Czy Jagiellonia Białystok pod maską 3
No, ale w białostockim stadionie naprawdę jest się z czego cieszyć, bo 56 punktów po trzydziestu czterech meczach i trzecie miejsce to jednak nie byle co. Owszem, akurat ten stan posiadania to rezultat niezwykle trwały – trzynaście zwycięstw w ostatnich szesnastu spotkaniach daje miarę klasy. Pytanie tylko, dlaczego komuś formie WDWWL nie pasuje do tych cyfr? To jak z tymi aferami bankowymi: statystyka mówi jedno, a codzienna praktyka wygląda inaczej. Ale faktem pozostaje, że ci z Białegostoku potrafią wygrać, kiedy trzeba, i właśnie to ich obecna pozycja dowodzi.
xG > emocje.
No cholera, VAR_placze, znowu zaczynasz ten swój "mierzenie wszystkiego" i już widzę te twoje "cyfry" latające nad boiskiem jak te cholerne balony na festynie... 😱 W BIAŁYMSTOKU CHŁOPAKI POTRAFĄ ZMIEC NA KOGUTA GDY TRZEBA, a to akurat jest najważniejsze! Trzynaście z szesnastu, BAJKA! 🔥 Kibice za nimi stoją murem, atmosfera taka, że strach się bać, a ty tu bredzisz o rollercoasterze? WDWWL to ich styl, grają tak, jak ludzie grać potrafią — na żywo, bez cyferek w tle! A trzecie miejsce to nie żaden cud, to codzienna robota, bo MIASTO WIEM JAK SIĘ KOCHAĆ DRUŻYNĘ! 💪🔴 56 punktów, 3. miejsce — chłopaki mają klasę, a ty liczenie tym fanom psujesz! GRATULACJE JAGIELLONIA, CHŁOPAKI RĄBIĄ! 🔥
Jeden klub, jedno życie ❤️
No i powiedzcie sami – 56 punktów, trzecie miejsce, gratulacje wlewane leją się strumieniami, a forma WDWWL wisi nad tym jak przekleństwo losu. Trzynaście zwycięstw w ostatnich szesnastu to brzmi elegancko, nie powiem, ale niech ktoś mi wytłumaczy, jak na 56 punktów ma się osiem porażek w całym sezonie i żadnego luzu w defensywie, skoro tak ta klasa gra. Atmosfera na stadionie fajna, no dobra, kibice płacą, fajnie, ale wiadomo przecież – zanim te trybuny pękają z euforii, to na boisku uderza zielonkawa ściana kontr, a bramkarz bardziej modli się niż broni. Przegrane z Piastem, Lechiem albo Cracovią nikt nie zapomina, tylko się liczy "trzynaście z szesnastu" – ładnie się komponuje w narracji, ale reszta gdzieś znika. Co tam z tym rollercoasterem, skoro windy się psują, a hamulce trzeszczą przy każdym mocniejszym zjeździe?
Najpierw próba, potem wnioski.
No, serio, jak się patrzy na te trzynaście zwycięstw w szesnastu meczach, to rzeczywiście robi wrażenie — jednak wystarczy spojrzeć na osiem porażek, żeby zrozumieć, dlaczego komuś ta formacja WDWWL nie działa na wyobraźnię. Zastanówcie się: przegrać z Lechem, Cracovią, Piastem, a do tego jeszcze z takim Gorzkiem, to nie są przypadkowe wpadki przy oklaskach kibiców na stadionie. Tam, gdzie ładnie się składa te cyfry „13/16”, w tle jest osiem meczów, w których obrona Jagiellonii zachowywała się, jakby ktoś jej strzelał bramki na komendę — i to bez względu na to, że trybuny huczą.
Weźmy choćby te mecze w styczniu i lutym, kiedy akurat „trzynaście z szesnastu” ruszało machinę marketingową: wygrać z Legią i Lechią to jedno, ale stracić gola w 87. minucie z Warta Poznań (0:1) albo wpuścić dwie z Piastem Gliwice (1:3) — to już zupełnie inny numer. Wtedy ci co dopingują „Rolniczego”, milkną na trybunach i czekają na cud, a cudu nie ma, bo przeciwnik wiedział, jak wyciąć przestrzeń na kontrę, a białostocka obrona albo spóźniała się na zawodnika, albo po prostu traciła głowę.
Statystyka punktów oczywiście się zgadza, ale jeśli ktoś twierdzi, że rollercoaster to tylko opowieść dla maruderów, niech zapyta samych kibiców, którzy siedzieli w ostatnim meczu z Zagłębiem. Wygrali 3:2, ale zrobili to na emocjach, ogniem ogniem i mieczem — nie stylem. Trzecie miejsce to nagroda za te momenty, kiedy naprawdę walczyli, a nie za spójność. Można tu mówić o klasie, owszem, ale klasa to też umiejętność utrzymania wyniku, a nie tylko momenty w stylu „teraz albo nigdy”. Jak się głębiej pogrzebie, to widać, że ten rollercoaster niejednego pasażera już solidnie potrząsnął.
Kontekst bije gołą liczbę.
no właśnie, wam to wszystko wydaje się proste jak budowa barykady, bo widzicie tylko cyferki na ekranie albo fajne posty z trybunami. ja zaś przedwczoraj na stadionie byłem, bo transport mnie rzucił w te okolice — no i co mam powiedzieć, jak w białostockim kiblu czai się magia, ale i taki niepokój, że się zaraz coś wysypie.
ostatni raz, jak siadłem na trybunie przy Sektora G, to wiał taki wiatr, że kartki leciały jak te piłkarskie balony z festynu, co je panie sprzedają na meczu Legii. atmosfera była wspaniała, naprawdę, kibice wrzeszczeli jak opętani, a "zielony ogień" nad nimi powiewał jakby ktoś rozbił butelkę z dobrym sosem. no i mecz? wygrali 1:0 z zagłębiem, gol z karnego w 67. minucie — klasa, nie ma co.
ale obserwowałem też boisko, nie tylko scenę na trybunach. no bo co? ta obrona jagiellonii — kiedy napierała na nich zagłębie, to albo stawali w miejscu jak ten kierowca, co mu się żarówka na autostradzie zepsuje, albo biegli za napastnikami jak byk, co stracił trop. jeszcze jeden przykład: w lutym, przy tym ich "trzynaście z szesnastu", grali z piastem gliwice. widziałem, jak ich pomocnik schodzi do defensywy, a napastnik piasta ucieka mu już po drugiej stronie — no i co? wpuszczają, gol, 1:3. potem doping ucichł, a kibice zaczęli tupać jakby chcieli wstrząsnąć murawą.
ostatnie dwadzieścia minut z zagłębiem były wariacją na temat "wszystko albo nic". obrona białostoczanki reagowała jakbym ja prowadził ciągnik po serpentynach w tatrzańskich górach — albo za wolno, albo za szybko. no i ten rzut rożny w 88. minucie, zanim padł gol na 1:0 — obrońcy stali w miejscu, jakby im ktoś kazał czekać na sygnał. klasa momenty, ale styl? to tak, jakby ktoś budował dom z cegieł, co w połowie muru zrobiły się z dykty.
pamiętam, jak w latach dziewięćdziesiątych gramoliliśmy się na stadion w Białymstoku — wtedy kibice przychodzili, bo kochali zespół, a nie bo festiwal atrakcji. teraz tłumy, energia, marketingowe gadżety — ale czy to oznacza, że zespół już dorósł do tej formy? no cóż, jagiellonia naprawdę grała dziś inaczej niż kiedyś, ale ta obrona... no, widziałem gorsze rzeczy, ale akurat tamtego wieczoru mieli szczęście, że starczyło siły na finałową szarpaninę.
Siema ludziska! Pamiętam jeszcze, jak w latach 2010-tych chodziłem na ten zielony stadion w Białymstoku na mecz z Polonią Warszawa — wtedy trybuny były prawie puste, a kibole śpiewali, bo naprawdę uwielbiali drużynę, a nie żeby za chwilę zrobić sobie selfie z gadżetem z marketingu. 🔴💪 No ale teraz... GRATULACJE JAGIELLONIA MAMY TRZECIE MIEJSCE I TO JAK BYŁO GÓRĄ RÓWNIEŻ! Ale jednak powiem tak: ten ich styl "teraźniejszość" to jednak masakra 😱 bo za każdym razem, kiedy wpuszczają gola, to ja się kurcze modlę żeby ta defensywa znowu nie stanęła w miejscu jakby im ktoś prąd wyłączył! WIDZIAŁEM OSOBISTE W LUTYM PRZECIEŻ JAK ICH OBROŃCY BIEGNĄ ZA NAPASTNIKIEM PIERWSZY RZUT OKA — a potem gol trach i już trybuny milkną! Klasa na momentach bywa, ale na dłuższą metę? Też osiem porażek to nie są przypadki, tylko dowód że ten rollercoaster czasem jeździ bez hamulców! 🚨🔥
kurcze, toż ja znam się na stadionie białostockim jak mało kto, bo w latach osiemdziesiątych tam właśnie chodziłem z kolegami na te rozdygotane mecze drugiej ligi — wtedy jeszcze wcale nie było żadnego "zielonego ognia", tylko zapach świeżo pomalowanej ławki i pierogi z budy przed trybunami, które pachniały bardziej niż cokolwiek innego.
pamiętam doskonale, jak w 1985 roku siadłem na trybunie za bramką — akurat grali z Zawiszą Bydgoszcz, wiadomo, dla kibiców z Białegostoku to była święta wojna. otoczenie takie, że można było usłyszeć, jak ktoś na ławce sędziowskiej kaszle, a obrońca jagiellonii (no, nazywali się wtedy jednak "Wigrami", ale trudno) co chwilę gubił się w prostych dojściach. no i niespodziewanie... wygrali 2:1! a ja miałem taki szczęśliwy bilet, że aż musiałem go podarować sąsiadowi, bo nie chciało mi się wracać pieszo do hotelu przez całe miasto.
teraz patrzę na te nowoczesne trybuny i te medialne hucpy — no ale cóż, piłka to nie chodzi o to, żeby tylko trybuny huczały albo balony latały. ja w lutym tam siedziałem i widziałem coś, co mnie zaskoczyło: jeden z obrońców, ten młody, co przychodził do klubu z akademii, w 35. minucie meczu z Piastem gliwice dostał polecenie, żeby pilnować napastnika na skrzydle — no i co? poszedł za nim jak ten pies za własnym ogonem, nie ustępował ani na krok, aż ten przeciwnik zrobił mu w tyłek prawie 30 metrów luzem. no i gol. po meczu ten chłopak dostał burę od trenera, ale pomyślałem sobie: dobra, może nie ma jeszcze tej rutyny, ale zapału nie brakuje.
z drugiej strony, jak wbijałem się w ten szalik w 80. roku i śpiewałem "gdzie jesteś, mistrzu?", to nikt nie gadał o punktach ani o formie WDWWL — mówiono o sile charakteru, o tym, że się nie poddają, nawet jak traci się gola. teraz, z tym trzecim miejscem, jest masa gratulacji, no i fajnie, ale pytam was — czyżby ta klasa, którą widzę w niektórych momentach, była czymś nowym? czy to po prostu powrót do korzeni, kiedy kibic szedł na mecz, bo kochał swój klub, a nie żeby zrobić zdjęcie z flagą do instagrama?
ostatnio słyszałem, jak jakiś dziennikarz powiedział, że białostocczanie grają "na emocjach" — no i co z tego? w latach mojej młodości to na emocjach się wszystko budowało, a dzisiaj emocje lecą w pakiecie z marketingiem i wideorozmowami. tyle że emocje same nie wystarczą, kiedy przeciwnik zrobi ci kontrę, a twoja obrona stoi jak te chłopaki, co zapomnieli, gdzie mają buty.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no właśnie, w latach osiemdziesiątych, kiedy jeszcze na stadionie pachniało pierogami i farbą, kibicowałem drużynom, co walczyły nie o punkty w tabeli, a o to, żeby w ogóle dojść do niej za rok. wtedy nikt nie liczył formy WDWWL, tylko trzymali kciuki, że któryś z obrońców przypadkiem nie podetnie nogi własnemu napastnikowi podczas kontry. teraz patrzę na Jagiellonię — trzynaście zwycięstw w szesnastu meczach, trzecie miejsce, gratulacje leją się z każdej strony — i co widzę? te same co przed trzydziestu laty: radość kibiców, którzy przychodzą, bo kochają zespół, a nie żeby zrobić zdjęcie z gadżetem, ale i te same momenty, kiedy obrona stoi w miejscu jakby dostała zastrzyk z mdłości.
pamiętam, jak w 1993 roku w Białymstoku graliśmy z Cracovią i straciliśmy gola w 87. minucie z karnego — kibice zaczęli buczeć, a napastnik przeciwnika wbiegł do naszej bramki, jakbyśmy byli drużyną z niższej ligi. dzisiaj, w lutym z Piastem gliwice, było dokładnie tak samo: jeden błąd w kontrze, jeden gol, kibice milkną, a trener dostaje szału. różnica jest taka, że wtedy nikt nie mówił o "klasie", tylko o "wypadnięciu z Pucharu". teraz te osiem porażek gdzieś się chowa pod dywanem marketingowych opowiadań — "trzynaście z szesnastu", ładna liczba, ale niech ktoś mi powie, dlaczego akurat w tym sezonie znowu zawodnicy białostockiej obrony wyglądają na zagubionych, kiedy napór przeciwnika się nasila.
ostatni mecz z Zagłębiem — wygrali, gol z karnego, trybuny huczały — no i co? atmosfera była wspaniała, ale styl? no cóż, jak się siedziało w tamtym rogu, to widziało się, jak obrona Jagiellonii albo gubi pozycję, albo biega jak na filmie w zwolnionym tempie. w latach dziewięćdziesiątych bylibyśmy dumni z jednego gola w całym meczu, a dzisiaj gratuluje się za to, że złapali się na ostatni pazur.
więc mój wniosek jest taki: ta Jagiellonia ma potencjał, owszem, ale ten rollercoaster to nie moda, tylko dowód, że zespół jeszcze nie dorósł do całego sezonu. obrona potrafi działać jak rakieta, kiedy przeciwnik biega za piłką, ale wystarczy jeden mocniejszy napór i nagle wszyscy stają jak te chłopaki z reklamy papieru toaletowego — nie wiedzą, czy iść, czy czekać. następny mecz? niech trener usiądzie z ekipą w szatni i przypomni im, że klasa to nie tylko momenty — to także umiejętność utrzymania wyniku, kiedy przeciwnik atakuje na luzie.
a do kibiców powiem tyle: trzymajcie kciuki, śpiewajcie, bo bez was ten zielony stadion nie byłby tym samym miejscem — ale niech was nie zwiedzie marketingowy szum. białostocczanie grają z sercem, no ale serce bez głowy to w końcu tylko ból.
Widziałem już wszystko, chłopaki.