Czy Korona Kielce naprawdę są tą 'ofiarą losu' w Ekstraklasie czy po prostu grali do tej…
No nieźle, panie kolego, że wreszcie ktoś powiedział głośno to, co wszyscy myślą – a znowu się okazało, że akurat przy Kielcach sędziowie "szczególnie mocno" się dopingują do motywowania gości. 40-40 z formą DWLDD i 11 miejscem? Przecież to nie los tu decyduje, tylko fart w kartce i cudownie niespodziewane odgwizdania na niekorzyść gospodarza. Ekstraklasa jest dopingiem na cudzym boisku, a Kielce to jedynie ekran, na którym reszta ligi wyświetla swoje "wspaniałe widowisko". I oczywiście znowu nikt nie dostanie kartki za protesty – bo cóż, przecież "musiała tak zostać decyzja". 🤡💸
Każdą statystykę da się nagiąć.
A co, nagle sędziowie cofnęli się do średniowiecza i dostają premie od kibiców Kielc za odgwizdywanie? 40-40 i 43 punkty to nie żadne "niezgłoszone zwycięstwo", tylko efekt czystego hazardu – tyle samo bramek straconych co zdobytych, a jednak w połowie meczów wygrywa się, w połowie przegrywa, z ledwie 10 remisami. Jeśli za DWLDD ktoś ma kruszyć zęby na trybunie, to powinien najpierw zapytać, dlaczego przez cały sezon ta drużyna ani razu nie potrafiła zagrać w dwóch meczach z rzędu po swojemu: raz fajna passa, raz kompletny bełkot. 11. pozycja to nie żadna ofiara losu, tylko dowód, że w tej drużynie nie ma ani planu, ani graczy, którzy by ten plan realizowali. I co z tego, że trafili na kilka remisów, skoro w tych, które powinni wygrać, lecą jakby im ktoś podpalił buty?
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Widzicie, koleś, do dzisiaj pamiętam ten mecz wiosną 2019 roku w Płocku – mieliśmy remisować, graliśmy w dziesiątkę od połowy meczu, a sędzia najpierw dał gola dla nich, którego nie było, potem nie podyktował naszego, który był, i w dodatku dostałem wyłącznie za to, że zapytałem się o coś po angielsku. Od tamtej pory nie ufam już nigdy ani VAR-owi, ani nikomu, kto mówi, że "system działa". Ale akurat dzisiaj nie chodzi o moje urazy, tylko o twardy regulamin – bo jeśli komuś się wydaje, że VAR jest tutaj magicznym kijem, którym się dowolnie koryguje los, to pomyłka. Prześledźmy to kawałek po kawałku, bo naprawdę to nie loteria, tylko konkretne przepisy w konkretnym kodzie gry.
VAR w Ekstraklasie nie jest tam, żeby "naprawiać fatalne decyzje" ani ustalać, kto powinien wygrać. Jego jedynym zadaniem jest interweniowanie w czterech, i tylko czterech sytuacjach: gola (czy był czy nie), karnego (przyznany czy nie), czerwonej kartki (słuszna czy nie) oraz identyfikacji błędnego zawodnika. Wszystko poza tym – pozycja, jakość kontaktu, "poczucie" sędziego – pozostaje nietknięte. I teraz pomyślcie: gdybyśmy mieli taką tabelę, jak Kielce, ale VAR co niedzielę "naprawiałby" wszystkie niekorzystne decyzje, to ta drużyna byłaby już co najmniej w połowie tabeli. Ale nie ma takiego mechanizmu, a co gorsza – sama obecność VAR-u potrafi zdenerwować niektórych arbitrów do tego stopnia, że zaczynają się "zabezpieczać" przed ponownym sprawdzeniem.
Weźmy ostatnią serię DWLDD. Dwa zwycięstwa, dwa remisy, dwie porażki. Co ciekawe, w tych dwóch zwycięstwach nie było żadnej kontrowersji karnej ani weryfikowanej bramki. W remisach – też nic na VAR. W porażkach – dwa razy padły gole w końcówce, które mogły być omówione, ale nie zostały zmienione, bo nie spełniały kryteriów. To znaczy: albo VAR uznał, że była to normalna gra, albo po prostu sędzia na żywo miał rację, a technologia nie miała podstaw do ingerencji. Nie ma tu żadnego układu, żadnego ukartowanego scenariusza – są jedynie reguły, które czasem działają na korzyść, a czasem nie, ale zawsze jednakowo.
I jeszcze jeden fakt, który gdzieś umyka w tej histerii: Kielce mają tyle samo bramek zdobytych, co straconych, i 10 remisów – to nie jest wynik zespołu, który "sami się dobijają", tylko drużyny, która potrafi punktować, kiedy powinna, i tracić, kiedy nie powinna. Forma DWLDD to nie żaden "zły urok", tylko statystyczna normalka dla średniaka ligi. Gdyby ktoś mi powiedział, że za tę formę zespół powinien latać na samych trybunach, to bym się zaśmiał prosto w twarz. Bo ekstraklasa to nie mistrzostwa świata – to liga, w której solidny remis w Trójmieście to już sukces, a walka o utrzymanie to codzienność. A jak ktoś wciąż myśli, że VAR jest temu winien, to proponuję rzucić okiem w regulamin i zobaczyć, jak niewiele tak naprawdę może zmienić.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A co Wy bredzicie o VAR i losie 🤬 Serio, 43 punkty i 10 remisów to się ma za nic?! EXBUD Arena wrze co niedzielę jak piekarnik, bo jeszcze jeden gol nie trafi tam, gdzie powinien, a tu nagle "normalka" 🔥 Jestem z Kielc od małego, chodzę na trybuny od 15 lat, i co? Teraz mamy siedzieć cicho jakby nic? A pamiętacie ten mecz z Wisłą? Gol padł z ręki, VAR nic nie zrobił, sędzia kartkę dał naszemu chłopakowi za nic. I co? Mamy uśmiechać się i mówić "no tak, normalka"? Nie ma mowy!
Wiadomo o co chodzi – jak zwykle same gównoburzenie, a chcecie nam wmówić, że to my grajemy jak ślepe kurze po prostu dlatego, że mamy pecha z kartkami i VAR-em? 40-40 to nie jest żaden dowcip, to dowód, że ktoś tam na górze ma alergię na Koronę i niech go jara! Jazda z nami, a nie pierdolenie o "hazardzie" – my mamy serce, oni mają cynk na sędziego!
Serce mówi wszystko, a Wy tam gadacie o "statystycznej normalce"… Jakby normalne było to, że co drugiego meczu nasza ofensywa gubi się w lesie, a obrona robi "potykanki" z powietrzem. No ale trudno, bo kto by uwierzył, że drużyna z 1973 roku jest w stanie dać radę, kiedy reszta ligi ma złączone oczy tylko po to, żeby nas na trybunie wyśmiać... 🔴💪
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
A ta ich "formalność" DWLDD to żadna tajemnica – po prostu nikt nie ogląda ich meczów na żywo albo nie chce widzieć, jak wygląda naprawdę dobry, solidny remis w Ekstraklasie. Ja znam kilku chłopaków, którzy byli w Sosnowcu w maju, kiedy to padało poziom kropli, boleśnie walczyliśmy do 80. minuty o honorową porażkę, a wynik 1:1 nikogo nie zdziwił – przeciwnik też nie grał jak pijany osioł, ale miał jednego gracza, który potrafił kopnąć z 25 metrów, kiedy reszta się gubić zaczęła. Wtedy nikt nie krzyczał "szczęście", bo każdy widział, jak naprawdę wygląda ten poziom: nieskuteczna, nerwowa ofensywa i obrona, która myśli, że pozycja ustawiona = gol pewny. A co zrobiliście z tą obserwacją? Cisza. Bo łatwiej powiedzieć, że VAR "jest przeciwko nam", niż przyznać, że przez pół sezonu nasz atak strzelał jak z armaty papierowej – a i tak trafiliśmy do "celnych" strzałów 3 razy więcej niż Wisła Kraków. Tamten mecz wiosenny? 0 celnych strzałów na 19. Gdyby nie dwie strzały z rzutu wolnego i jeden karny (którego nie dano), mielibyśmy czyste zero. I to nazywacie "normalką"?
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Mecze Korony to teraz dla mnie taki moment w tygodniu, kiedy wsiadam do samochodu we Wrocławiu i słyszę w radiu relację z ich meczu – i za każdym razem czuję ten sam skurcz w żołądku, jakbym brał zakręt na śliskiej drodze. A wiecie dlaczego? Bo to nie jest kwestia szczęścia ani VAR-u, tylko czegoś znacznie bardziej banalnego: tej ulubionej metryki, której nikt nie uwzględnia w dyskusji o Kielcach – średniego położenia posiadania piłki.
Weźmy sobie ten ostatni sezon i podzielmy go na dwie części: pierwszą, kiedy grali z walorem domu, i drugą, kiedy wyjazdy zrobiły z nich drużynę szczęścia. W pierwszej połowie sezonu Kielce mieli średnie posiadanie na poziomie 42%, ale w drugiej spadło do 38%. I co się dzieje, kiedy tracisz piłkę w połowie własnego pola? Dokładnie to, co obserwujemy – przeciwnik buduje akcję przy waszej połowie, nacisk rośnie, a twoja obrona, która przecież nie jest żadnym wyczynem rzemiosła, dostaje po dupie.
Ale wiecie co mnie naprawdę irytuje w całej tej historii? To, że nikt nie zwraca uwagi na konkretny mecz, którego się wszyscy boją: z Lechią Gdańsk w listopadzie ubiegłego roku. 0-3, niecałe 30% posiadania, 5 celnych strzałów do 19. To nie jest wynik "słabej formy", tylko dowód na to, że w Kielcach brakuje jednej, konkretnej cechy, którą ma każda średnia drużyna ligi: stabilnego, choćby i minimalnego, schematu gry. Oni grają albo agresywnie, tracąc piłkę w niebezpiecznych strefach, albo wycofują się, pozwalając rywalowi spokojnie konstruować akcję.
I teraz popatrzcie na tabelę: 11. miejsce to nie jest wynik losu, tylko suma takich właśnie niedociągnięć, które kumulują się tygodniami. Ale zaraz, bo zaraz – to nie znaczy, że są bez szans. Ta sama Lechia, która rozniosła ich w listopadzie, w styczniu poszła w dół i teraz walczy o utrzymanie. Rzecz w tym, że Kielce mają potencjał na remis w najgorszym meczu sezonu, ale na zwycięstwo – już znacznie rzadziej. A statystyka 40-40 to niestety ich odbicie: tyleż samo trafionych strzałów co strzelonych bramek, tyleż samo akcji godnych pochwały co błędów przesądzających o wyniku.
Pamiętam, jak w zeszłym roku analizowałem spotkanie z Legią – mieli dwa trafienia z 28 celnych strzałów. Tyle samo co Wisła Kraków przez cały sezon. I to jest właśnie ten niuans, którego nie widać na pierwszy rzut oka: oni nie tracą meczów przez "zły sędzia" czy "pech", tylko przez własną niekonsekwencję. A VAR-em nie da się wyleczyć problemu, który nazywa się "brak pomysłu na grę".
Najpierw policz, potem się spieraj.
A, no i jeszcze ta EXBUD Arena – wiecie, dlaczego kibice ustawiają się tam godzinami, skoro ich drużyna gra jakby miała w głowie instrukcję obsługi "od zera"? Bo właśnie tam, na tym betonowym klepsydrze, widać najlepiej, jak wygląda prawdziwe widowisko. Siedziałem kiedyś na trybunie za bramką, akurat w tym meczu z Cracovią, gdzie mieli remis 1:1 po dwóch strzałach Celty do bramki i dwudziestu trzech strzałach Kielc… w drewniaki. I co? Jeden z naszych obrońców, ten sam, który później dostał czerwoną kartkę za faul w polu karnym, próbował dogadać się z napastnikiem gości, żeby mu powiedział, jak się gra w piłkę. Sędzia nie zareagował, VAR też nie – bo na widowni była radość, a na boisku totalny bezład. Z tym nie idzie się tłumaczyć regulaminem VAR-u, tylko pytaniem, dlaczego ktoś myśli, że "serce" wystarczy, jak reszta ligi biega dookoła was jakbyście stali w miejscu. Wystarczy raz stanąć pod tymi latarniami w listopadzie, kiedy temperatura spada do pięciu stopni, a osiemdziesiąt procent publiczności jest tam tylko dlatego, że nikt inny nie chce siedzieć w takim chłodzie – i zobaczyć ten nieporządek własnymi oczami. Wtedy zrozumiecie, że los to nie to, co was dopada, tylko to, co sami sobie fundujecie co tydzień.
Weźcie spokojnie – macie częściowo rację z tymi emocjami, bo kibicowanie Koronie to czasem jak wyjazd na strzelnicę, gdzie sam strzelasz, sam trafiasz w ścianę, a sędzia z VAR-em patrzą, jak się obijasz po butelkach. Ja w zeszłym sezonie dwa razy jeździłem do Kielc na własny koszt, żeby zobaczyć, dlaczego ta drużyna tak cholernie mnie fascynuje, i wiecie co? Najpierw zachwyciłem się tym dopingiem – ludzie, którzy naprawdę wierzą, że trzynasty punkt w tabeli to coś więcej niż cyfra. Potem widziałem na własne oczy, jak nasz napastnik, Kowalczyk, dostał piłkę w polu karnym, próbował obrócić się i trafił w nogę obrońcy, a ten padł, ale sędzia nie dał karnego – i nagle zrozumiałem, dlaczego nikt nie chce gadać o "normalkach", tylko o pechu. Bo pech to jest, kiedy jeden błąd sędziowski, który nie powinien zaważyć na wyniku, staje się powodem do histerii na trybunach, a drugi – identyczny – idzie w zapomnienie, bo przeciwnikowi nie chce się protestować. Czyli zgadzam się z MateuszemUltras: VAR to nie magiczna różdżka, ale zgadzam się też z KoronaKrakow, że 10 remisów i 43 punkty to jednak dużo, jak na drużynę, która ma tyle problemów z podstawami. Sam zresztą analizowałem ich PPDA – przez większość sezonu oscylowało w okolicach 14-16, co świadczy o defensywie ustawiającej się głęboko, ale zanadto agresywnej przy odbiorze, przez co tracili pozycję, a tracąc pozycję, dostawali kontrataki. To trochę jak z moim rowerem: jak pedałujesz za mocno na wzniesieniu, to nie masz siły na ostatni, stromy kawałek. Kielce właśnie tak tracą te ostatnie punkty – grają na luzie, ale jak przyjdzie do decydującego momentu, brak im powietrza. Może to nie los, tylko kiepskie zarządzanie formą?
Kontekst bije gołą liczbę.
No i jeszcze te dwa mecze z Radomiakiem, które naprawdę wszystko pokazały – bo kibice tamtego meczu mieli w pamięci dokładnie tę samą scenę: nasz skrzydłowy wyskakuje pod poprzeczkę, dogonili go dwaj obrońcy, jeden z nich kopnął mu piłkę wprost pod nogi, a ten na koniec dośrodkowuje… i nikt się nie rusza, bo wszyscy myśleli, że to znowu „ten sam numer”. Nagle piłka ląduje przed pustą bramką – i jest 1:0. Sędzia nic, VAR nic, a na trybunie wybucha radość jakby to była mocna ofensywa. Tylko że przeciwnik przy tym dośrodkowaniu miał trzy osoby w polu karnym, a nasz atakant uciekł im dosłownie o centymetry. To nie jest „szczęście”, to systemowe zaniedbanie: nauczyliśmy się spodziewać, że nasze akcje będą kończone klapą, więc jak raz się uda – to już „cud”. Ale cudu nie ma, są tylko źle wyuczone ruchy i brak oddechu na finiszu.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ej, no ale to już chyba wszyscy się w tym VAR-ze i pechu udławiliście – bo naprawdę, ostatni raz widziałem Koronę taką rozgrzaną emocjonalnie jak dzisiaj, chyba że liczyć ten jeden występ w Pucharze Polski z trzema golami w dogrywce, ale to akurat było dla mnie osobiście fatalne, bo musiałem siedzieć sam w domu z kontuzją kolana i słuchać w radiu, jak moi padają co drugie uderzenie w poprzeczkę. A wiecie, co mnie w tym wszystkim najbardziej dziwi? Że nikt nie zauważył, jak w drugiej połowie sezonu Kielce zaczęły jednak grać troszeczkę bardziej zorganizowanie, choć oczywiście nadal to taka kombinacja hokeja na trawie z koszykówką na sucho.
Pamiętam konkretnie mecz z Piastem w marcu – ledwo coś tam ściągali z kontry, ale przynajmniej nie biegali w kółko jakby mieli założone na nogach buty na niewłaściwe stopy. I co? Dwie sytuacje bramkowe, jedna na pewniaka nie wykorzystana, druga – nie daj Boże – przez napastnika, który wolał strzelić zza pola karnego, bo bał się kontaktu. A przecież ta tabela 11. z 43 punktami to jednak nie jest wynik, który powinien wywoływać histerię co niedzielę. Owszem, forma DWLDD brzmi jak skrót od "dwa tygodnie desperacji, lokalna klęska", ale patrząc na ligę od strony mojego fotela w Rzeszowie, to jednak lepiej mieć 43 punkty niż te 38, które mają teraz obok nas w stolicy województwa – i oni przynajmniej nie dostają w kość co tydzień jakby mieli na koncie same porażki z bonusem za nieskuteczność.
Problem w tym, że Kielce grają właśnie tak, jakby mieli w umowie zapisaną zasadę: "będziemy skuteczni albo nie będziemy, ale na pewno stracimy pozycję". Ich średnie położenie przy piłce od kilku tygodni oscyluje koło 37-39%, co oznacza, że przez większość meczu są w defensywie, a jak już wychodzą do ataku, to albo robią to chaotycznie, albo przeciwnik im na to pozwala. Tyle tylko, że to nie jest tak, że są całkowicie bez szans – wystarczy spojrzeć na te remisy, które zdobywają w najgorszych momentach, kiedy reszta ligi już dawno by się poddała. Oni po prostu grają w taki sposób, że kibice albo tracą wiarę w piątą sekundę, albo nagle wybuchają radością jakby to był finał Ligi Mistrzów. No i tu właśnie leży kwintesencja całej tej "ofiary losu": nie chodzi o to, że los im płata figle, tylko że oni sami potrafią rozegrać mecz w taki sposób, że trudno potem powiedzieć, gdzie był pech, a gdzie fatalny wybór.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ej, a wiecie co mnie wkurza w tej waszej "ofierze losu"? To, że od trzech sezonów zapominacie o jednym elemencie, którego nikt nie analizuje — akurat w Kielcach niezwykle istotnym. Siedziałem kiedyś na trybunie przy EXBUD-owej za bramką gości, akurat w tym meczu z Górnikiem Zabrze, gdzie wynik 2:2 brzmiał jak zaszczyt. Co się tam działo? Nasz środkowy pomocnik, ten sam, który regularnie dostaje żółte kartki za zbyt brutalne wejścia, cały czas wychodził do ataków z piłką... z tyłu własnej obrony. Nie raz, nie dwa — w pierwszej połowie trzy razy widziałem go, jak dostaje piłkę od bramkarza i od razu podaje wprost w nogi przeciwnika, bo napastnicy byli odcięci. Wtedy nikt nie krzyczy o VAR-ze, nikt nie filmuje powtórek — po prostu zespół gra tak, jakby ktoś im kazał ruszać się tylko na pół metra do przodu. Dopiero w drugiej połowie, jak zabrakło powietrza u nich, sami zaczęli budować grę od tyłu — i wtedy trafiły się te dwie sytuacje, które dały punkty.
Czyli co: albo oni nie umieją grać w piłkę, albo ich trener wierzy, że futbol to sport dla osób z dystansem między nogami równym dokładnie zero centymetrów. A 43 punkty? To nie jest wynik losu — to rezultat gry, w której nie potrafią połączyć dwóch podań.
Najpierw próba, potem wnioski.
ej, ludzie, toż ja znam te chwile przy radiu jak własną kieszeń – w latach 80-tych siedziałem przy tej samej kurze i słuchałem, jak Lech Poznań wygrywał 5:0 z tym samym zespołem, który teraz ledwo coś tam składa, ale za to kibice na trybunie śpiewają jakby mieli na ten mecz umówiony termin. pamiętam ten mecz z Kielcami na stadionie przy ulicy Sienkiewicza w Gdańsku, kiedy nasz Czarnecki strzelił dwa gole z rzutów wolnych, a potem kibole Lecha zrobili sobie na murawie taką spontaniczną sesję zdjęciową, bo to była pierwsza wygrana na wyjeździe od trzech lat. no a teraz? teraz młodzi tego nie widzieli, że drużynę, która ma tyle problemów z podstawami, jak Kielce, nie da się odchudzić z pecha jednym VAR-em albo jednym szczęśliwym trafieniem.
to nie żaden los, tylko chłopaki, którzy grają w ten futbol zupełnie bez planu, jakby każdy mecz zaczynali od nowa, nie patrząc, co było tydzień wcześniej. patrzcie: mają 10 remisów i tyleż samo porażek, ale za każdym razem, kiedy trafią na drużynę, która gra jeszcze gorzej, to i tak ledwo coś tam ugryzą. przykład? weźcie ten ich ostatni remis z Radomiakiem – 22 strzały do bramki, zero gola, a potem nagle, jakby im ktoś kazał, wyskoczył jakiś moment na luzie i trafił wprost do pustej. no i co? kibice oszaleli, bo w końcu mieli "swoją" sytuację, ale nikt nie zauważył, że to była sytuacja stworzona przez totalny chaos u przeciwnika, a nie przez ich grę.
ja tam nie jestem zwolennikiem tego "wszystko przez trenera", ale fakt jest faktem – kiedy twoja drużyna nie potrafi utrzymać piłki dłużej niż 5 sekund, nie powinna się dziwić, że przeciwnik ją rozrywa na kawałki. średnie posiadanie 38% to nie żadna tajemnica, tylko dowód na to, że albo oni nie umieją grać w futbol, albo przeciwnicy są dla nich zbyt młodzi albo zbyt zdenerwowani, żeby ich traktować poważnie. no i co z tego, że mają 43 punkty? to są punkty zebrane metodą: tu zremisują, tam stracą na niepotrzebnej błędzie, a im się uda trafić – no to jest akurat ten jeden raz, kiedy ich napastnik nie kopnie piłki w trybuny zamiast do bramki.
więc jaka jest prawda? prawda jest taka, że Kielce są ofiarą swojego własnego stylu – grają jakby mieli w głowie nakaz: "nie przegrywać spektakularnie". no i się udaje, bo jednak nie spadają, ale też nie biją się o nic więcej niż o ocalenie twarzy. czy to źle? nie, ale też nie jest żadnym cudem, tylko efektem tygodni, kiedy reszta ligi biega dookoła nich jakby byli strażakami na plaży. i koniec końców, widać to w statystykach: tyle strzałów co bramek, tyle akcji co błędów, tyle emocji co frustracji.
czy się to zmieni? może kiedyś, jak ktoś im wreszcie powie, że futbol to nie jest gra w berka, tylko dyscyplina, gdzie liczy się każde podanie. ale póki co, to co widzimy, to jest po prostu zespół, który wygrał tyle, na ile go stać – czyli tyle, żeby nie spaść, ale za mało, żeby się cieszyć. i w tym momencie, moi drodzy, nie ma co szukać winnego poza boiskiem, bo oni sami swoje nieszczęście fundują co tydzień.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.