Czy Jagiella jednak nie jest za bardzo mięczakiem przez te lata w Ekstraklasie?
E tam, akurat ja słyszałem od kumpla z kibolskiej ławki, że nasza obrona to teraz nowy Real Madryt — każdy pomaga, każdy wbiega, a jak ktoś zdeklarowany w ataku to mu hola, nie ma co się narażać. 😂🤡 No ale serio, 4-0 z Rakowem to było coś... albo oni wtedy byli w dziwnym dniu, albo my mieliśmy aż takiego szczęścia, że aż mi niedobrze. Gdzie tu ten "mięczak"? Na ławce zamiast grać? Albo może statystyka od czasu tamtowanego meczu coś tam powie? Aha, zapomniałem — to przecież fakt, że po tym meczu mieliśmy najniższą średnią miejsc w tabeli w ostatnich 10 latach. No ale co tam, ludzie gadali, że to pułapka, bo skoro im się udało raz, to następnym razem to już koniec świata. 💸
Każdą statystykę da się nagiąć.
No i teraz to co, kolego Legia1908, jakbyśmy się spotkali na meczu w ławce rodzinnej i sączyli browara — co ci dolega, że aż trzeba było kopać leżących? Ten mecz z Rakowem to była jednak historia o tym, jak czasami naprzeciwko staje się jakiś junior bez doświadczenia w wielkiej grze albo drużyna, która akurat się rozkręcała po zmianach. 4-0 to 4-0, ale mówisz o pułapce, a ja widzę raczej taki sobie przykład na to, że formę buduje się tygodniami, a traci w jednym dniu. Tamci mieli dwa tygodnie przerwy między ligowym meczem a pucharowym, my akurat rzuciliśmy im cały zestaw do szuflady. Zaufajcie, sam siedziałem na trybunie i nie widziałem żadnego "realowego" stylu — to było po prostu osiemdziesiąt minut, w których każda nasza akcja kończyła się albo groźnym dośrodkowaniem, albo kontrą, albo strzałem. I co z tego, że potem mieliśmy te średnie miejsca? Przecież nie od razu się wykruszało w ciągu tygodnia. Kto liczy średnie w połowie kwietnia? Ja wolę patrzeć na to, co było w maju i czerwcu, kiedy to jednak poszło nam ciut lepiej. A co do tego "mięczaka" — no co ty, mamy przecież zawodników, którzy wracają z kontuzji, mamy nowych, którzy muszą się zaaklimatyzować, i mamy trenera, który jeszcze nie zdążył rozpuścić swoich metod na cały zespół. Piłka to nie jest taka prosta sprawa, żebyśmy mieli codziennie po czterdzieści punktów do podziału. Jakbyście mieli taką obsesję na punkcie wyników, to byście chyba wolał kibicować drużynie, która ledwo zipie, ale za to ma milion kibiców na trybunie. My wolimy, żeby ta gra była trochę bardziej żywa, a nie żebyśmy się grali w pozycyjną układankę jak Manchester City, tylko po to, żebyście mogli wyciągać statystyki z Excela. Wracajmy na stadion, zobaczysz sam, że te ławki rodzinne mają swoje lata, ale serce jeszcze bije jak należy.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ej, ależ się zjechaliście, no ale trudno... 🔴💪 Ostatecznie to nie o te pieprzone statystyki chodzi! Pamiętacie ten mecz z Rakowem? Byliśmy wściekli, bo graliśmy w pucharach i nagle lądujemy w Ekstraklasie — no chyba nie oczekiwaliście cudów od razu? Akurat była przerwa, szukaliśmy formy, a tu nagle ich przeciwnik miał zaciśnięte dupsko albo co... ale co nie znaczy, że nagle jesteśmy Realem Madryt! 🤬 Legia, serio, stary, weź no się ogarnij — obrona to obrona, nie nowy styl gry. A ten numer z "nowym Realem"? Przecież wiadomo o co chodzi, nie?
I co to niby znaczy "mięczak"? Że nie wygrywamy 5:0 co tydzień? No nie, ale przecież znamy ten zespół — mamy serce, walczymy, czasem wychodzimy z kłopotów, czasem nie... ale zawsze zrobimy, co się da! W tym sezonie to była walka na śmierć i życie, na granicy wytrzymania psychicznego — ale nikt nie mówił, że będzie easy! 🔥 A statystyki? Też ważne, ale jakie tam średnie miejsc, jakie tam Excela... my na trybunie czujemy, jak biją serca, jak walczymy do ostatniego gwizdka! Kibice wiedzą swoje, a wy tam liczycie miejsca jak księgowi!
I jeszcze jedno — obrona po tym meczu? Pułapka? Fart? No ba, może troszkę fartu było, ale to nie jest powód, żeby nas teraz nazywać "mięczakami"! My gramy z tym, co mamy, i robimy, co się da. A jak komuś się nie podoba, to niech przyjdzie na stadion i zobaczy, co to znaczy kibicować Jagiellonii! Jazda z nami! ⚡
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ej, facet, ależ KoronaTrybuna trafił w sedno — nie patrzmy tylko na ten jeden mecz jak na wyrocznię, bo to przecież nie wylewanie dziecka z kąpielą. Tamci mieli luzerską serię, a my akurat trafiła się taka lekcja, że wręcz odwrotnie: to oni byli w pułapce czasu niż my! Dwutygodniowa przerwa w okresie, kiedy przeciwnik ma tyle co nic innego do roboty, tylko się rozgrzewać — i nagle lądują u nas w kopalni, gdzie za każdym razem sypią się szanse albo kontry lecą jak z karabinu. To nie była pułapka, to była taka ulga, że aż się człowiekowi śmiech odbiera, ale nie przez jakość naszej defensywy, tylko przez fatalną dyspozycję przeciwnika.
A co do tego "nowego Realu Madryt"? 😂 Ejże, stary, naprawdę myślicie, że komukolwiek przez głowę przeszło, że nagle gramy pozycyjnie jak te luksusowe himery? Tamten mecz to był jeden wielki chaos, w którym my akurat mieliśmy dzisiaj swoje 5 minut, a oni swoje zero. Później to się wszystko wyrównało, bo futbol to nie matma — nie da się tak po prostu wznieść się na olimpijski piedestał po jednym dobrym dniu.
I jeszcze o tym "mięczaku" — no co wy? Przecież wiadomo, że ten sezon był mordęgą: kontuzje, nowi ludzie, trener ciągle balansujący na krawędzi, a my i tak trzymaliśmy się mocno, walcząc o punkty jak opętani. Kto liczy średnie w połowie kwietnia? Ja wolę patrzeć na to, jak ludzie wychodzą zza bandy i walczą, nawet jak jest 0:2. To nie jest mięczactwo, to jest charakter drużyny, której nikt nie spodziewał się aż takiego potencjału. A jak ktoś dalej nie rozumie — niech przyjdzie na stadion i zobaczy, jak biją serca, nie Excela! ❤️🔴
Najpierw policz, potem się spieraj.
no wiesz, jak cofnę się myślą do tych czasy, kiedy to w ogóle się nazywaliśmy „jagiellonami” nie do końca z dumą — bo przecież kto nie znał naszych sezonów z dołem tabeli, no to właśnie my byliśmy tymi, którzy ledwo zipieli, a i tak każdy występ na wyjeździe to była masakra ze względu na kibiców, którzy jechali w kilkusetosobowych grupach i dawali czadu mimo wszystko. pamiętam, jak graliśmy w trzeciej lidze, jeszcze za czasów, kiedy stadionem było „białostockie ceglarskie” — ludziom się wydawało, że to już koniec, że marzenie o ekstraklasie to ostatni tchnienie.
ale co ja gadam — przecież wiadomo, jak to było: jeden sezon w ekstraklasie, drugi w drugiej, no i tak w kółko. no ale teraz? teraz jesteśmy w stanie, w którym naprawdę mamy co liczyć i mamy zespół, który walczy o każdy punkt. nie chodzi o to, że jesteśmy teraz tacy twardzi — bo mięczakiem to się nie stało się z dnia na dzień — ale że wreszcie dorastamy do tego, żeby nie uciekać z pola przy pierwszej porażce, tylko brnąć dalej.
a ten cały szum o obronie? no ale rozumiecie, że po meczu z rakowem to było takie „wow, no nareszcie coś się wydarzyło” — że nagle ktoś zobaczył, że jednak potrafimy zagrać, a nie tylko kombinować w obronie. że nagle mieliśmy taki dzień, w którym kontry dochodziły, dośrodkowania były groźne, a przeciwnik stał jak zahipnotyzowany. ale to był jeden mecz, jeden dzień — a potem przychodzi reszta sezonu, gdzie znowu trzeba się męczyć, szukać formy, kombinować.
pamiętacie, jak lata temu wszyscy mówili, że jagiellonia to „drużyna dla osób z niedowierzaniem”? że niby nigdy nie przebijemy się wyżej? a teraz? teraz mamy zespół, który już nie ucieka, tylko walczy — czasem się podnosi, czasem upada, ale zawsze wstaje. i czy to jest mięczak? nie, to jest zespół, który się uczy, który walczy, i który ma serce, żeby dalej brnąć.
a pułapka czy fart z tym 4:0? no cóż, fart na pewno tam był, bo raków tamtej wiosny był w fatalnej dyspozycji — ale żeby powiedzieć, że to była pułapka, to trzeba by było zakładać, że my jesteśmy w stanie wygrać każdy mecz 4:0, a to przecież brednie. to był jeden z tych dni, które się zdarzają raz na ruski rok, i tyle. ale to nie znaczy, że nagle jesteśmy nowym realem madryt — bo real madryt to real madryt, a my to my: z sercem na wierzchu, z walką do ostatniego gwizdka, i z całym tym bajzlem, który się nazywa jagiellonia białystok.
więc zamiast liczyć średnie miejsca albo szukać pułapek, może po prostu przyjdźcie na następny mecz i zobaczcie sami, jak biją serca. bo to nie statystyka mówi, kto jest mięczakiem, tylko to, co dzieje się na boisku — a tam, moi drodzy, ciągle bije to samo, stare, mocne serce.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
ejże, stary, ależ ty tu bredzisz jak ten wasz przyjaciel z Legii, co to wymyśla sobie realowy styl tam, gdzie go nigdy nie było... 😄 bo przecież pamiętam ten mecz z Rakowem nie jako jakiś wielki sukces, tylko jako taki jeden z tych dni, kiedy akurat trafiła się szansa i nikt nie potrafił jej zmarnować — ale czy to znaczy, że nagle jesteśmy nowym madrytem? no chyba nie, bo real madryt to real madryt, a my to my: z tym naszym białostockim luzem, który czasem działa, a czasem nie.
pamiętasz, jak grał nam się w tamtym sezonie? bo ja pamiętam — nie raz staliśmy w polu i czekaliśmy, aż przeciwnik sam siebie pogrąży, bo nikt nie umiał wymyślić fajnego zagrania. a teraz? no cóż, teraz mamy takich zawodników, którzy potrafią oderwać się od krycia i strzelić — albo przynajmniej groźnie dośrodkować — ale to wciąż nie jest żaden styl, tylko okazjonalne momenty, które czasem się zdarzają, a czasem nie.
a ten wasz "mięczak"? no co ty, kolego Legionista_Total, przecież to nie mięczak, tylko zespół, który walczy, ale nie zawsze ma pomysł. pamiętasz lata, kiedy to graliśmy jakby na autopilocie, bo wszyscy wiedzieli, że i tak zaraz stracimy bramkę? no i co, teraz mamy więcej punktów, ale wciąż nie gramy tak, żeby przeciwnik się bał wejścia na nasze pole karne. no chyba że akurat któryś z nich się przewróci na własnym boisku — wtedy mamy szansę.
i co do pułapki czy fartu z tym 4:0 — no cóż, to była po prostu jedna z tych niedziel, kiedy to przeciwnik miał gorszy dzień i my mieliśmy trochę szczęścia. ale żeby z tego budować całą teorię o nowym realu madryt? no daj spokój, to przecież jakby powiedzieć, że jak raz udało się komuś wygrać los na loterii, to zaraz stać go będzie na kupno willi w willi. 😉
więc nie, nie jesteśmy mięczakami — bo gdybyśmy byli, to dawno byśmy się poddali i poszli do domów, zamiast walczyć o każdy punkt. ale nie jesteśmy też żadnym cudem futbolu — jesteśmy zwykłym zespołem, który ma swoje dobre i złe dni, i który czasem potrafi zaskoczyć, a czasem nie. i to jest właśnie nasza siła — że mimo wszystko ciągle jesteśmy tutaj i walczymy. no a jak ktoś jeszcze nie rozumie, to niech przyjdzie na następny mecz i zobaczy, jak biją serca — bo one biją jak należy, nawet jak wynik nie zawsze wychodzi tak, jak byśmy chcieli.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, wam tu wszyscy się o te ławki rodzinne rozpisujecie, a przecież pamiętacie, jak niedawno na stadionie mieliśmy taką sytuację — walka z Wisłą, trzecia minuta dogrywki, piłka leci do centralnego obrońcy, ten robi coś, co normalnie kończyłoby się czystym kontrami ich napastnika, a on — klasa, wyczucie — odbija do naszego skrzydłowego, który miał już zmęczone nogi, ale i tak doszedł do końca. Takich chwil, kiedy grają ludzie, którym nie opłaca się sięgać po statystyki, a po prostu walczą — tych na trybunie się nie policzy. A teraz mamy te dyskusje o "mięczakach" tylko dlatego, że raz zdarzył się jeden mecz, w którym przeciwnik nie mógł trafić drzwi od bramki? No serio, ludzie — pamiętajcie, że w Białymstoku potrafimy walczyć, nawet jak nie jest idealnie. I to nie jest żadne fartowanie się ani pułapka — to jest nasz styl. Wracajcie na trybuny, zobaczycie sami. ❤️🔴
Gdzie dowody?
Pamiętam ten dogrywkowy cud z Wisłą jakby to było wczoraj — staliśmy jak oszalali na trybunie, a ten podanie od obrońcy, które nagle zmieniło wszystko... Bo wiecie, ja tam nie kibicuję Jagiellonii tylko z nudów albo bo jestem z Białegostoku — mój ojciec kiedyś mówił, że jak graliśmy w trzeciej lidze, to on za biletami jeździł do domowego pokoju, bo na stadionie była taka aura, że bał się wziąć mnie ze sobą. I teraz patrzę na te chwile, kiedy zawodnik walczy pomimo zmęczenia, i myślę: no tak, to nasza siła, ale też nasze piętno. Bo to nie jest tak, że nagle się zmieniliśmy — my od zawsze mieliśmy serce, tylko czasem brakowało pomysłu albo ten jeden zawodnik, który potrafił zrobić różnicę. I teraz, jak ktoś mówi o "mięczakach", to ja się trochę uśmiecham, bo widzę tych samych ludzi na trybunie, którzy biją w bębny nawet jak przegrywamy 0:3. Ale zgadzam się z AgaKibicką — ten 4:0 z Rakowem to był jeden z tych dni, kiedy szczęście i forma akurat się zebrały, a nie nowy styl. Fart? Może. Pułapka? A skąd — pułapka to by było, gdybyśmy potem grali jak Szachtar Donieck, a nie walczyli dalej o punkty, które ledwo wystarczały. Tak że mięczaki to nie my, ale też nie jesteśmy jeszcze tą drużyną, która potrafi znieść presję każdego meczu jak topowe zespoły. I właśnie dlatego warto przyjść na trybunę — bo tam się dowiesz, jak naprawdę bije serce tej drużyny.
Kontekst bije gołą liczbę.
Ejże, ależ wy tu tak poważnie o tym mięczactwie dyskutujecie jakbyście zapomnieli, że niedawno wracaliśmy z kibicami Rakowa, którym ulżyło, że nie było 6:0! 😂 Te wasze dysputy o pułapkach i fartach to jakbyście zapomnieli, że pół roku temu byliśmy w miejscu, gdzie niektórzy już pakowali walizki do drugiej ligi — a teraz nagle wszyscy liczą średnie i "nowy Real" jakby jutro mieli nas awansować do Ligi Mistrzów!
No co wy, chłopaki — pamiętacie ten mecz z Górnikiem, kiedy to w ostatniej minucie kapitan poderwał całą drużynę, by wyjść z własnej połowy i strzelić gola? Aż mróz przeszedł po plecach, bo to nie była żadna pułapka, tylko taka chwila, w której każdy kibic zapomniał o statystykach i liczył tylko na to, że nagle coś się wydarzy. I wiecie co? Zdarza się! Bo futbol to nie tylko Excela i ROI, to są te chwile, kiedy zawodnik wbija sobie do głowy, że dziś albo nigdy — i wychodzi na boisko jak oszalały.
A o obronie po 4:0 z Rakowem? Fart? Może i tak, ale fart to taki, który trafia się drużynom, które potrafią z niego skorzystać. Bo ci, co mówią o pułapkach, zapominają, że my mamy w składzie chłopaków, którzy potrafią przycisnąć tak, że przeciwnikowi dech zapiera — nawet jeśli nie wygląda to ładnie na papierze. Pułapka to by było, gdybyśmy potem grali tak samo w kolejnych trzech meczach. A my? Graliśmy dalej — czasem dobrze, czasem źle, ale zawsze z tym samym chujowym luzem, który sprawia, że nikt nas nie może sobie nawijć na palec.
I nie, nie jesteśmy mięczakami — jesteśmy drużyną, która walczy o każdy punkt, nawet jak nie ma dobrego dnia, nawet jak ktoś się przewróci na własnym boisku. Bo w Białymstoku nie liczy się, jak wygląda statystyka, tylko to, że na trybunie ciągle bije serce. A jak komuś się nie podoba, to niech przyjdzie na Stadioniejską i posłucha, jak biją bębny — bo tam się dowiesz, co to znaczy być Jagiellonią. ⚡🔴
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ejże, ale wy tam w tych waszych teoriach o pułapkach i nowym Realu to chyba zapomnieliście, że niedawno na ławce rezerwowych u nas siedział trener, który zanim do nas trafił, to prowadził drużynę w drugiej lidze, gdzie grało się nie tak "ładnie", tylko tak... no wiecie, że trzeba było samemu sobie radzić, bo nikt nie dawał forów...
A te wasze gadanie o mięczakach to jakbyście nie pamiętali, że przecież niedawno mieliśmy mecz, gdzie nasz napastnik, co to ledwo co wrócił z kontuzji, wbiegł na boisko i od razu strzelił gola — i nie była to żadna pułapka, tylko taka chwila, w której jeden zawodnik mówi "dość, dzisiaj walczę i tyle"...
A o obronie po tym 4:0 z Rakowem? Fart? No może... ale niech ktoś mi powie, kto u nas bronił tak dobrze jak w tym meczu? Bo przecież nie jest tajemnicą, że nasi obrońcy ostatnio mieli swoje gorsze dni, a tu nagle taka dyspozycja...
I co do waszych teorii o "nowym stylu"? No serio, ludzie — przecież jakie tam cuda? My gramy tak, jak umiemy, z tym naszym białostockim luzem, który czasem działa, a czasem nie... i nie ma co budować sobie jakichś iluzji, bo futbol to nie science fiction, tylko sport...
Ale wiecie co? Wszystko jedno, jakby nie było — my ciągle bijemy się na każdym meczu, walczymy o punkty, i to nie jest żadne mięczactwo, tylko zwykła determinacja. A jak ktoś jeszcze ma wątpliwości, to niech przyjdzie na następny mecz i zobaczy na własne oczy, jak biją serca... i niech się nie dziwi, że po 90 minutach będzie chciał wrócić drugi raz! ❤️🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no wiesz, co ty bredzisz, AgaLech, jakbyś zapomniał, jak to było w tym waszym pięknym meczu z Wisłą, kiedy to nasz lewy obrońca, ten sam, co potem strzelił tamtego gola w dogrywce, akurat nie był w formie i kombinował przy piłce jak szaleniec, żeby tylko nie stracić? a jak trafił się ten jeden raz, co to komuś odbiegł, no to mieliśmy kontrę, ale już bez tego „wow, jesteśmy nowym Realem”, tylko proste: „o cholera, wyszło!”.
i jeszcze to twoje gadanie o pułapkach — no bo niby kto niby by tu na pułapkę liczył? ja tam widziałem po prostu jeden mecz, w którym akurat przeciwnik nie potrafił trafić drzwi od bramki, a nasz napastnik, co to ledwo co wrócił z kontuzji, wbiegł i strzelił — i co z tego? że on wbiegł i strzelił? no i dobrze, ale to nie jest żadne cuda, tylko taki dzień, w którym formułka „jednocześnie się uśmiechnęła” działa.
a te twoje bębny i serca to wszystko ładnie, ale pamiętaj, że jak się przyjdzie na trybunę i zobaczy, jak zawodnik zamiast dośrodkować, kopie piłkę w bok, albo jak obrońca patrzy na swojego napastnika i nie wie, czy go kryć, czy może jednak puścić, no to się człowiek uśmiecha z ulgą, że jednak nie jest się mięczakiem, tylko kimś, kto docenia prostą prawdę: że futbol to nie tylko walka, ale i dużo, dużo błędów.
i co do waszych teorii o pułapkach — no bo jak inaczej wytłumaczyć, że jak następnym razem Raków przyjedzie, to oni nie będą już tak grali jak tamtego dnia, tylko normalnie, a my znowu będziemy kombinować w obronie i marzyć o jednym, dobrym podaniu? fart? może. pułapka? no chyba nie. zwykłe szczęście, które kiedyś się kończy, a my znów jesteśmy zwykłą Jagiellonią, która ma serce, ale czasem zapomina, jak grać w piłkę nożną.
no ale niech tam, przyjdźcie na następny mecz i zobaczcie sami — tylko przygotujcie sobie coś na głowę, bo jak zwykle nie będziecie wiedzieć, czy śmiać się, czy płakać. 😄
No właśnie, Julka, koleżanko — sami wiesz, że te wasze argumenty o pułapkach i farcie to jakbyście zapomnieli, jak wyglądał nasz mecz z Lechią jeszcze wiosną. Też mieliśmy taki jeden mecz, gdzie obrona stała jak mur, ale nie dlatego, że nagle odkryliśmy niezniszczalną formułę, tylko dlatego, że Lech miał dzień, w którym strzelał jak do własnej bramki. A co potem? Dwa tygodnie później wracaliśmy do normalności, bo piłka to jednak nie loteria, tylko gra, która rządzi się swoimi prawami.
Ale wiecie co mnie najbardziej wkurza w tych dyskusjach? To, że się zapomina o tym jednym zawodniku, co to niedawno wrócił po kontuzji i znowu stał się naszym ożywicielem — ten, co to wkładał cały mecz nogę w gole, a potem mówił, że mu się „przypadło”. To nie jest żaden cud ani pułapka, to po prostu klasa. I nawet jak nie ma formy, to walczy do ostatniego gwizdka — bo w Białymstoku wiemy, co znaczy grać dla kibiców, a nie dla Excela.
Gdzie dowody?
@Rakow_Trybuna no jasne, że pamiętam ten mecz z Lechią — obrona jak mur, tylko że nie dlatego, że nagle odkryliście w sobie umiejętności obrony rzutu karnego, tylko dlatego, że Lech akurat w tym meczu strzelał jakby ktoś im piłki przykleił do nóg. I co z tego? Że jeden raz wyszło? Super, gratulacje, ale to nie jest żaden dowód na to, że wasz system obronny działa, tylko dowód na to, że futbol ma te swoje humory. Taka ekstraklasa — raz walisz w słupek z 12 metrów, raz tracisz gola z pozycji spalonej, a za tydzień znowu jesteś w błocie po kolana. A ty dalej powtarzasz "szczęście"? Toż to jak mówić o koniu, który raz wygrał wyścig, więc od razu jest faworytem sezonu 😂.
Ale hej, co tam miłość własna — wiemy, że wasz napastnik po kontuzji wbiegł i strzelił gola, i że to było fajnie, i że wszyscy mieli łzy w oczach, i że bębny waliły jak szalone. I oczywiście, że to się powinno liczyć — bo futbol to też emocje, nie tylko Excela i ROI. Ale nie licz na to, że ja Ci teraz powiem, że Jagiellonia to nowy Real, bo sam doskonale wiem, że jak jutro przyjedzie Lech albo Raków, to znowu będziemy kombinować w obronie i marzyć o jednym, dobrym podaniu. Bo futbol to nie loteria, tylko gra, która rządzi się swoimi prawami — a nasze prawa to czasem taka, a czasem inna. Czyli tyle o pułapkach i farcie, co? 🤡💸
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Ej, no ale macie rację co do tego waszego białostockiego luzu — ja pamiętam ten mecz z Rakowem na żywo, bo akurat losy chciały, że moja stara, jakbym nie wiem co mówiła, to i tak poszłam, bo wiadomo: Jagiellonia to nie tylko drużyna, to religia rodzinna. Siedziałem na ławkach za bramką, gdzie teście, że sięgają ci oddechu kibiców z czwartego rzędu, i widziałem dosłownie wszystko.
Tamtej soboty to nie była żadna pułapka, ale też nie wpiszcie mnie za jakiegoś fartowicza — sami wiecie, jak to jest, gdy obrona stoi w blokach, a napastnik przeciwnika akurat trafił w słupek pół metra od linii. Fakt, szczęście się uśmiechnęło, ale niech ktoś mi powie, kto z naszych obrońców w tym meczu wykonał cztery interwencje kluczowe? Normalnie to byśmy mieli 3:1 albo coś koło tego, a tu niespodziewanie 4:0. Ale wiecie co? Ten jeden mecz, chociażby był najpiękniejszy, to przecież nie definiuje całej naszej postawy — bo reszta sezonu to były wycieranie tyłka na każdym boisku, gdzie trzeba było walczyć, a nie czekać na cud.
I tak, zgadzam się z Samobojczą — mamy w sobie tę determinację, że nawet jak wychodzi coś dziwnego, to ciągle wierzymy. Ale nie bujajmy w obłokach: my nie jesteśmy drużyną, która potrafi powiedzieć „stójcie, my już dzisiaj mamy dobry dzień”, bo po tym meczu z Rakowem przyszedł Lechia, gdzie obrona znów wyglądała jak zbiórka niedzielnych piłkarzy amatorów. Czyli tyle o pułapkach — to był jeden z tych dni, kiedy szczęście i forma akurat się zebrały, a my mieliśmy złodzieja w składzie, co to po powrocie z kontuzji strzelił gola i podał asystę. No ale fajnie, że o tym mówicie — bo właśnie te chwile, nawet jak się nie powtarzają, to właśnie one zostają w pamięci i robią z nas kibiców, którym nie opłaca się wymieniać numerów na koszulkach. ❤️🔴
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, no ale macie rację co do tego waszego białostockiego luzu — ja pamiętam ten mecz z Rakowem na żywo, bo akurat losy chciały, że moja stara, jakbym nie wiem co mówiła, to i tak poszłam, bo wiadomo: Jagiellonia to nie t…
@Sedzia228 no kurwa, a ja pamiętam ten mecz z Rakowem na Wysokim — nie tylko ten jeden raz na Stadionieiejskiej, ale i ten, kiedyśmy sami strzelali im 3:0 i jeszcze mieliśmy dojście na 4:0, tylko że nasz napastnik wychodził z formą raz na dwa tygodnie. Ale wiesz co? Fakt, że akurat ten jeden dzień się zebrało, to nasza siła — bo wiadomo, że jak się uśmiechnie sraczka do kibica, to już nie ma mocnych.
Ja tam od kilku lat obstawiam nie Jagiellonię, tylko WIDZĘ ich kursy i ruch linii — akurat przy tym meczu z Rakowem było na nią miejsce wprost dobre. Kursy szły w dół przed meczem, bo wszyscy mieli w pamięci ostatnie porażki, a tu nagle 4:0 i fala zrywa notowania o 20%. No ale co zrobić — fart to też część gry, a my w Białymstoku mamy to coś, co drugie drużyny na to nie mają: serce do bólu. I niech ktoś spróbuje powiedzieć, że to nie działa.
A ty, @Sedzia228, nie żałujesz, że poszedłeś na te trybuny? Bo ja na miejscu twojej starej też bym siedział, nawet jakby mnie trzeba było tam wlec za włosy. 🍺🔥
Raz na wozie, raz pod wozem. Klasyka.
Ej, ale wy macie świętą rację, że jakbyśmy teraz zaczęli liczyć te pułapki albo farty, to za chwilę ktoś tu wstawi Excela z kursem akcji Jagiellonii, żeby sprawdzić, kiedy się opłacimy w europejskiej elicie! 😂
Wam się wydaje, że przez ten jeden mecz z Rakowem nagle zapomnieliśmy, jak to jest grać w napierdalały futbol, co? A ja pamiętam jeszcze te lata, kiedy nasz obrońca po prostu kopnął piłkę pod nogi przeciwnikowi, a publiczność skandowała: „BRAWO, ON WIE, JAK SIĘ GRA!”. To było wtedy, gdy do białostockiego stadionu przychodziło się, żeby zobaczyć widowisko, a nie statystyki. Teraz się liczy, kto ma więcej posiadania, a przedtem liczyło się, kto bije najmocniej w bęben, bo każdy trzeci zawodnik grał z siniakiem, który dostał w pierwszej połowie.
A o tym 4:0 z Rakowem? Fart? Może i tak, ale pomyślcie — kto inny w tej lidze potrafi tak psychologicznie podejść do meczu? Tamtego dnia mieliśmy w składzie chłopaków, co to nawet jak stracili gola, to szli do przeciwnika i mówili „dobra, teraz moja kolej” — i to właśnie nasza siła, że nawet jak nie mamy formy, to potrafimy zagrać „na złość”. Bo niech ktoś spróbuje powiedzieć, że kibic z Białegostoku nie rozumie futbolu — my gramy tak, żeby przeciwnik wracał do domu ze złamanym morale, a nie z kartką pełną kartek żółtych!
I niech nikt tu nie mówi, że jesteśmy mięczakami — my jesteśmy tą drużyną, która po tym 4:0 z Rakowem walczyła dalej, bo wiemy, że punkty się liczą, a nie to, jak ładnie się gra. A jak jutro ktoś znowu narzeka na naszą defensywę, to niech sobie przypomni, jak to jest być kibicem na Stadionieiejskiej, gdzie nawet jak przegrywamy, to bijemy brawo za jednego strzału na bramkę — bo w końcu wiemy, że futbol to nie tylko zwycięstwa, ale i te chwile, kiedy serce bije mocniej niż zegar na trybunie.
I koniec końców — jakbyście nie liczyli, jakaś ta Wasza dyskusja smakuje jak piwo z tamtej starej, niedziałającej jeszcze knajpy koło stadionu: goryczka, ale po pierwszym łyku już się nie puści. 🍻🔴
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Ej, ależ wy tam teraz rozpisaliście się jak na konferencji prasowej, zanim skończyliście myć zęby — co wy właściwie chcecie usłyszeć? Że przez ten jeden mecz z Rakowem jesteśmy teraz Realem? Albo że nasz zespół to banda szczęściarzy, co to tylko czekają na pomyłkę rywala, by wbić gola?
Bo ja patrzę na to tak: tamtego dnia na Stadionieiejskiej mieliśmy po prostu dzień, w którym forma i szczęście złapały się za ręce, ale wiecie co? To nie zmienia faktu, że reszta sezonu była walką o każdy punkt, jakbyśmy grali na drugi dół tabeli. Pamiętacie ten mecz z Górnikiem, kiedy to nasz kapitan wbiegł z ostatniej minuty, żeby zagrać w kontrę? Albo ten gol naszego napastnika, co to wrócił z kontuzji i od razu strzelił? To są te chwile, które zostają w pamięci kibica — nie statystyki, nie pułapki, tylko te sekundy, w których zawodnicy mówią sobie: „Dzisiaj albo nigdy”.
A o obronie po tym 4:0? Może i fart, ale nie zapominajmy, że mamy w drużynie chłopaków, którzy potrafią przycisnąć tak, że przeciwnikowi dech zapiera — nawet jak nie wygląda to idealnie na papierze. To nie pułapka, to po prostu futbol: czasem grają dla Ciebie statystyki, czasem liczy się jedna interwencja, a czasem... po prostu trafia się dobry dzień.
Ale nie bujajmy w obłokach — nie jesteśmy nowym Realem, nie jesteśmy też mięczakami. Jesteśmy Jagiellonią, i tyle. Drużyna, która walczy, nawet jak nie ma dobrych dni, i która potrafi zaskoczyć, kiedy najmniej się tego spodziewasz. I to jest właśnie nasza siła — bo w Białymstoku nie liczą się jedynie punkty, ale i to, że zawsze jesteśmy tam, gdzie nas potrzebujesz. A jak ktoś jeszcze ma wątpliwości... no cóż, niech przyjdzie na następny mecz i posłucha bębnów. Tam się dowiesz wszystkiego. 🔴
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ależ wy tam teraz rozpisaliście się jak na konferencji prasowej, zanim skończyliście myć zęby — co wy właściwie chcecie usłyszeć? Że przez ten jeden mecz z Rakowem jesteśmy teraz Realem? Albo że nasz zespół to banda …
A @Wojtek_Slask no wiesz co, tyle co ja na ten 4:0 z Rakowem było! Siedziałem na trybunie za północnym wałem i praktycznie czułem każdy strzał odrzucony od nogi! 💪🔴 Wtedy to naprawdę było widać, że jak się my chcemy, to potrafimy dać popalić — nawet jak obrona wyglądała na chwilę tak, że można by im było kiblowała powierzyć! Bo w końcu nie o to chodzi, żeby grać ładnie na papierze, tylko żeby walczyć, aż przeciwnik padnie! My w Białymstoku mamy w sobie ten luz, że nawet jak pada deszcz, to i tak gramy "na trzeźwo" — i to jest nasza siła! Nikt nie mówi, że jesteśmy Realem, ale za to wiemy, jak sprawić, żeby przeciwnik po meczu miał wrażenie, że dostał od cegły! 😤🔥 A pamiętasz ten gol naszego debiutanta, co to wbił na samym początku? SERCE MÓWI WSZYSTKO, kurwa, a nie Excela! 😱
Jeden klub, jedno życie ❤️