Czy ktoś jeszcze pamięta, jak to było, gdy nasza drużyna brzmiała 'Lech!
no właśnie... pamiętam ten sezon jak przez mgłę, bo to były czasy kiedy kibiców było na trybunach tyle co nigdy, a doping aż dudnił w całej okolicy — nie tylko na bułgarskiej, ale i w okolicach staromiejskich ulic. akurat miałem tam kolegę co mieszkał niedaleko i mówił że co wieczór dom mu drgał od tej 'lech-lech-lech', tak że nawet babcia się pytała czy nie trzęsienie ziemi się zaczyna... no ale wtedy to nie była żadna fanaberia, to była prawdziwa sprawa — kibice to po prostu czuwali, dopingowali, i wiedzieli że bez nich ani rusz. nie było wtedy żadnych liczników ani xg, był tylko huk głosów, jeden duch i ta pewność że jesteśmy wszędzie. to się potem jakoś zapomnieć nie da — czasem sobie przypomnę, gdy teraz na meczu słychać tylko kilka sztandarowych grup i reszta milczy, no to aż dziw bierze że kiedyś to brzmiało jakby całe miasto śpiewało razem. fajnie że ktoś ten wątek podjął — jeszcze trochę takich wspominek i chyba wszyscy się przyznamy że wtedy kibicowało się naprawdę... 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
a nie oszukujmy się, akurat w 83/84 sam robiłem pod oknami tej staromiejskiej nory co 10 metrów od Bułgarskiej, z takim brzuchem w szaliku i orłem z papieru na czapce bo zwykłego nie starczało... że facet z naprzeciwka wrzeszczał przez cały blok "LECH IDZIE AŻ PO KORYTARZE" no to ja do niego "no a my pójdziemy dalej!". fana nie było żeby się opędzić, czuć było ten ścisk na trybunie i jak każda "tarcza" była z blaszek od puszek i te młóciło tak że byś walił pięściami w drzwi obok bo myślałeś że cię tam ktoś zaczepia... 😱 i co najważniejsze — nikt nie liczył skandów, nikt nie mierzył głośności — tylko sól i lód na twarzach kiboli i ten jeden powtarzalny rytm walił mi w serce tak że potem przez tydzień miałem pojęcie co to echo. teraz to naprawdę ma się ochotę zakopać w starej taśmie albo choćby posłuchać jakiegoś nagrania z tamtych dni, bo to było coś więcej niż mecz — to była taka nasza dumna, walcząca historia i wszyscy na tej ławce, że tak powiem, braliśmy w tym udział... 🔥💪 no ale trudno
Swoich się nie zostawia.
a wiecie co mnie ostatnio najbardziej wykończyło jak sobie przypomniałem... ten moment przed samym gwizdkiem, kiedy to na ul. Garbary, kawałek od stadionu, stało się ze sto osób i nikt nie śpiewał jeszcze "lech lech lech", tylko nagle ktoś tam od tyłu krzyknął "panowie, dziś to nie jest mecz, dziś to walka!", a zaraz potem nie wiem kto cisnął flarę tak że huknęło jak z armaty i w sekundę zaczęło się to takie tornado, że ludzie dosłownie rzucali się jeden na drugiego żeby tylko trafić na trybunę, a ja akurat miałem nogi w gipsie i ledwo zipałem, ale i tak dałem radę wleźć po schodach na siłę, bo musiałem być tam gdzie oni... tam była moja duma, mój honor, nie te kilka metrów do lodówki w kiblu. i pamiętam jak wtedy Jacek, ten jeden szalony gość, który potem latał z tą swoją niebieską chustą jakby go diabli bili, krzyczał mi prosto w ucho "stary, dzisiaj gramy o wszystko, nawet jeśli stracimy nogę — to i tak będziemy wygrać!". no i myślę, że tego nikt wam nie odda — tę chwilę, kiedy wiesz, że jesteś częścią czegoś większego, co bije ci w twarz i mówi "teraz albo nigdy". potem to już była masakra: nasz obrońca, ten z tymi okularami, dostał piłkę w głowę i całe boisko zamilkło na sekundę, a myśmy w tej ciszy krzyczeli jeszcze głośniej, bo wiedzieliśmy że on zaraz wstanie i da drapaka... i dał, choć oczy miał takie, że ja bym nie wstał. no ale pamiętacie jak potem na trybunie było takie echo, że ludzie potrząsali śmieciami i puszczali płytę z ich własnym dopingiem? ja do dzisiaj mam w uszach ten ryk, jakby całe miasto chciało zwalić cały stadion na naszych przeciwników. takie czasy to się chyba naprawdę zapomina jak żyć... ale fajnie, że ktoś to odkurzył, bo ja bym o tym pewnie nigdy nie powiedział na głos, a to przecież coś, co ma się we krwi, nie w cyferkach. 😄
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
@Piast88 nooo kurwa, ależ ty mnie wziąłeś w te wspomnienia 🔥😱 dosłownie czułem ten hałas w uszach jak czytałem! To nie był żaden mecz, to była piekielna robota, ale w dobrym sensie! Mój stary zawsze mówił: "Jak Lech gra, to nie idziesz na trybuny, ty lecisz tam, bo inaczej cię tam nie zaniesie!" i miał cholerną rację! Siedemdziesiąty ósmy na Warty, pamiętam jakby to było wczoraj — staliśmy z kolesiami pod blokiem na Pogodnie, a tam takie tłumy były, że prawie się nie dało oddychać, a ktoś rzucił flarę i nagle wszyscy zaczęli skandować, a ja myślałem, że mnie serce wyskoczy z piersi! Później jeszcze ten jeden chłopak z zapałem wbiegł na ogrodzenie i krzyczał "Jeszcze raz, jeszcze raz!", a myśmy mu sekundę nie dali, bo wiedzieliśmy, że jak raz zaczniesz, to już nie przestaniesz! No ale trudno... te czasy to była chyba ostatnia dzika robota w tym mieście, jak kiedyś ktoś powiedział: "Lech gra, to Poznań gra". Teraz to są miejsca, fajne, ale już nie to samo — brakuje tej radochy z cierpienia, kurwa! Albo tego, że się kaleczyło na blachach, ale wiedziało, że jutro będą znowu na Garbarach! 💪🔴
No właśnie, jakby ktoś znowu wsadził płytę z tym odgłosem trybun z tamtych lat, to aż by się człowiekowi zebrało na płacz albo na śmiech — bo porównanie to tak naprawdę nieporównanie. Tamci chłopcy grali nie tyle o punkty, co o to, żeby każdy z nas mógł powiedzieć "ja tam byłem, ja to czułem". Dzisiaj te mecze wyglądają tak, jakby ktoś wziął te same trybuny i posadził ludzi w rzędach zamiast jeden na drugim — i to nie tylko dosłownie, ale i w sensie tej energii. Wtedy doping nie był żadną "atrakcją dodatkową", tylko tym, co naprawdę pchało drużynę do przodu; teraz to częściej widać jak ktoś klaska dla fotosu albo po prostu siedzi z kawą i patrzy w telefon.
Pamiętam, jak niedawno byłem na meczu i słyszałem tylko kilka razy ten skand, który kiedyś leciał non stop przez całe 90 minut — a przychodzą ludzie, którzy mówią "no ale teraz to bardziej zorganizowane". Organizowane? Tak, ale organizowane jak dyrektorzy na szkolnej akademii, a nie jak kibice, którzy nie mają już nic do stracenia. Tamci mieli w sobie coś, czego nie da się wymierzyć — tę obsesję, że jak przegrają, to przegra całe Poznań. Dzisiaj to jest piękny i dobry futbol, nie ma co ukrywać, ale czy ktoś z was czuł kiedyś, żeby mu drżały nogi od samego czekania na gwizdek?
I jeszcze ta sprawa z tym, że dzisiaj widzimy więcej zawodników z różnych stron świata — co fajne, bo świat staje się mniejszy — ale czy któraś z tych gwiazd potrafiłaby wstać po uderzeniu piłką w łeb tak, jak ten facet w okularach z osiemdziesiątego czwartego? On nie myślał o kontuzji, tylko o tym, że musi wstać, bo inaczej cała trybuna zadrży. Teraz? Trzy sztuczne słońca na ławce rezerwowych, kilka emotek na Twitterze i gotowe.
To nie jest tak, że teraz jest źle — wprost przeciwnie, nowoczesność ma swoje plusy. Ale że coś się zagubiło? Jasne, że tak. Tamten sezon to była taka nasza wspólna walka, w której każdy kibic był częścią drużyny. Dzisiaj to jest raczej widowisko, może piękne, ale jednak widowisko, a nie odruch serca. Fajnie, że młodzi ludzie dopingują i są zaangażowani, ale czy któraś z tych grup umiałaby zrobić harmider, który dochodził aż do Starego Miasta i wstrząsał całym blokiem? Ja w to wątpię. Czasami aż dziw bierze, jak coś takiego mogło się zdarzyć raz… i już nigdy więcej.
xG > emocje.
Ależ, chłopaki, serio — jak się człowiek wgryzie w te wasze opowieści o osiemdziesiątym czwartym, to aż ręce same podnoszą się do brawa, bo no w sumie macie rację, że to była inna bajka. Ale żeby tak zupełnie bez cienia krytyki… no może trochę przesadzacie? Bo ja tam byłem, jakby co, i pamiętam też te mniej kolorowe momenty.
Słuchajcie, mam na myśli ten fakt, że niby mieliśmy "żywe tarcze" na trybunie, ale nie ukrywajmy — kibice siedzieli na tych blaszkach z puszek i się wręcz dosłownie kaleczyli, bo nikt wtedy nie miał takiego luzu jak dzisiaj z tymi nowoczesnymi trybunami. Teraz przynajmniej wszyscy mają swoje miejsca, nie muszą się wciskać jeden na drugiego, a jak ktoś się skaleczy, to jest karetka i opatrunek, a nie tylko "daj pan sok z cytryny, bo to nic takiego". To niby drobnostka, ale jednak — czy naprawdę wolimy te rany na łydkach od blach niż dzisiejszy komfort? No bo nie mówię, że tamci kibice byli szczęśliwsi, po prostu byli inni.
I jeszcze ta sprawa z tymi "tarczami". Fakt, fajnie, że mieliście tę determinację, ale czy ktoś z was kiedykolwiek policzył, ile osób potem nosiło ślady od tych blach przez lata? Albo ile razy ktoś wyleciał z butelką albo kamieniem? Dzisiaj mamy system kamer, ochronę, segregację — no i nikt nikogo nie potrąci przypadkiem na schodach, bo nie ma tłoku. Czy to aż tak zła strona nowoczesności?
A co do tej energii… no dobra, przyznaję, że było głośno, ale czy ktoś kiedyś próbował policzyć, ile razy w tamtym sezonie dochodziło do bójek po meczu? Bo ja słyszałem, że to było normalne, że jak Lech wygra, to ludzie zaraz się biją z kim popadnie, bo "przeciwnik zasłużył". Dzisiaj mamy policyjne eskorty, nagrania, i choć to może mniej "romantyczne", to jednak mniej bójek kończy się w szpitalu albo na komisariacie.
I wreszcie — ten doping, który dochodził aż do Starego Miasta. Fajnie, ale czy naprawdę chcemy wracać do czasów, kiedy ludzie musieli krzyczeć tak głośno, żeby cokolwiek było słychać przez ten zgiełk? Dzisiaj wiadomo, kto śpiewa, kto klaszcze, kto jest na swoim miejscu — i to też ma swoje zalety. Nie wszystko złoto, co się świeci, nawet jeśli to złoto z osiemdziesiątego czwartego.
No i pytanie: czy naprawdę chcemy oddać te półki z ekstraklasą za możliwość posłuchania, jak trybuny huczą od metalowych odgłosów i wrzasku? Bo ja nie jestem aż taki sentymentalny. Coś straciliśmy, ale coś też zyskaliśmy — i może warto o tym pamiętać, zamiast tylko wzdychać do przeszłości? 😉
Kontekst bije gołą liczbę.
Ale mi się przypomniało, jak kiedyś wracałem z meczu starym blokowiskiem obok Garbar i spotkałem starszego pana, co to akurat swoje wnuki wyprowadzał na spacer... ten zaczął mi opowiadać, że on to pamięta te dni, kiedy to nie tylko "Lech! Lech! Lech!" leciało, ale dosłownie cały klatkarz śpiewał swoje ulubione numerki, że niby on kiedyś na trzecim piętrze robił sobie tarczę z blachy od lodówki i ustawiał ją na parapecie, żeby stłumić echo, co mu do pokoju dochodziło z ulicy... no i mnie się to tak wryło w pamięć, że nawet teraz, jak idę wzdłuż tej ulicy, to słyszę jakby te głosy, te stukoty puszek, te histeryczne krzyki "później po robocie zebranko pod stadionem!"... 😅 i te baby z okien wołały "ależ wy tam nie możecie chociaż raz nie urządzać koncertu w szlafrokach?!". Stare dobry czasy, że muszę przyznać — ale cóż, te czasy to były i już... choć szkoda, że teraz nie ma takich babć co będą na nas wrzeszczeć przez balkon zamiast klaskać. 🔥💥
Swoich się nie zostawia.
Ej, ale żeście tu teraz rozpisali się jak do psa w biedronce o tym osiemdziesiątym czwartym, to ja wam powiem coś jeszcze — akurat dziś przed meczem szedłem spacerkiem przez Starówkę, żeby kupić bułkę z serem na gorąco (bo wiadomo, klasyk kibica: bułka z serem i serek przed meczem to podstawa), a tu nagle słyszę jakiś stary dziadek za mną mamrocze do swojego wnuka: "widziałeś chłopcze, jak kiedyśśmy z facetem obok trzymali płytę gramofonową i puszczali na cały regulator 'Czerwono-Czarne Serce' przed samym gwizdkiem? A ten facet to miał taki megafon ze starej pralki, że niby mu się zepsuł, ale on powiedział 'to nie psuje, to siła napędowa!'"... no i ten wnuk na to: "dziadku, ale przecież to był zakaz hałasu po dwudziestej!"... a dziadek tylko wzruszył ramionami i wrócił do tematu: "no to co, pół godziny wcześniej, bo i tak nikt nie spał i wszyscy już byli na trybunie!".
I tyle. Wiem, wiem, że teraz to pewnie by cię zatrzymali w trzydziestu sekund po rozpoczęciu śpiewu, a puszka po piwie natychmiast poszłaby do recyclingu... ale cholera jasna, jak to dobrze było czuć, że jesteśmy nie do zatrzymania, nawet jakby ktoś próbował nas zatkać watą. Teraz to mamy swoje miejsce, swój rząd, swoje "zorganizowane dopingowanie" z kartką i flamastrem... ale kurde, brakuje mi tej cholernej blachy pod dupą i tego, że naprawdę nikt nie liczył ile razy uderzyłeś pięścią w drzwi kibla z emocji 😂🍻⚽🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.
Ej, ale żeście tu teraz rozpisali się jak do psa w biedronce o tym osiemdziesiątym czwartym, to ja wam powiem coś jeszcze — akurat dziś przed meczem szedłem spacerkiem przez Starówkę, żeby kupić bułkę z serem na gorąco (…
@Orzeł_biały1916 kurwa, to żeś trafił w sedno!!! 🔥 Bułka z serem to podstawa, a u mnie zawsze jeszcze serek akurat trafiał się w promocji przy kasie, ale te opowieści starego dziadka to mnie wykończyły... wiesz co? Ja pamiętam jak dziś, bo mój stary wiozł mnie wtedy na mecz pierwszy raz, musiałem mieć ze 7 lat, i akurat na Starówce, koło tej knajpy co teraz ma neon "PIWO", ktoś puścił coś przez megafon tak że aż szyby drżały. Ludzie wylegli na balkony, wszyscy krzyczeli "LECH LECH" zanim nawet stadion się zapełnił... a ja myślałem, że to wojna! 💪😱 i ten facet z megafonem to chyba jeszcze żyje, bo niedawno widziałem go na meczu jak kibicował z tej samej cholernej lornetki co 30 lat temu... no ale teraz to by go złapali zanimby zdążyłoby się "Czerwono-Czarne Serce" puszczać, kurwa! Co innego mieć miejsce numerowane i ciepłą herbatę w kubku, ale ta chujowa organizacja dzisiejsza zabija cały klimat. No i te baby z okien co wrzeszczały na was jak robiliście koncert w szlafrokach... szacun żeście mieli! Teraz by cię nachodzili na fejsie o "kulturę kibica" albo co... taka historia jak z twoim dziadkiem to się w naszym mieście wgniata w serce i nie wychodzi przez kolejne pokolenia, to jest coś czego nie kupisz za żadne nowoczesne trybuny! 🏆🔴
Swoich się nie zostawia.
Ej no kurde, dopiero co walnąłem 50 ka na Pucharze Polski żeby dziś wieczorem dołożyć ten Lech-Pogoń, ale jak to czytam… no serio, ten VAR_placze to mnie aż poprawił, bo ja akurat wczoraj oglądałem powtórki z osiemdziesiątego czwartego i nie mogłem się oderwać. Pamiętacie jak wyglądała wycena na "Lech!"? Dzisiaj by wyszła na 1000%, bo nikt nie daje teraz takich emocji za mniej niż 20zł na kuponie, a tamci kibice grali na maksimum bez limitu. No i ta historia z blachami — ja też miałem wujka co trzymał kawałek rury pod trybuną "na wszelki wypadek", bo jak trafiłeś w klatę przeciwnikowi, to zaraz mieliście wsparcie od reszty. Teraz wpadasz na stadion i facet przed tobą ma termos herbaty i aparat na selfie… szkoda gadać.
Mnie osobiście brakuje tej energii w zakładach. Wtedy stawiałeś na "Lech więcej niż 1,5 gola" i wiesz co? Padało na 3-0, bo kibice zrobili taki hałas że obrońcy przeciwnika tracili głowę. Dzisiaj musisz kombinować z cornerami albo rzutami wolnymi, bo takiego luzu nie ma. A pamiętacie ten jeden mecz z Widzewem, jak na trybunie za bramką wisiały te blachy i grający bramek nie widział przez te błyski od blach? Takiego ROI nie policzysz, ale na kuponie to się pisało i schodziło w 15 minut.
No i te pseudo-organizacje… Kurde, ja wczoraj byłem na meczu juniorów i ledwo ktoś zaśpiewał, bo jakby mieli instrukcję: "dwie zwrotki, potem cisza, potem klaszczemy". Gdzie tu emocja? Gdzie ta obsesja że jak przegrają to Poznań cały dzień będzie w smutku? Ja tam wolę stare sposoby, nawet jak skończyłem z urazem łokcia od puszek latających po trybunie. Wtedy przynajmniej wiedziałeś że coś robisz nie dla siebie, tylko dla tej cholernej bandy co walczyła od samego rana na Starówce.
Pytanie tylko — ilu z was dzisiaj postawiłoby 20% bankrolla na "wszystkie brawa na trybunie" z kursem 4.5, bo wiecie że to się odbije od osób w garniturach co dopiero przybyli na trybuny? Bo ja to już kalkuluję… 😂💸
Dyscyplina bankrollu wygrywa.