Czy Bayern to już tylko biznes, a miłość kibica staje się kolejną usługą do opłacenia?
No dobra, ale serio – skąd wyście w ogóle wzięli te bajeczki o „rodzinnym klimacie” w Allianz Arenie? 200 euro za VIP-a, żeby sobie maluchy popłakały się na Maręcie pijąc ciepłego piwa po 8 zł? Pamiętam, kiedy bilet na dolny sektor kosztował tyle co dzienny bilet na tramwaj z Częstochowy do Łodzi – teraz to dopiero „wszystko za sport”… 🤡 A jakby do tego dodać, że jeszcze muszę się modlić o bilecik 6 tygodni przed meczem, bo inaczej już tylko placek z biedronki. Jasne, kolego, Bayern to teraz jakiś luksusowy sklep z gadżetami, gdzie miłość do klubu ładnie opakowali w folię i podbijają cenę za sam fakt, że się da. To miłość czy abonament premium, nie wiem? Może gdyby zrobić prawdziwy rodzinny mecz, gdzie bilet dla dziecka byłby za 10 euro zamiast za połowę kieszeni, to bym uwierzył, że jeszcze coś oprócz cyfr liczy się dla tych z reklamy… 💸😂
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
A niech to, Korona, ale wczoraj akurat szperałem po archiwaliach z seansu z dzieciakami z 2015 – pamiętasz ten fajerwerk po meczu, kiedy Müllera przyszedł ucałować piąte dziecko, bo znowu strzelił? Na trybunie rodzinnej bilet kosztował wtedy 25 euro. Teraz co, zapomnieliśmy, że to była cena pilota? Bo 200 za VIP-a z maluchem to albo jakaś zrzutka na nowy mural w centrum handlowym obok stadionu, albo po prostu wciskanie ludziom „bo można”, a nie dlatego że naprawdę taka wartość jest.
Sam miałem na MyClubie zablokowany dostęp do kolejki przez tydzień, bo system padł – nie dlatego że biletów nie było, tylko ktoś w Bawarii pomyślał, że teraz to mamy podpisać umowę na abonament zanim wejdziemy na mecz ligowy. I to jest ten biznesowy doping, który ciągnie cenę w górę: sztuczna rzadkość + opłaty „za wygodę”, jakby kibicowie mieli zapominać, że Allianz Arena to ich drugi dom.
No i jeszcze ten smakowity fakt: w Ekstraklasie za podobne sektory rodzinne jeszcze niedawno płaciło się mniej niż pół bochenka chleba w Monachium. A u nas? Bilet dla dorosłego na te „premium family” to ponad połowa przeciętnej pensji brutto w samej Bawarii. Aż się człowiek zastanawia, ilu Niemców mogłoby sobie na to pozwolić, gdyby naprawdę myśleli o „rodzinie” zamiast o „targetowaniu”.
Ale wiesz co? Ja dalej kupię bilet w normalnej sprzedaży, bo wiem, że nie stadion robi z ciebie kibica, tylko to, co masz w sercu – a tamta dwójka za 200 euro? To dopiero przykład na to, że rynek nauczył się sprzedawać emocje w pudełkach z barwami Bayernu.
Hype to nie argument.
a w ogóle to co, ci co tam siedzą na VIP-ie za 200 stów mają to samo uczucie co my na trybunie?! 😤 chodzi o tą samą masakrę Mardyca albo wbijający sztyletem gola Lewandowskiego, nie o to jakie fochy w barku zrobili dzieciakom podając im tani sok zamiast piwa! 😂 no chyba nie serio myślą, że oni się tam bawią bardziej niż my na naszych 30-eurowej trybunie?! 🔥
pamiętam jak mój stary brał mnie na mecz, bilet kosztował wtedy tyle co dobra kawa w Monachium, a teraz? złodzieje 🤬 ale co poradzić – to nasz klub, ten sam, który dawał nam łzy i szczęście przez dekady, a nie teraz za te bajzelary! no chyba nie dadzą rady zepsuć mi tego uczucia, choćby mieli sprzedawać bilety z napisem „emocje premium”! 💪
i co z tego, że zamiast 25 euro teraz 200? serio, przez te 8 lat co oni zrobili z naszym marzeniem? rozdmuchali cenę jak balonik i teraz liczą, że niby my tu płaczemy za rodzinnością, a oni nam liczą „dodatkowe pakiety”! 😱 w Bawarii to już nie mecze, tylko jakiś kurort dla bogaczy, gdzie kibic to klient, a serce to usługa!
no ale wiadomo o co chodzi – my i tak wrócimy, bo na tym polega magia Bayernu, że nawet jak cię okradną z kieszeni, to i tak cię to wciągnie! 🔴💪 i niech sobie kombinują, ile chcą, my mamy swoje metody na szczęście bez VIP-u!
Akurat trafiłem na wasze gadanie w pracy, kiedy czekałem na zmywaczkę do Excela, i muszę przyznać – zawsze mnie bawi, jak się tak mocno grzebiecie w tym, co niby powinno być świętością. No ale skoro już zaczynacie, to muszę wsadzić swoje trzy grosze, bo mój stary miał w zwyczaju wozić mnie na mecze Bayernu, kiedy bilet kosztował tyle co dobry obiad w knajpie pod stadionem – i co? Niezależnie od tego, czy byłem na trybunie, czy w tych nowych „premium” pakietach (których oczywiście nigdy nie kupił, bo po co płacić za to, na co i tak masz prawo z automatu), ten mecz to zawsze było coś wyjątkowego.
Pamiętam jak dziś ten dzień w 2015, kiedy Müller pognał po ziemi, objął piąte dziecko na trybunie rodzinnej, a bilet kosztował wtedy tyle co dzisiejsza kawa w Monachium – i co? Czy to była mniej wartościowa przejażdżka w porównaniu do tej dzisiejszej? Można by pomyśleć, że dzisiejsi VIP-y na 200 euro kupują sobie coś więcej niż tylko bilet, ale właśnie – czy naprawdę ten milioner za Mardyca albo Lewandowskiego przeżywa to lepiej od nas? Przecież emocja jest taka sama, bo miłość do klubu nie zmienia się przez to, ile masz w portfelu.
No i jeszcze ten argument Lecha z tym archiwaliami – niby niby, ale co z tego, że bilety kiedyś były tanie, skoro teraz naprawdę nikt nie ma problemu z tym, by zapłacić? Widziałem wczoraj zdjęcia z tej nowej trybuny „rodzinnej”, gdzie te maluchy biegały po trawie, a nie siedziały przyklejone do krzesełek jak wariaci w Metro Cash & Carry. Nie twierdzę, że cena jest słuszna, ale nie ma co udawać, że ten luksus nie ma dla nikogo znaczenia – bo niby dlaczego mielibyśmy narzekać na to, że ktoś tam w górze wymyślił coś, co chociaż trochę uczyni ten spektakl bardziej komfortowym? A nuż komfort dla dzieci to jednak jakaś wartość?
Ale okej, nie oszukujmy się – główny problem leży gdzie indziej. Bo jeśli system sprzedaży biletów padł, bo ktoś uznał, że najpierw musicie podpisać abonament na szesnaście spotkań, zanim wejdziecie na jeden mecz, to już nie jest dyskusja o cenie, tylko o uczciwości. I tutaj faktycznie dochodzimy do sedna: czy Bayern stał się firmą, której kibic to klient, a stadion to produkt? Owszem, ale wiadomo, że nawet w sklepie z butami można znaleźć coś, co cię urządzi – i tyle. Myślicie, że ilu z tych VIP-owców na 200 euro jutro rano wejdzie do tej samej knajpy co my? Moim zdaniem, tak samo chce się im odczuć ten sam dreszcz, co mnie, kiedy Maradona wbija trzeciego gola do siatki – tyle że oni płacą za opakowanie, a my za samą treść. I to opakowanie nie zrobi z nich lepszych kibiców, bo serce się nie kupuje.
Najpierw policz, potem się spieraj.
widzicie, jak ja to załapałem z tą ceną biletów, to bym nawet wam nie opowiadał, bo mnie zaraz wywalą z klubu za roszady na forach, ale co tam – trzeba powiedzieć, jak jest.
gdzieś w 2007 czy może w 2008 jechałem do Monachium, bo miałem akurat kurs z ładunkiem do Ratyzbony, a że nie chciałem tracić czasu, to zostawiłem starego merca pod samym stadionem, pod zaporą, i poszedłem sobie na ten mecz z TSV 1860. bilet dostałem od faceta z myjni w Łodzi, który miał kolegę w Bawarii, za pół ceny – normalka, bo on zawsze tak sprzedawał, żeby sobie bilety odebrać. i co? zapłaciłem może 15 euro, bo to był zwykły górny sektor, ten, gdzie dziś ledwo się człowiek wciska między piersiami i schodami. a do tego jeszcze piwo po 3 euro, hot dog za euro dwa, i czekolada dla starego, który akurat był na emeryturze i poszedł ze mną. no i te emocje, ten huk, ta radość, kiedy Bayern strzelił dwa gole w drugiej połowie – pamiętam jak dzisiaj, bo mój stary aż podskoczył, a ja myślałem, że teraz mu serce wysadzi, bo ten stary miał tyle lat co dzisiaj ja.
a teraz? teraz ci co mówią o rodzinnych seansach i VIP-ie – no dobra, ale pamiętacie, kiedy to była prawdziwa rodzina? kiedy na trybunie siedziało się z dziadkiem, który opowiadał, jak grał kiedyś na rezerwach, z ojcem, który od czasu do czasu dał ci klapsa w tył głowy, jakbyś zanadto się ekscytował, i z dzieciakami, które biegały między nogami dorosłych, a nie były pakowane w jakieś tam „pakiety premium” jak kurze w folię?
ja wam powiem: tamten klimat był, bo nikt nie liczył, ile kosztuje bilet, ile piwo, albo czy zamiast piwa można dostać jakiś sok w kartoniku – bo dookoła było piwo, wino, kiełbasa, śpiewy, i wszyscy byli równi, bez względu na to, czy mieli dziesięć lat czy osiemdziesiąt. dziś ci co płacą 200 euro za bilet, myślą, że oni kupili sobie coś więcej niż tylko miejsce na trybunie – no ale co? te same emocje, ten sam szczęśliwy krzyk, kiedy maraton idzie do bramki – tylko dźwięk idzie trochę inaczej, bo oni siedzą na miękkich krzesłach, a nie na plastikowych ławkach, które trzeszczą pod tyłkiem przy każdym podskoku.
i jeszcze to gadanie o systemie sprzedaży – pamiętacie, jak kiedyś bilet dostawało się od kumpla albo na miejscu, a nie że musisz tygodniami klikać w internecie, modląc się, żeby nie padł serwer? dziś to już nie sport, to biznes, i tyle. ale co poradzić – Bayern to nadal nasz klub, i nawet jak cię okradną z kieszeni, to i tak cię to wciągnie, bo ten płomień, co palił waszych dziadków, ten sam pali nas.
tylko czasem, kiedy patrzę na te ceny, to myślę sobie: za moich czasów bilet kosztował tyle co dzisiejsza kawa z ekspresu, a dzisiaj muszę się modlić o bilecik jak o cud. no ale cóż – magia Bayernu działa jednak, bo ja nawet jak zapłacę te 200 euro, to i tak wrócę, choćby po to, żeby zobaczyć, jak te dzieciaki za 25 euro kiedyś będą opowiadać swoim wnukom, że kiedyś bilet na mecz kosztował tyle co bilet do kina.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No do cholery, ależ wy zapomnieliście, jak to kiedyś było z tymi biletami, że ledwo co nie chodziłeś z kieszeni do kieszeni w Monachium, bo bilet kosztował tyle co paczka fajek dla dziadka? Ale wiecie co mnie najbardziej ubodło w tym całym „rodzinnym VIP-ie”? Przecież te 200 euro to nie tyle bilet na mecz, co raczej abonament na to, żeby cię oszczędzono od płaczu własnego dziecka, które nudzi się w tym barze z ciepłą wodą zamiast szaleć z resztą tłumu! 😂 Pamiętam swojego chłopaka, kiedy poszedł tam na ten pakiet rodzinny – wrócił z dwoma kubkami „soku jabłkowego” (który śmierdział tanim środkiem do mycia naczyń) i twierdził, że to „premium doświadczenie”. Ja mu na to: synu, przecież my na trybunie pijemy piwo za 4 euro, które smakuje lepiej niż twoje „dziecięce menu” po 15 euro! 🍺💸
I teraz ci VIP-owcy będą opowiadać, jakie to wspaniałe, że ich pociechy mogą zrobić sobie selfie z maskotką Bayernu, podczas gdy my na trybunie śpiewamy „Mia san mia” tak głośno, że słychać to nawet w Monachium! Przecież to nie o to chodzi w byciu kibicem – o to, żeby czuć, że jesteś częścią czegoś większego, a nie żebyś musiał liczyć każdą złotówkę za to, że twoje dziecko dostało plastikowy kubek z nadrukiem klubu!
A co do tych bajzelów z systemem sprzedaży – mój brat kilka razy trafił na padnięcie serwera MyClubu, akurat kiedy mu się wydawało, że wreszcie załapał bilet. I wiecie co? Zawsze kończyło się tak, że kumpel z pracy miał kumpla, który miał kumpla… a my, zwykli śmiertelnicy, mieliśmy modlić się do Boga od Emocji albo stać w kolejce od 4 rano. Teraz niby mamy „swoją kolejkę”, ale co z tego, skoro cena biletu to połowa mojego czynszu? 🏠💔
I jeszcze jedno – ci co piją te 8-złotowe „piwa” w VIP-ie, niech sobie nie myślą, że przeżywają coś więcej niż my na 30-eurowej trybunie. Bo ja wam powiem: kiedy Lewandowski wbije gola, a 80 tysięcy ludzi podskoczy razem, to ten dźwięk wbija się w duszę głębiej niż jakikolwiek „premium pakiet” w waszym cudownym barze z plastikowymi kubkami! 🔥💪
Niech sobie Bayern kombinuje, ile chce – my i tak wrócimy, bo magia tego klubu to nie papierowe pieniądze, tylko to uczucie, które zostaje na całe życie. A bilet za 200 euro? To nie emocje, tylko kolejna pozycja w księdze rachunkowej klubu, którą nam z dumą prezentują. 🤡
To loteria, nie piłka.
Ej, ludzie, aleście się rozpisali jak na sejmiku gminnym, co nie?! 😂🔥 Aż mnie skręca ze śmiechu, jak słucham tych jęków o „straconej miłości” przez 200 euro… Wiecie co, ja na ten mecz z dzieciakiem jeździłem w 2020, bilet normalny, nie VIP, a zapłaciłem 40 euro na MyClubie — i co? Maluch się wykosztował na dwa piwka (bo niby co, nie wolno?!) i zafundował sobie hot doga, a ja na trybunie razem z resztą śpiewałem „Mia san mia”, aż mi łzy leciały, bo Gnabry trafił w drugie okienko! I tyle emocji za te same 40 „złych” euro, co Wam się nie chce wydać na bilet normalny, bo uważacie, że VIP to jedyny sposób, żeby się „wczuć”?! 🤪 Przecież to te same uczucia, tylko Wam się marzy, że jakbyście siedzieli w miękkim fotelu z komfortem, to nagle będziecie lepiej kibicować — a to że się nie złapie wilka na krześle, co trzeszczy i śmierdzi starym alkoholem, to już bonus! 💪
I jeszcze ten argument o „rodzinnym klimacie” — no dobra, ale pamiętacie te czasy, jakby ktoś wsadził Wam w dziób gumową pierdołę „soku jabłkowego” zamiast piwa, bo „dziecko nie powinno pić alkoholu”, i jeszcze kazał zapłacić 15 euro za ten syf?! Ja to wolę, jak moja córka napi się piwa po 4 zł, które smakuje jak naprawdę, i wrzeszczy razem z nami na trybunie, niż jakby miała siedzieć w tej „premium rodzinie” z plastikowym kubkiem i marzyć o tym, żeby ją wreszcie puścić biegać po trawie! Bo na trybunie jest właśnie to — rodzinność, luz, śpiewy, sąsiedzi, których zna się od lat, nie jakiś tam „pakiet premium”, gdzie musisz się strofić w garnitur, żeby czegokolwiek spróbować! 😤
A co do tych bajerów z cenami — no jasne, że kiedyś bilet kosztował tyle co kawa, ale wiecie co? Tamtych czasów nie ma już z powrotem, bo świat się zmienił, a Bayern, choćby nie wiem co, nadal daje nam emocje, których nie kupisz za żadne pieniądze! I niech sobie kombinują z tymi cenami, bo i tak Wszyscy wrócimy — nie dlatego, że jesteśmy bogaci, ale dlatego, że to NASZ KLUB, i nic nas nie powstrzyma! 🔴💪🔥
Na trybunach od dzieciaka.
no cóż, Jagiellonio, ale ty tu walić jęzorem o tym plastikowym kubku i „premium doświadczeniu”, jakbyśmy na trybunie pili samą wódę ze smakiem środka do czyszczenia, a nie że każdy normalny kibic wie, że za 40 zielonych dajesz sobie radę na cały mecz z rodziną i jeszcze na hot doga starcza! 😄 a pamiętasz, jak to było na meczu z Unionem Berlin w zeszłym sezonie, kiedy to moja córka, która ma dopiero dziewięć lat, wbiegła na murawę, bo stróż niby nie widział, i zrobiła sobie zdjęcie z saniami na ręce jakiegoś zawodnika, który akurat szedł w naszym kierunku? bilet mieliśmy zwykły, te 45 euro, i co? emocje były takie same, albo nawet bardziej, bo atmosfera na trybunie to nie to samo co te ich klimatyzowane boksy, gdzie się siedzi jak w banku i patrzy się na trawę przez szybę!
i ten twój argument o 200 euro niby na abonament na to, że cię oszczędzą od płaczu własnego dziecka — no świetnie, tylko że za te dwie stówy można by zorganizować całą wycieczkę dla pięciorga kibiców do Monachium, bilety, nocleg, jedzenie, i jeszcze zostałoby na pamiątki! a te dzieciaki w „premium family”, które dostają kubek z nadrukiem, niech sobie liczą, ile razy będą miały okazję tak naprawdę poczuć, jak to jest być częścią tej wielkiej, szalejącej masy na trybunie, a nie siedzieć w tym swoim barze z takim „sokiem”, co śmierdzi taniością! bo ja im powiem, że nasze maluchy, które biegają między nogami dorosłych, wracają z meczu z takimi opowieściami, że ich rówieśnicy w VIP-ie nawet nie mają pojęcia, co to znaczy naprawdę kibicować!
a co do tej twojej kolejki do MyClubu, że niby padł serwer i nic nie mogliście załatwić — no cóż, ja akurat kilka razy klikałem w internecie i miałem szczęście, że akurat trafiałem na moment, kiedy serwery nie padły, i bilet był mój. i wiesz co? każdy, kto naprawdę chce, znajdzie sposób, bo to nie jest tak, że Bayern celowo robi z nas idiotów — po prostu świat idzie do przodu, a my, jako kibice, musimy umieć się dostosować. ale nie oznacza to, że tracimy to, co naprawdę ważne: emocje, radość, poczucie przynależności.
i jeszcze jedno — ty mówisz, że ci co płacą 200 euro nie przeżywają nic więcej niż my na trybunie, tylko że ja widziałem na własne oczy, jak faceci w garniturach podskakiwali jak na elektrowstrząsach, kiedy Gnabry trafił gola — i wiem, że to były te same emocje co moje, tylko ubrane w inne ubrania! bo przecież serce kibica nie zna ceny biletu, ani nie liczy pieniędzy — zna tylko miłość do klubu i to uczucie, które zostaje na całe życie.
więc niech sobie Bayern kombinuje z tymi cenami, bo i tak my wszyscy wrócimy — nie dlatego, że jesteśmy bogaci, ale dlatego, że to nasz klub, nasze marzenie, nasza magia, którą nic nie zastąpi! i niech ci co płacą te 200 euro mają swoje fochy i swoje plastikowe kubki — my mamy swoje piwo, swoje śpiewy i tę prawdziwą rodzinność, która bije wszystko na głowę! 🔴💪
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Też miałem kiedyś bilet za 15 euro, tyle że nie na TSV 1860, tylko na ten cholerny listopadowy wieczór z HSV w 2010 – akurat wracałem z Euskirchen, gdzie załatwiałem transport, i złapałem na chybił trafił od faceta co handlował biletami przy stacji. Siedziałem na trybunie północnej, pod tym baldachimem, który teraz już pewnie zdemontowali, bo „modernizacja” jak zwykle. Tam dopiero czuło się smród starej farby, piwa i papierosów, a kiedy Robben strzelił tym swoim lewym — kurwa, to dopiero było coś! Niech im się wydaje, że 200 euro to „doświadczenie premium”, ale żaden VIPowiec nigdy nie poczuje w ustach tego dymu z papierosów i piwa co my tamtego wieczoru, ani nie dostanie takiej wrażliwości na betonową ławkę, która po trzech godzinach cię wykańcza.
A te ich „rodzinne pakiety”? Widziałem w zeszłym sezonie w telebinie jakieś dzieciaki w garniturach, które nawet nie miały pojęcia, co to jest hałas na stadionie — siedziały cicho jak myszki, a ich rodzice gapili się w ekran. Myślicie, że oni tam naprawdę byli na meczu, czy na jakiś marketingowy event? Dla mnie to jak oglądanie meczu przez okno ze szklanką whisky w ręce — klimat niby jest, ale nie ten prawdziwy, który się wgryza w kości. Wystarczy zobaczyć, jak oni reagują na gol — niby podskakują, ale bez tej szaleńczej radości, którą my mamy na trybunie, gdzie jeden podskok wywołuje lawinę u sąsiada i nagle wpadasz w trans. Takie emocje nie mają ceny, choćby bilet kosztował milion.
Gdzie dowody?
A kurczę, ileż tu ciepłych słów o tym, jak to kiedyś było – i ma się rozumieć, że te obrazy z ławką betonową i dymem papierosowym to dla mnie jak rodzinne zdjęcie, choć sam nie pamiętam takich czasów, bo jestem dopiero od dekady z hakiem kibicem Bawarczyków. Prawdę mówiąc, nawet nie wiem, czy kiedykolwiek doświadczyłem meczu takiego jak wasze opowieści, ale jedno wiem na pewno: te 200 euro za „rodzinny VIP” to jednak coś, co naprawdę mnie odruchowo ściska za serce, bo niby ileż to nowych rodzin się tam dokopało, które nigdy nie miały szansy poczuć tej prawdziwej siły trybun, a teraz płacą za kartę lojalnościową zamiast za emocje? Swoją drogą, pamiętam mój pierwszy mecz z synem – 2018, Superpuchar Niemiec przeciwko Eintrachtowi Frankfurt, bilet normalny, 45 euro, i ten moment, kiedy Joshua wyskoczył z moich ramion, żeby dopingować Lewandowskiego, a ja stałem tam, otoczony ludźmi, których nigdy wcześniej nie widziałem, ale od razu wiedziałem, że to moi bracia w biało-czerwonym. Tamtej nocy nawet nie było VIP-ów, tylko my, zwykli ludzie, z piwem w ręku i głosem w gardle po dwóch godzinach śpiewania. I wiecie co? To była magiczna chwila, którą nigdy nie wymieniłbym na żaden kubek z nadrukiem czy miękkie krzesło – bo to właśnie tam, między betonowymi schodami a plastikowymi krzesełkami, rodzi się ta niewyjaśniona więź, której nie kupisz za żadne pieniądze. Tak czy siak, niech sobie Bayern kombinuje z cenami, bo my, zwykli śmiertelnicy, wiemy jedno: miłość do klubu nie płynie z konta, ale z serca – i na tym nie oszukasz.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ejże, a co wy tu takimi moralistami wokół tematu latajecie?! 😂 Wszyscy wymachujecie tymi swoimi opowieściami o 15 euro za bilet i „prawdziwej rodzinności”, a zapomnieliście chyba, że dziś nie chodzi tylko o bilet, ale o to, żeby ten bilet w ogóle dostać! Ja w zeszłym sezonie klikałem w MyClubie jak szalony przez dwie godziny, modliłem się do Wirtualnej Basi, a i tak trafiłem na padnięte serwery – zero biletu, zero emocji, zero wrażeń. I wiecie co? Gdybym miał wtedy 200 euro w garści i opcję od razu kliknąć „kup VIP”, to bym to zrobił w sekundę, bo co? Bo nie jestem święty – kibicuję Bayernowi, a nie żadnemu innego klubowi, i chcę być tam, gdzie bije serce! A te wasze „kiedyś było lepiej” to dla mnie, kurwa, niczym nieuzasadniona nostalgia za czymś, czego nigdy nie przeżyłem, bo urodziłem się w czasach, kiedy świat szedł do przodu, a bilety były drogie, bo… no właśnie, bo Bayern przestał już rozdawniać bilety za pół ceny kumplom po myjniach! 💸
I jeszcze jedno – ci co płacą te 200 euro, niech sobie nie myślą, że oni kupili sobie raj na ziemi, ale niech też nie będą tacy święci, bo wiem, że większość z nich wraca, bo chce poczuć coś więcej niż tylko plastikowy kubek soku. A ten 200-euro VIP to nie abonament na oszczędzanie od płaczu dziecka, tylko abonament na to, żebyś mógł spokojnie usiąść, popić porządne piwo (takie, co smakuje, a nie to cuchnące śmierdziwo z kartoniku) i pogapić się na mecz bez krzyków dzieciaków, które wbijają ci się między nogi. I co w tym złego? Że to płatna usługa? Przecież cały ten cholerny świat działa na zasadzie „płać albo się pomęcz” – dlaczego ma być inaczej w przypadku naszego ukochanego klubu?! 🤡
Ja nie urodziłem się w czasach, kiedy można było podejść pod stadion i dostać bilet od kumpla z myjni, ale urodziłem się w czasach, kiedy mój dziadek opowiadał o takich meczach z łezką w oku. I wiecie co? Dziadek dziś miałby 80 lat, jego bilet kosztowałby tyle co dzisiejsza kawa, ale… gdyby miał 200 euro, to by je wydał, żeby zobaczyć syna (czyli mnie) na trybunie razem z wnukiem (czyli moim dzieciakiem). Bo miłość do Bayernu nie ma ceny, a te wasze lamenty o „straconej tradycji” to tylko kolejny sposób, żeby odebrać ludziom prawo do komfortu. I ja, szczerze mówiąc, wolę, żeby moja córka miała szansę usiąść na miękkim krześle i nie dostać udaru od betonowej ławki niż żeby miała wrzeszczeć obok mnie z plastikowym kubkiem w ręku! 🔥💪
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej kurwa, aleście dzisiaj nabrani jak te VIP-y na plastikowym soku! 😂 40 euro na hot doga i dwa piwka to niby ma być argument? No fajnie, ale wiecie co? Za te same 40 zielonych moja żona zaoszczędziła na komórce, a ja na MyClubie złapałem bilet na maraton Kimmicha w następnym meczu, i to nie w fotelu, co trzeszczy jak stare łóżko w akademiku, tylko na trybunie, gdzie huk bijącego serca Bayrna odbija się od sufitu! I co? Ja miałem emocje, a wy macie kubek z nadrukiem i „premium” doświadczenie z papierosowym smrodkiem zza barierki! 🔥💨
A te wasze „kiedyś bilet kosztował tyle co kawa” — no jasne, ale kiedyś można było podejść pod stadion z 50-markową blachą i dostać bilet od kumpla, który miał kumpla, co miał brata na bramce, a teraz? Teraz za 200 euro masz gwarancję miejsca, nie musisz sterczeć o 5 rano i modlić się do internetowego boga sprzedaży! Wiesz co? Moja ciocia na ten mecz z wnuczkiem pojechała, nie mieli VIP-u, nie mieli kubka z sokiem, za to mieli realną atmosferę, realne śpiewy i realną szansę, że dziecko dostanie autograf od zawodnika, bo ambicja drzemie w każdym, nie tylko w garniturach! 🎤🔴
I jeszcze te gadki o „osobistej więzi” — no jasne, że w plastikowym boksie tej więzi nie ma, ale i na trybunie też nie ma osób z twojego osiedla, z twojej pracy, którzy nagle zaczynają śpiewać razem z tobą! Tam w VIP-ie siedzicie obok siebie jak dwaj obcy w windzie, a na trybunie? Tam się wymieniacie piwem, śpiewacie wspólnie, a jak padnie gol, to wszyscy razem wariujecie — i to jest ta magia, której nie kupisz za żadne 200 euro, choćbyś najbardziej chciał! 🎉💥
A te wasze opowieści o betonowych ławkach i smrodzie starych papierosów — no kurwa, te ławki to były chyba bardziej brutalne niż mecz z Austrią! Ale wiecie co? To była nasza walka, nasze starania, nasze „Mia san mia” zanoszone na całe gardło. A te „premium” pakiety? To jak oglądać mecz przez szybę z klimatyzacją — klimat niby jest, ale nie ten sam co wiatr w twarz, kiedy cała trybuna podskakuje! 🌬️🔥
No i jeszcze jedno — nie bójcie się zapłacić tych 200, jeśli naprawdę macie na to ochotę, bo uważam, że każdy powinien mieć prawo do swojego komfortu. Ale nie pierdolcie, że to jest „właściwe doświadczenie” albo że to jedyny sposób na emocje. Bo emocje są wszędzie — w krzyku dzieciaków, w śpiewie obcych ludzi, w tym jednym momencie, kiedy zapomnisz, że jesteś dorosły, i podskakujesz tak wysoko, że prawie wpadasz na faceta z piwem! 🍻💃
Więc nie, nie dajcie się nabrać na wasze własne gadanie — Bayern to nie biznes, to nasze życie, a te 200 euro to tylko kolejna forma, jak możesz być częścią czegoś większego. I nie ważne, czy siedzisz na VIP-ie, czy na trybunie, bo serce kibica bije wszędzie tak samo! ❤️💪
Jeden klub, jedno życie ❤️
ej no, ale ja wam tu widzę jakichś słusznie oburzonych na te wszystkie bajerki premium, co niby mają dawać „prawdziwe emocje”, a samemu się nie chce zapłacić ani grosza więcej niż za kafejkę w kiosku! 😄 no co, serio, że niby 200 euro to jakieś świętokradztwo, a my mamy siedzieć na tych trzeszczących krzesełkach i udawać, że smakuje nam piwo z kartonu? no błagam, nie przesadzajmy!
pamiętacie mój wyjazd na finał pucharu zeszłego roku w Berlinie? bilet miałem normalny, nie VIP, ale wiedziałem jedno — że tamten mecz to będzie coś wyjątkowego. i był. ale wiecie co? po meczu, jak szliśmy z córką do metra, to jakiś facet z naprzeciwka wręczył jej koszulkę Baya na cześć gola Gnabry’ego w drugiej połowie — nie dlatego, że ją znał, nie dlatego, że mieliśmy jakiś układ z klubem, tylko bo tak po prostu, jak to się robi w prawdziwej społeczności kibica. a niech mnie jasna cholera weźmie, jeśli któryś z tych VIP-owców na Allianz Arena mógłby pochwalić się czymś takim!
i co do tych plastikowych kubków — no jasne, że dzieciak woli piwko od tego syfu, który im leją do rąk, ale wiecie co? ja wolę, żeby moja córka nauczyła się kibicować tak, jak my kiedyś — z ogniem, z hałasem, z tym jednym momentem, kiedy naprawdę czuje się, że jest się częścią czegoś większego. niech sobie inni płacą za te swoje wygodne fotele i klimatyzowane boksy, gdzie nikt nie krzyczy, nikt nie śpiewa, nikt nawet nie wie, jak naprawdę brzmi nasze „Mia san mia”!
a te wasze gadanie o „kiedyś bilet kosztował tyle co kawa” — no jasne, ale kiedyś można było dostać bilet w cenie papierosów, bo było ich pod dostatkiem, a dziś? dziś mamy do czynienia z klubem, który się rozwija, który chce dać każdemu kibicowi możliwość bycia tam, gdzie bije serce klubu — czy to na trybunie, czy w luksusowym boksie. i nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy odmawiać komfortu tym, którzy chcą go mieć, tylko dlatego, że my sami wolimy trzeszczące krzesełka?
ja nie jestem żaden snob, co tam lubi, żeby mu usługiwały, ale kibicowanie to nie tylko trudy i niedogodności — to także możliwość wyboru, jak chcemy to robić. i jeśli ktoś ma ochotę zapłacić te 200 euro, żeby mieć pewność miejsca, żeby móc napić się dobrego piwa, żeby nie musieć walczyć o fotel, to czemu nie? niech sobie kombinują, ale niech nie narzekają, że w ten sposób tracą coś, co jest bezcenne — bo prawda jest taka, że emocje są w nas, a nie w miejscu, w którym siedzimy.
i jeszcze jedno — pamiętacie te czasy, kiedy na mecze jeździło się pociągiem, a niektórzy w ogóle nie mieli biletów, tylko kombinowali na gapę? no i co, że ktoś kombinował, ale emocje były te same! bo to nie miejsce, nie cena, nie wygoda decyduje o tym, że zostajemy kibicami na całe życie — to miłość do klubu, do barw, do historii, którą razem tworzymy. i tę miłość nie kupisz za żadne pieniądze, choćbyś siedział w najdroższym VIP-ie na świecie.
więc niech sobie ktoś tam opowiada o stratach i stratach — ja wolę wiedzieć, że mogę być tam, gdzie bije serce Bayernu, i to bez względu na to, czy siedzę na trybunie, czy w luksusowym boksie. bo w końcu, co tam się dzieje, to się dzieje dla nas — dla naszych rodzin, dla naszych marzeń, dla naszej miłości do klubu. i niech sobie Bayern kombinuje z cenami, bo my, kibice, zawsze znajdziemy sposób, żeby tam być. ❤️💙
No do cholery, ależ się dzisiaj nam kocioł rozbuchał — jakby ktoś wziął wszystkie emocje z trybuny północnej, wsadził do jednego worka i potrząsnął nim na dobre! Macie tu tyle żarcia, tyle serca i tyle różnych perspektyw, że aż trudno się zdecydować, która wersja jest „ta prawdziwa”, bo przecież każda z nich jest częścią tej samej bajki — tej o naszym ukochanym Bayernie, który robi, co może, by stać się jeszcze większy, ale my, kibice, wciąż staramy się złapać to, co dla nas najcenniejsze: emocje, które zostają na całe życie.
Spojrzyjmy sobie na to trzeźwo, bez tych „kiedyś było lepiej” i „te cholerne VIP-y”: Bayern to klub, który rośnie, który się rozwija, który chce dać coś dla każdego — czy to dla tego, kto marzy o poczuciu ciepłej ławki betonowej, czy dla tego, kto woli zrelaksować się w klimatyzowanym boksie z piwem w ręku. I nie oszukujmy się, obie formy kibicowania mają swoje plusy — wiadomo, że te emocje z trybuny, te wspólne śpiewy, ten smród starego piwa i papierosów, który teraz już nie istnieje, to coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze. Ale równocześnie nie możemy udawać, że ten komfort, ta możliwość znalezienia miejsca bez walki, to coś złego — bo jeśli ktoś ma na to ochotę, dlaczego miałby rezygnować?
No i tu dochodzimy do sedna: te 200 euro za rodzinny VIP nie są nikim narzucane — to opcja, którą samemu można wybrać, jeśli ma się ochotę i środki. Nie oznacza to jednak, że ci, którzy płacą tę cenę, nie są prawdziwymi kibicami — przecież to nie bilet decyduje o tym, że ktoś kocha Bayern do szpiku kości. Emocje są w nas, a nie w fotelu, w którym siedzimy. Możesz mieć najlepszy VIP, ale jeśli nie masz serca do klubu, to nawet nie poczujesz magii tego miejsca.
A co do tych „premiumowych” kubków i plastikowych doświadczeń — no cóż, jeśli ktoś uważa, że to lepsze niż szansa na wspólne śpiewanie z obcymi ludźmi, to chyba po prostu nie zna prawdziwej istoty kibicowania. Ale z drugiej strony, nie każdy ma ochotę na taki hałas i tłok — i nie ma w tym nic złego! Ważne, że każdy może znaleźć coś dla siebie, bo w końcu to nasz wspólny cel łączy nas wszystkich: miłość do Bawarczyków.
I właśnie dlatego ten cały szum o cenach i „straconej tradycji” nie prowadzi nas nigdzie — bo tradycja to nie betonowe ławki ani smród starych papierosów, tylko coś, co nosisz w sercu. Nieważne, gdzie siedzisz podczas meczu, nieważne, ile zapłaciłeś za bilet — liczy się to, że jesteś tam, że razem z innymi tworzysz ten niepowtarzalny klimat, który sprawia, że Bayern to coś więcej niż klub. To nasza historia, nasza magia, i nikt jej nam nie odbierze — ani plastikowe krzesła, ani cyfry na bilecie.
Najpierw policz, potem się spieraj.