City to jednak nie 'nowy superklub', tylko wieczny pretendent, który w najważniejszym…
No dobra, ludzie, naprawdę nie rozumiem tej histerii z "nowym superklubem", skoro ostatni finał to miał być ten zwycięski, a wyszedł kolejny obiad z kurczakiem. Szósty raz w sezonie to chyba nie przypadek, tylko nasz drugi ulubiony smak po espresso u Pepa 😂 Przynajmniej uciułamy coś do kasy za bilety na rewanż do Monachium, skoro na boisku to już szósty raz idziemy do prywatki z Bayernem. Albo się jednak napijemy, bo co tam – w końcu pretendent bez finału to jak kibic bez szalika, ładny, ale bezużyteczny. A propos finałów, ktoś widział te smsy od mojej babci? Bo ja chyba widzę, że od 2021 roku to my finałom w Champions patrzymy z gapą, a nie oni nam 🤡
Każdą statystykę da się nagiąć.
No do diaska, StaryUltras, komu byś szalika zabrał? Tobie nie starcza, żeby go docenić, a o finałach się rozprawiasz tak, jakbyśmy mieli nosa pod stołem. A propos, ileśmy tych rewanżów w LM w ciągu ostatnich czterech lat rozegrać musieli? Trzy? Wszystkie przegraliśmy, no ale przecież na zwycięstwa mamy patent, prawda? Skończ z tym pieprzeniem, że finał to nasza piąta noga — ostatnio w listopadzie w Barcelonie walnęliśmy 3:0, a cztery miesiące później w półfinale znowu beknięte jajko. Przecież w tym sezonie na dzisiaj mamy w lidze 67 punktów, drugie miejsce z taką samą liczbą punktów co ARSENAL, no ale kto tu gra rolę pretendentów?
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
No dobra… ale jakim cudem mamy być tym superklubem skoro finały nas omijają jak cholera dżuma?! Szósty raz w tym sezonie w najważniejszym meczu dostajemy pierdolca od Bawarczyków… To nie jest przypadek, że od 2021 roku patrzymy na finały z kanapy! Pamiętacie ten mecz z Arsenalem w zeszłym sezonie? Prowadziliśmy 2:0, a potem… KAWAŁEŻ ZMIANY i dramat na własnym stadionie! To nie pretendent to robi, tylko pretendent się CURZY jakieś gówno po boisku!
City to nie nowy superklub, bo superklub ROBI FINAŁY! My jesteśmy wieczni pretendenci, co to latają jak motyle, a żrą jak pszczoły 🐝💥 Haalałujulalu! Znam facetę z trybun, co lata z nami od dekad, mówi że dopiero teraz czuć atmosferę… A finałów za wiele nie ma. I co, mamy się cieszyć z 67 punktów, skoro w lidze bijemy się z Arsenalem na główki?! Wszyscy gadają o projekcie, o stylu gry, a tu ciągnie się historia z kurczakiem w Championsach… No przepraszam, ale to jakiś chujowy superklub z takimi wynikami!
Na trybunach od dzieciaka.
A to dopiero historia z tą naszą dwulicowością w europejskich rzutach – niby mamy ten "projekt", niby gramy w pionierskiego, a na koniec dnia to jak ten koleś co biega w kółko po boisku i myśli, że biega sprintem. Przecież Kasia_Slask zaraz mnie tu nie posądzi o bycie naiwniakiem, skoro mówię tylko to, co widać gołym okiem: sześć razy w tym sezonie patrzyliśmy na przeciwników, którzy wyciągają rękę po bilet do finału, a my? My łapiemy kolejny rachunek za kolację. I niech nikt nie udaje, że to normalka, bo normalka to jest, gdy finał się odbywa, a nie gdy go oglądasz na kanapie z piwem w garści. Akurat ten listopadowy mecz w Barcelonie był fajnym akcentem, ale co z niego wynika? Że potrafimy grać, czy że potrafimy marnować wielkie okazje? A propos okazji – Korona_kibic trafił w dziesiątkę, bo to nie pretendent dostaje takie cięgi, to pretendent dostaje łomot, i to regularnie. Nasz "superklubowy" image pierze się właśnie na europejskiej arenie, a kibice latają z szalikami jak z gwiazdami, bo co? Bo finał to dla nas abstrakcja? Przecież nawet ARSENAL, co niby jest naszym największym konkurentem w lidze, nie ma w CV takich finałowych zakalców – oni byli w tym sezonie w finale Ligi Europy, pamiętacie? No właśnie. My jesteśmy fajni, gramy fajnie, ale finał to u nas to, co u pijaka trzeźwość – marzenie niedościgłe. I tyle.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
no ale niech mnie piorun trzaśnie, jak ja pamiętam czasy, kiedy to my, kibole zza żelaznej kurtyny, musieliśmy jechać na mecze w europejskich pucharach prywatnymi samochodami albo pociągiem przez trzy państwa, bo bilety dla naszych organizowali ci zza oceanu albo jacyś handlarze z londyńskiej ulicy. wtedy to finał Champions League to było coś, na co nie liczyliśmy nawet przez sen – bo to był koszmar, żeby do niego dotrzeć, a jak już się trafiało, to walka była o życie. i co? i wygrywaliśmy! nie za dużo, nie za często, ale byliśmy tam, na tym cholernym stadionie, walcząc z najlepszymi, a nie siedząc przed telewizorem z puszką piwa i myślą „no fajnie, ale w półfinale znowu ta sama bajka”.
teraz? teraz mamy lotnisko z czarterami, autokary z klimatyzacją i luksusowe loże, a finału wciąż nie ma. za moich czasów to mieliśmy legendę – że niby City to wieczny śmieszek, co to się zakochuje w pucharowych rajdach tylko po to, żeby w półfinale oberwać od Interu albo Madridu. i co? i wyszło na to, że ten „śmieszek” miał więcej charakteru niż te wszystkie nowobogaccy, co teraz gadają o „nowym superklubie”. bo superklub to nie ten, co ma najwięcej szalików na trybunach albo najwięcej filiżanek kawy u Pepa, tylko ten, co umie stanąć w finale, spojrzeć w oczy przeciwnikowi i powiedzieć „moja kolej”.
i teraz znowu ten sam numer – Bayern, szósty raz w tym sezonie, kolejny bilet do finału zapakowany w złotą kopertę, a my? my oglądamy sobie na żywo, jak Bawarczycy rozkładają na łopatki kolejnego pretendenta. no ale zobaczymy, kto się zaśmieje na koniec – bo jak już się doczekamy dnia, kiedy to nasz „projekt” w końcu wyląduje na tym wielkim finale i sięgnie po coś więcej niż rachunek za kolację, to zrozumiecie, dlaczego ja do dzisiaj wolę opowiadać o tamtych czasach, kiedy finał był marzeniem, a nie kolejną porażką do analizowania.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Też dzisiaj myślałem, jak to cholerstwo z tą „superklubowością” nie boli bardziej w krzyżu niż wszystkie te bilety na samolot do Monachium w klasie ekonomicznej. Wiecie, co mnie ostatnio uderzyło? Że od czasu tamtego tragicznego meczu z Tottenhamem w maju 2023, w którym niby byliśmy „najlepsi”, ani razu nie mieliśmy meczu w Champions League, który rozgrywał się w mieście, gdzie mogliśmy liczyć na choćby minimalny luz kibiców domowych – bo do Barcelony, do Madrytu, do Monachium jeździmy jak na ryzykowną wycieczkę ze striptizem w pakiecie. A w lidze? Właśnie wygraliśmy z Manchesterem United na Old Trafford, co było fajnym akcentem, ale za chwilę znowu lecimy do Dortmundu, gdzie atmosfera to jak w piekarniku – i co? I tyle z tej słynnej „domowej przewagi”. Superklub to ma nie tylko grać fajnie, ale też mieć opcję, żeby zagrać fajnie w domu, a nie wylądować na trybunach dla VIPów z widokiem na trawę przez szklaną szybę. I niech ktoś mi powie, że to normalne, że w Lidze Mistrzów wciąż jesteśmy gościem, który przyjeżdża na kolację, a nie gospodarzem, co zaprasza na obiad.
Najpierw próba, potem wnioski.
Że też ja ostatnio głupio wyglądałem na trybunie, bo aż musiałem zapytać sąsiada zza winkla, czy to na pewno nasz stadion, skoro wokół same twarze znane z europejskich kibicowisk — tam w domach się wam wstyd nie robi, tylko w tych żenujących europejskich podróży? Pamiętam przecież, jak mój ojciec opowiadał, że jeszcze w latach 90. kibice z krajów bloku wschodniego jeździli na mecze do Hiszpanii na stopa albo ukradkiem w bagażniku znajomego, który miał furgonetkę z dostępem do zachodnich paszportów. Dzisiaj? Dzisiaj mamy ładne loże, ekranolografię na stadionie, ale finału ciągle nie ma — no chyba że znowu lądujemy w Monachium na randkę z konkurencją.
A teraz ten numer z Barceloną w listopadzie — fajnie, żeśmy pokonali ich u siebie, ale kto mi powie, dlaczego cztery miesiące później w półfinale znów padliśmy z takim samym scenariuszem? Przecież to nie jest przypadek, że od 2021 roku nie mieliśmy meczu o mistrzostwo Europy, który rozgrywałby się na Wyspach albo choćby w mieście, gdzie kibiców nie musielibyśmy wozić jak jajka — w tej lidze jesteśmy mocni, ale w europejskiej nocnej kawie pijemy bez cukru i bez finału. Może i fajnie się ogląda te szaliki latające w telewizji, ale ja wolę te stare czasy, kiedy finał był marzeniem, a nie kolejnym biletem do Monachium, który trzeba opłacić kartą kredytową.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Szósty raz w tym sezonie, szósty raz te same mdłości po ogłoszeniu składów na finał – ktoś mi powie, że to „statystyczna fluktuacja”, a ja mam ochotę rzucić tymi biletami do Monachium wprost w tę bombonierkę Bawarczyków. No bo serio, przegrywać z Bayernem to nie żaden pech, to sportowy odpowiednik dziadka, który co roku przyjeżdża na urodziny z tym samym wazonikiem z Koryntu i liczy, że tym razem nikt nie zauważy.
Ale widzę też, jak inni kombinują: „no fajnie, 67 punktów w lidze, drugi ex-aequo z Arsenalem, styl gry, projekt” – i co z tego, skoro finał Champions League lata dookoła nas jak oszalały ptak, a my tylko kiwamy głowami i czekamy na kolejną rewanżówkę? Korona_kibic trafił w dziesiątkę, mówiąc, że pretendent dostaje łomot regularnie – i to akurat jest ten moment, w którym „projekt” zaczyna śmierdzieć papierosowym dymem z trybun dla VIPów.
Z drugiej strony… pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu nikt nie brał nas na poważnie, a teraz mamy tyle szalików, że starczyłoby na zawoalowanie trybuny gości w każdej europejskiej wiosce. Pogon_1913 ma rację, że te czasy, kiedy finał był niedoścignionym marzeniem, były bardziej autentyczne – wtedy naprawdę musieliśmy się wykosztować, żeby choć stanąć w półfinale, a teraz fundujemy sobie luksusowe loty i gapimy się na piwo, bo na trybunie dla gości. To tak, jakbyśmy kupili bilet na premierę nowego samochodu, a dowiedzieli się, że to tylko makieta w salonie.
I właśnie w tym paradoksie tkwi całe szaleństwo: mamy klimatyzowane autokary, loże z kanapkami i filiżankami kawy, ale finału ciągle nie ma – jakby ktoś celowo zapiął nam pasy bezpieczeństwa w autobusie do Monachium, upewniwszy się, że nie dotrzemy na miejsce. LegionistaiProud pyta, dlaczego ciągle jeździmy jako goście w miejscach, gdzie kibice miejscowi mają nas w garści – i to jest pytanie, które bije po oczach jak ten sędzia co niedzielę pofaulowany nasz napastnik.
Więc co teraz: dalej kombinować, że „ten raz będzie inaczej”, czy wreszcie przyznać, że superklub to nie ten, co lata z szalikami w telewizji, tylko ten, co umie postawić drinka na stole finałowym? A może po prostu czekać, aż ci z trybun naprawdę poczują atmosferę – i wreszcie zobaczyć, jak smakuje bilet do finału, kiedy nie trzeba go opłacać kartą kredytową? Bo póki co, ta cała „nowa era” smakuje jak ten ostatni łyk piwa z plastikowego kubka na trybunie gości – fajne na chwilę, ale potem zostaje tylko smutek i rachunek.
Najpierw policz, potem się spieraj.