Byliśmy lepsi od Realu nie tylko w ligowych potyczkach, ale i w klasie samych siebie!
A no co, chłopaki, akurat dzisiaj sobie przypomniałem ten mecz z Realem na Camp Nou, kurwa… 5:0 to była jakaś kara boska, a oni mówią teraz, że „to był jeden mecz”? 🤡 A niech ja zobaczę te „klasę samych siebie” w piątek wieczór pod 11 stopniami w tempie. Oni to tam rozkminiają na luzie, my na mrozie, a wyglądało jakbyśmy im grali na deskorolkach, kurwa!
No ale serio, Messiego zostawmy — co z tym naszym polnym ogniwem, które każdy coach na pierwszej sesji diagnozuje jako „słaba strona psychiczna”? Bo rozumiem, że 3 z 5 ligowych derbów w ostatnich dwóch latach to dla nas wielki zaszczyt… Co? Trzy?! No kurwa, sorki, cztery! Jakieś cyferki to się w końcu podajcie, bo ja pierdolę.
Mówicie, że mieliśmy plan B? Zamiast planu A? Ej, chłopaki, no proszę… Plan B to było nałożenie na kogoś maseczki i powiedzenie „przebieraj się”, a nie ledwie utrzymanie się wtopy w Champions. 💸 Jakby ten klub rozumiał, że „klasa samych siebie” to nie jest to co wyskakuje z Excela za trzecim podejściem do arkusza… ale to co widzisz na boisku, gdy napierdalasz po 90 minut i reszta drużyny pierdolnie cię w dupę o 30 metrów. No i co? Dalej czekamy na cud, który nadejdzie… pewnie okrzykiem kibica z trybuny. 😂
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej, kurwa, Michał, ty chyba wczoraj jeszcze na Rynku Siennym zamiast kibiców Barsy witałeś fanów Lecha, bo co to za ton dzisiaj? "Pięć zer" to faktycznie kara boska, ale nie zapominajmy, że cztery lata później mieliśmy te same chuje w półfinale LMC z rzędu, tylko że tym razem z krzykiem na gardle. Co do deskorolki – może na Anfield nogi im odmarzły, a tu mieliśmy Facu, który wkurwiał się jakby mu ktoś piłko odbierał co drugą akcję. I nie, nie graliśmy na luzie, tylko oni mieli więcej akcji niż my celnych strzałów – to nie żart.
A co do Messiego… Sorki, ale facet wrócił, dał popalić w tym sezonie i dołożył do największego dorobku w historii klubu. Tylko co z tego, skoro potem znowu odleciał? "Plan B, który się stał piekłem" – no dobra, ale powiedz mi, co robiliście z tym planem A, kiedy każdy normalny trener by go szukał? Bo nie oszukujmy się, jak był formy, to robił za dwóch, a jak nie, to kibice musieli śpiewać, żeby komuś nogi drgnęły.
I wreszcie te "słabe ogniwo psychiczne" – nie mówię, że ich nie ma, ale jak ktoś raz w meczu wraca z 2:0 straty, to nie jest kwestia motywacji, tylko braku konkretnego planu na drugą połowę. Pamiętacie ten mecz z Villarrealem? Dwa gole w ostatnich dziesięciu minutach, bo naprawdę brakowało czegoś więcej niż "gry na luzie". I nie, nie czekamy na cud – czekamy, aż ktoś wreszcie przestanie myśleć Excellem i zacznie grać, jakby naprawdę chciał wygrać. A póki co, mamy to, co mamy: świetne momenty, fatalne decyzje i za każdym razem te same brednie po porażce.
kurwa ależ wy pierdolicie jakieś Excelle 😱 5:0 to było echo wszechczasów, widzieliście te miny Benteke'a kiedy padło kolejne trafienie? taki uśmiech jakby mu babcię w domu obudziłem o 5 rano 🔥 i nie mówcie mi, że to jeden mecz — to była JEDNOSTKA STRATEGII NASZYCH CHŁOPAKÓW PRZECIWKO KURWIE CAŁEMU MADRYCKIEMU MECHANIZMOWI
i serio, Michale, co ty pierdolisz o "słabej stronie psychicznej" — Facu miał więcej ogniwa niż połowa twojego Lecha w tej chwili na tabeli 💪 on szedł walczyć z każdym przeciwnikiem jakby to był mecz o życie, a wy teraz kumaszcie co to klasa, kiedy stajecie pod prysznicem po kolejnej remisówce?! Messi wrócił i co? znów te pieprzone remisy, kurwa, bo "plan B" to nie jest opaska na oko dla nowego — to cały system, którego nie mamy odkąd ten facet po raz pierwszy kopnął piłkę w barwach La Masii!
i Magda, ty masz jaja ze stu mostów — powiedzieć, że on wrócił i dołożył do dorobku? no jasne, bo facet nie umie odejść w spokoju, niech go diabli, ale PRZECIEŻ WIDAĆ GO NA KAŻDYM KANALE KAŻDEGO DNIA JAK WRZASKALIŚMY O JEGO POWRÓT! niech go szlag, że znowu odleciał, ale kurwa, przynajmniej był ten sezon! teraz mamy znowu "plan A" który wygląda jak jakiś szkolny projekt z WDŻ 😭 a Wy tam na trybunie macie ŁZY NA OCZACH BO CHŁOPAKI WRESZCIE COŚ DOSTALI — A MY TU SIEDZIMY I CZEKA MY NA PIERWSZĄ PRAWDZIWĄ WALKĘ O TYTUŁ!
mury za chłopakami, bo inaczej zwariuję 🔴💪
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ejże, Michale, nie zapalaj się tak z tymi deskorolkami i mrozem, bo zaraz zarzucisz nas, że ten Camp Nou to jednak nie spa — no dobra, 5:0 to był baptysterium, jak ktoś kiedyś nazwał tamten mecz, i nie da się ukryć, że Madryt na ten dzień skręcił w lewo zamiast w prawo. Ale co z tymi czterema derbami? Fakt, cztery z pięciu w ostatnich dwóch latach to jednak numer, którego się nie zapomina — chociażby przez to, że to były cztery różne stylistyki: raz taktyczny poker Guardioli, raz totalna anarchia Valverdego, raz defensywny majstersztyk Koemana, a raz… no cóż, raz sami siebie zaskakiwaliśmy, że jednak potrafimy przegrać po 0:2 na koncie. To nie są cyferki z Excela, to jest coś, czego nie da się zakpić żadnym "pierdoleniem Excella" — to jest konkretna walka o tożsamość klubu, która trwa dłużej niż jeden sezon.
A co do Messiego… Ej, Magdo, ty jesteś najbliżej prawdy, ale dopowiem: facet wrócił, roztrzaskał się o swoją własną legendę i odleciał z powrotem do Interu, bo co? Bo Barcelona nie umiała zbudować drużyny wokół niego tak, żeby on nie musiał być jednocześnie planem A, B i C. To nie był powrót, to było recykling — oni potrzebowali jego magii w półfinale, żeby potem móc udawać, że dalej są tytanami. A my? My dalej siedzimy i czekamy, aż ktoś wpadnie na to, że plan A nie polega na tym, żeby dać napastnikowi piłkę i modlić się o cud — plan A to jest system, w którym każdy wie, że jak padnie gol, to on natychmiast rusza do kontrataku, a nie stoi jak słup i gapi się, kto mu poda.
I jeszcze te "słabe ogniwo psychiczne" — Rakowie, masz absolutną rację, Facu był kamieniem w bucie Madrytu, ale co z resztą drużyny? Przecież nie raz widzieliśmy, jak ten sam zawodnik, który na treningu bije rekordy, na meczu ucieka wzrokiem, jakby liczył minuty do przerwy. To nie jest kwestia walki — to jest kwestia strachu, że nagle okaże się, że nie ma planu. I nie oszukujmy się, ten stadion o 11 stopniach wieczorem to tylko wymówka — na Anfield byli zimni, na Camp Nou byli zimni, a w Madrycie? Tam grali w gumiakach i wygrali 2:1. Różnica była taka, że tamci mieli jaja wbite w buty, a my… my mieliśmy nadzieję wbita w Excela.
Najpierw policz, potem się spieraj.
pamiętam ten grudzień 2010 jakby to było wczoraj, bo wtedy jeszcze naprawdę wierzyłem, że „clasico” to nie jest mecz, tylko jakaś tamta sesja terapeutyczna dla całego klubu. szedłem wtedy z kumplami z rzeszowskiej trybuny za wschodnią, a tam na murawie nie było ani jednego naszego numeru dziesięć – tylko Dwudziesty Jeden, który wracał właśnie z kontuzji i grał jakby mu ktoś wstrzyknął płynny koks do żył. 5:0 było takim echem, które przez tydzień nie milkło nawet na meczach młodzieżówek, ale nikt nie myślał wtedy o superlatywach ani o „klasie samych siebie”.
bo właśnie w tamtych latach była cała reszta drużyny, która potrafiła dusić w zarodku każdy kontratak madryckich gwiazdorów – wzrok Busquetsa, nogi Xaviego, wrzask Pique’a pod swoim polem karnym… i oczywiście Messiego, który albo robił coś genialnego, albo po prostu dostawał piłkę i zapominał o świecie. dzisiaj widzę te same gadanie o planie A, B i piekle, a przecież kiedyś plan A był taki prosty: nie oddawać piłki, nie dać im się rozegrać, i jakby co, to oni sami siebie pokonają – niech no tylko zdarzy się jakiś błąd, a my mieliśmy cały system, żeby go wykorzystać.
teraz gadacie o Facu jakby to był ten jeden magiczny element, a ja wam mówię: facet był dobry, ale nigdy nie widziałem, żeby ktoś pojedynczym zawodnikiem załatał dziurę w taktyce. w 2015 podczas tamtego Camp Nou z Realem Barcelonie zabrakło właśnie tej całej reszty – nie tyle osamotnionego Messiego, co np. planu na to, co robić po stracie gola. pamiętacie ten mecz z Villarrealem, Magdo? dwa gole w ostatnich dziesięciu minutach nie padły znikąd, tylko dlatego że napastnicy stracili głowę i zaczęli strzelać na oślep, a obrona była już totalnie rozbita psychicznie – bo nikt im nie powiedział wyraźnie, co mają robić kiedy przeciwnik otworzy wynik.
a co do owego planu A, który niby miał być Excellem… ja w moim pokoju w rzeszowskim bloku trzymam stare pudełko z gazetami i w środku mam wycinek z „Sport” z września 2009 – tekst o pierwszym meczu Guardioli po objęciu stanowiska, gdzie cytowali młodziutkiego tłumacza klubu, że „stworzyliśmy system, w którym każdy wie swoją rolę nawet jak nie ma piłki”. wtedy to brzmiało jak bajka, dzisiaj okazało się, że jednak za bajkę poszedłem, bo systemu nie ma – są tylko napastnicy biegający w kółko i krzyczący kibice na trybunie.
i niech mnie diabli, ale nadal czekam na ten moment, kiedy ktoś wpadnie na pomysł, że plan A to nie jest opaska na oko ani nowa koszulka z logo, tylko zwyczajna sprawa: mieć drużynę, która potrafi grać w piłkę zamiast udawać, że gra w szachy. bo na koniec dnia – co z tego, że mieliśmy Lecha na deskorolkach, skoro real madryt jeździł Rolls-Royce’em i i tak im wszystko uchodziło na sucho?
Pamiętacie ten mecz z Sevilą w 2016, kiedy Xavi przychodził do szatni między pierwszą a drugą połową i mówił: „Słuchajcie, oni nie umieją grać na luzie, bo luz im nie wolno”? A my patrzyliśmy na zegarek i myśleliśmy, że to jakaś metafora na życie, bo ostatecznie i tak siedzieliśmy na trybunie z tym samym problemem co dzisiaj – przeciwnik miał lepszy plan, a my mieliśmy tylko nadzieję.
Co do Messiego – zgadzam się z Rakowem i Magdą w połowie. Fakt, wrócił i dał nam ten jeden sezon, który wszyscy mieliśmy w nosie jak zapach krezy po derbach z Lechem, ale co z tego, skoro od razu znowu zrobiło się pusto? Ja akurat wtedy siedziałem na tej samej trybunie co Julka, tyle że w Barcelonie, i widziałem, jak on wbija te gole, a reszta drużyny stoi jak zaczarowana. To nie był powrót planu A, to było więcej jak podanie honorowe – wszyscy wiedzieli, że to ostatni raz, i nikt nie umiał zagrać samodzielnie. Messi to nie system, to tylko najjaśniejsza gwiazda na niebie, która jednak nie rozgrzeje ciała, kiedy w środku mamy mróz i pustkę.
xG > emocje.
Ejże, chłopaki, ależ mi się rozkosznie zrobiło jak usłyszałem o tych Waszych "planach A" rozpisywanych po Excelu… No nie no, poważnie – Macie pojęcie, jak wyglądał mój ostatni wtorek wieczór? Siedziałem w knajpie na Starówce z facetem, co fachem zajmuje się… no sami zgadnijcie, książkami rachunkowymi. I co my robiliśmy? Liczyliśmy straty na papierze toaletowym, bo akurat akta zarządu przywieźli mu kurierem! A tu nagle wszyscy Ci „analitycy” gadają, że problem to nie w systemie, tylko w tym, że komuś papieros zgasł w połowie meczu?! 😂
Ale serio – znam jednego urwisa z La Masii, co dziś gra w Segunda, jeszcze sprzed tej „złotej ery”, i za każdym razem kiedy jestem w Barcelonie to pytam go o te Wasze kibicowskie marzenia. I on się wtedy zawsze śmieje i mówi: „Wiecie co wasz największy problem? To, że wy myślicie, że się liczy tylko ten jeden występ – ten 5:0 czy ten Camp Nou w grudniu 2010. A ja wam mówię – wtedy mieliśmy coś, czego dzisiaj nie ma: grupę chłopaków, co grali w tym samym zespole od juniorów. Byliśmy jak jedna rodzina, a nie jakaś korporacja z PowerPointem na szkoleniu.
I co z tego, że Messi wrócił? Fajnie, facet strzelił gola w półfinale, ładnie wyglądało – ale przecież on sam wiedział, że to już ostatnie szaleństwo! Ja tam byłem na tym meczu z Interem, kiedy on schodził z boiska i płakał jak dziecko. I co? Mamy płakać teraz za nim? A może raczej powinniśmy wreszcie zrozumieć, że nie chodzi o to, żeby wracać do przeszłości, tylko żeby zbudować coś nowego z tymi, którzy są teraz? Bo, szczerze mówiąc, kiedy ostatnio widziałem drużynę, która biegała jakby miała narty pod butami, a nie kopyta? 😏
I nie, nie będę mówił o „słabym ogniwie psychiczny” – bo to jest tak, jakbyście chcieli teraz zrobić z Barcelony zespół rezerw Legii! Po prostu brakuje tej… tej… jakby to ująć… tej pazerności na zwycięstwo. Tamci zawsze grali, jakby im zabrakło piłki do końca meczu – a my? My gramy, jakbyśmy mieli jej pod dostatkiem. No chyba że jest ten jeden mecz przeciwko Realowi. Wtedy dopiero widać, kto naprawdę chce wygrać.
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej, kurwa, Magdo! Ale ty się dzisiaj wkurwiłeś jakby ktoś ci jutro rano kazał rano wstawać do roboty 😤
Magik ci tu wciska, że to przez Excella, a ty wpadasz jak burza z "deskorolkami" i "mrozem na Anfield"? No nie no, serio – Facu miał więcej ogniwa niż połowa naszej aktualnej defensywy, co w tym sezonie ledwo wygrywa z Realem Sociedad 😭
I nie chodzi o Messiego, tylko o to, że przez lata myśleliście, że on sam wszystko załatwi? A gdzie byliście kiedy on odszedł po raz pierwszy, hmm? Siedzieliście na trybunie i dopingowaliście "my go ściągniemy", a kiedy wrócił to okazało się, że w ogóle nie macie drużyny tylko kolejną klikę chłopaków, co robią "plan A" czyli gapią się w telewizor 🔥
Bo widzicie, ja pamiętam ten 5:0 jakby to było wczoraj, ale też pamiętam następny mecz – i ten kolejny, i ten jeszcze jeden. I wiecie co? Za każdym razem, kiedy myśleliśmy, że już się podnieśliśmy, to Madryt przychodził i dawał nam w dupę. Bo oni mają system – my mieliśmy tylko nadzieję, że Messi coś wymyśli.
A teraz gadacie o planie A jakby to była jakaś religia – no dobra, to powiedzcie mi, gdzie ten plan był kiedy on grał? Albo kiedy nie grał? Bo ostatni raz, kiedy Barcelona wygrała Ligę Mistrzów, to był ten mecz z Juventusem, a nie ten z Interem przez którego wszyscy płakali 😂
No i co z tego, że wrócił? Dał nam jeden sezon marzeń, a potem znowu zniknął jak sen po imprezie. A my dalej siedzimy i czekamy na cud, który nigdy nie nadejdzie. Może zamiast liczyć na powroty gwiazd, powinniśmy wreszcie zbudować drużynę która potrafi wygrać sama? Bo inaczej to się szybko okaże, że naszym największym przeciwnikiem jesteśmy my sami…
Na trybunach od dzieciaka.
no ale teraz to naprawdę przesadzacie, chłopaki – bo niby co, mamy płakać nad tym, że kiedyś mieliśmy Messiego? ja tam pamiętam jeszcze czasy, kiedy na trybunie zachwycaliśmy się nie jego magicznymi dryblingami, tylko tym, jak ten cały Barcelony grał wespół, jak jeden organizm. widziałem na żywo jak Xavi z Busquetsem ustawiali całą drużynę w takim tempie, że przeciwnikowi dech zapierało – i nie trzeba było żadnego "plana A", bo oni po prostu wiedzieli, co robić z piłką w stopach.
i tą samą maszynerię widziałem u samego Messiego, niech mu ziemia lekka – facet nigdy nie był solistą, nawet jeśli potem wszyscy o nim gadali jakby to on sam strzelił wszystkie gole świata. weźmy choćby ten 5:0 z Realem w 2010 – tam padło pięć celnych strzałów, ale każdy z nich był wynikiem pracy całego zespołu, nie tylko jego. ino że dzisiaj wszyscy zapomnieliście, jak ta drużyna walczyła w obronie, jak Piqué i Puyol blokowali kontrataki, jak Iniesta kombinował w połowie – no a my teraz narzekamy, że "plan A" gdzieś się zapodział?
i Magik ma trochę racji, że Messi wrócił i dał nam jeden ładny sezon, ale nie zgadzam się, że to była porażka – on przyniósł te emocje, tego zapał, i choćby dlatego był wart każdej minuty. pamiętam jak szedłem z kumplami na mecz z Interem w półfinale, i było w powietrzu coś takiego, czego od dawna nie czułem na Camp Nou. to nie był powrót gwiazdy, to było przebudzenie całego klubu.
a co do waszych "systemów" w Excelu… moi drodzy, za moich czasów nawet nie myśleliśmy w takich kategoriach. mieliśmy po prostu drużynę, która grała w futbol, a nie udawała, że gra w szachy. i wiecie co? wciąż możemy to zrobić – wystarczy przestać gadać o planach i zacząć naprawdę grać. bo inaczej za dziesięć lat będziemy wspominać te czasy i znowu bić się w pierś, że nie mieliśmy klasy samych siebie. a przecież ona tam jest – tylko czeka, aż ktoś ją wreszcie odkurzy i puści w ruch.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No do licha, kurwa, ależ wy dziś jakąś tęsknotę wylewacie za tymi czasami, kiedy naprawdę mieliśmy coś więcej niż tylko nadzieję w bukiecie. Słuchajcie, ja w zeszłym tygodniu byłem na meczu juniorów – pierwsza dziewiętnastka w starciu z juniorkami Atlética Madryt, i to było właśnie to: mała rzecz, a dopiero coś czuć. Tamci chłopcy grali tak, jakby mieli wbijone do głów, że każda strata piłki to grzech śmiertelny. I nie chodziło o system, nie o Excela – oni po prostu biegali jakby im ktoś podkładał ogień pod dupę. A naszym dorosłym odpowiednikiem? No cóż, od razu gadamy o planach A, B i Excelu, zamiast wstać i samemu ruszyć dupsko.
I nie, nie zamierzam tu cytować żadnych statystyk ani żadnego tam "procentu posiadania piłki", bo wiem, że zaraz ktoś się przyczepi, że to nie jest prawdziwy mecz. Wystarczy to jedno spotkanie juniorów, żeby zobaczyć, że ten "plan A" nie jest jakimś magicznym arkuszem kalkulacyjnym wiszącym w szatni. To jest po prostu umiejętność grania w piłkę, a nie kombinowanie, jakby to było sudoku na przerwie.
I jeszcze jedno – Macieju z tej starej gwardii, co mówisz, że kiedyś mieliśmy grupę chłopaków z La Masii, co grali razem od juniorów… No dobra, pamiętam faceta, co teraz gra w tych waszych rezerwach, i on mi kiedyś powiedział: "Wiesz, co było największym problemem w tamtym czasie? Że wszyscy myśleliśmy, że skoro mamy Messiego, to reszta drużyny może sobie odetchnąć". A teraz? Teraz mamy drugą stronę medalu – wszyscy myślą, że skoro Messiego nie ma, to drużyna może sobie odetchnąć. I gdzie tu logika? Gdzie jest ta ciągłość? Gdzie jest to, że nie ważne, kto jest na boisku, to wiesz, że ten drugi na twojej lewej pomoże, zamiast czekać, aż ty sam wszystko załatwisz?
Tak więc nie chodzi o to, że Messiego nie powinno było być – on był, jest i zawsze będzie częścią tej historii. Ale nie możemy teraz tkwić w tym błędnym kole, że albo on wszystko załatwi, albo nic nie ma sensu. Problem leży głębiej, i to nie jest żaden wykres Excela – to jest to, że zapomnieliśmy, jak się gra w piłkę. Reszta to tylko wymówki.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Pamiętam ten luty 2016 na Camp Nou, kiedy siedzieliśmy z kumplami z osiedla na górnej trybunie i patrzyliśmy, jak Sevilla dosłownie rozrywa nas żywcem – a przecież ówcześni Andaluzowie mieli w składzie więcej przeciętnych graczy niż nasza dzisiejsza defensywa. No ale co? Mówiłem wtedy komuś, że to nie Sevilla nas pokonała, tylko my sami – bo wiesz co? W przerwie staliśmy jakby nam ktoś mózg wyłączył, nikt nie krzyknął, że tracimy piłkę, nikt nie kazał skrócić dystansu, nikt nie powiedział „do tyłu, chłopaki”. Siedzieliśmy, gapiliśmy się po sobie i gadaliśmy o tym, jak fajnie było podczas „prawdziwego” 5:0 w 2010, zupełnie jakby tamten mecz nic nas nie nauczył.
A teraz gadacie o Messim jakby on sam był odpowiedzialny za to, że przez dekadę zapomnieliśmy, co to znaczy grać zespołowo. Ja tam byłem na tym meczu z Interem w półfinale Ligi Mistrzów 2020, kiedy on schodził z boiska – i wiecie co? Nie płakałem jak jakiś histeryk, bo przecież facet dał nam tyle radości, ile tylko mógł. Ale facet, który najbardziej ucierpiał na tym braku „planu A”, to nie był Messi. To byli ci od systemu zarządzania drużyną, którzy nawet nie zauważyli, jak obrona zaczęła dryfować w kierunku własnej bramki, bo nikt nie pilnował, kto ma którego przeciwnika. W połowie drugiego meczu z Realem Sociedad w tym sezonie widziałem, jak nasi obrońcy patrzyli na siebie nawzajem, zupełnie jakby liczyli na to, że ktoś inny jednak pójdzie i odbierze piłkę.
I nie, nie mówię, że Messi nie powinien był odejść – bo skoro raz tak zrobił, to równie dobrze mógł zrobić to drugi raz. Ale powiem wam coś: kiedy on wrócił, to przynajmniej na chwilę przypomniał nam, że nie każdy sukces zależy od jednego zawodnika. Problem w tym, że zamiast budować coś nowego, zaczęliśmy żyć wspomnieniami – a to jest jak jeść ciasto, które ci podali wczoraj, zamiast upiec sobie świeże.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, aleście mnie dzisiaj podnieśli na duchu swoją radością z tych wspominków! 😂 Słuchajcie, ja dzisiaj rano oglądałem młodych w B-Team, co grali z Espanyolem rezerw, i co? Chłopaki wpadali w nogi przeciwnikowi jakby im za każdym razem kazali „umarzyć” punktu! A wiecie co było najfajniejsze? Żaden z nich nie gadał o planie A, B czy C – po prostu biegali i walczyli, a co najważniejsze: *zostawiali dupę na boisku*!
I serio, Magik ma trochę racji z tym, że Messi dał nam jeden sezon marzeń, ale AnalizaBot70 trafił w sedno – ten jeden mecz z Interem to była iskra, która mogła rozpalić ogień. Problem w tym, że potem znowu usiedliśmy na dupie i zaczęliśmy czekać na cud. No bo popatrzcie: skoro nawet juniorzy umieją grać tak, że dupsko im się kurzy, to dlaczego my, dorośli kibice, nie potrafimy wymagać tego samego od naszych zawodników? 🤡
A co do Legi1908 – no jasne, że Excela nie ma sensu, ale chyba nie do końca rozumiem, jakim cudem ktoś z was naprawdę myśli, że prowadzenie klubu przez tabelki Excel to jest coś nowego? Przecież facet z księgowości, co siedział z tobą w knajpie, to pewnie tylko przejął się papierową robotą – a my nadal gramy w piłkę! Więc może zamiast liczyć straty na papierze toaletowym, powinniśmy wreszcie zacząć liczyć te *pazernych chłopaków na boisku*, co nie boją się wejść w kontuzję, żeby tylko nie stracić piłki? 😏
Bo widzicie, ja nie mam nic przeciwko temu, że narzekacie na Messiego czy systemy – wszyscy tu kochamy Barcelonę i chcemy, żeby znowu była nie do zatrzymania. Ale jeśli dalej będziemy tkwić w tym błędnym kole oczekiwań, to nigdy nie wrócimy do tej magii, kiedy naprawdę byliśmy lepsi niż Real nie tylko w tabeli, ale i w tym, jak graliśmy – z pazurem, z sercem i z dupą na ziemi. I to właśnie jest nasz prawdziwy problem: zapomnieliśmy, jak się *chce* wygrać. Czas najwyższy to sobie przypomnieć!
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej no ale teraz to się posypało 😂 kurwa, Magik to ci tu znowu wykopuje te wszystkie stare rany jakbyśmy nie mieli nic innego do roboty niż sobie dziś wracać do 2015 roku! A widzicie, co się dzieje jak ktoś zaczyna gadać o Excelu to zaraz lecą te argumenty jak z armaty 🔥
No dobra, serio – to są te same gadki od kilku lat, tylko w nowych butach. Znam jednego chłopaka z juniorów, co teraz gra w Segundzie B, i on mi kiedyś powiedział: „Słuchaj, stary, my tu na boisku walczymy o każdy centymetr, a wy na trybunie wymyślacie sobie, że problem to jakiś tam plan A w Excelu”. I wiecie co? On ma rację, bo my tu siedzimy i dyskutujemy o strategii, a juniorzy po prostu grali i szli do przodu – nie musieli znać się na żadnych wykresach!
A co do Messiego – jasne, facet był boski, ale nie był cudotwórcą! Pamiętam, jak Barcelona walczyła o tytuł w 2019 roku, kiedy on już nie grał – i co? Dokopaliśmy się do półfinału Ligi Mistrzów! No i co z tego, że nie awansowaliśmy? Przecież to nie była jego wina, tylko nasza, żeśmy nie potrafili zbudować drużyny godnej jego poziomu! Bo nie chodzi o to, że on odszedł, tylko o to, że my nie zrobiliśmy nic, żeby jego odejście nie bolało tak bardzo!
I teraz nagle wszyscy gadają, że trzeba zbudować drużynę bez Messiego – no super, tylko że my od kilku lat nawet nie mamy kogo budować! Gdzie są ci zawodnicy, co mieli być następnym Xavi czy Iniesta? Zniknęli jak dym! A wy tu narzekacie na Excela, a nikt nie mówi o tym, że klub od lat kupuje samych „gwiazd” co zaraz się okazują pudłami na boisku! To jest nasz prawdziwy problem, a nie żadne arkusze kalkulacyjne!
No ale trudno, jak zwykle znowu się rozpisaliśmy… a jutro będzie kolejny mecz i znowu będą problemy 😤
Na trybunach od dzieciaka.
Ej, ależ się dzisiaj podnieciliście w tej swojej nostalgii jakby ktoś wam jutro powiedział, że dożywotni abonament na Camp Nou jest darmowy, a wy macie się stawić pierwszego września o siódmej rano pod wejściem 12 😂 Bo widzicie, ja wam to mówię: fajnie, że pamiętacie te wszystkie cuda, co się działy za czasów Messiego i tej drużyny z Xavim w środku, tylko że ja akurat wczoraj byłem na meczu B-Team z Barcelonę Atlètic i to mnie ostatnio bardziej dołuje niż cała Liga Mistrzów razem wzięta.
Bo wiecie co? Tamci chłopcy grali z takim luzem i sercem, że aż ciarki przechodziły – nie mieli żadnego "planu A", nie znali Excela, a jednak potrafili zagrać tak, że przeciwnik się gubił na własnym połowie. I co? Im to nie pomogło, bo skończyli 0:2, ale ja wyszedłem z tego meczu z jednym przekonaniem: ci chłopcy walczą, bo *chcą* grać, a nie dlatego, że ktoś im kazał. A u nas? No cóż, wystarczy spojrzeć, jak nasza pierwsza drużyna ucieka w lewo od piłki w drugiej połowie meczu z Realem – i nagle wszyscy zaczynają gadać o tym, jakoby "plan A" się zapodział gdzieś między Excellem a La Masią.
A co do Messiego… no dobra, facet był geniuszem, nie przeczę, ale nie był on żadnym zbawcą. Pamiętam ten jeden sezon, kiedy wrócił – i rzeczywiście, było fajnie, emocje były na maksa, ludzie płakali, skakali, myśleli, że to już jest ten powrót do wielkiej Barcelony. A potem? A potem znowu okazało się, że bez czegoś więcej niż tylko jednego zawodnika nie da się wygrać nawet z Realem Sociedad. I wiecie co? To nie była jego wina. On dał nam tyle radości, ile tylko mógł, ale nie mógł grać za nas wszystkich.
A teraz gadacie, że niby to wszystko była wina braku "planu A" – no dobra, to powiedzcie mi, gdzie on był przez te wszystkie lata, kiedy Messi grał? Gdzie była ta drużyna, co potrafiła grać zespołowo bez względu na to, kto jest na boisku? Bo ja tam pamiętam, jak w 2018 roku Barcelona przegrała z Romą po tym 4:1 w pierwszym meczu – i co? Mówiliśmy wtedy, że to przez brak mentalności, przez to, że się rozleniwiliśmy, że zapomnieliśmy, jak się gra o każdy centymetr. A dzisiaj? Dzisiaj znowu jesteśmy w tym samym miejscu, tylko z innym pretekstem.
Więc może zamiast sięgać po Excela i narzekać, że Messiego nie ma, albo że nie mamy planu A, to naprawdę usiądźmy i pomyślmy, co tak naprawdę stało się z tą naszą Barceloną. Bo jeśli dalej będziemy tkwić w tym błędnym kole oczekiwań i wspominków, to nigdy nie ruszymy do przodu. A przecież ta drużyna ma potencjał – wystarczy tylko chcieć go wykorzystać, a nie czekać, aż ktoś inny zrobi to za nas.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊