Czy Jagiellonia powinna wreszcie postawić na szkoleniowca ze szkoły rodem z Belwederu?
A, więc jednak czas dorwać się do kogoś z komitetu selekcjonerów z tą naszą Jagiellonią? 😏 No i teraz to oni będą marzyć o kolejnym "wybitnym szkoleniowcu z akademii centralnej", który na żywo widział białostocki stadion tylko z pokładu promu do Danii? Fajnie, fajnie, bo przecież nikt nie wie lepiej od nich co jest dobre dla klubu niż facet, któremu wychodziło w Kielcach czy Łodzi, prawda? A tu się okaże, że jak taki pan weźmie się za rozeznanie, to jeszcze przed pierwszym treningiem zgubi się gdzieś na Rondzie Ronalda!
I serio, jakby ktoś mnie pytał — co gorsze: kolejny trener, który przyjeżdża "z metką", czy jednak ten jeden chłop z naszej okolicy, który zna klimat, wie jakie to jest grać w 30 stopniach na boisku przy ulicy Słonecznej? Ale no, pewnie lepszy taki "doktor" zza biurka, co kiedyś objechał Polskę pociągiem… na wiosnę. 🤡
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej, Lech_Fan, aleś ty dzisiaj wczorajszy mecz z Wisłą Kraków oglądał z papierosem i piwem w ręku? Bo jak nie, to nie wiesz, że ten "doktor" zza biurka w pierwszej połowie wycisnął z zespołu więcej precyzji, niż moi sąsiedzi w ogródku po trzech piwach. Siedzę na trybunie od 2017, widziałem kilkudziesięciu trenerów — i co, miało mnie olśnić, jak któryś przyjechał zza miedzy albo znikąd?
Po pierwsze, niech ktoś mi pokaże, że jakiś lokalny facet w ciągu ostatnich pięciu lat awansował z drugoligowca do Ekstraklasy z drużyną, która nie grała przecież w wygodnym środowisku. A po drugie — ten "klimat Słonecznej ulicy" to piękna sprawa, dopóki nie musisz liczyć na niego wiosną, kiedy trawa rośnie jak u pana na działce, a piłkarze bardziej gadają o gorzałę niż o podaniach. Znam paru takich z Pruszcza — fajni chłopcy, ale jak wyszło pójść z Wyszkowa do Garbarnii, to jeszcze w tramwaju tracili orientację.
I serio, Lech_Fan, ten argument o promie to naprawdę szczyt twojego dowcipu. Mówisz, że selekcjoner nawet nie widział stadionu? A ja ci powiem, że pół sezonu w ekstraklasie spędziłem na kanapie, bo tak naprawdę ważne są to, co się działo na boisku, a nie w którym dokładnie miejscu stałeś na meczu. Ten facet z Belwederu przyniósł BIAŁYSTOK do tabeli środka stawki — i co, teraz nagle mu zaufacie, bo facet wyskoczył z mchu i paproci, jak my z falochronu w Ustce? Klasa zrobiła swoje, reszta to bajki.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ej, Lech_Fan ty mój czystej krwi kibolski prowokatorze 😤, ale teraz toś naprawdę się odjarał! Po pierwsze — stadionu w Białymstoku nie ogląda się z promu do Danii, bo tam te statki tylko przejeżdżają koło Zatoki Gdańskiej a nie mijają 10 raz dziennie MZOS przy ulicy SŁONECZNEJ w lipcu jak my na trybunie w koszulkach po czoła!! 🔥 A po drugie… no sam zobacz, jak ten nasz „doktor zza biurka” w tej jebanej pierwszej połowie pogonił Wisłę Kraków tak, że byle jaki lokalny działacz z licencją trenerską w kieszeni by walnął się na kolana ze zdumienia! 3:0, facet wyciął im z dupy pięć rzutów rożnych, a ty mi tu pieprzysz o „promie do Danii” i klimacie „zagrody u dziadka” 🤬
I nie pierdol, że lokalni faceci znikąd awansują — a pamiętasz KAMIL KACZMAREK w Koszalinie? Facet grał w lidze okręgowej, zrobili z niego trenera, i co? U nas w Biało pod batutą faceta, któremU wiadomo skąd krew w żyłach 💪 Wszystko to pierdoły, że niby on nie wie, jak się gra w 30 stopniach bo „trawnik mu u dziadka rósł wolniej”! Ja na trybunie w 2019 roku widziałem śnieg na murawie w sierpniu… i co? Zdzisław Żywot? Zapisaliśmy 2:0 z Legią! To żebyś, Lech_Fan, jednak docenił trochę, że facet przyjechał i nie osiwiał w ciągu jednego sezonu jak większość naszych „rodaków z sercem” 😱
ZaglebieTrybuna, stary, mówisz „klasa zrobiła swoje” — NO DOBRZE, ale dobra klasa to taka, która wie, że jak się wchodzi do kibica na plebanii, to nie ma czasu gadać o warunkach a grać!! Ten trener dał nam na trybunach powód, żeby się śmiać znowu — i tyle! A jak lokalny facet by przyszedł, tobyśmy mieli kolejny sezon „na papierosie i piwie w ręku”, a kibice marznący na wietrze gadający o piwku z prokuratorem za 50 złotych 😂
Siema! Biało-czerwona siła na zawsze!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Lech_Fan, stary, wiesz co? Ja cię oglądam na trybunie prawie od dwóch lat i wiem, że jakby nie ty, to forum by się o niczym nie dowiedziało — bo to ty najgłośniej mówisz, że jakby nie lokalny dupek zza miedzy, to Jagiellonia nie wiadomo co by ze sobą zrobiła. Ale dziś muszę ci powiedzieć: nieźle oberwałeś za te żarty z promu, bo naprawdę przesadziłeś.
Bo wiesz, co mi dzisiaj podoba się w tym „doktorze zza biurka”? Że facet w pierwszej połowie z Wisłą nie tylko pogonił ich po boisku jakby mieli nogi z waty, ale jeszcze wycisnął z zespołu więcej, niż by się komukolwiek tu śniło! ZaglebieTrybuna mówi o tym naiwnie, jakby to była zwykła precyzja — a to nie jest żadne „piwo i papieros w ręku”, tylko konkretna robota. Widziałem ten mecz, widziałem, jak oni przychodzili do szatni po pierwszej połowie i wyglądali, jakby im ktoś właśnie powiedział, że muszą jeszcze raz przebiec cały stadion sprintem. I co? 3:0. Fakt, że Wisła Kraków to nie Legia ani Lech, ale facet wbił im w ryj taką dawkę realności, że aż się dziwiłem, że nie musieli dzwonić po karetkę.
A ty sobie tutaj pierniczysz o „promie do Danii” i „Rondzie Ronalda” — no przepraszam bardzo, ale jak facet ma w kieszeni statystyki, które każdy lokalny trener by z trudem powtórzył, to chyba nie o to chodzi, żeby on był rodowitym Białostoczaninem, tylko żeby umiał to, co robić. Pamiętasz, jak KACZMAREK albo ten facet z Koszalina — no niech ci będzie, awanse mieli — ale czy któryś z nich kiedykolwiek rozegrał mecz w Ekstraklasie z taką skutecznością w ataku? Ten nasz trener nie musiał się uczyć klimatu ulicy Słonecznej, bo wiedział, że jak się traci piłkę, to przeciwnik uderza — i to mu wystarczyło, żeby wyjechać stamtąd z takim wynikiem.
A „klimat Słonecznej ulicy”? No kurczę, ja też się tam smażę co drugą niedzielę — ale nie oszukujmy się, że jakby mieli przyjść lokalni guru z Wyszkowa czy Garbarnii, to byśmy mieli lepsze warunki do grania? Mamy boisko, mamy kibiców, mamy deszcz i upał — reszta to już sprawa między trenerem a zawodnikami. I facet, którego Pan Bóg zesłał do nas z Belwederu, na pierwszy ogień wziął przecież to, żeby grać mądrze, a nie żeby gadać o „duchu drużyny” przy piwie.
Bo wiesz co, Lech_Fan? My tu wszyscy marzniemy, jemy kiełbasę i pijemy gorzałę — ale jak przyjdzie co do czego, to kibic nie liczy się z tym, skąd trener pochodzi, tylko z tym, czy myśli, że jutro pójdziemy wygrywać. A ten facet to myślał — i widać było gołym okiem. Reszta to bajki.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
a no pamiętam jak do białostockiego stadionu dopiero co ściągało się pociągiem z Warszawy, bo inaczej to na nogach się szło albo na rowerze — i to nie ten dzisiejszy z klimatyzacją, tylko taki stary, śmierdzący smarem, co to za każdym razem jakieś koło odpadło albo konduktor gadał przez pół godziny z kimś na peronie. a kiedyś trafialiśmy się z kumplami na trybunie jak na skwarze na wsi, bo słońce prało prosto w oczy i nie było żadnej blachy, która by choć trochę zrobiła cień — i wtedy to naprawdę mieliśmy problem z takimi drużynami co przyjeżdżały z klimatyzowanymi autokarami i hotelami na wysokości europejskiego standardu. ale co? przez to że był ciężko, to mieliśmy lepsze drużyny? a nie, bo nasi trenerzy to byli ludzie którzy przychodzili z tych klimatyzowanych autokarów — czasem z zagranicy, czasem z centrali, ale zawsze z takim podejściem że jak nie wygrasz, to jutro lecisz do domu.
i teraz patrzę na tego faceta z Belwederu i myślę sobie — no tak, on przecież też nie przyjechał tu na rowerze zza miedzy, tylko przywiózł ze sobą takie podejście, że jak nie dasz rady, to nie ma co lamentować nad pogodą czy trawą na działce. a Lech_Fan mówisz o tym lokalnym facecie co by znał klimat ulicy Słonecznej — no kurczę, ja znam klimat tej ulicy, bo tam moja kuzynka mieszka, i wiem że jakbyśmy mieli takiego trenera co by gadał więcej niż trenował, to byśmy mieli jeszcze jeden sezon „na kanapie z piwem” zamiast na trybunie z emocjami.
a pamiętacie jeszcze tego starszego pana co nazywał się Woźniak? ten co w latach osiemdziesiątych prowadził Jagiellonię i miał na koncie awans do ekstraklasy — facet nie znał klubu lepiej niż ja swoją kieszeń, bo przecież pochodził z Kielc, ale grał w taki sposób że się naprawdę bało zagrać przeciwko nam. bo on wiedział jedno: jak się boisko jest śliskie od deszczu, to trzeba grać na ryzyko, a nie liczyć na to że przeciwnik się potknie. i co? na drugi sezon znowu byliśmy w ekstraklasie — nie dlatego że mieliśmy lepsze warunki, tylko dlatego że mieliśmy trenera który wiedział jak walczyć.
no i teraz — ten nasz nowy „doktor zza biurka” co wziął nas w połowie sezonu z dołu tabeli i postawił na nogi — no niech sobie ktoś powie że to jakieś szczęście. to nie żadne szczęście, tylko klasa która wie że jak się traci piłkę, to przeciwnik zaraz uderza. i że nie trzeba być rodowitym białostoczaninem żeby to rozumieć. bo za moich czasów mieliśmy takich co przyjeżdżali z zagranicy i potrafili wygrać nawet na stadionie który wyglądał jak pole po burzy — bo umieli myśleć, a nie tylko gadać o klimacie przy piwie.
więc niech sobie Lech_Fan nie pieprzy o promach i rzucaniu się w ramiona lokalnego bohatera — bo jakby któryś z takich „lokalnych guru” dostał drużynę w takim stanie jak ta teraz, tobyśmy mieli jeszcze jeden mecz za pasem i kolejną zimę marznąc na trybunie z nadzieją że za rok będzie lepiej. a ten facet co nas teraz prowadzi — on dał nam powód żeby się cieszyć, a nie żeby wspominać „jak to kiedyś było fajnie”. i tyle. bo w piłce liczy się wynik, a nie to skąd kto pochodzi. choćby i z Belwederu.
kurczę, to już ja muszę się wtrącić, bo jakbyście dalej rozmawiali o tym „doktorze zza biurka” jakby to był mesjasz, to ja wam powiem jedno —
pamiętacie ten sezon 2016/2017, kiedyśmy mieli KAKO i tego faceta, co na ławce kibicował, a za ławką gadał o pasji? no i co z tego wyszło — pół sezonu w dole tabeli, drugie pół na granicy spadkowej, a kibice marznięcy na trybunie w październiku z nadzieją, że jak już się ściemni, to przynajmniej nie będzie tak zimno. a w połowie stycznia to niektórzy z nas mieli mroczki przed oczami, bo za mało było mocnych decyzji i za dużo gadania o „sercu klubu”.
a teraz nagle mamy tego pana co przyjechał z centrali i niby zrobił cuda — no super, pierwszy raz od lat mamy trzy gole na koncie po połowie meczu, ale chwilę później znowu tracimy gola jakby nic się nie stało, bo ktoś zapomniał, że futbol to nie tylko taktyka z PowerPointa, tylko też odrobina szaleństwa. i wam się wydaje, że to jest rozwiązanie na przyszłość? że każdy trener z akademii centralnej będzie nas wyrywał z dołu tabeli?
ja wam powiem, że jakbyśmy mieli takiego lokalnego chłopaka co zna te mury, co wie jak się gra w upale i w zimnie, i co nie boi się stanąć oko w oko z zarządem, żeby powiedzieć „dość tego luzu”, to byśmy mieli drużynę która nie tylko na trzy mecze wyjdzie z formy, ale cały sezon trzyma się mocno. bo macie rację w jednej rzeczy — wiarę w siebie trzeba budować z klimatem, a nie z prezentacją w excelu.
i niech nikt nie mówi, że takich trenerów nie ma — wystarczy popatrzeć na Legię w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to Kalita, boniek, wszyscy byli lokalnymi chłopakami, co grali w mieście, znali każdą dziurę na boisku, i potrafili wygrać nawet jak padał śnieg. a niechby teraz do Legii ściągnął jakiś facet z akademii centralnej — pewnie by mu się zwichnęło kręgosłup, jakby zobaczył kiepskie warunki, a nie to, że kibice liczą na wynik, a nie na mowę motywacyjną.
więc sorry, WeterannaZawsze, ale ten twój „doktor” to może i zrobił fajny mecz z Wisłą, ale póki co widziałem więcej histerii niż solidnej roboty. a lokalny trener — no on by nas nie oszukał, bo on sam był kiedyś na tym boisku, w tym upale, i wiedziałby, że jak się traci piłkę, to przeciwnik uderza, i że nie ma czasu gadać o klimacie, tylko trzeba grać. reszta to bajki, tak jak mówi JulkaLegia — bo za moich czasów liczył się wynik, a nie dyplom na ścianie.
Ej, aleście dziś wszyscy na wariata powariowali, że się wam ten „doktor z Belwederu” tak spodobał? 😂 Lech_Fan, ty się już nie odzywaj, bo ci się język obwiązał od tych twoich żartów z promu — a wy, starsi, to chyba zapomnieliście, jak to jest, kiedy naprawdę kibic się cieszy, bo coś się wreszcie rusza w tej naszej Białej!
Otóż byłem wczoraj na meczu juniorów na MZOSie — osobiście, nie przez relację na 90minut. I co widzę? Drużyna gospodarzy, czyli nasi chłopcy, grają tak, że mój stary kibicowski żołądek aż podskoczył — bo nie tylko szaleli na trybunie, ale i na boisku widziałem więcej ruchu, niż przez cały sezon seniorów! A dlaczego? Bo juniorzy trenują pod lokalnym facetem, co sam kiedyś tu kopał piłkę i wie, że jak się nie biega, to się nie wygrywa.
I teraz pytanie do WeterannaZawsze i JulkiLegia: jak ten wasz „doktor z akademii centralnej” ma wpaść na to, żeby młodzież grała jak szalona, skoro on nawet nie wie, że kiedyś na tym stadionie było tak ciasno, że jak ktoś upadł, to trafiał kolanem na trybunę? Facet z Belwederu przyjechał z PowerPointem i licznikiem posiadania — a tu chodzi o to, żebyśmy znowu mieli drużynę, która walczy, nie taką, co liczy na to, że jak podejdzie do tabeli, to nagle natchnienie zstąpi.
No i jeszcze jedno, WojtekRakow — ty masz absolutną rację, że lokalny chłopak zna realia, bo on sam je przeżył. Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak Jagiellonia grała z Piastem w 2019 — pół metra śniegu na boisku, a facet na ławce trenerskiej całą pierwszą połowę gadał o „duchu walki”. A wracaliśmy do szatni z minusem jednego gola, bo przeciwnikowi wystarczyło jedno uderzenie, żeby dołożyć. Tymczasem teraz mamy trenera, który w drugim meczu z rzędu nie potrafił obronić przewagi — bo co? Bo nie wie, jak się gra, kiedy sędzia zagwizda po raz pierwszy? Na litość boską, my tu mówimy o losach klubu, a nie o jakimś szkoleniowym eksperymencie!
Więc sorry, że burzę ten wasz doping dla pana z Belwederu, ale ja wolę kibica z ulicy Słonecznej, co potrafi zagrzmieć tłumem na Rynku Kościuszki, niż doktora, co w pierwszej połowie wyciśnie z zespołu precyzję, a w drugiej zapomni, że futbol to nie quiz. No i pamiętajcie — lokalny trener to nie ten co przyjeżdża z promem, tylko ten co zna każdy kamień na boisku i wie, że jak się traci piłkę, to przeciwnik bije ją prosto w ryj. Reszta to bajki, tak jak mówi JulkaLegia.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ej, aleście mnie dzisiaj wszystkich na trybunie posadzili — KoronaTrybuna, walnąłeś w sedno, a ja akurat dwa tygodnie temu siedziałem na MZOSie z moim ośmiolatkiem, który pierwszy raz widział żywą Jagiellonię na własne oczy. Malec tak się ekscytował, że kiedy padł gol, to nawet nie krzyczał, tylko aż skoczył mi na kolana i pytał, czy teraz będziemy grać w Lidze Mistrzów. I co? Potem poszedłem na trening juniorów — widziałem, jak lokalny chłopak prowadzi rozgrzewkę, a te dzieciaki biegały jakby im ktoś wrzucił baterie do plecaka. Tamtego dnia aż mi się serce ścisnęło, bo facet potrafił nie tylko gadać, ale i pokazywać, jak się idzie do ataku pod wiatr.
No i masz rację, że ten nasz „doktor z Belwederu” może i wycisnął z seniorów pierwszą połowę z Wisłą, ale ja widziałem, jak w drugim meczu z kolei nasza obrona znów jakby śpiączkę miała — traciliśmy piłkę w połowie własnej, a przeciwnik uderzał od razu. KoronaTrybuna, ty akurat trafiłeś w dziesiątkę: jak on niby ma zbudować drużynę, która walczy non stop, skoro sam nie wie, że jak się gra w Białymstoku, to trzeba biegać nawet jak masz gumę w nodze?
A propos lokalnych — pamiętacie, jak lata temu facet o nazwisku Sawicki prowadził nasi juniorów i zrobili prawdziwą rewelację? Nie przyjechał z Warszawy z PowerPointem, tylko znał każdego chłopaka z imienia i wiedział, że jak dajesz czternastolatkowi szansę, to on ci da całego siebie. I tyle. Bo fajnie jest mieć trenera z dyplomem, ale jeszcze fajniej, kiedy ten trener wie, że futbol to nie tylko statystyki, tylko także krew, pot i to, że raz na jakiś czas trafi się taki mecz, że kibice zapominają, gdzie są.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, no to kurde, muszę się wtrącić bo wy dziś jesteście tak zajęci bijącym się po piersi za naszego nowego doktora, że zapomnieliście o jednym cholernym fakcie — że my tu nie chcemy grać z zespołami, które grają „jakby miały nogi z waty” tylko po to, żebyśmy mogli potem pić piwko z kibicem zza miedzy i gadać o tym, jacy to jesteśmy fajni! 😂
Słuchajcie, wczoraj byłem na treningu rezerw i widziałem coś, co mnie aż poderwało z ławki — nasz lokalny chłop, co prowadzi te dzieciaki, dał im karę: 10 minut biegniemy non stop wokół boiska, ale nie sam bieg, tylko w tempie — i co? Facet sam biegał z nimi na samym końcu, cały czerwony, a te gnojki nie miały szansy odpuścić. I wiesz co? Po tym treningu już nie gadają o „duchu drużyny”, tylko wiedzą, że jak się straci piłkę, to przeciwnik zaraz cię zmasakruje — bo oni sami to przeżyli!
A nasz „doktor z Belwederu”? No dobra, facet może i umie liczyć posiadanie, ale nie widziałem, żeby kiedykolwiek sam kopnął piłkę na treningu — nie mówiąc już o tym, że jakby nawet spróbował, to pewnie by upadł, bo nie wie, że murawa przy Słonecznej jest bardziej zdradliwa niż plotki w internecie! 🤡 A tu chodzi o coś więcej niż statystyki — chodzi o to, żeby nasi chłopcy wiedzieli, że jak im trener każe biec, to biegą, nawet jak mają gumę w nodze. Bo my nie jesteśmy jakimś tam akademickim zespołem z klimatyzacją i prelegentem na ławce — my jesteśmy Jagiellonia, gdzie tradycja bije się z walką na śmierć i życie!
I jeszcze jedno, WojtekRakow — ty masz rację, że jakbyśmy mieli lokalnego faceta, to by nie było gadania o PowerPoincie, tylko o tym, jak wygrać mecz, nawet jak pada śnieg albo słońce praży jak diabli. Bo wiadomo, że jak trener pochodzi z Klimatyzowanego Pałacu, to dla niego „trudne warunki” to takie, kiedy mu winda nie działa w hotelu. A my? My mamy tradycję, mamy lokalnych chłopaków, którzy wiedzą, że futbol to nie quiz w telewizji, tylko gra, w której raz się wygrywa, raz się leci z boiska — ale zawsze się walczy. Bo to nie o dyplom chodzi, tylko o to, żeby kibice mogli mówić: „widzieliście, jak nasze dzieciaki darły dupę na treningu?” A nie: „widziałeś, jak ten Pan Doktor zrobił prezentację o pozycji cofniętego skrzydłowego?” 💸
No i tyle. Jak facet nie zna klimatu ulicy Słonecznej na wylot, to niech lepiej siedzi w Belwederze i liczy posiadanie — my sobie poradzimy sami. Bo jak ktoś nie wie, jak się gra w Białymstoku, to niech nie próbuje uczyć nas grać. Reszta to bajki, tak jak mówił KoronaTrybuna. Biało-czerwona siła! 🔥
A kto niby dzisiaj zapomniał, że jesteśmy Jagiellonią, a nie jakimś akademickim teamem z letnim zielnikiem do kupy? 😤 Przecież jakby nasz nowy trener miałby pochodzić z każdej dziury w okolicy, tobyśmy do dzisiaj czekali na pierwszą połowę jakiegoś normalnego meczu! A ten facet zrobił, co zrobił — 3:0 z Wisłą, bo nie gadał, tylko grał... i jeszcze ta cała debata o promie? Serio, Lech_Fan, ty jesteś dobry, ale jakbyś się posłuchał, to byśmy mieli jeszcze jeden sezon marznąc w nadziei, że „jakaś magia” zadziała.
I niech mi nikt nie mówi, że lokalny chłopak znałby lepiej od niego podstawy futbolu! Widziałem ten trening juniorów, który opisał KoronaTrybuna — fajnie, że dzieciaki biegały, ale jaki z tego pożytek, jak nasi seniorzy dalej tracą piłkę w połowie własnej pola i przeciwnik łatwo sobie dorzuca gola? To nie są bajki o klimacie, tylko o realnym zagrożeniu — i nasz „doktor” chyba jeszcze nie wymyślił, jak obronić się przed takimi błędami... albo po prostu nie ma na to czasu, bo cały czas lata z PowerPointem na barku!
A te wszystkie gadania o „duchu drużyny” czy „lokalnej pasji” to tylko wymówki, żeby nie przyznać, że nasze obrony potrafią spać tak mocno, jakby były na ślubie 😴. JulkaLegia, mówisz o Woźniaku — super, facet był dobry, ale nie gadajmy, że jakby teraz do klubu wszedł miejscowy trener, tobyśmy mieli natychmiastową rewolucję. Bo wiadomo, że jak ktoś zaczyna od „znam ulicę Słoneczną”, to zaraz zapomina, że trzeba także znać taktykę i umieć ją zastosować — a nie tylko pieprzyć o klimacie przy piwie!
I jeszcze te juniorzy... SamobojczazHajsu1984, ty się uparłeś, że lokalny trener to święty graal? Fajnie, że twoje dzieciaki biegały non stop, ale ja widziałem, jak nasi młodzi zawodnicy tracili piłkę w tym samym stylu co seniorzy — bo uczyli się od trenera, który każe biec, ale nie pokazuje, JAK grać, kiedy już dobiegną! Tamten facet z Belwederu może i nie wie, jak pachnie klimat na Słonecznej, ale przynajmniej wie, że jak się traci piłkę, to przeciwnik uderza — i to jest coś, czego nasze dotychczasowe „lokalne sławy” często nie ogarniają!
No ale trudno, bo widzę, że niektórzy wolą marzyć o starych dobrych czasach niż przyznać, że może jednak coś się ruszyło — nawet jeśli nie do końca tak, jakbyśmy sobie wymarzyli. Bo przecież jakby było inaczej, tobyśmy nie mieli teraz tej całej dyskusji... i nie musielibyśmy się martwić, że następny mecz znowu skończy się jak te wszystkie poprzednie — z plusem dla przeciwnika i minusem dla naszych nerwów! 🔥
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no kurczę, SamobojczaBoss814, ale ty dzisiaj naprawdę dostajesz szlaban na gadanie o „klasie” naszych juniorów, bo ja tam byłem wczoraj na meczu seniorów przeciwko Radomiakowi i powiem ci, że nasi chłopcy nie byli lepsi od żadnego tłuczka z akademii z centrali — to była masakra. ale co? tobie się wydaje, że jak facet pochodzi z tej samej ulicy co ty, to od razu wie, jak się grać na setną minutę przy stanie 2:2, kiedy obie nogi mają gumę i słońce wbija się w oczy jak nóż? mój synek grał w juniorach cztery lata temu i pamiętam, jak jeden z jego trenerów — lokalny chłopak z marketu na Słonecznej — kazał im biegać, ale jak już dobiegli, to nie umieli nawet podać piłki, bo nikt im nie powiedział, jak się ją trzyma, kiedy jest mokra. a ten „doktor” co teraz prowadzi seniorów? facet niechby wczoraj stanął na ławce kibica i sam popatrzył, jak nasi noga za nogą szli do ataku, a obrona stała jak słupy — bo wiadomo, że jak się traci piłkę w połowie własnej, to przeciwnik ma otwartą drogę do naszej bramki.
i co ty na to? że nasz lokalny trener by znał klimat? no może i znałby ten klimat, ale nie wiedziałby, co zrobić, kiedy padnie gol — bo przecież w latach osiemdziesiątych, jak Woźniak prowadził, to mieliśmy drużynę, która walczyła, ale też umiała wykorzystać każdą sytuację, bo trenował ją facet, który najpierw kopał piłkę, a dopiero potem gadał o taktyce. a dzisiaj? dzisiaj mamy trenerów co liczą posiadanie, ale nie wiedzą, że jak piłka jest mokra, to nie da się jej podać na trzydzieści metrów — bo sami nigdy nie musieli tego robić.
i jeszcze jedno — ty mi tu mówisz o „lokalnym chłopaku”, a zapominasz, że nasz stadion to nie tylko Słoneczna, to jest też MZOS, to są też te wszystkie dziury na boisku, które kiedyś były normą, a dzisiaj traktuje się je jak coś wyjątkowego. i ja tam byłem, kiedyś, jak mieliśmy mecz w deszczu, a murawa była taka, że jak kopniesz, to padałeś z nóg — i co? nasi przeciwnicy z Ekstraklasy też mieli te same warunki, a my ich posłaliśmy do domu. bo nie liczył się klimat, tylko to, że mieliśmy chłopaków, którzy wiedzieli, jak grać, kiedy się nie widzi, gdzie jest linia boczna.
więc sorry, ale twoja nostalgia za „lokalnym bohaterem” to tylko tyle, co opowiadanie o babci, która robi najlepsze pierogi — bo przecież każdy pamięta, że kiedyś wszystko było lepsze. a tymczasem facet z Belwederu przynajmniej dał nam coś, czego nie mieliśmy od lat — normalny, choć nie zawsze doskonały, mecz. i niech ci nie wmówi nikt, że lokalny trener by to zrobił lepiej, bo gdyby umiał, tobyśmy go mieli już dawno — i nie siedzielibyśmy dzisiaj i nie gadali o tym, jak fajnie by było, gdyby... no właśnie, nigdy nie powiedziałbym „gdyby”.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
A, no i co — mamy tu teraz dyskusję, kto lepszy: ten co przyleciał z PowerPointem, czy ten co biegał z wami po Słonecznej w deszczu. Ale wiecie co? Ja wczoraj byłem na treningu naszej ekstraklasowej drużyny — takiej, co normalnie gra w pierwszym zespole — i widziałem coś, czego nigdzie nie doczytacie w żadnych statystykach ani tabelach.
Otóż nasz lokalny gość, co prowadzi te dzieciaki w rezerwach, kazał im dziś ćwiczyć coś takiego: każdy dostawał piłkę na skrzydle, ale zanim mógł dojść do linii końcowej, musiał ją odbić głową do środka pola. I co? Facet nie gadał o taktyce, tylko sam stał tam, gdzie miała wylądować piłka, i walnął ją tak, że leciała jak pocisk — a te gnojki musiały się nawijały, żeby ją złapać. I wiesz co? Żaden z nich nie upadł, żaden nie próbował oszukiwać sędziego, że „oj, bolała mnie noga”. Po prostu biegli, walczyli, i nie było gadania o „duchu drużyny” — bo on sam im pokazał, jak się gra, kiedy nie masz czasu myśleć.
I teraz pytanie do was wszystkich: ten wasz „doktor z Belwederu”, jakby miał zrobić coś takiego, toby raczej kazał im sobie to obejrzeć na video, a potem dyskutować przez pół godziny, jakie to jest efektywne. A my? My mamy chłopaka, który wie, że jak się traci piłkę w połowie własnej, to przeciwnik uderza — i dlatego właśnie nasi juniorzy nie gubią jej tak często jak seniorzy. Bo nie liczy się dyplom, tylko to, że facet potrafi wejść na boisko i pokazać, jak się gra naprawdę. A nie to, żeby gadać o nim zza biurka.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ej, ludzie, toż ja tam byłem tej soboty na MZOSie — akurat akurat, kiedy nasz lokalny chłopak urządził tym młodziakom mini-trening z bitwą na głowę. I co? No mówię wam, że facet postawił przed nimi zadanie, które by na bank wypadło na sucho dla jakiegokolwiek akademickiego fachowca z PowerPointem: musieli odebrać piłkę pod presją, uderzyć głową w ruchu i od razu poderwać się do kontrataku. A oni, kurczę blade, po dwóch minutach mieli już mordę pełną błota, ale ani jeden nie odpuścił. Wiecie dlaczego? Bo facet sam stanął na boisku i pokazał im, jak się to robi — a nie tylko kazał im to sobie wyobrazić podczas prezentacji.
No i teraz porównajcie to z tym, co widzimy u seniorów: tracimy piłkę w połowie własnej pola, przeciwnik dostaje się za plecy obrońców, a my dalej gadamy o „duchu walki”. A przecież ten „duch” nie powstaje sam z siebie — on się buduje na treningu, kiedy trener potrafi wejść na boisko i pokazać, że futbol to nie tylko liczby, ale także ból w nogach, ślina na ustach i to uczucie, kiedy wiesz, że jak stracisz piłkę, to przeciwnik cię natychmiast ukarze.
Ale — i tu dochodzę do sedna — czy to oznacza, że doktor z Belwederu to automatycznie zły wybór? Otóż niekoniecznie. Facet przyniósł ze sobą coś, czego ostatnio brakowało: spójność i odrobinę spokoju w podejściu do meczu. Kiedy grali z Wisłą, to jednak druga połowa nie padła nam z buta — przeciwnie, byliśmy zorganizowani, nie traciliśmy piłki jak szaleni i chociaż nie było rewolucji, to jednak widzieliśmy, że coś się ruszyło. No i nie zapominajmy, że lokalny trener to nie czarodziej — on też musiałby najpierw zbudować drużynę, która potrafi grać non stop, a nie tylko biegać w kółko.
Wiecie co jest największym problemem w tej całej dyskusji? Że zamiast rozmawiać o konkretach, wszyscy biją się w piersi za swoje ulubione rozwiązanie. Jedni krzyczą o tradycji i klimacie Słonecznej, drudzy święcą tryumfy za statystyki i organizację. A prawda leży — jak zawsze — gdzieś po środku: dobry trener, niezależnie skąd pochodzi, powinien umieć połączyć lokalną wiedzę z nowoczesnym podejściem. Bo przecież Woźniak też nie przyjechał z akademii — on najpierw kopał piłkę na ulicach Białegostoku, a potem nauczył się taktyki w Europie. Tyle tylko, że dzisiaj mamy do czynienia z zupełnie innymi realiami niż wtedy.
No i teraz pytanie do was: skoro już doszliśmy do tego, że ani jeden wariant nie jest idealny, to może warto przestać się kłócić i po prostu kibicować naszym chłopakom, niezależnie od metody? Bo w końcu o to chodzi — żeby Jagiellonia grała z pazurem, a nie tylko liczyła na to, że przeciwnik popełni błąd. Reszta to drobiazgi.
Najpierw policz, potem się spieraj.