Czarny–czerwony czas to nasze dziedzictwo, na które nigdy się nie skończy!
pamiętam ten wieczór w londyńskim wembley jakby to było wczoraj, bo akurat byłem tam na wycieczce rodzinnej i trafiłem na to wyjątkowe spotkanie – niebieskie morze kibiców, ciarki na plecach, gdy padło 3:1 z tym naszym młodym chłopakiem, który strzelał wtedy takie celne głowy, że aż mi serce podskoczyło. lewandowski miał wtedy taki luz, że wyglądał jakby grał z kolegami na podwórku, a nie przeciwko barcelonie. i te wrzaski z trybun, gdy piłka trafiała do siatki... nie ma już takich wrażeń, bo dzisiaj wszędzie kamerki i naiwne face idole, ale wtedy naprawdę czuło się magię futbolu, taką prawdziwą. fani tamtej daty mieli farta, że oglądali to na żywo, bo póki co nikt nie przebił tej perełki, a ja do dziś mam w telefonie zdjęcie z tego meczu z autografem, który dostałem od roberta jeszcze w hotelu – no wiecie, drobiazg, ale dla mnie bezcenny.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
kurcze, ale ja to nawet nie byłem tam z wycieczką, tylko z kumplami z osiedla, akurat mieliśmy imprezę urodzinową w tym samym mieście co tamten mecz… i co? puściłem balona na imprezie, bo nie mogliśmy oglądać na wielkim ekranie… dobra, nie puściłem, rzucałem się jak głupi po pokoju, gdy padło 1:0, a potem 2:0 i ten huk zza głośnika jakby Südtribüne się otworzyła tuż za mną! jakbyśmy mieli własny Wembley w pokoju na piętrze… a jak ten Lewy strzelił ten hat-trick, to moi kumple myśleli, że padam na zawał jak jakiś dziadek, bo wrzeszczałem tak, że pękło okno w salonie 😱🔥 no ale trudno… najlepsze, że Robert potem nawet podpisał mi koszulkę… kurwa, 10 lat później i wciąż aż mnie skóra cierpnie jak sobie przypomnę ten wieczór… taki to był czas, kiedy futbol był jeszcze na szczęście zwyczajny i nikt nie gadał o xG albo algorytmach… serce mówi wszystko!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no ale słuchajcie co ja wam powiem — ja wtedy w warszawskiej knajpie się urządziłem jak król, bo akurat mieliśmy ekran na żywo, i jeszcze zdążyłem zadzwonić do kumpla z kasy pożyczyć mu forsy na piwo bo on tam krzyczał tak, że stracił głos w głosowaniu kibiców… ale to nic — najgorsze to był moment, gdy ten Lewy strzelił trzecią bramkę, a ten facet obok mnie, totalny cywil, który nawet nie wiedział kim jest Robert, chwycił mnie za ramię i mówi „kurwa, toż to polski bóg chodzi!” — no ja mu od razu drugie piwo postawiłem, bo co miałem zrobić, brata spotkałem na boisku 😄 na szczęście szklanka wyleciała mu z ręki od uderzenia, ale przeżył… i wiecie co? do dzisiaj jak widzę te stare nagrania, to ten gość ze mną siedział, a teraz gdzieś spaceruje po warszawskiej Woli i pewnie mu ktoś opowiada o nowym haalandzie… ale my nie zmienimy się, bo tamten wieczór to nie był mecz, to był jakiś koncert życzeń z butów do koszyka, i tyle.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ej, ja tam akurat oglądałem ten mecz w jakiejś chińskiej knajpie w Gdańsku, bo akurat miałem akurat spotkanie biznesowe z kolegami z zagranicy... i co? facet obok mnie, który nawet nie wiedział gdzie leży Monachium, słyszał o Bayernie jak o „bawarskim browarze”, patrzy na mnie i pyta: „no ale te koszulki to widać naprawdę grają?”. No ściemniam chyba nie, bo akurat padło 3:1 i facet padł na kolana, ale nie z emocji tylko dlatego że mu spadła kanapka z jajkiem z bułki 🥚🍔. No ale powiedziałem mu później, że to jajko Lewy strzelił trzecią, bo akurat było smażone w idealnym momencie 😂🍳. Serio, ten wieczór to była czarna magia, a my to dopiero zaczynamy świętować 10 lat tej historii, bo fajnie jak się człowiek czuje młodym przez kolejne 10 lat, nie? 🎉🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.