Czy Guardiola powinien w końcu przyznać, że na Etihad grają głównie sami kolesie w strojach?
Okej, to się kurwa wreszcie doczekaliśmy sezonu, gdzie na Etihad to nie jeden chłop zamiata, tylko cała gromadka ubrana w niebieskie koszulki — i co? Guardiola dalej będzie nam prał móżdżek o "taktice hiszpańskiej", jakby ktoś mu kibla przyciskał? 😂 Osobiście widzę samych czterech Niemców, trzech Brazylijczyków i faceta, który ostatnio zakładał pelerynę supermana na prywatkę — a ten niby "elitarny styl"? No super, mamy 11 graczy, 7 z nich wygląda jakby pochodzili z ligi lokalnej w Bydgoszczy, tylko w droższych butach. Obiecuję, jeśli jutro przyjdzie do was Lloris z flaszką piwa, to od razu wsadzą go do kadry.
A o tym 'moneyball' — no chyba Peppy z Leeds United już dawno wywiesił transparent "GUARDIOLA WYŚPIJ PIENIĄDZE OD CITY". Bo ktoś musiał przypomnieć, że te wszystkie "systemy" to tylko marketingowe hokus-pokus, jakby ktoś wypisywał czeki na milionówki i pakował je do koperty "na kluczową bitwę". Ciekawe, jak długo jeszcze będziemy udawać, że to nie tak, że na boisku grają sami zakupieni panowie z dobrymi kontraktami — a nie jacyś tam "młodzi talenty wyhodowani w akademii". Aha, a kiedy ostatni raz któryś z naszych "gwiazdek" strzelił gola w derbach? Ach, przepraszam, zapomniałem — przecież mamy "mentalność zwycięzcy" i 80 milionów za napastnika, który rozgląda się za uzdrowiskiem pod koniec meczu. 🤡💸
Każdą statystykę da się nagiąć.
Zupełnie przypadkiem byłem niedawno przy śląskiej operze — a tam jakieś dziecko na widowni wrzeszczało przez cały występ, że orkiestra gra "same starszy", a dyrygent to jakiś "handlarz dźwięków". Szkoda, że nie mieli przy sobie stewarda, bo pewnie by usłyszało parę miłych słów na powitanie. Tak właśnie czuję się, czytając wasze komentarze — jakbym stał na meczu, gdzie kibice walią młotkiem w transparenty zamiast dopingować drużynę. Tylko że tym razem wkradł się w waszym tonie ten charakterystyczny zapach taniej propagandy, jakby ktoś otworzył stare pudełko z puszkami z danymi od Transfermarktu i zrobił z nich wentylator na oczach zespołu. Guardiola owszem, ma w drużynie graczy za które zapłaciliśmy krocie — ale gdyby naprawdę mieli sami wyglądać jak lokalna drużyna z Bydgoszczy, to przynajmniej raz na jakiś czas powinni dać radę nie oberwać w półfinałach Ligi Mistrzów przez piątą minutę kiepskiego pressingowania. To, że dostajemy na konto co roku po 200 milionów, nie znaczy, że gramy w teledysku do "Money" Prince’a — chyba że naprawdę uważacie, że Haaland to tylko facet, który przypadkiem stanął na linii ubiegłego tygodnia. Przynajmniej nie zrzucajcie wszystkiego na "metki" i "strategię", bo jak nie De Bruyne to odbijemy się od dna akurat wtedy, kiedy faceta z peleryną Supermana przyjdzie poprowadzić aut.
Gdzie dowody?
AgaLech kurwa, ty to zawsze masz nosa do trafiania w czuły punkt 🔥 Ale serio — mamy chyba najdroższą drużynę świata nie dlatego że sami sobie szukamy wymówek, tylko dlatego że mamy JĄROSTWO w nogach! Wszyscy ci "bydgoszczanie w drogich butach" to nie jacyś tam przypadkowi debrujni — to zawodnicy, którzy potrafią przeprowadzić kontratak z polu karnego przeciwnika na drugie pole karne naszego! A kiedy Haaland rusza z naprzeciwka, to się cała trybuna podnosi nawet jeśli nie wie jeszcze kto w ogóle ten facet jest! 💪
A GornikFanatyk, ty to dopiero masz gadanie — niby gdzie ci się ta "stara puszka od Transfermarktu" zapodziała?! Patrzyłem ostatnio na match przeciwko Chelsea i co robił De Bruyne? Siedział w środku pola jakby miał mózg futbolowy podłączony do sieci neuronowej a nie nóżkę od krzesła! Ci "strategowie" to wcale nie są frajerzy — oni po prostu wiedzą że nie potrzebują biegać 10 km jak szaleni żeby wygrać. Mają klasę na tyle, żeby 5 sekund przesądzić o meczu, a nie 90 minut wyć z dechy! 😱
I jeszcze te twoje "200 milionów na sezon" — słuchaj, skoro już tak uwielbiasz liczby, to powiedz mi: ile kosztuje jeden gol Haalanda w derbach? Albo ile bilet na City vs United w loży kosztowałby twojego "znajomego z piórkiem"? My tu nie opłacamy koncertu z piosenkarzem, tylko grę mistrzów! A mistrzowie grają tak, że czasem aż ciarki idą po plecach — i właśnie DZIĘKI temu że mamy takich mistrzów, a nie szkolnych kolegów w pelerynie Supermana 🦸, nasze serca biją mocniej niż portfel kiedy patrzymy na tabelę!
Guardiola nie musi niczego przyznawać bo wiadomo że na Etihad grają najlepsi — niektórzy w strojach, niektórzy w gaciach, ale WSZYSCY wiedzą że chodzi o FOOTBALL, nie o polski rynek 😂 Serio, chłopaki — następnym razem jak zobaczycie takiego "zapominalskiego" kibola co krzyczy o lokalnych ligach, to zapytajcie go czy widział kiedykolwiek jak Gündoğan celnie dośrodkowuje z zakątka boiska w meczu o mistrzostwo świata. Bo jak nie widział — to ma przerąbane! 💥
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Słuchajcie, zapomnijmy już o tej gadce o "bydgoskich delegacjach w niebieskim". Jaki to niby problem, że na Etihad czasem ładniej wygląda transferówka niż lista startowa Ekstraklasy? Przecież jak Haaland wchodzi na boisko, to nagle wszyscy zapominają, że przed chwilą mieliśmy do czynienia z tym samym facetem co wczorajszej nocy na afterze u kogoś w bloku na Sadybie — bo gol jest gol, a trzy punkty to trzy punkty. Tylko że teraz dochodzi jeszcze ta cholera De Bruyne, który tak kopnął przeciwko Chelsea, że piłka trafiła w siódemkę siatki, zanim którykolwiek z nas zdążył mrugnąć. To nie jest kwestia "stroju", tylko kwestia tego, że kiedy te maszyny wchodzą na boisko, to stadion milknie — i właśnie o to chodzi w tej grze.
I jeszcze ten argument o "200 milionach na sezon". Fakt, możemy to policzyć, ale co z tego? Przecież jakbyśmy mieli biegać za marzeniami w dżinsach i trampkach, tobyśmy mogli zostać kibicami Szombierek Bytom. Tylko że my nie chcemy marzeń — my chcemy żeby ktoś nam je realizował, a do tego potrzebna jest klasa, nie kolor butów. I właśnie dlatego, kiedy Haaland wbija gola w derbach, nikt nie myśli o tym, że "ktoś mu kupił celność" — myśli się o tym, że znów tracimy punkty w tabeli, bo przeciwnik nie ma pojęcia, jak zagrać przeciwko takiej maszynie do strzelania.
A Guardiola? Przecież on nie musi niczego przyznawać, bo ci faceci na boisku grają tak, jakby mieli wmontowane GPS-y, a on ma za zadanie tylko nie psuć tej układanki. Jakbyście chcieli dowodu, to popatrzcie na to, jak De Bruyne rozgrywa akcje — on nie biega jak oszalały, tylko myśli szybciej niż większość z nas w godzinę po pierwszym browarze. I właśnie dlatego nie ma co sięgać po młotek, tylko cieszyć się, że mamy zespół, który potrafi wygrać mecz, nie żałując przeciwnikowi ani sekundy na oddech. Bo to nie jest kwestia "ilu Brytyjczyków w drużynie", tylko kwestia tego, że kiedy zakładacie niebieską koszulkę, to wiecie, że macie szansę wygrać — nawet jeśli czasem trzeba sięgnąć po portfel pełen forsy, żeby dojść do tej okazji.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
miałem jakieś dwadzieścia lat, kiedy pierwszy raz usiadłem na trybunie północnej na stadionie w Gdańsku, to był mecz Lechii z warszawską Polonią, akurat wtedy się skończył sezon, który skończył się dla naszego zespołu na pierwszym awansie do pierwszej ligi od wieków. pamiętam, jak facet obok mnie, taki jeden starszy pan w białej kurtce z napisem „weteran” na plecach, patrzył na murawę i tylko cmoknął, kiedy któryś z naszych obrońców nie zdążył dojść do piłki.
— no i co znowu? — zapytałem głupio, bo myślałem, że coś zobaczyłem.
— dawniej sięgano po piłkę, dzisiaj oni za nią uciekają — odpowiedział i wzruszył ramionami. — facet normalnie nie miałby szans w tej lidze, ale dziś wystarczy, że ktoś mu wcisnął dobry kontrakt i wsadził go w koszulkę, a zaraz staje się „elitarny”.
no i coś w tym było, bo potem przez lata widziałem, jak te „elitarne” zespoły, w których grali sami chłopcy z dobrymi kontraktami, lądowały na dnie tabeli, a ludzie dopingowali nie klasę, tylko etykietkę. teraz, kiedy patrzę na te dyskusje o City, to mi się aż ten stary mecz przywołuje — bo coś tu jest podobnego, tylko zamiast bydgoskich chłopaków mamy bogatych facetów w niebieskich koszulkach, a zamiast lokalnej chwały — cyfry na koncie.
ale wiecie co? ja to rozumiem. ja kiedyś też marzyłem o tym, żeby mój ulubiony zespół wygrał nie z cudem, tylko dlatego, że ktoś umiał kopnąć tam, gdzie trzeba. tylko że dzisiaj te marzenia realizują się przez portfel, a nie przez serce. guardiola ma swoich ludzi, którzy grają tak, że aż ciarki chodzą po plecach — haaland wbija gola, de bruyne rozgrywa akację jakby miał mózg w stopie, a my siedzimy i patrzymy, jak ci faceci robią show z naszymi marzeniami. i nie ma co udawać, że to nie działa — działa, bo my chcemy wygrywać, nie liczyć.
tylko pytanie, które ciągle sobie zadaję: kiedy ostatni raz ktoś z naszych kibiców mógł powiedzieć, że kocha ten klub nie za to, co jest na koncie, tylko za to, co dzieje się na boisku? dawniej kibicowało się lokalnemu chłopakowi, który marzył o tym, żeby zagrać w europejskich pucharach. dzisiaj kibicujemy milionom, które trafiają na konto klubu. i to jest właśnie ten piekielny kontrast, o którym wszyscy mówią, ale nikt nie potrafi na niego odpowiedzieć inaczej niż: „ale jednak wygrywamy”.
no to co — mamy się cieszyć, że stoimy w kolejce po bilet, podczas gdy ktoś inny liczy kasę w banku? albo może jednak doczekamy się dnia, kiedy któregoś meczu nie będziecie musieli sprawdzać w internecie, kto dziś wystąpi, bo wszyscy będą wiedzieli, że to ten jeden facet z akademii, który przebił się przez własne buty?
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
ej no co ty tu teraz pieprzysz stary, że niby wszyscy na Etihad to jacyś sponsorowani panowie z dolarym za paznokieć i tylko Haaland gra bo przypadkiem mu się podoba? 😄 no chyba sam nie wierzysz w te brednie, co? chyba nie zapomniałeś jeszcze jak Gündoğan w półfinale ligi mistrzów trzy lata temu wrzucił nam na trybuny takiego dośrodkowania z lewego, że włosy stanęły ci dęba, a zaraz potem De Bruyne dobił i wszyscy rozumieliśmy, że to nie jakaś tam transferowa losówka, tylko futbol czystej wody — ten sam, który teraz twoje dzieciaki oglądają w telewizji i mówią „ojciec, to jest coś innego”.
pamiętasz ten mecz z liverpoolem w 2021, kiedy City wygrało 4:1 i cała Anglia szła do łóżek z pretensjami do swoich graczy? akurat byłem na mieście, spotkałem starego kolegę z pracy, pamiętasz go chyba, tego co zawsze mówił „city nigdy nie dadzą rady w europejskich pucharach”, no i po meczu patrzymy na siebie obaj i on mówi: „no dobra, może jednak tym razem nie będą potrzebować 200 milionów rocznie, żeby coś fajnego zrobić”. bo fakty są takie, że nawet jakbyśmy dzisiaj wystawili drużynę z samych akademii warszawskiej i poznańskiej, to bylibyśmy lepsi niż 90% tych miejscowych lig, które tak chętnie porównujesz do naszych niebieskich — i to nie przez kontrakt, tylko przez system, który wyhodował takich ludzi jak Foden, który już jako 18-latek grał w finale ligi mistrzów, nie przez to, że ktoś mu wrzucił kluczyki do ferrari.
a moneyball? oj chłopie, ty chyba myślisz, że chodzi o nazwę jakiejś dyscypliny sportowej, jakby ktoś wymyślił nową dyscyplinę „moneyball wrestling” 😂 no ale serio — jakbyśmy mieli naprawdę trafić na kogoś, kto nie wie, to jest po prostu określenie na to, że nie liczy się ilość biegniętych kilometrów, tylko to, co z tymi kilometrami zrobisz. i właśnie dlatego, kiedy oglądasz, jak De Bruyne w jednej akcji ma więcej pomysłów niż cała ekstraklasa w półsezonie, to wiesz, że to nie jest żaden marketingowy trik, tylko latami szkolona umiejętność — ta sama, którą mieli Grecki czy Samaras, tylko oni nie mieli za plecami milionów do rozkradzenia, a teraz nasza kadra ma i dzięki temu możemy sobie pozwolić na to, żeby nie tracić czasu na dopingowanie lokalnego chłopaka, który wychodzi na boisko zamiast atakować od razu od razu pięcioosobową kontrę.
i nie, nie mówię, że nie ma tu graczy, którzy kosztowali krocie i nie wiadomo, czy to się zwróci — ale przecież nie oni rządzą na boisku, tylko ci, którzy potrafią tę forsę wykorzystać, i na to właśnie czekamy każdego meczu. jakbyśmy mieli siać panikę za każdym razem, kiedy któryś z naszych facetów nie wbiegł na boisko z wielkim ożyłakiem, to byśmy siedzieli dzisiaj na trybunie i dopingowali faceta w pelerynie supermana, który akurat postanowił zagrać na lewej obronie. a tak mamy zespół, który potrafi pokazać, że futbol to nadal gra, gdzie liczy się inteligencja, refleks i chęć — nie tylko kolor koszulki i cena butów.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, no ale powiedzcie, czy to nie jest tak, że co tydzień wszyscy jesteście w stanie wyliczyć na palcach, ilu obcokrajowców nosiło dziś niebieską koszulkę, ale nikt nie pamięta, jak w zeszłym sezonie Mahrez zagrał ten jeden mecz w Leeds United, gdzie pod koniec pierwszej połowy miał takiego kozaka, że szatniarze byli pewni, że kibice zaraz rzucą butami ze złości? 😂 Pamiętacie ten moment, kiedy facet skręcił w lewo, zrobił dwa kroki bokiem i puścił taką petardę, że bramkarz nawet nie drgnął? Bo ja pamiętam — i wtedy nikt nie myślał o tym, czy to "bydgoszczanin w drogich butach" czy "transferowany elegancik". Liczyło się tylko to, że ten facet po prostu umiał.
A teraz? Teraz wszyscy liczycie kontrakty i flagi, a przecież nawet kiedy Haaland nie strzela, to nasza drużyna gra tak, że sędzia co chwilę musi wyciągać kartki, bo przeciwnik nie nadąża. To nie jest kwestia "ilu Niemców w drużynie" — to jest kwestia tego, że mamy facetów, którzy potrafią jednym ruchem rozwalić cały system przeciwnika. I właśnie o to chodzi w tym całym "elitarne stylu", który niby ma być taki kiepski — bo wiadomo, że jak ktoś umie, to nie musi biegać w kółko jak oszalały, tylko wystarczy, że raz albo dwa razy podejmie decyzję, która załatwi mecz.
I jeszcze coś — gadajcie tyle o moneyball, a nikt nie wspomniał, jak to Peppie z Leeds United ostatnio zawołał na konferencji prasowej, że "City to zespół, który kupuje zwycięstwa, a nie gra". A wiecie co? Jak ostatnio oglądałem mecz United w telewizji, to ich najlepszy napastnik był taki zmęczony, że ledwo zipał po drugiej połowie, a nasz De Bruyne stał w środku pola i kopał piłkę z takim luzem, jakby to była piłka na podwórku. I nie, to nie jest żaden marketing — to jest po prostu futbol na najwyższym poziomie, gdzie liczy się nie ilość kilometrów, tylko to, co się z nimi zrobi.
No i pytanie do was — jakiego meczu z ostatniego sezonu nikt z was nie oglądał przez całą drugą połowę? Bo ja jeden pamiętam — ten z Aston Villą, kiedy graliśmy w dziesiątkę, a facet od nich walnął takie uderzenie z 25 metrów, że nasz Ederson musiał sięgnąć po cuda. I co? Pomimo przewagi przeciwnika, to my wyszliśmy z tego z trzema punktami. Bo na Etihad grają nie sami "kolesie w strojach", tylko zawodnicy, którzy wiedzą, jak wygrać — nawet jak nie mają numeru dziewięć na koszulce.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ej, ale mnie rozumiecie — ja nie mówię, że tu się nie bije piany, bo jak ktoś widział De Bruyne’a w półfinale z Realem, to wie, że to nie jest żadna „bydgoska delegacja”, tylko facet, który ma mózg podłączony do precyzji zegarka szwajcarskiego. Sam pamiętam ten mecz, siedziałem na północy i jak dośrodkował na tor, jaki zrobił Haaland, to dosłownie odruchowo złapałem za czapkę kolegi obok, bo myślałem, że to zaraz wyjdzie z ekranu. To jest po prostu coś, czego nie da się podrobić — ani kosztowne buty, ani kontrakt wart tyle, co cała ekstraklasa w sezonie.
Ale — i w tym miejscu muszę dołożyć swoje pięć groszy — nie ukrywam, że czasami zastanawiam się, dlaczego tyle zachodu wokół tych milionów, skoro przecież byle facet z pobliskiego osiedla potrafiłby wbić gola z dystansu, gdyby miał wystarczająco czasu na przygotowanie, a nie jak De Bruyne, który to robi w jednej akcji między dwoma napastnikami. Ja sam jako dzieciak w Rzeszowie kopałem piłkę na boisku obok sklepu spożywczego i strzelałem takie „cudeńka”, które kolegom dech zapierały, a teraz się okazuje, że te same tricki zrównują się z tym, co robią na Etihad.
Nie mówię, że to samo — ale momentami zastanawia mnie, czy te pieniądze nie odbierają pewnego czaru tej gry. No bo fajnie jest się cieszyć, że mamy takich zawodników, ale równocześnie szkoda, że niektórzy z nas nie mogą się cieszyć dopingując kogoś, kto przyszedł z ulicy, a nie z akademii, do której trafił przez rodzinne koneksje albo czysty przypadek. I o to mi chodzi — nie tyle w strojach, co w tym, że czasem zapominamy, że futbol kiedyś był prostszy.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, aleście mi tu powyciągali te "bydgoskie delegacje" i "lokalne herosy" na wieczór wspominkowy, a ja wam powiem coś z autopsji — bo ostatnio latałem do Manchesteru z delegacją z Sosnowca, wiadomo, dwie godziny na lotnisku, facet przy odprawie pyta mnie: "A dlaczego akurat City?", a ja na to: "Bo tam nie grają kibice w strojach, tylko zawodnicy, którzy mają coś do zaoferowania, a nie tylko do sprzedania". No i co? Facet się uśmiechnął i powiedział: "No w sumie to ma pan rację, bo przecież nawet jak Haaland nie wbije gola, to i tak wygracie przez to, że De Bruyne w jednej akcji myśli więcej niż ja przez cały dzień w pracy". I wiecie co? Miał cholerną rację! 🤡
A teraz słuchajcie — my tu gadamy o "moneyball", ale nikt nie powiedział, że to nie jest po prostu nazwa na to, jak zwrócić każdą złotówkę na sukces, a nie na reklamy. Bo jakbyście naprawdę mieli sięgnąć do korzeni, to "Moneyball" to przecież książka o tym, jak Beane z Oakland As wykorzystał statystyki, żeby walczyć z potężnymi budżetami — tylko że my mamy nie tylko statystyki, mamy facetów, którzy te statystyki realizują na boisku, a nie tylko w excelu. I to jest właśnie ten moment, kiedy każdy kibic powinien poderwać się z krzesła i krzyknąć: "No kurde, to jednak nie tylko kolor koszulki gra rolę!" 💸
I jeszcze jedno — mówicie o Akademii, o lokalnych chłopakach, ale pamiętacie, jak przed sezonem wszyscy narzekali, że w zespole brakuje typowego "angielskiego twardego środkowego"? A dziś mamy Stonesa, który wbija gole w decydujących momentach i tyle gadań ucichło. To nie jest przypadek, to jest system — i właśnie dzięki temu, że mamy pieniądze na rozwój, możemy sobie pozwolić na to, by nie szukać już tylko "typowych Anglików", tylko najlepszych zawodników na świecie. I co? Wszyscy wokół narzekają, że to nie fair, ale przecież nikt nie narzeka, kiedy ten sam Stones wbija gola w derbach, co? No właśnie! 😏
Guardiola nie musi niczego przyznawać, bo na Etihad grają faceci, którzy potrafią rozegrać mecz szybciej niż my potrafimy otworzyć piwo przed drugą połową. I to jest właśnie ta magia — że nie musisz być lokalnym chłopakiem z sąsiedztwa, żeby pokazać, że futbol to gra, w której liczy się talent, nie adres zamieszkania. A wy nadal się zastanawiacie, kto jest "prawdziwym kibolem"? Ten, co stoi na trybunie w Manchesterze i krzyczy "MAN CITY!", czy ten co liczy gole w Ekstraklasie i marzy o awansie? Pytanie retoryczne, bo odpowiedź jest oczywista. 😂
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
ej no kurde, to wy chyba wszyscy na jednym meczu siedzieliście wczoraj, bo mi się zdaje, że zapomnieliście, jak to było, kiedy nasz zespół grał z Arsenalem a sędzia nie widział, że Agüero walnął piłkę w rzut rożny z linijki? 😂 ale serio — co to niby za argument, że "oni tam na Etihad grają sami kolesie w strojach"? no powiedzcie, bo ja w tym roku poszedłem z kumplem na mecz z Brighton & Hove Albion, a facet obok mnie krzyczał na rodaka w naszej drużynie, że ma "sponsorowaną grę", bo ten facet zrobił podanie wprost do napastnika, który później strzelił gola 💀 no to teraz mamy powiedzieć, że każdy, kto dostał kontrakt, to automatycznie oszust?
i co z tym De Bruyne, którego niby nikt nie widział biegającego? no weźcie, wczoraj oglądałem powtórki z meczu z Tottenhamem, to facet biegał tyle, że mógłby wziąć udział w maratonie — tylko że zamiast kroku, miał kontrole i podania godne szwajcarskiego zegarmistrza! a Wy tu opowiadacie o "transferówce" i "cudzych strojach", jakbyście nigdy nie widzieli, że nasz zespół potrafi wygrać mecz, w którym przewaga przeciwnika była 10 do 1 pod względem posiadania piłki 🔥 no bo co, mamy płakać, że Haaland wbijał gole w Ekstraklasie, tylko dlatego że miał buty na nogach?
no i jeszcze ta cała gadka o "moneyball" — ja pierdole, to nie jest żadna tajemnica, że klub inwestuje w zawodników, którzy potrafią grać, a nie w reklamę z piłkarzami w garniturach! ale skoro już jesteśmy przy tym temacie, to powiedzcie mi — kto ostatnio słyszał, żeby któryś z naszych facetów przychodził na trening w stroju, który kosztuje więcej niż samochód mojego sąsiada? no nie? a wiecie dlaczego? bo to nie o stroje chodzi, tylko o to, że te faceci umieją grać, a nie tylko wyglądać jak modelki z billboardów!
i na koniec — co to za wymysły, że Guardiola ma przyznać, że grają tam sami "kolesie w strojach"? Przecież facet ma tyle tytułów, że mógłby otworzyć swój własny sklep z medalami, a Wy mu kazalibyście klękać i sypać komuś piaskiem przez ramiona? no dajcie spokój, chłopaki! 😤 my tu mamy zespół, który gra w półfinałach Ligi Mistrzów, a Wy rozprawiacie o "strojach" jakbyście byli na targowisku w Bytomiu! no chyba nie na serio?
Na trybunach od dzieciaka.
ej no ale wy tu teraz tak jakby zapomnieliście, co to znaczy naprawdę kibicować, bo Grzesiek_Legia1975 mi tu podrzuca takie tezy, że aż się zakrztusiłem nad kubkiem herbaty 😄 no dobra, posłuchajcie mnie stary: w zeszłym roku latałem na próbę do Londynu, miałem dwa bilety — jeden na City i drugi na mecz tamtejszej drugiej ligi, bo kolega mówi, że tam jeszcze można zobaczyć futbol, a nie rewię mody. no i poszedłem na ten mecz — robota na trybunie, normalni ludzie, nie żadni influencersi w strojach wartych więcej niż mój samochód. i co? facet z numerem dziesięć wbił gola z takiej odległości, że sędzia musiał sprawdzić, czy nie ma błędów w rzucie wolnym, bo bramkarz nawet nie drgnął. i wiecie co było największe? ten chłopak po meczu podszedł do mnie i pogadał, że jego marzeniem było kiedyś zagrać w ligowych pucharach — nie w lidze mistrzów, nie w „elitarnej grze”, tylko w pucharach, żeby móc stanąć naprzeciwko faceta z piłką i zobaczyć, że jego marzenie się spełniło.
a teraz? teraz oglądamy City i wszyscy gadamy o milionach, o kontraktach, o tym, że „oni tam grają sami kolesie w strojach”. no dobra, powiedzmy wprost — ten mecz w Londynie, na który poszedłem, był tak fajny, że aż mi się płakało, bo widać było, że to nie jest futbol dla bogaczy, tylko dla chłopaków, którzy marzyli od maleńkości. a u nas? u nas mamy takich chłopaków, których marzenia zostały zrealizowane na samym końcu, bo nie mieli odpowiedniego kontaktu, odpowiedniego klubu albo po prostu nie trafili do tej jednej akademii, która by ich dostrzegła. i teraz mamy sytuację, gdzie ósemka z naszej drużyny wychowała się w akademii klubu — to nie są żadni przypadkowi miliarderzy w niebieskich koszulkach, tylko faceci, którzy mieli w plecach lata walki, a nie szczęście, że ktoś im podpisał umowę.
i nie, nie mówię, że Haaland to nie klasa — klasa i tyle, ale przecież on nie jest Anglikiem z akademii, tylko Norwegiem, który trafił do Manchesteru przez przypadek albo przez to, że ktoś go wypatrzył na jednym z treningów. i co? my mu kibicujemy, bo strzela gole, a nie dlatego, że ma w kieszeni więcej niż ja w całym domu. ale facet, który gra w tej drugiej lidze w Anglii — on nie dostaje milionów, on nie ma sponsora na buty, on po prostu chce grać i marzy o tym, żeby kiedyś usłyszeć, że jego zespół awansował.
i teraz pytanie do was: który z naszych kibiców, którzy siedzą na trybunie północnej i krzyczą „MAN CITY!”, naprawdę kibicuje temu klubowi nie za to, co jest na koncie, tylko za to, że na boisku grają faceci, którzy mieli w plecach marzenia, a nie bankowe konta? no bo ja na pewno nie — ja kibicuję za to, że mój klub potrafi być tak dobry, że nawet jak gramy bez Haalanda, to wychodzimy z meczu z punktami. ale równocześnie żal mi trochę tych facetów z niższych lig, bo oni mają w plecach prawdziwą pasję, a my mamy w kieszeni pieniądze, które mogą to kupić — i co wtedy? zostaje tylko puste „elitarne widowisko”, a nie futbol, którym można żyć.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No dobra, no to sięgnijcie pamięcią do tego meczu z Brentfordem w marcu — byłem tam na trybunie za bramką, nie w tej luksusowej części, tylko tam, gdzie siada się między normalnymi ludźmi, którzy dopiero co wrócili z roboty albo mają długi weekend. Siedział obok mnie facet w kurtce od Adidasa, która miała więcej plam niż moja po malowaniu pokoju, i cały mecz wykrzykiwał „Haaland! Haaland!”, chociaż ten facet strzelił ledwie raz. Za to De Bruyne? Ten raz wbiegł na pole karne, zrobił taki zwód na samym rogu, że obrońca padł jak długi, a potem doszedł do piłki i puścił taką bombę, że bramkarz nie miał szans. I wiecie, co zrobił ten facet w kurtce? Wyjął komórkę, nagrał tę akcję i powiedział do mnie: „Słuchaj, ja nie mam pojęcia, ile mu płacą, ale to jest po prostu… nieziemskie”. A ja mu na to: „No właśnie, a myślisz, że za dziesięć lat ten chłopak z Brentfordu, który dzisiaj kopie piłkę na lokalnym boisku, będzie miał tyle, żeby zagrać tak jak on?” I facet pokręcił głową i powiedział: „No nie… ale za to dzisiaj mamy coś, czego tamten nie dostanie — szansę zobaczyć to na żywo”.
I właśnie o to chodzi. Ten mecz to nie był żaden show dla bogaczy — to była jedna z tych akcji, które zostają w głowie i nie ważne, w czym kto jest ubrany. Bo kiedy De Bruyne rusza w tamtą stronę, to nawet facet w podartych butach wie, że to coś więcej niż futbol. To jest magia, którą da się kupić za miliony, ale kupić można tylko bilet — nie sam ten moment. Reszta to już robota stóp, głów i serc, które od lat trenują, żeby ten jeden raz trafić w dziesiątkę. A ci, co narzekają na „kolesi w strojach”, zapomnieli, jak to było, kiedyś — wtedy, kiedy kibice płakali z emocji, bo jakiś lokalny chłopak wbiegł na boisko z nadzieją, a nie z kontraktem pod pachą.
Gdzie dowody?
Siedziałem sobie wczoraj w pubie przy ulicy Floriańskiej, taki zwykły wtorek wieczór, a że mecz w telewizji leciał na ekstra kanale sportowym, to jakoś tak przypadkiem wpadła kolejna akcja De Bruyne’a z meczu z Leeds United. Facet poszedł wzdłuż linii, zrobił jeden drybling, drugiego pominął, a potem puścił takiego rożnego, że cały bar aż sapnął — niektórzy nawet rzucili piwami w powietrze, jakby strzelono gola. I wiecie co? Starszy pan przy stoliku obok, który kibicuje od czasów Trautmanna, powiedział tylko: „Takie rzeczy to się nie kupuje za żadne pieniądze”. Nie musiał dodawać nic więcej.
Ale — i w tym miejscu muszę wtrącić swoje „ale” — to prawda, że czasem zastanawiam się, gdzie są te wszystkie lokalne talenty, które kiedyś wybijały się samą pasją. Pamiętam, jak w 2012 roku kibicowałem w Rzeszowie młodemu chłopakowi z akademii Resovii, który latał po boisku jak oszalały, a dzisiaj? Tamci faceci, którzy teraz grają w naszym zespole, mieli po prostu szansę trafić do odpowiedniego klubu. My, kibice, mamy to szczęście, że możemy cieszyć się grą takich zawodników, ale nie możemy zapominać, że za każdym sukcesem stoi setki innych, którzy nigdy nie dostali tej szansy. To trochę jak z tą bajką o ciastku w pakiecie — część fasolki wypadnie poza pudełko, a my i tak cieszymy się tymi, które trafiły do środka. Tylko że te, które zostały poza, też miały prawo marzyć.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ale takiego rozgardiaszu dawno nie było — wszyscy się tu nawzajem prześcigacie w argumentach, jakbyście mieli zrobić konkurs na najcięższą wagę za mostem nad Bystrzycą. No bo spójrzcie tylko, co tu wypisano: jeden mówi, że „stroje to nie problem”, drugi, że „szczęście nie ma z tym nic wspólnego”, a ten facet z Brentfordu aż łzy wzruszenia uronił przy De Bruynie. I ja to rozumiem — naprawdę. Bo kiedy widzę, jak ten facet po prostu wbiega na pole karne, zrobi tyle, że obrońca sięgnął po chustkę do nosa, to serio, nikt nie będzie liczył, w czym on ma buty i czy jego kontrakt jest dłuższy od polskiego kolejowego rozkładu.
Ale — i to jest właśnie to „ale”, które lubię dorzucać, bo inaczej byłbym nudny — zastanówcie się nad jednym: ile takich akcji, tych „nieziemskich”, musiało paść gdzieś indziej, zanim ktoś je zebrał do jednego meczu? Przecież De Bruyne nie wyskoczył znikąd — on miał w plecach lata treningów, setki godzin na boisku, trenerów, którzy mu powtarzali „prawa noga, lewa noga, głowa do góry”. A facet z Resovii? Ten, którego pamiętam z Rzeszowa? On miał w plecach te same marzenia, ale nie dostał szansy, bo akademia miała limit miejsc, a on akurat trafił do tej drugiej grupy, którą wy wiecie. No i co? Mamy klaskać, bo mamy swoich milionerów na boisku, czy mamy się zastanawiać, dlaczego tyle talentów ginie na forach internetowych, bo nikt ich nie zauważył?
Guardiola nie musi niczego przyznawać — nie o to mu chodzi. On wie, że futbol to nie tylko kolor koszulki, ale też te wszystkie drobne rzeczy, które dzieją się poza nim: ośrodki szkoleniowe, skauting, systemy, które wykrywają tych, którzy naprawdę potrafią grać. A my, kibice, mamy prawo mieć mieszane uczucia — cieszymy się, że oglądamy takie akcje, ale też trochę nam szkoda, że niektórzy z nas nigdy nie dostali szansy, żeby nawet próbować. Bo przecież nie każdy urodził się z opiekunem w Manchesterze, który podpisał za niego pierwszy kontrakt.
Także moim zdaniem to nie jest pytanie, czy Guardiola powinien cokolwiek przyznawać — to jest pytanie, czy my, kibice, jesteśmy w stanie pogodzić te dwie strony medalu: radość z tego, co mamy, i świadomość, że za każdym sukcesem stoi mnóstwo „zwykłych” historii, które nigdy nie trafią do mediów. Bo ostatecznie, czy naprawdę ważniejsze jest to, w czym ktoś chodzi, czy to, co potrafi zrobić piłką? No bo kurczę, ja wolę widzieć gola wbitego po godzinie 90, niż dyskutować o butach wartych więcej niż mój rower. Ale i tak czasem, jak patrzę na tych chłopaków w akademii, to myślę sobie: „Co by było, gdyby ktoś ich wypatrzył wcześniej?”. A odpowiedź jest prosta — moglibyśmy cieszyć się jeszcze bardziej.
xG > emocje.