolało, ale nikt nie zwracał uwagi. aż tu nagle — gol na wagę zwycięstwa i ten huk, który przeszedł przez trybuny jak burza. pamiętam, że rudy kolega złapał mnie za ramię i powiedział „słyszysz? to nie jesteśmy już drugorzędni”, a ja tylko skinąłem głową i łzy mi poszły — bo to nie był mecz, to było zwolnienie z więzienia kibica, który całe życie czekał na taką chwilę.
nawet dzisiaj, jak patrzę na tamten tydzień, to aż skóra cierpnie — bo wiem, że bez tamtej wsiadówki, bez tamtych głosów i bez tego jednego momentu, nie byłoby tej dumy, którą czujemy dzisiaj. no i te bilety… jeszcze leżą gdzieś w szufladzie, razem z tymi kartkami z numerem 12, które dostałem tamtego dnia. bo to nie jest pamiątka — to dowód, że wiara potrafi zatrzymać czas.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no i stary zacerowałem się akurat w 2009, że w kinie oglądałem ten mecz na marnej jakości streamie z laptopa 🍿 bo nie miałem biletu, nie miałem teścia co by mnie zawiózł, a matka mówi „idź na działkę poprawić trawnik, nie gap się w ekran”. no ale cwaniak ze mnie — ustawiłem laptopa na starym budce telefonicznej pod blokiem, żeby mieć jakiś sygnał, i tak oglądam ten mecz przez okno u sąsiada, co to akurat miał wi-fi😂.
i tu nagle ten gol — latek, cała trybuna ryczy, a ja odczepiam rękę od myszki i robię taki gest jakbym był w tunelu Areny, tzn. skaczę na kanapie, krzyczę „GÓWNO WISŁA!”… i wpadając w szafę. sąsiad z dołu przychodzi i pyta „co ty, kurwa, kombinujesz, psu?”… a ja mu „stary, GRATULACJE DLA GKS-u!”, on na mnie tak i mówi „no to idź już na ten stadion wreszcie, zamiast szaleć przez okno”.
i teraz mam w domu zdjęcie — mnie w niebieskiej koszulce z napisem GKS i tej kuriozalnej sceny z nierównymi nogami, a pod spodem napisane ręcznie „nadal czekam na bilet, ale za to czułem każdy emocje” 🤣 kurde, ale było warto, bo nawet przez okno dało się poczuć, że ta stalowa duma naprawdę bije na alarm! 🔥💪