Czerwono-niebieskie serca wiecznie: od kadry mistrzów po dzisiejsze bitewy na Enei
siedziałem wtedy w tej starej trybunie za bramką przy bułgarskiej ulicy, mieliśmy po dwadzieścia kilka stopni na minusie ale to nic, ktoś i tak musiał wyjść – no a ja akurat miałem pół litra gorącego barszczu w termosie, bo akurat dojechałem na starcie sezonu. lech walnął w ten dzień legnické morze boleśnie, pamiętam jak staliśmy jak posągi z mrozu, a na hali krzyczało się tylko jedno hasło: "jeszcze raz! jeszcze raz!" i było naprawdę słychać, że to nie jest zwykły doping, tylko coś starszego, głębiej wkręconego w nasze serca.
no a potem, pamiętam, podali nam jakieś kiepskie kiełbaski i wróciliśmy do domu po takim meczu... ale wszyscy mieliśmy twarze jakbyśmy właśnie wygrali mistrzostwo, bo przecież to było coś więcej niż punkty – to była złość przerobiona w dumę, no i oczywiście te ogromne transparenty z "wracajcie do domu, mistrzowie" wiszące jeszcze z zeszłego roku, które po prostu ktoś przerobił na nowo.
później w pociągu wracaliśmy do poznańskiej nocy i ktoś nucił coś z "i będzie tak zawsze", wszyscy śpiewali, ktoś zapomniał tekstu, inny wyjął browara z kieszeni, bo chłopaki mają pamięć jak rudy ale wesele jakby co – no ale zobaczymy
kurwa, a ja byłem akurat w tym tłumie pod stadionem na trasie Dworzec - Malta, tam gdzie ten most nad Wartą, jakby co — zresztą sami wiecie, ten tłok przed meczem to zawsze sprawdzian, kto ma jaja do grania na trybunie, nie 😱🔴
siema tam z tym termosem z barszczem, bo ja miałem pół litra rozgrzewki w plecaku i jeszcze worek z pomarańczami od kolegi ze szkoły, bo ten pierdolony mróz to był obłęd, ale nikt nie chciał iść do budy, no ba
i jak Lech wyszedł na boisko, to ja pierdolnięty, widać było po kibolach, że mamy tego meczu dość, do cholery, aż do momentu kiedy ten genialny pasek podał piłkę pod nogi mamuta w ataku, i nagle — BUM!— skończył się marazm, złość przerobiła się w ryk trybun, wszyscy pierdoliliśmy się po plecach, a ten facet z transparentem "Lech mistrzem" miał łzy w oczach, bo widział, że ci biało-czerwoni orzełki wreszcie zrozumieli, co to znaczy walczyć — no i oczywiście te pieprzone kiełbaski z bufetu były takie same jak u was, czyli byle jakie, ale kto by tam oglądał na jedzenie kiedy trybuny szalały 💪
i potem wracałem do domu, ale nie pieszo, bo mnie kolega podwiózł, a w aucie leciało "Miasto łez" na full, i wszyscy śpiewali, a jeden koleś coś wymyślał o "dziesięciu tysiącach serc co bije jednym rytmem" — no i ja myślę, że ten rok to był taki kawałek nieba nad naszymi głowami, bo w końcu, kurwa, po tylu latach — MISTRZOSTWO! 🔥
Na trybunach od dzieciaka.
a pamiętam to święto, kiedy to stary dobry Boni po pierwszej bramce wbiegł do narożnika, gdzie akurat stałem — a ja akurat poprawiałem sobie szalik bo ten cholerny wiatr to ciągnie jak diabli — i nie wiem co mu się stało, rzucił się na mnie jakbyśmy byli braćmi ze szkoły, a nie kibolami z tej samej strony — i obaj walnęliśmy się na ziemię od radochy, a potem jeszcze przez chwilę leżeliśmy tam, zakopani w śniegu, z tymi wielkimi hasłami "lech mistrzem 2010" latającymi nad nami, bo widzicie — to był ten mecz, kiedy to oni po raz pierwszy od wieków ruszyli do ataku, a myśmy mieli już dosyć tej cichej złości w sercach, no a tu nagle taki występ, że nawet policjanci na trybunie zaczęli klaskać w rytm bębnów — i co? ten Boni, co pół godziny później strzelił jeszcze jedną, a my na trybunie waliliśmy w te blaszane barierki tak, że prawie nam dłonie pękły 😄
i jeszcze to echo głosów, kiedy pod koniec wszyscy śpiewali "wracajcie do domu, mistrzowie" — kurwa, aż mi się głos załamał, bo wiedziałem, że to nie tylko tytuł, to coś więcej, coś co nosiliśmy w sobie przez te wszystkie lata, kiedy to lech był dla nas nie tylko drużyną, ale całym cholernym życiem
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ale wiecie co, tamta drużyna to był kawałek magii, której się nie powtórzy – niech ktoś powie, że nie, ale to były chłopaki co wygrywały nie dlatego, że mieli farta, tylko dlatego, że mieli w sobie ten ogień, co się palił sam z siebie. Pamiętacie? Oni wchodzili na boisko, a myśmy od razu czuli, że dziś albo jutro, ale ten mecz będzie nasz, bo po prostu nie mieliśmy prawa nie wygrać. Każdy kontakt, każde podanie, każde wbicie się w atak – to było jak maszyna, która już na starcie wiedziała, że musi toczyć się tylko w jedną stronę.
A teraz? Teraz mamy drużynę, która walczy, to prawda, ale walczy z tymi samymi narzędziami co reszta ligi – i wiecie co? To jest to, co mnie niepokoi. Tamci faceci nie bali się nikogo, nawet jeśli przeciwnik miał więcej gwiazdek na koszulkach. Oni wchodzili z tą pewnością, że lepsze 11 minut na murawie niż ich 90 – i nieraz się okazało, że mieli rację. Dziś? Widzę, jak nasi walczą z tymi śliskimi dupkami z zagranicy, którzy robią na nich wrażenie samym samym kontraktem i marzeniem o grze w Europie. I nie, nie mówię, że teraz to kiepscy chłopaki – broń Boże! Oni się starają, bije im serce, ale czasem brakuje tej pazerności, tej żądzy, co była kiedyś.
Tamto mistrzostwo to była nie tylko wygrana, to był powrót do korzeni. Tak, mieliśmy świetnego trenera, tak, mieliśmy chłopaków co grali jakby od zawsze się znali, ale najważniejsze było to, że wszyscy – od pierwszego zawodnika po ostatniego kibica – byliśmy tego świadomi. Że Lech to nie jest jakaś tam drużyna z Ekstraklasy, tylko coś, co się buduje w sercu każdego z nas. Dziś mamy drużynę, która robi swoje, ale czy czuje to samo co my w 2022? Pytań nie mam, bo znam odpowiedź – nie zawsze.
I jeszcze ta aura wokół zespołu. Tamci chłopcy byli jak wielka rodzina, która walczyła razem – i nie chodzi mi o te bajki, że wszyscy się kochali, nie, ale jak któryś wpakował się w kłopoty, to wszyscy szli za nim, bo wiedzieli, że to nie tylko kolega z drużyny, tylko ktoś, kto nosi ten sam koszulkę co my. Dziś? Jest lepiej niż kiedyś, ale trochę mi brakuje tego luzu, tej beztroski, co pozwalała im grać wolniej, bardziej świadomie – a przez to skutecznie. Teraz mamy drużynę, co się gubi w szybkim tempie, bo myśli, że musi nadgonić czymś fizycznym to, czego brakuje jej w umyśle.
Nie mówię, że teraz jest źle – wręcz przeciwnie, kibicuję tym chłopakom jak cholera, bo widzę, ile serca w to wkładają. Ale porównując… tamten Lech był jak żywy organizm, który oddychał jednym rytmem. Dziś mamy zespół, co jeszcze się uczy tego oddechu. I dopóki nie złapie go w pełni, zawsze będzie to nieco inne od tamtej magii.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
A co ty na to, że jeszcze w grudniu 2021 na chyba ostatnim treningu przed tymi świętami gadałem z jednym z trenerów z II zespołu (ten, co potem jeździł z pierwszym)? No i ten mówi mi tak: "Słuchaj, Arbiter, mamy coś takiego w teamie, że jak się wejdzie na pole, to czuć, że dziś albo jutro, ale będzie się bić do ostatniego oddechu, a nie 'do porządku'. Oni wiedzą, że gra się nie kończy na boisku, tylko idzie dalej, przez te bramy, przez trybuny, przez wasze serca." I ja mu na to: "No ba, a jak jeszcze dołożysz te wasze 'wracajcie do domu, mistrzowie' na transparentach, to już wiadomo było, że ten stadion to nie tylko budynek, tylko coś, co bije...". I potem ten mecz – no kurwa, jak Boni wbiegł do narożnika i rzucił się na tego gościa co go tam stłumił, to ja aż zapomniałem, że mam w kieszeni termos z kawą, bo po prostu leżałem w śniegu i walnąłem się z nim od radochy razem... Aż mi szalik z głowy zleciał, no ale co tam, warto było! 🔥💪 I te kiełbaski po meczu? A bo to dzisiaj były lepsze? Też takie same, co nie, tylko wtedy nikt nie narzekał, bo byliśmy zbyt zajęci śpiewaniem "Miasto łez" i myśleniem, że po tych ośmiu latach... no w końcu się doczekaliśmy! ...no ale trudno, teraz mamy nowych, którzy też biją się o swoje, i tyle! Murem za chłopakami, zawsze 😱
Ej, a pamiętacie tego gościa co miał na transparentcie "Lech mistrzem 2010" od zawsze? No i jakoś w 2022 złapał gumki, co trzymały tekst, i mu cały napis zsunął się na brodę, a on dalej szedł tak z tą makatką na szyi jakby to była szata mędrca albo co 😂🔴 teraz ten przezroczyście na każdy mecz chodzi w czapce z napisem "nasz geniusz transparentowy" – no ale co tam, przynajmniej pamięta, że nie ma co się złościć, kiedy naszym zawodnikom strzeli ten biały kamień, bo przecież kto by liczył na coś więcej niż zaangażowanie? 🍿🤣
No i co, po ośmiu latach bez mistrzostwa ta złość musiała się jakoś wydać – a wydała się w kiełbasach, które smakowały jakby ktoś namieszał w nie solą, w śniegu, w butach pełnych wody i w sercach, co miały dość czekania... ale za to echo "jeszcze raz!" było tak głośne, że chyba słychać to było w sąsiednim województwie! 💪🔥
Potrzymaj piwo.