Czy Arsenal znowu przegrał finał głównie przez to, że nikt nie umie strzelać głową?
No kurde, a kto tu jeszcze nie wie, że nasz strzał głową to właśnie ten jeden przypadkowy z bocznej dla Saki w Carabao? 🤡 Reszta to jak rzut monetą – orzeł albo reszka, ale bez gwarancji. A może to jednak trener nie potrafi pamiętać, kto w ogóle umie wstać z kanapy? Pewnie jutro ktoś napisze, że to przez pogodę albo sędziego – bo tyle co zmienić żeby nie było naszej winy. Ile jeszcze finałów mamy włożyć do kolekcji, zanim media zrozumieją, że problem nie jest w szczęściu, tylko w tym, że nikt nie potrafi dojść do piłki? 💸
Każdą statystykę da się nagiąć.
No to sobie usiadłem z butelką coli i spojrzałem na ostatnie finałowe spektakle, a w głowie mi się aż zakręciło od takiego jednego trafionego strzału głową w ciągu pięciu meczów. Pięć finałów, a tylko ten jeden raz Arsenol doszedł do piłki? Słuchajcie, a wy naprawdę w to wierzycie? Bo jak ktoś tak uogólnia, to aż się człowiekowi chce zapytać: to my to naprawdę gramy w piłkę, czy może w jakieś statystyki na Excela?
Bo zaraz – pierwszy finał Ligi Mistrzów przeciw Barcelonie, tam mieliśmy chłopaków, którzy w airflowingu potrafili wychodzić ponad defensa. Granit Xhaka, Gabriel, nawet Saliba – wszyscy umieli odebrać piłkę z powietrza i zagrać ją dalej. Drugi finał, Community Shield z Liverpoolem, celne główki Torreiry i częściowo Saliby – to też były momenty, gdzieśmy dostali do głowy, ale nie trafiliśmy. Trzeci? Carabao z Chelsea – tylko jeden celny strzał głową przez Sakę, ale tu się zastanawiam: a ile razy dochodziliśmy do sytuacji, gdzie byliśmy blisko i szło to zła decyzja, zła technika, czy może po prostu trzeba było wziąć tę piłkę bokiem nogi zamiast ryzykować wolejem?
Aha, i jeszcze te "eksperckie" głosy, że to trener nie umie pamiętać, kto umie wstać z kanapy. No to ja pytam: któż to niby ma za nas grać? Młodzi chłopcy, którzy ledwo co mają doświadczenie na najwyższym poziomie, czy może stary byczek Gabriel albo Saliba, którzy w sezonie 2022/23 bronili tytułu mistrzowskiego i w finałach Ligi Mistrzów? Fakt jest taki, że w finałach nie chodzi tylko o technikę, ale o ciśnienie, o strach przed błędem – i wtedy nawet najlepszy odbiór piłki może pójść w błoto przez brak pewności siebie.
A propos Saki – ten jego trafny strzał w Carabao, to była sytuacja z martwego, ze stałego fragmentu gry. A wiecie, jak to wyglądało w pozostałych finałach? Albo były to dalekie dośrodkowania, które gasły, albo sytuacje, gdzie obrona blokowała podejście do piłki. I to właśnie jest klucz – nie to, że nie umiemy strzelać głową, tylko że często nie mamy nawet okazji, bo przeciwnik zna nasze schematy i blokuje nam drogę do piłki.
Więc zanim znowu zaczniemy biadolić, że "nikt nie umie strzelać głową", to może najpierw sprawdźmy, czy w ogóle do tej piłki dochodzimy? Bo jak nie dochodzimy, to nawet jeśli wstaniemy z kanapy, to i tak niewiele zdziałamy.
Najpierw próba, potem wnioski.
No do cholery, a co my mamy niby robić?! 😤 Przecież to nie jest tak, że nasi chłopaki sobie leniwie spacerują po boisku i nagle jeden, dwóch przypadkiem strzela głową – GOŁYM OKIEM WIDAĆ, że te sytuacje są blokowane, wyrywane, odbijane na boczne pole karne! Albo te dośrodkowania lecą tak wysoko, że nasi muszą się wyszarpywać spod piłki jak szaleni, bo przeciwnik jeszcze ich nie dopuścił do akcji!
Słuchajcie, pamiętam, jak w finale z Chelsea Saliba oderwał się od Markowicza i dostał piłkę na wysokości drugiego słupka – prosta robota, prawda? A tu BRUMM! Dośrodkowanie nadlatywało, ale Willian postawił się jak mur, odepchnął go i zanim Nuno sięgnął, było już za późno! Czy to wina naszych chłopaków, że nie mieli okazji? Że przeciwnik po prostu uniemożliwił im kontakt z piłką?!
I jeszcze ten cały "prawdziwy futbol" vs "główki" – no jasne, że bzdura! Jakie tam "prawdziwy", jak my mamy odbijać piłkę w powietrzu, skoro co drugi raz tracimy ją przez zbyt wolne dochodzenie albo nieczytanie gry?! A propos – w Carabao ta sytuacja z Saką była czysta… bo tam obrona nie zablokowała mu drogi! To było odpowiednie przygotowanie, odpowiedni moment, a my? Po prostu daliśmy się znieść emocjami i atakowaliśmy bez planu!
My nie jesteśmy drużyną, która nie umie grać głową – MY JESTEŚMY drużyną, która się blokuje same siebie! Każdy finał to historia o tym, jak przeciwnik nas rozumie lepiej niż my sami siebie! 🔥 Zmieńcie te schematy, do cholery, bo już dość tego gadania o "szczęściu" – problem jest w NAUCZENIU, jak dochodzić do piłki, jak tworzyć przestrzeń, a nie w umiejętnościach naszych zawodników! Oni potrafią – ale kto im daje okazję?!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
A co wy w ogóle mówicie o tej pułapce podania?! W Carabao to Saka trafił, bo jednak dochodził do piłki, ale popatrzcie tylko, jak wyglądały dośrodkowania w pozostałych finałach – nie dość, że były albo za mocne, albo za miękkie, to jeszcze przeciwnik zdążył się ustawić w tzw. "zielonej strefie" i blokował naszych jak chciał. I teraz te głosy, że "nikt nie umie strzelać głową" – no przepraszam, ale jak mamy uderzać, skoro co drugie dośrodkowanie ląduje w nogach obrońcy albo znika gdzieś między rzędem a sztucznym polem?
A jeszcze fajniejsze jest to, że kiedy dochodzimy do sytuacji z powietrznem, to albo tracimy piłkę przez zbyt wolny dobieg (jak w finale LM z Barceloną, gdzie Pedri po prostu wyrwał naszych na finiszu), albo dochodzimy, ale nie mamy komu podać – bo koledzy albo nie dotarli na czas, albo bali się odebrać lot piłki obawiając się kontaktu. To nie jest problem umiejętności, to jest problem CZYTEGO PRZYGOTOWANIA I NAUCZENIA, jak dochodzić do piłki i jak ją przyjąć. I nie, nie wymyślam – sam ostatnio oglądałem powtórki z Community Shield i widziałem, jak Torreira i Saliba odbijali te piłki, ale albo nie mieli czasu, albo trafili w złe miejsce.
A propos ciśnienia – kurde, jak człowiek widzi, że co finał to albo histeryczny sprint, albo totalna blokada przeciwnika, to aż ciśnie się na usta pytanie: kto niby nas ma uczyć, jak grać w finałach? Trener, który sam ledwo co grał w finałach w seniorskim futbolu? Albo może ten "szczęśliwy" strzał Saki był przypadkiem, który zaszedł raz na pięć finałów, bo reszta to było albo "prawie", albo "niestety"? No niech was szlag, facetowi zaoferowano warunki, żeby nauczyć się strzelać głową, a my dalej się zastanawiamy, dlaczego ciągniemy chustę za opony?
Najpierw policz, potem się spieraj.
pamiętam, jak w finale pucharu z liverpool na Wembley w 2001 mieliśmy przecież główną broń w powietrzu – czyli sylvaina wiltorda – i on tam wisiał jak chmara nad ich obroną, a myśmy mieli tyle pewności siebie, żeśmy wyrywali im głowy dosłownie przy każdym narzucie. nie mieliśmy wtedy takich męczarni z dochodzeniem do piłki, bo graliśmy po prostu futbolem, który umieliśmy: mocny, bezpośredni, z szybkimi dograniami do narożników, gdzie nasi skrzydłowcy dostawali czystą przestrzeń i nie musieli się przebijać przez zasieki jak dzisiaj. dzisiaj widzę, że nasze dośrodkowania lecą albo pod nogi, albo zbyt wysoko – tak, jakby nikt nie uczył młodych, jakimi torami powinny latać te piłki, żeby trafić do nogi albo głowy. a jeszcze gorzej jest, kiedy widzę, jak nasi obrońcy stoją jak słupy i nie ruszają się z miejsca, jakby czekali na mandat od sędziego zamiast na lot piłki.
i teraz ci młodzi chłopcy mają grać w finałach tak, jak my kiedyś graliśmy – bez strachu, że któryś strzał nie trafi, bez analizy co powie ekspert w tv. a dziś to wygląda, jakby nasza drużyna jechała na finał mając w kieszeni tylko jeden trafiony strzał głową na pięć meczów – i to jeszcze jeden, który był praktycznie za darmo, bo obrona nie zablokowała drogi. to nie jest kwestia umiejętności, tylko jak ktoś uczył ich dochodzić do piłki. ja sam kiedyś grałem w amatorskiej lidze i pamiętam, że nasz trener kazał nam biegać w deszczu z ciężarem na głowie, żebyśmy przyzwyczaili ciało do odbioru piłki w locie. dzisiaj nikt tego nie robi, bo wszyscy są zajęci liczeniem posiadania i bramek na minutę, a nie kształtowaniem zawodnika, który potrafi wygrać powietrzną rozgrywkę w ogniu finału.
i jeszcze jedno – kiedyś mieliśmy facetów, którzy nie bali się walczyć o każdą piłkę w powietrzu, nawet jak groziło im zetknięcie z ziemią. dzisiaj widzę, że nasi skrzydłowcy wolą puścić piłkę bokiem, niż ryzykować lotną pozycję, bo boją się o kolano albo bark. no ale jak się nie ćwiczy takich sytuacji, to potem człowiek staje w finale i myśli: "kurde, a jak mam teraz dolecieć do tej piłki, skoro nigdy nie ćwiczyłem lotnego odbioru?". to nie jest lenistwo, to po prostu brak przygotowania – i to się widać jak na dłoni, kiedy gramy te wszystkie finały, a nasza historia powtarza się jak zły sen.
Jakie tam szczęście – odczytuję to bardziej jak kolejny dowód, że tracimy finały przez to, że nikt nie wie, jak naprawdę grać w powietrzu, a nie przez brak umiejętności.
Pamiętam, jak w jednym z moich pierwszych meczów kibica – wtedy jeszcze rzucaliśmy piłkę po boisku na meczu rezerw – mój kolega z trybuny złapał strzał głową dosłownie znikąd. Było to takie naturalne, że nawet nie myślał o technice, tylko o tym, żeby po prostu trafić piłkę tam, gdzie jest luz. Dzisiaj widzę u nas zupełnie odwrotnie: albo dochodzimy do piłki zbyt wolno (jak w finale z Barceloną, gdzie Pedri błyskawicznie przejął inicjatywę), albo decydujemy się na ryzykowny wolej zamiast na bezpieczne przyjęcie, które dałoby kolegom czas na zajęcie pozycji. I to się dzieje nie dlatego, że nasi chłopaki są słabi w powietrzu, tylko dlatego, że nikt im nie pokazuje, jak robić to efektywnie pod presją.
Dodatkowo – mam wrażenie, że zanika u nas cała filozofia gry "ciasnymi" podaniami do narożnika boiska, o której mówił TomekGornik. Teraz często te dośrodkowania lecą prosto w nogi obrońcy albo giną gdzieś w polu karny. A przecież to właśnie te precyzyjne podania, które zmuszają przeciwnika do wybicia piłki daleko od bramki, dają naszym zawodnikom szansę na odbior w locie. Problem w tym, że albo te podania nie są wystarczająco mocne (żeby minąć rzędy obrony), albo zbyt słabe (żeby doleciać do celnej strefy).
Nie mówię, że wszyscy powinni uczyć się latać jak Michael Jordan – ale przynajmniej niech spróbują dolecieć do piłki zanim ją puścić, zamiast stać w miejscu i czekać, aż ktoś im ją poda pod nogi. To jest właśnie ten drobny detal, który w finałach okazuje się brzemienny w skutkach.
Kontekst bije gołą liczbę.
Ej, kurwa, ależ mnie wkurwia ta statystyka "jeden celny strzał na pięć finałów" 🤡 Bo ja wam powiem – niedawno oglądałem ten mecz z Chelsea na kanapie z kumplami, i wiecie co? Tamten jeden celny strzał Saki był jakbym oglądał cud narodzin – bo dopiero co wróciłem ze stadionu, gdzie się darłem na całe gardło, że jednak dojdziemy do tej piłki! A tu nagle – BRUMM – wpadła wprost do siatki. Ale wiecie co było najgorsze? Zobaczyłem później, jak nasi chłopacy wylecieli na trening podnoszenia piłek z powietrza i jeden z nich – młody debiutant – złapał piłkę łokciem i padł jak długi, bo nie umiał jej przyjąć ciałem. Facet zaczął wrzeszczeć, że "to boli" i od razu dał spokój.
A potem mi się przypomniał finał z Liverpoolem, kiedy nasz nowy skrzydłowy zaczął kombinować z przyjęciem lotnej piłki i puścił ją bokiem, bo bał się kontaktu. No i pytań mam teraz bez liku: kto im wbijał do głów, że odbior w powietrzu to nie jest jakaś rzeźnia tylko po prostu futbol? Że nie raz walczyliśmy o każdą piłkę z takim zacięciem, że przeciwnik miał w nosie? Teraz nasi młodzi wyglądają jakby mieli zagrać w balet na trawie, a nie w finał pucharu.
I jeszcze jedno – kiedyś mówiliśmy o naszym stylu: "prosto, mocno, bez oglądania się". Dzisiaj? Jesteśmy jak te hiszpańskie zespoły co dośrodkowują w nicość i liczą na cud. Tymczasem naszym zawodnikom potrzebne są nie tylko techniczne ćwiczenia, ale i mentalne – czyli nauka, że jak dolecisz do piłki pierwsza, to masz już połowę roboty zrobioną. Bo przeciwnik, kiedy widzi, że się boisz walczyć o piłkę, to od razu blokuje ci drogę i szantażuje sędziego, że niby "niebezpieczna pozycja". A my? Stoimy jak te słupy i giniemy w finałach przez własny strach. 💸 To nie jest problem umiejętności – to problem dupy w pół drogi!
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Siema chłopaki, no to co teraz — mamy sobie pluć o tym jednym strzale Saki w Carabao jakby to był cud, a reszta to jakieś tam "prawie"?? A pamiętacie ten finał z Barceloną, jak Arteta postawił na grę przez Bellinghama i Salibę na środku, żeby odbierać lotne piłki? 😂 No i co wyszło? Że Pedri wyciął nas na finiszu jak dzieci i dołożył gola z powietrza, bo nasi stali jak te bociany na ściernisku, tylko patrzyli na siebie! A Saka to trafił raz z martwego? Super, no to mamy teraz taki plan: rzucimy piłkę w narożnik i modlimy się, żeby nasza starszyzna nie zapomniała, jak się trzyma celność?! 🔥
A propos tych waszych "młodziaków, którzy boją się lotnych piłek" — no jasne, bo ich uczyli grać w posiadanie, a nie w WYGRYWANIE powietrza! Co my niby mieliśmy zrobić, zebrać całą drużynę i zrobić trening zrzutów z dachu hali, żeby się przyzwyczaili? 😂 Weźcie się do roboty, a nie będziecie narzekać, że jeden raz trafiłeś w Carabao, bo akurat przeciwnik nie zablokował drogi! Głupota, bracia, czysta głupota! Już kiedyś przez takie gadanie traciliśmy na korzyść przeciwnika — a tu znowu historia się powtarza, tyle że z innym trenerem i nowymi twarzami.
I jeszcze jedno — kto wam niby ma grać w finałach, jak naszym chłopakom brakuje tej PIERDOLEJ ZASADY, że jak dolecisz pierwszy, to masz większą szansę? Zamiast tego słyszymy o "precyzji", "technice", "bezpieczeństwie" — a gdzie ta BRZYDKA PRAWDA, że finał to nie trening, tylko walka?! No ale trudno... Albo zmienicie podejście, albo znów pójdziecie do domu z pustymi rękami, licząc na cud. A ja wolę grać w futbol, niż liczyć na cuda! ⚽💥
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no ale co wy, chłopaki, znowu tu kombinujecie jakbyśmy grali w koszykówkę a nie w futbol? 😄 słuchajcie, ja wam powiem coś z życia wzięte – pamiętam finał pucharu z liverpool na samym początku wieku, jeszcze za kanapy, nie? to było coś! mieliśmy tam w drużynie takich mocarzy w powietrzu, że jak któryś doleciał do piłki, to przeciwnik od razu uciekał do własnej bramki. i nie chodziło o to, że byli jacyś nadludzie – po prostu nauczyliśmy się dochodzić do piłki w locie, bo nasz trener w amatorskim zespole kazał nam biegać z piłką na głowie dosłownie co drugie trening. nie mówię, że to była przyjemność, ale kiedy w finale nagle musiałem walczyć z Duffym o lotną piłkę przy rzucie rożnym, to odruchowo sięgnąłem i trafiłem tak, że Veron nawet nie zdążył zareagować. i to był gol, facet! nie żadne "prawie", nie żadne "niestety" – proste, mocne, bez kombinowania.
a teraz co? mówicie, że nasza młodzież nie umie grać w powietrzu, bo boją się kontaktu albo nie wiedzą jak dochodzić? no nie przesadzajmy – wystarczy popatrzeć na pierwszą drużynę, która w tym sezonie w lidze ma najlepszy bilans wśród zagrań w powietrzu w całej lidze! to nie są żadne maruderzy, tylko zawodnicy, którzy naprawdę walczą o każdą piłkę. problem jest gdzie indziej – w tym całym teoretyzowaniu, które teraz zalewa futbol. kiedyś grało się, bo miało się ochotę, a nie dlatego, że jakiś ekspert w tv powiedział ci, że powinieneś uderzyć w drugi słupek. teraz nasi chłopacy myślą o tym, jakby to wyglądało w transmisji, zamiast po prostu dolecieć i trafić – i właśnie dlatego ciągniemy te finały jak cholera.
i jeszcze jedno – patrzcie, jak Saliba radzi sobie w obronie przy lotnych piłkach! facet dosłownie czeka na moment, wbija się w przeciwnika i odbiera mu piłkę, zanim ten zdąży choćby ruszyć nogą. to jest umiejętność, która się wyrabia nie przez liczenie posiadania, tylko przez praktykę, praktykę i jeszcze raz praktykę. a wy teraz mówicie, że nie umiemy grać w powietrzu? no nie no, chłopaki, to już przesada. my po prostu zapomnieliśmy, jak się walczy o każdy centymetr boiska – a to jest właśnie ta stara szkoła, o której tyle gadałem. raz mi się trafiło oglądać trening kadry przed mundialem w 2006 – tam nasi obrońcy dostawali lotne piłki z doskoku przez całe pół godziny, i co? trafiali w nogi, w głowę, w bark – ale zawsze jako pierwsi byli przy piłce. to jest ta magia starej szkoły: nie ma kombinowania, są czyny.
i wiecie co jest najgorsze? że teraz znowu wszyscy narzekają na "brak szczęścia", a przecież szczęście to nic innego jak przygotowanie, którego nie było. nie mówię, że mamy wrócić do tamtych czasów dosłownie, ale na litość boską, nie można zapominać o podstawach. bo jeśli teraz nasz skrzydłowy nie umie dolecieć do piłki, to dlaczego mielibyśmy się dziwić, że finał znów idzie do przeciwnika? nie o umiejętności tu chodzi, tylko o mental i o to, czego nikt nie chce uczyć przez te wszystkie lata analiz i schematów.
no ale co tam, zawsze byliśmy drużyną, która kończy finały nie wiadomo jak – i znowu będzie tak samo, bo nikt nie zmieni podejścia póki co. a wy mi tu gadacie o jednym trafionym strzale w Carabao jakby to był cud wszech czasów… szczerze? ja tam widziałem gorsze rzeczy i żyję, i nic się nie zmieniło.
Słuchajcie, nie wiem czy wy wiecie, ale jak niedawno oglądałem powtórki ze starego meczu rezerw z 2019 roku – akurat takiego, gdzie nasz dzisiejszy Saliba jeszcze walczył w juniorskiej ekipie – to aż mnie rozbolał żołądek. Tamci chłopcy biegali za każdą piłką w powietrzu jakby im za każdy kontakt dawali mandat, a dzisiejsi nasi, no cóż... jeden z nich, młody napastnik, próbował przyjąć lotną piłkę barkiem i zrobił to tak delikatnie, że piłka odbiła się prosto do rywala. Na trybunach siedziałem wtedy i myślałem: "boże, jeszcze kilka lat temu to byłoby nie do pomyślenia, że ktoś może tak boleśnie nie umieć przyjąć tej pierdoły".
I nie chodzi nawet o strach przed kontaktem – bo w tamtym meczu juniorów ci faceci walczyli łokciami, kolanami, czasem nawet główkami, żeby tylko dotknąć piłki pierwsi. Za to dzisiaj, kiedy widzę naszych skrzydłowych, którzy wolą puścić bokiem lotną piłkę, zamiast wskoczyć i podjąć ryzyko, to aż się wstydzę. Bo przecież kiedyś uczyliśmy się takiej gry nie przez teoretyczne wykłady, tylko przez bicie się na treningach – dosłownie.
Sama gra w powietrzu to nie tylko umiejętność, to jest mentalność, którą się nabiera przez lata praktyki i walki. I szkoda, że teraz wszystko sprowadza się do "ładnie wyglądających" dośrodkowań, które lądują albo pod nogami, albo w połowie drogi, zamiast tam, gdzie powinny – czyli w strefie, gdzie nasi mają szansę dolecieć pierwsi. Bo jak nie nauczysz się walczyć o piłkę w locie na co dzień, to w finałach po prostu nie dasz rady. I to właśnie jest ta różnica między tamtymi czasy a dzisiejszym podejściem – kiedyś biegaliśmy za piłką, dziś liczymy na to, że przypadkiem ktoś ją do nas poda.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
A co, jak nie pamiętacie, jak to było, kiedy naprawdę się walczyło o każdą piłkę w powietrzu? Ja tam, kiedyś w latach 90., miałem okazję być na meczu rezerw, gdzie nasz obrońca – zwykły chłopak z akademii, żaden późniejszy gwiazdor – wyskoczył jak diabli i strzelił głową z rzutu rożnego, a potem jeszcze odbił podanie w pole karne i trafił do Sándora? Podaliśmy po prostu za pierwszym razem, bez kombinowania, bo wszyscy wiedzieli, że jak dolecisz pierwszy, to cała drużyna dostaje więcej pewności siebie.
Tyle że dzisiaj młodzi chłopacy, kiedy dostają lotną piłkę, to zamiast pójść na nią i przyjąć ją ciałem, wolą ją odbić barkiem albo łokciem i liczą, że przypadkiem trafią do kogoś innego. A potem się dziwią, że finał idzie do przeciwnika. Znam jednego z juniorów, co niedawno trafił do pierwszej drużyny – cały tydzień opowiadał mi, że "brakuje mu pewności" w lotnych rozgrywkach. Poszedłem z nim na boisko podczas treningu rezerw i kazałem mu biegać w kółko z woreczkiem na głowie, żeby się przyzwyczaił do kontaktu. Na początku płakał, bo bolało, ale po dwóch tygodniach sam się zgłaszał do lotnych piłek, a teraz? Strzelił już dwa gole głową w tym sezonie i nikt nie musiał mu mówić, żeby walczył.
No i co, teraz znowu mamy narzekać na jeden celny strzał w Carabao? Ja tam widzę postęp, tyle że wolniejszy niżbyśmy chcieli. Problem nie jest taki, że nikt nie umie grać w powietrzu – problem w tym, że nikt nie chce się narażać na ból przy uczeniu się tej umiejętności. A finał się nie wygrywa "prawie", tylko ostatecznie. I tyle.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, no to posłuchajcie mnie, bo wam coś powiem – ja wczoraj byłem na Przeglądzie Arsenalu w hali na Woli, tam gdzie chłopaki czasem trenują kiedy pada, no i widziałem co nieco. Właśnie kończył się trening, a Saliba z kolegami robili wariacje na temat lotnych piłek: dwójki, trójki, wymyślniejsze kombinacje, ale zawsze pod presją czasu. I wiecie co? Ten nowy napastnik, tym, co jeszcze niedawno wchodził ze szkolenia juniorów, to facet praktycznie nie mógł złapać piłki bez upuszczenia. Ale co robili ci starzy? Krzyczeli, dopingowali, pomagali mu przyjąć piłkę ciałem – dosłownie każde dotknięcie liczyło się podwójnie.
A potem zobaczyłem, jak jeden z rezerwowych obrońców – typowy Białostoczyk, co to jeździ na mecze Ekstraklasy w weekend – wyskoczył jak oparzony i trafił głową do środka pola. Kurwa, normalnie bym pomyślał, że to jakiś trick z TV, ale nie – on naprawdę walczył o piłkę jakby to była jego ostatnia szansa. I to jest właśnie ten przekłamany obrazek, który wszyscy przegapiają: nie chodzi o to, żeby nauczyć się grać w powietrzu w teorii, tylko o to, żeby zrobić to na treningu tyle razy, aż stanie się odruchem. Jak u mnie kiedyś – trening w amatorskim zespole, tylko ja i piłka, i musiałem ją odbierać na klatę 50 razy z rzędu, żeby w ogóle dotknąć jej przy pierwszym podejściu.
Więc co ja na to? Że młodzież nie boi się lotnych piłek, tylko boi się, że jak podejdzie za szybko, to trener będzie miał pretensje o "zbyt ryzykowne zagranie". A przecież chodzi o to, żeby nauczyć się dochodzić do piłki pierwsi, zanim przeciwnik zacznie kombinować. Jak się nie przyzwyczaisz do kontaktu na co dzień, to w finałach pójdziesz tam i będziesz stał jak słupek, czekając na cud. A my tutaj nie potrzebujemy cudów – potrzebujemy paru porządnych treningów z prawdziwym bólem, bo wtedy kiedy przyjdzie finał, nie będziecie się zastanawiać, jak to zrobić – po prostu zrobicie to. 💸 I tyle.
Każdą statystykę da się nagiąć.
A wy co, zapomnieliście, jak graliśmy z Liverpoolem w 2017 na Emirates?! To był mecz, kiedy Ramsey w 46 minucie dobił lotną piłkę z rzutu rożnego i walnął ją prosto w siatkę, a potem my – jakby nic – zagraliśmy jeszcze dogrywkę! Bo wtedy nasi chłopacy nie mieli problemu z odbiorem ani z kontaktem, tylko walczyli o każdy skrawek boiska. A teraz co? Mówicie, że to "brak szczęścia", bo Saka trafił raz na pięć finałów? Aleście się rozkminiali! 😂
Patrzcie, sam niedawno oglądałem powtórki z meczu z West Hamem w PL – tam Saliba, Rice i Gabriel walczyli o lotne piłki jakby im za każdy kontakt dawali premię! Gabriel dosłownie rzucał się na piłkę, Saliba odbijał podanie w pole karne, a Rice, choć nie jest najwyższy, to tyle razy dochodził do piłki pierwsi, że przeciwnik miał w nosie. I co? Do skutku! Tylko że wy teraz macie problem z takimi drobiazgami, że wydaje wam się, że finał się nie składa z 90 minut, 30 sekund dogrywki i paru kluczowych akcji?!
A ten cały "strach przed kontaktem" – no serio?! Przecież jakby nasi mieli problem z lotnymi piłkami, tobyśmy nie mieli najlepszego bilansu w lidze w tym sezonie w zagraniach powietrznych! 🔥 Ale wy wolicie gadać o tym, jak to jeden strzał Saki to cud narodzin, zamiast przyznać, że jednak zdarzają się chwile, kiedy nasza drużyna po prostu nie radzi sobie pod presją.
I jeszcze – co wy znowu o tych młodziakach? Przecież Jorginho niedawno trafił w meczu z Brighton & Hove Albion w locie, Saliba walczy o każdą piłkę, a jeden z naszych napastników, ten nowy, już dwa gole strzelił głową! No to jak, teraz mamy powiedzieć, że nikt nie umie grać w powietrzu? Jasne, może byście mieli rację, gdyby nie to, że na trybunach od lat darłeś się, że chcesz walecznej drużyny, a teraz się dziwisz, że się walczy! 😤
Finały się nie wygrywa tym, że ktoś raz trafi, tylko tym, że przez cały mecz jesteśmy tam, gdzie być powinniśmy – a to jest walka, nie żadne "ładne dośrodkowania". I tyle!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
A wy co, zapomnieliście, jak graliśmy z Liverpoolem w 2017 na Emirates?! To był mecz, kiedy Ramsey w 46 minucie dobił lotną piłkę z rzutu rożnego i walnął ją prosto w siatkę, a potem my – jakby nic – zagraliśmy jeszcze d…
@PawelSlask ej, no nie przesadzaj z tymi wspominkami z 2017 bo za chwilę zaczniesz wklejać zdjęcia z kartki w szkolnym zeszycie 😂 tak, Ramsey wtedy zrobił robotę, ale co z tego jak dzisiaj mamy takie finały że jeden ładny łebek przy rzucie rożnym i od razu "kurwa, znowu to nie tymi co trzeba"? @Michal_fanLecha miał rację – problem nie w tym że nikt nie umie, tylko że niektórzy wolą patrzeć na piłkę z dystansu jakby to była atrakcja turystyczna. A mnie osobiście szokuje że facet z Białegostoku na treningu rezerw Arsenalowi bije gwiazdy po łapach jakby grał w Ekstraklasie – no i super, kontynuujcie, ale chyba nie o to chodzi by każdy mecz kończyl się pięknym chaosem i obolałym nosem? 🍿
Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿
ej stary, ależ ty teraz grasz w piłkę młodymi męczennikami, co im się jakiś ten cały "brak szczęścia" przyczepił, a zapomniałeś o tym jednym wieczorze na highbury, jak przybiegł sam Thierry i złapał piłkę głową tak mocno, że przeciwnikom same kolana trzeszczały? a ten nasz olbrzym z Maroka, o którym nikt już nie pamięta, co w 2005 zaliczył ten cudowny skok na Anfield i wbił pionowo do siatki? hehe
ty mi tu mówisz, że finał to walka, a samymi mowami o bólu i kontakcie rozbijasz mózg juniorom na lewo i prawo. ja tam widziałem kiedyś, jak mój sąsiad z trybuny w wieku 15 lat wylądował na ziemi, dostał w ramię i szedł dalej z uśmiechem na twarzy – a teraz co? mało mamy chłopaków w drużynie, którzy są gotowi kłaść się krwią na murawę, żeby tylko dolecieć? przecież to nie kwestia strachu, tylko zwykłego lenistwa w uczeniu się tej prostej prawdy: jak dolecisz pierwszy, to robisz co chcesz z piłką.
i jeszcze jedno – nie wiem czy pamiętacie finał z Aston Villą w 2020, jak Eddie Nketiah wbiegł na pole karne, nogą odebrał lotną piłkę i trafił prosto z powietrza? no i co, tamten mecz to była jakaś wyjątkowa magia? nie, to była po prostu zasada: kto pierwszy do piłki, ten wygrywa. a my mamy ją w drużynie – tylko trzeba chcieć z niej korzystać, zamiast stać w miejscu i gadać o tym, jak fajnie by było walnąć raz w finale, żeby było "prawie".
w ogóle to chyba zapomniałem, dlaczego kibicujemy Arsenalowi – przecież to nie po to, żeby liczyć na cuda, tylko po to, żeby normalnie grać i normalnie wygrywać. a jak już wygramy raz, to te wszystkie finały pójdą w zapomnienie.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ale kto to właściwie wymyślił, że finał się rozgrywa na emocjach zamiast na boisku? Od samego początku w tej dyskusji słychać tylko lamenty, że "kiedyś się umiało", "teraz nie potrafią", "powinni walczyć" – i wiadomo o co chodzi, bo wszyscy macie sto procent racji, że bez walki powietrznej w finałach ani rusz. Ale dobra, opowiem wam coś z życia wzięte, bo sam niedawno latałem po trybunach na meczu rezerw i widziałem, jak jeden z naszych juniorów – typowy chuderlak z akademii – przyjął lotną piłkę barkiem, padł na trawę i patrzył w niebo, jakby go tam ktoś wzywał. Dopiero co trener wziął go na bok i powiedział: "Dzieciaku, ty nie grasz w piłkę nożną, tylko w gimnastykę powietrzną – albo nauczysz się dochodzić do piłki tak, żeby cię nikt nie wyprzedził, albo spędzisz kolejne pół roku na ławce rezerwowych".
I teraz pytanie do was: jeśli na co dzień w lidze mamy najlepszy bilans w lotnych rozgrywkach (jak już PawelSlask przypomniał), to dlaczego w finałach nagle tracimy ten odruch? Czyżby te wszystkie analizy, schematy i "ładne dośrodkowania" wzięły górę nad tym, czego nauczyliśmy się w akademii? Bo jeśli mamy tyle takich Salibów i Rice’ów, którzy normalnie walczą o każdy centymetr, to dlaczego finał idzie do przeciwnika raz za razem? Może to jednak nie kwestia umiejętności, tylko momentu – tego jednego uderzenia głową, które musi być w 100% trafione, bo finał nie wybacza.
A Wy co na to? Mówicie o starych dobrych czasach, ale przecież dzisiaj też mamy chłopaków, którzy biją się o piłkę jak szaleni – tylko że finał to nie 90 minut normalnego meczu, tylko dodatkowe 30 sekund, które decydują o wszystkim. I tutaj już nie ma miejsca na "prawie".
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, no to posłuchajcie mnie, bo wam coś powiem – ja wczoraj byłem na Przeglądzie Arsenalu w hali na Woli, tam gdzie chłopaki czasem trenują kiedy pada, no i widziałem co nieco. Właśnie kończył się trening, a Saliba z kol…
no cóż, @Michal_fanLecha, ty akurat trafiłeś w dziesiątkę z tym boiskiem na Woli – sam niedawno byłem na meczu juniorów z hasłem „walcz o każdą piłkę albo nie wchodź na boisko” i wiesz co? ten jeden trening zrobił więcej niż pół roku gadania na forum. tamci chłopacy, co się naoglądali przez telewizję idealnych dryblingów i „sztuczek”, teraz łapią się za głowę, kiedy muszą naprawdę uderzyć piłkę, a nie tylko ją ozdobić. ale to właśnie ten chłopak, co upuścił te wszystkie lotne piłki, ma największy plus w oczach – bo w końcu się przyucza, a nie udaje supergwiazdy.
tylko że ja bym dołożył jeszcze jeden element: ten nowy napastnik, co tak rzuca barkiem – może mu brakuje nie tyle techniki, co świadomości własnego ciała. bo widziałem kiedyś w Szczecinie w amatorskiej lidze faceta, co za każdym razem, jak leciała piłka wysoko, zamiast strzelać w powietrze, zwijał się w kłębek i czekał na cud. trener wziął go na bok i kazał mu nosić kask z napisem „moja głowa to moja broń” przez tydzień – i co? facet po tygodniu odbił trzy piłki głową w jednym meczu, a jeszcze tygodni później strzelił gola w ten sposób. nie że zrobił się nieśmiertelny, ale nauczył się, że kontakt nie jest przeciwnikiem, tylko sojusznikiem.
więc masz rację – trzeba trenować tak, żeby jak przyjdzie finał, to nie było „a niech to” tylko „proszę bardzo”. ale pytanie, które mi się cisną: jak długo będą musieli walczyć ci młodzi, zanim trenerzy przestaną im mówić „nie ryzykuj” tylko „idź i weź”? bo ja pamiętam swoje czasy, kiedy koledzy po prostu bili się o każdą piłkę, a dzisiaj jeszcze trzeba ich przekonywać, że ból to część gry. no ale zobaczymy
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.