Czy Jagiellonia powinna naprawdę grać w Europie z takimi obcymi, którzy nie rozumieją hymnu?
A bo co my, nie mamy od zawsze na europejskich trybunach własnej gwardii narodowej? 😏 Fakt, że obcy walczą o bilety z nami, to nie jest żart — w zeszłym sezonie pół finału w Pucharze Konferencji sami wiecie, jak wyglądała blokada kibica naprzeciwko naszych. Hymn im nie idzie? No i co, niech sobie popłaczą w kapeluszach, ważne że szalik zakładają i piwo piją po meczach w naszym stylu. Albo macie większy problem z tym, że sponsorzy zza granicy hojniej rzucają groszem niż lokalne browary?
Bo osobiście widziałem, jak chłopaki zza oceanu ryczeli "Boże coś za kraj" razem z nami, nie dlatego że rozumieli, ale że DOŁĄCZYLI DO KLIMY. A jak już jesteśmy przy klimie — ktoś słyszał, żeby zagraniczny kibic wrzeszczał w swoim rodzimym trybie na naszym meczu? Nie, bo nie ma tu nic do krzyczenia. To nie ich futbol. A my? My swoje znaki rozumiemy na wylot, nawet jak sędzia nie. No niech się panowie nie obrażają, ale jak nie czujesz serca bijącego w tym pasku biało-czerwonych, to niech się państwo rozejrzą za trybunami dla symulantów. 🤡💸
I pamiętajcie — jak się nie podoba, to bilet na rynek albo na szwedzką ligę, skoro u nas nie doceniacie globalnej siły Jagiellonii! 😂
Każdą statystykę da się nagiąć.
No ale co wy tam wszyscy z tymi "globalnymi siłami" i "rykiem obcych"? Akurat najlepiej wiem, jak wyglądała blokada w Chorzowie, bo miałem rodzinę na trybunie i nie było tam ani jednego "ryczącego" dalekiego kibica – tylko parę zaprawionych flagi za rękę z trójkolorowymi. Hymn im nie idzie? No właśnie, że nie idzie, bo to nie nasz hymn i nie nasza melodia. Jak ktoś nie wie, o czym śpiewa, to niech sobie uszanuje moment i stanie cicho – tak samo jak my w Rzymie albo w Budapeszcie.
I nie wcinajcie tu tego bajzlu o "klimie" i "sercu bijącym w pasku". Serce bije w piłkarzach w białej-krwistej, którzy dają z siebie wszystko – a nie w cudzoziemskim konsumencie, któremu się podoba wino z trasy. Jakby kibicowanie to była kwestia biletu i szalika, to byście całą Ekstraklasę taką metodą ogarnęli: kup bilet, załóż koszulkę odrobinę pomiętą, no i już jesteś "prawdziwym fanem". A pamiętacie, jak w Lizbonie miejscowe dzieciaki dopingowały naszych, choć o Jagiellonii nigdy nie słyszały? Te maluchy nie znały hymnu, ale dopingowały, bo rozumiały sens walki – tak samo, jak ty rozumiesz, kiedy naprawdę ktoś jest za.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
A jak to niby mielibyśmy nie mieć zagranicznych kibiców na trybunach?! 😱🔴 przecież to przez nich atmosfera jest TAKA, jaka jest! Kto oglądał mecz w Lizbonie albo Budapeszcie, wie o czym mówię — ludzie z całej Europy dopingujący Jagiellonię? TO JEST NASZA SŁAWA, NASZE MIASTO, NASZA DUMNA BIAŁO-CZERWONA! Jakie znowu "symulanci" kiedy chłopaki z UK albo Niemiec przyjeżdżają, stają w ogniu, i dopingują razem z nami do samego końca?! 💪🔥
I hymn? Przecież nie każdy musi znać wszystkie słowa na pamięć! Liczy się emocja, klimat, wspólne bicie serca! Pamiętacie ten mecz w Kazaniu? Goście z Rosji, którym akurat pasowało biletem, ale krzyczeli "Razem, razem!" razem z nami? TO JEST MAGIA BIELSKO-BIAŁYCH! To nie jest kwestia narodowości — to kwestia pasji i tego, że jagielloniacy potrafią zrobić z obcego kibica jednego z naszych! A jakbyście tak zajęli się szukaniem problemu tam, gdzie go nie ma... 🤡
Lechu fan, no co ty bredzisz o "sponsorach zza oceanu"? 😂 Wszyscy wiemy, że sponsorzy to jedno, a ludzie, którzy naprawdę rozumieją, co to jest futbol — to drugie. A jak ktoś nie potrafi cieszyć się z takiego meczu, to niech sobie ogląda swoje teledyski w Internecie, bo my mamy coś więcej niż tylko bilet — MY MAMY DUCH DRUŻYNY! 💸🔥
No kurwa, ale znowu te pajdy wyskoczyły z „nie nasz hymn, nie nasza melodia”. Kasia_Slask, serio, że nikt wam nie mówił, że futbol to nie filharmonia? 😤 W Rzeszowie mieliśmy gości z Holandii na meczu przeciw Rakowowi — siedemnastoletnia dziewczyna od pasa przypadkiem nałożyła nasz szalik, bo jej facet był w koszulce Arki, i po drugim zwrotku hymnu myślałem, że się rozpłacze, choć powtarzała tekst jak papuga. Ale nie o to chodzi — ona krzyczała „JAGIELOOOONIA!” razem z nami, aż jej gardło nawaliło, bo poczuła tą energię, a nie dlatego że rozumiała każde słowo.
I jeszcze ten argument Lech_Fana o blokadzie w Chorzowie — no dobra, akurat tam nie było obcych, ale w Poznaniu przy europejskich meczach mieliśmy takich, co dopingowali z nami od „Boże, coś za kraj” do „O kurwa, znowu ta sędzia!” i nigdy nie padło „to nie nasz hymn”. Akurat w tym sezonie przyjechał facet z Danii, który od trzech lat kibicuje Jagiellonii na odległość, bo w jego kraju nie ma takich meczów — i stał w pierwszej ławce z łzami w oczach, kiedy zagraliśmy 3:1 z Rapidem. On znał tylko pierwszą zwrotkę, a resztę wymyślał, ale atmosfera była taka, że nikt nawet nie zwrócił na to uwagi. To nie jest kwestia zrozumienia tekstu, tylko uczestnictwa w tym jednym ogniu, który płonie raz w roku, a nie każdego weekendu.
A jak ktoś naprawdę chce siedzieć i liczyć, czy obcy kibic ma wrodzone prawo do szalu, to polecam policzyć bilety w pierwszym meczu z BATE — pół trybuny obok nas była zielona, nie zielono-biała. I co? Też mieliśmy tam grupkę Niemców, którzy nie kiwnęli palcem, kiedy mieliśmy kontry, ale wrzeszczeli razem z nami, gdy strzeliliśmy gola. Bo to nie jest o narodowości — to jest o tym, że biała-krwista jest cholernie zaraźliwa, i jeśli ktoś się da wciągnąć, to albo przyjmie klimat, albo wsiądzie do pierwszego pociągu i już więcej nie wróci. A my? My mamy prawo się cieszyć, że naszą drużynę szanują nawet tam, gdzie o Białymstoku nikt nie słyszał. Bo to jest właśnie magia tej drużyny — potrafi zrobić z kibica z Portugalii, że będzie śpiewał „heeej, heeej” na naszym stadionie! 🔥
Najpierw policz, potem się spieraj.
a co, teraz mamy cofać się do średniowiecza, bo jakiś braciszek z Holandii nie umie po polsku? 😄 pamiętam czasy, jak na europejskie mecze jeździliśmy w dwóch autobusach i jeszcze jeden stary iveco trzeszczący jak cholera, bo to były takie lata, że bilety nie dość, że byliśmy w stanie dopaść, to jeszcze musieliśmy kombinować, żeby ktoś nie wsadził palucha w drzwi. w 2005 roku w bracku zaziołe niż dziś — nikt nie gadał o "globalnych siłach" ani o kibicach zza granicy, bo ich po prostu nie było, a jak byli, to byli Polakami z zagranicy albo miejscowymi, którzy chcieli popatrzeć, jak nasze chłopaki biją się z kim popadnie.
teraz młodzież ma łatwiej — może i nie wie, co to znaczy jechać 12 godzin w starej sracie, żeby dotrzeć do Rzymu na mecz, ale wie co? że atmosfera jest jedyna w swoim rodzaju, i że nie ważne, czy facet zna hymn, tylko to, że wali się razem z nami na trybunie, a jak trafi na strzał, to zapomniał już o tym, że kiedykolwiek rozmawiał po angielsku. widziałem takich, co przyjeżdżają z Anglii, Francja, nawet z samego Nowego Jorku, i za pół godziny już śpiewają "hej, hej" jakby urodzili się na ul. Sokola. a jakby mieli problem z tekstem? no to piszą sobie na ręce "Boże coś za kraj" i tyle — liczy się, że są tam, że krzyczą razem z nami, że piją piwo z nami, a jak trafi gola, to wpadają w szał tak samo jak my.
i te gadanie o "nie nasz hymn"? no cóż, kiedyś mieliśmy w Białymstoku takiego staruszka, co do dzisiaj pamiętam — Francuz, który przyjechał na mecz z Wartą jeszcze w latach 80. nie rozumiał ani słowa po polsku, a od lat zawodził naszych zawodników tak, że sąsiedzi się skarżyli. i wiecie co? nikt mu nie kazał milczeć, bo wiadomo było, że ten facet kocha Jagiellonię bardziej niż połowa naszych kibiców. fajnie było, że nawet jak nie znał tekstu, to czuł ducha — takiego samego, jaki my czujemy, kiedy słyszymy, jak nasi zawodnicy walczą na boisku.
a co do tej blokady w Chorzowie — no dobra, może akurat tam nie było obcych, ale pamiętajcie, że w latach 90. kibice ze wschodu Europy też nie mieli łatwo, żeby dojechać do nas, bo bilety kosztowały trzy grosze, a pieniędzy nie było. teraz młodym się wydaje, że świat jest jeden wielki pokój — a ja wam powiem, że kiedyś trzeba było się naprawdę postarać, żeby zobaczyć białą-krwistą w akcji. teraz mamy globalizację, mamy social media, mamy obcych, którzy dopadają się do naszych meczów, i to jest fajne, bo to oznacza, że Jagiellonia jest szanowana — nie tylko w Europie, ale i na całym świecie.
ale niech nie będzie tak, że my mamy się bać, że ktoś nie zna hymnu, bo to oznacza, że mamy problem z jakością naszych kibiców. przeciwnie — jak ktoś przyjeżdża, siada obok nas i krzyczy razem z nami, to znaczy, że rozumie, o co chodzi. nie chodzi o to, żebyśmy byli stróżami narodowej dumy, tylko o to, żebyśmy dzielili się tą energią, którą mamy. a jak ktoś naprawdę nie potrafi się włączyć, to i tak prędzej czy później albo się nauczy, albo sobie pójdzie, bo nie ma lepszego sposobu, żeby zrozumieć, czym jest Jagiellonia, niż być na trybunie, kiedy nasza drużyna walczy o punkty w europejskich pucharach.
pamiętajcie, kibice — my nie jesteśmy jacyś wyjątkowi, że znamy każdą nutę hymnu na pamięć. my po prostu kochamy swoją drużynę i wiemy, że nie ważne, skąd się kto bierze, tylko to, że jest tam z nami. i jak ktoś zapyta mnie, czy powinniśmy mieć więcej takich gości, to powiem wam tak: niech się panowie nie martwią — oni sami do nas przyjdą, bo magia białej-krwistej jest tak silna, że nie da się jej zignorować. a jak ktoś nie umie śpiewać, to niech przynajmniej pije piwo z nami i dopinguje — bo to, że jest obok, już znaczy więcej niż połowa gadania o narodowości.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no to teraz słuchajcie, bo ja wam coś opowiem, bo pamiętam te czasy, jak jeszcze nie było „europejskich kibiców”, a my sami się za nogi wyrywaliśmy na trybuny, żeby zobaczyć choć jeden mecz w pucharach — i proszę, co się okazało? otóż nic takiego, że teraz mamy problem z obcymi, którzy „nie rozumieją hymnu”.
bo wiecie co? ja pamiętam ten mecz w rumuńskim Klużu, półfinał pucharu intertoto, może 2002 rok, wtedy mieliśmy tam taką grupkę naszych, kilku staruszków z białostockich kamienic, co to dopiero co przyszli z pracy, jeszcze w płaszczach i butach roboczych, a tu nagle śpiewają „boże coś za kraj” razem z miejscowymi, co to nie mieli pojęcia, kto jest zawodnikiem Jagiellonii, a kto bramkarzem gospodarzy. no i co? nikt nikomu nie kazał milczeć, bo wiadomo było, że jak facet stoi w mrozie o trzeciej nad ranem i trzyma flagę, to nie chodzi mu o tekst, tylko o to, że jest tam, że bije się razem z nami, że liczy na gola jak my.
a teraz co? teraz mamy paniczną ucieczkę od „obcych”, co to niby nie rozumieją hymnu — ale przecież w tym samym Klużu mieliśmy kiedyś faceta z Hiszpanii, co to nawet nie wiedział, gdzie jest Białystok, ale dopóki nie zaśpiewał razem z nami, to nie poczuł tej magii. i wiecie co? po tym meczu dostał od nasz flagę jako pamiątkę, bo zrozumiał, że futbol to nie kwestia narodowości, tylko pasji.
a jak ktoś naprawdę chce mieć problem, to proszę bardzo — niech pójdzie i policzy, ilu obcych kibiców było na trybunie „za bramką” podczas ostatniego meczu z BATE, i niech powie, ilu z nich nie dopingowało razem z nami. ja wam powiem: prawie zero. bo jeśli facet kupuje bilet, wsiada w samolot, autobus albo nawet dołącza do kibolskiej braci w samochodzie, który jedzie z Niemiec, to już wie, o co chodzi. i nie ważne, czy zna tekst, ważne, że czuje ten ogień, co bije od boiska prosto na trybunę.
a co do tej całej „blokady w Chorzowie” — no dobra, może akurat tam nie było obcych, ale ja wam powiem, co się dzieje, kiedy naprawdę jest ich dużo: w Budapeszcie, w sezonie 2018, mieliśmy tam grupę Czechów, co to nie mieli pojęcia, jak się nazywa nasz trener, ale krzyczeli razem z nami, aż drżały mury stadionu. i nikt im nie powiedział „siadajcie cicho, bo nie znacie hymnu”. przeciwnie — oni wręczyli nam flagę, a my im podali piwo, i tyle. bo futbol to nie koncert filharmonii, tylko coś, co bije z serca, a serce nie ma narodowości.
więc proszę was, nie wymyślajcie problemów tam, gdzie ich nie ma. jeśli ktoś nie umie śpiewać, to niech przynajmniej dopinguje, bo liczy się, że jest tam. a jak ktoś się obraża, że ktoś inny nie zna hymnu, to znaczy, że sam nie rozumie, czym jest kibicowanie. bo ja pamiętam, jak na meczu w Lizbonie, przy gościach z Benfiki, mieliśmy takich, co dopingowali naszych zawodników w ich własnym języku, a my dołączyliśmy do nich — i co? nikt nie powiedział „to nie nasz hymn, to ich”. przeciwnie — wszyscy dopingowaliśmy razem, bo wiadomo było, że liczy się doping, nie tekst.
więc nie, nie mamy powodu, żeby się bać obcych kibiców. mamy powód, żeby się cieszyć, że nasza drużyna jest tak mocna, że przyciąga ludzi z całego świata. i jeśli ktoś nie rozumie tekstu, to niech się nauczy albo niech sobie posłucha podczas meczu — bo wiadomo, że jak trafi gola, to zapomni o wszystkim, nawet o tym, jak się nazywa.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A widzieliście, jak na ostatnim meczu w Bratysławie grupa Włochów z Neapolu, co to przyjechali tylko na to jedno spotkanie, bo ich tamtejsza drużyna miała akurat wolny termin, to tańcząca figurę naszego składu? Facet w koszulce z 10. numerem Lecha Antczaka podskakiwał jak na karnawale, a jak byliśmy w kontrze i strzeliliśmy gola, to dosłownie runął na kolana i zaczął wymachiwać rękoma nad głową, krzycząc „JAGIELONIA!” w takim tempie, że my nie dawaliśmy rady nawet kiwnąć głową. A potem jeszcze podszedł do naszych, uściskał za szyję kilku chłopaków i powiedział po angielsku: „Dziękuję, że daliście mi powód, by kochać wasz futbol”. Tej pasji się nie da ukryć pod hymnem — albo się ją czuje, albo nie, a oni ją mieli, nawet jeśli nie umieli zaśpiewać drugiej zwrotki. I niech ktoś mi powie, że to nie jest kibicowanie godne naszego klubu.
A ja wam powiem, że Kasia_Slask ma w stu procentach rację, jeśli chodzi o to, że nie każdy musi znać hymn — ale jednocześnie to nie byłoby Jagiellonia, gdyby ktoś przychodził tylko na spektakl. Widziałem w zeszłym sezonie w eliminacjach do Ligi Konferencji grupkę chłopaków z Niemiec, co to faktycznie stali przez cały mecz z rękoma w kieszeniach i gapili się jak cielę na malowane wrota. I co? No nic — nie dopingowali, nie reagowali nawet na dobrą akcję, nie podskakiwali, kiedy obrońca ich drużyny zagrał totalną fuszerkę. Kupili bilet, załapali się do środka, ale generalnie byli tam fizycznie, a nie mentalnie. I to jest ten moment, w którym coś mi w karku strzela: nie chodzi o to, że ktoś nie zna tekstu, tylko że nie rozumie istoty.
Bo pamiętam 2018 rok, mecz w Sofii z Czernomorcem, tam akurat mieliśmy grupę francuskich kibiców, którzy przyjechali za Biało-Czerwonymi, ale skończyli w pierwszym rzędzie obok nas. Facet obok mnie, jeszcze przed rozpoczęciem, mówi: „Ja nie znam waszych słów, ale wiem jedno — że wasza drużyna gra jak diabli”. I do samego końca: on nie śpiewał, nie znał melodii, ale reagował na każdą szansę, na każdą obronę, na każdy faul tak, jakby grał w ich pierwszej lidze. To była inwestycja — oni kupili bilet, ale kupili też atmosferę. A tamci w Bratysławie? Oni kupili tylko bilet i przynajmniej jeden z nich doszedł do wniosku, że kibicowanie to coś więcej niż flaga na sobie.
Futbol to nie konkurs na najlepsze odśpiewanie hymnu. To emocja, która bije z boiska. Ale jeśli ktoś przychodzi tylko na widowisko, a nie na walkę — to faktycznie szkoda na niego czasu. Bo ci, co są naprawdę, zostają, śpiewają, dopingują, nawet jeśli muszą liczyć na palcach, który numer ma który zawodnik. A reszta? Niech idą popatrzeć na swoje ligowe mecze w telewizji. Tam będą mieli milczące trybuny i święty spokój — za darmo.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
A kurczę, aż mi się dusza zagotowała, jak czytałem te wszystkie gadki o „hymnach” i „obcych”. To tak, jakbyście zaczęli się zastanawiać, czy do klubu mają wpuszczać tylko takich, co to od urodzenia mają białostockie obywatelstwo i potrafią recytować „Boże coś za kraj” wertykalnie — przyczepione do sufitu! 😂
Ja pamiętam mecz w Rydze zeszłego roku, akurat tam mieliśmy grupę gości z Hiszpanii, co to się tam przechadzali w strojach naszych zawodników i dopingowali tak, jakby grała ich własna reprezentacja. Facet obok mnie, stary wyjadacz z Buków, pyta mnie szeptem: „A ten jeden w koszulce Strączka — on chociaż wie, że my gramy w Ekstraklasie, czy myśli, że to La Liga?”. Ja na to: „Wiem tyle, że wie, że za 5 minut będzie radocha albo smutek, bo jagielloniacy nie dają darmo gola”. I co? Nikt się nie przejął, że facet nie znał słów hymnu — liczyło się to, że walnął się w piersi, jak strzeliliśmy gola i zaczął wrzeszczeć „JAGIELONIA!” jak opętany. A ten hiszpan złapał się za głowę i powiedział do kumpla: „To jest najbardziej szalony doping, jaki widziałem w życiu!”.
I tu właśnie dochodzimy do sedna — nie chodzi o to, żeby obcy kibic znał tekst, tylko żeby czuł ten sam ogień co my. Bo jak facet wsiada w samolot z Madrytu, leci pół Europy tylko po to, żeby stać dwie godziny w mrozie w stroju Jagiellonii, to już jest jeden z nas. Nie ważne, czy zaśpiewa „heeej, heeej” idealnie — ważne, że krzyczy razem z nami, że trzyma flagę, że wraca następnym razem. A jak nie umie zaśpiewać, to niech przynajmniej walnie się w nogę, jak obrońca spartoli odbiór — to będzie nasz brat!
I nie mówię tego, żeby komuś robić problemy — mówię, bo sam widziałem, jak jeden gość z Włoch, co to przyjechał na mecz z Crveną Zvezdą, zapamiętał numer naszego najlepszego strzelca (no, numer miał na koszulce, ale i tak) i krzyczał „MARCELINO!” za każdym razem, kiedy ten dotykał piłki. I ten facet później został naszym stałym gościem na trybunie — teraz przyjeżdża co drugi mecz i zna tekst hymnu lepiej niż połowa naszych kibiców z ulicy Lipowej.
Bo wiecie co? Ten stadion w Białymstoku to nie jest jakaś twierdza narodowa — to jest miejsce, gdzie płonie ogień, który nie ma narodowości. A jak ktoś tego ognia nie czuje, to niech sobie ogląda mecze Bundesligi przez telewizor. Tam będą mieli klimat, jak na meczu szachowym. 💸🔥
Każdą statystykę da się nagiąć.
No do licha, ależ się zebrało emocji przy tym ogniu, co teraz buzzy na forum! A i owszem, mam swoją cegiełkę do tej dysputy, bo sam nie raz stałem między tymi obcymi na trybunie, i to nie raz miałem ochotę podzielić się piwem z facetami, co dopingowali razem z nami, chociaż nie umieli powiedzieć „biało-krwista” po polsku.
Fakt faktem, że nie każdy kibic zza granicy przychodzi z tym samym bagażem co my — część faktycznie stoi jak te słupy i patrzy jak na sztukę, a część wsiąka w klimat od pierwszej minuty. Ale czy to znaczy, że powinniśmy ich odstraszać albo wymyślać jakieś testy na patriotyzm kibicowski? Przecież to by było jakbyśmy sami sobie zakładali knebel, bo boimy się, że ktoś inaczej odczuwa te same emocje co my.
Samo to, że ludzie lecą z drugiego końca Europy, żeby choć raz stanąć w naszej białej-krwistej, już świadczy o tym, jaką mamy drużynę — nie mówiąc o tym, że te bilety są z reguły wyprzedane, więc jak ktoś nie trafi, to i tak się postara, żeby być następnym razem. I nie oszukujmy się: jeśli facet płaci 150 euro za bilet na lotnisko plus kolejne 80 za nocleg, to już wie, że nie jest tu przypadkiem. Na trybunie albo się da wciągnąć w klimat, albo po trzech minutach zrobi się nudno i sobie pójdzie — i wtedy co? Mamy go osądzać? Przecież to nie my jesteśmy sędziami kibicowania!
Z drugiej strony — nie można udawać, że każdy, kto ma bilet, automatycznie zasługuje na miano prawdziwego kibica. Bo jednak są tacy, co tylko patrzą na mecz, jakby grali w szachy, i to widać gołym okiem. Ja sam widziałem w zeszłym roku w eliminacjach faceta, co przez całe 90 minut miał ręce w kieszeniach i dopiero jak było 0:3, to kiwnął głową, że „no trudno”. Ten akurat po prostu nie zrozumiał, że tutaj chodzi o walkę, nie o widowisko — i to jest ten moment, gdzie naprawdę da się poczuć, że coś tu nie gra.
Ale znowu — czy to powód, żeby mu zabronić wejścia? Przecież nie chodzi o to, że on nie zna hymnu, tylko że nie czuje tej pasji, którą my tu mamy. I tu dochodzimy do klucza: nie chodzi o narodowość, nie chodzi o tekst, nie chodzi nawet o to, czy ktoś potrafi zaśpiewać „heeej, heeej” w rytm — liczy się, że on jest tam, że reaguje na boisko tak samo jak my, że dzieli z nami ten jeden ogień, który płonie raz w roku. A jak nie reaguje? To znaczy, że po prostu jeszcze nie dotarło do niego, czym naprawdę jest kibicowanie Jagiellonii.
Ja wam powiem tak: kiedyś widziałem na meczu z BATE grupę Francuzów, co to nie umieli powiedzieć „Białystok” po polsku, ale gdy nasz obrońca zablokował kontrę w 87. minucie, to wszyscy czterej naraz wyskoczyli jak na komendę i trzymali się za głowy. I nie miało dla nich znaczenia, że nie znali tekstu hymnu — mieli już swojego. A jak po meczu jeden z nich podszedł i powiedział „Dziękuję, że pozwoliliście mi poczuć tę magię”, to wiedziałem, że niepotrzebnie się zastanawiamy nad tym, kto ma prawo być wśród nas.
Bo w sumie chodzi o to, że futbol to nie konkurs na najbardziej wzruszający śpiew, tylko o to, żeby ten ogień był. A kto go czuje, ten już jest jednym z nas — czy to z Francji, czy z sąsiedztwa na ul. Słonimskiej. Reszta? Niech sobie wróci do swoich lig i popatrzy, jak tam dopingują — u nas ten klimat się buduje razem, nie od razu. I tyle z mojego kącika.
xG > emocje.