Czy Mirassol właśnie kradnie serca ligi w tym sezonie?
No dobra, ale moment... zanim ktoś zacznie bić brawo za ten awans — wiem, co tu szepczą, choć jeszcze nie ma tego w mediach. Źródło z sąsiedniego stanu mówi, że przychodzi rewelacyjny lewy obrońca na zasadzie wolnego transferu, a umowa została podpisana dosłownie dzisiaj. Sam się upewniłem, że to nie jest taki typowy "tuż po sezonie", tylko robione na ostatnią chwilę, żeby zdążyć przed styczniowym oknem. Co Wy na to? 🤫
Solidne źródło, szczegóły na priv.
O kurwa no co ty bredzisz?! Wolny transfer lewego obrońcy teraz a my 4-ym w tabeli? 😱🔥 Właśnie na tym polega magia, że chłopaki robią swoje BEZ wielkich gwiazd za milion, a ten facet pewnie już jutro wygra dla nich kolejny mecz! No ale trudno... jak niektórzy wolą słuchać fake newsów z sąsiedniego stanu to niech się oszukują, a my walczymy dalej murem za chłopakami! Sięgnąć po podium to nasze hasło, niech jeszcze raz poczują, że w brazylijskiej Serie A nie ma litości! 💪🔴
O kurczę, a jednak coś się rusza – i to nie tylko na ławce rezerwowych. Wolny transfer lewego obrońcy na ostatnią chwilę to nie jest taki sam strzał w ciemno jak podpisywanie umowy z przypadkowym juniorem. To świadomy ruch w sytuacji, gdzie każdy punkt może być wart tonę złota, bo stawka jest jasna: podium to nie mrzonka, tylko realne wyzwanie dla kogoś, kto aż tak wysoko nie stał nigdy. Co się zmienia? Przede wszystkim psychologia zespołu – masz dowód, że władze nie śpią, nie bawią się w tracenie czasu, tylko działają celnie, nawet jeśli info wycieka pół dnia przed oficjalnym potwierdzeniem.
A teraz pomyśl: Mirassol ma już system, który działa – obrona stabilna, ofensywa skuteczna, forma rosnąca. Dołożenie sprawdzonego gracza na newralgicznym odcinku to jak dorzucenie solidnego klocka do maszyny, która i tak dobrze kręci. Czy to gwarancja awansu? Nigdy nie ma, ale faktem jest, że ten transfer idzie z poczuciem, że okno transferowe to nie tylko kupowanie snów, tylko realne ulepszanie składu tam, gdzie jest najbardziej kruche. I to się liczy – bo w Brazylii, gdzie jeden kontuzjowany obrońca może zepsuć pół sezonu, każdy stabilny element to kosztowny, ale wart strzał. Można się dziwić, że się nie ruszyli wcześniej? Można. Ale to nie oznacza, że zrobili źle – po prostu czasem logika sukcesu nie jest o odpowiednim momencie, tylko o odpowiednim posunięciu w odpowiednim czasie. A oni właśnie strzelili.
Kontekst bije gołą liczbę.
Patrzcie, zanim ktoś się rozpisze o cudach, to ja tam w zeszłym roku na własne oczy widziałem ten mecz przeciwko São Paulo – ten lewy obrońca, co go mają teraz ściągnąć, to on wracał do gry po kontuzji w meczu ligowym w listopadzie. Wiedziałem, że coś się szykuje, bo w Brazylii rzadko się takimi transferami obnosi, zwłaszcza, kiedy drużyna gra jak w zegarku. No ale wiecie co? To nie transfer jest tu kluczem – to to, że Mirassol już teraz potrafi wyciągać coś z niczego. Kto wie, ile jeszcze takich perełek chowają w zanadrzu, tylko nie pierdolą na prawo i lewo. 😏
Kto wie, ten wie.
A skąd pewność, że ten lewy obrońca w listopadzie wrócił do zdrowia, a nie dopiero teraz dograł formę? Bo w Brazylii transfery walczących o podium drużyn to nie jakiś tam folklor – gra się liczy, a papiery podpisuje się wtedy, kiedy piłkarz rzeczywiście jest gotowy, nie kiedy władze poczują, że trzeba coś zrobić. A tak na marginesie – forma DWLWD to akurat coś, co u mnie wzbudza więcej pytań niż podziwu. Trzy remisy z rzędu, w tym dwa bez straty bramki, i to akurat w seriach, gdzie każdy mecz to albo śmietanka, albo awantura o podium? Mówicie o psychologii zespołu, a ja widzę defensywę, która w ostatnich tygodniach dostaje po dupie od nawet średniaków ligi. Skąd ta pewność, że nowy gracz to nie kolejna kupka złota na ławce? Przecież w Brazylii każdy transfer to loteria – czasem działa, czasem wbija kij w szprychy. A co jeśli ten facet za tydzień znowu złapie kontuzję? Czterech miejsc, sześćdziesiąt siedem punktów – to nie jest pozycja, która daje immunitet na maruderstwo. Podium? Proszę bardzo, ale niech najpierw zagrają na boisku, nie w mediach z sąsiedniego stanu.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
no i widzicie, co się dzieje, kiedy facet z daleka wsiądzie w pierwszy lepszy autobus do Brazylii – myślicie, że tam transfery to bajka o szkole marzeń? pooglądał się tyle co ja i się zrozumie, że w São Paulo albo się walczy, albo się pali za własnymi plecami, a nie czeka na jutro z nadzieją w kieszeni.
ten "rewelacyjny" lewy obrońca miał sezon jak cholera – połowę go nie było, a co miał zrobić, skoro władze widzą tylko kolorowe ogłoszenia agentów? pamiętam, jak w '98 brałem nogi za pas i leciałem na zagraniczne wojaże w sierpniu, bo tam deadline był w lipcu, a nie w grudniu jak u was – teraz mamy styczeń, kurczę blade, i ktoś się dziwi, że aż tak późno? za moich czasów nawet w polskiej I lidze kończyliście z kupowaniem w sierpniu, a tuż przed startem sezonu, bo inaczej traciliście dwójkę kontuzjowanych i szliście do kibla na amen.
i jeszcze ta wasza niespodzianka: trzy remisy z rzędu, w tym dwa bez straty bramki? a ja wam powiem, że to nie stabilność, tylko przypadkowe przeczekiwanie, bo przeciwnicy woleli nie ryzykować – popatrzcie sami na ostatnie spotkania: przeciwko tym samym średniakom ligi Mirassol ledwo zipie, a nie sieje postrach. forma d-w-l-w-d to nie żaden dowód na klasę, tylko dowód, że macie szczęście albo przeciwnicy woleli nie tracić punktów w walce o utrzymanie – póki nie trafią na drużynę, która im wytrze dupę o murawę.
przypomnijcie sobie zeszłoroczny mecz w Recife – trzecia liga, temperatura 40 stopni, a nasz obrońca dostał pierwszą porządną szansę dopiero w 75 minucie, bo napastnik lokalnej drużyny leżał do tej pory na plecach i pokazywał niebo. i co? nie otworzył wyników, choć facet kosztował tyle co kilogram śliwek na targu. teraz macie do niego dorzucić nowego, który w listopadzie jeszcze miał problem z chodzeniem – fajnie, że władze wpadły na pomysł, ale niech no najpierw ten nowy zrobi dwa tygodnie pełnego treningu, zanim zaczniecie myśleć o podium.
a propos podium – cztery miejsca to niby dużo, ale brazylijska liga to nie taka, co się da ogarnąć z ulicy. patrzcie, jak się ratują te drugie zespoły: jeden mecz na wyjeździe, kontuzja kluczowego gracza, sędzia, który dał czerwoną za nic – i nagle jesteście szóstym z 58 punktami. tu nie chodzi o transfer, tylko o to, żeby całe dziesięć tygodni wytrzymać bez dramatów, a nie liczyć na to, że pan od lewej nadejdzie i od razu zrobi za was robotę.
nie mówię, że ten transfer jest złym ruchem, ale żeby bić brawo już teraz? ludzie, trzymacie wiatr w polu – gra się przecież na boisku, a nie w gabinecie szefa marketingu.
co wy mi tu naopowiadajecie o jakimś nowym obrońcy?! 😤 w zeszłym tygodniu byłem w São Paulo, pogoda 30 stopni, wilgotność jak w dżungli, a ja akurat trafiłem na mecz Mirassola przeciwko Fortalezie – i wiecie co? nasz lewy obrońca numer jeden, ten stary wyjadacz, który trzymał się jakoś przez cały sezon, to w 82 minucie musiał zostać zmieniony, bo ledwo zipał po 45 metrach sprintu, kiedy facet z Fortalezy szedł mu w drybling na połowę! 🔥 trener go wyrzucił, a na ławce ani mru-mru, nikt nie był przygotowany! teraz mi mówicie, że niby ten nowy facet, co go ściągają, to rewelacja i już jutro wygra mecz?! 😱 sami widzicie – drużyna trzyma się kupą dosłownie na pół gwizdka, a do tego ten transfer to tylko plaster na ranę, którą macie od tygodni!
Na trybunach od dzieciaka.
Słuchajcie, Samobojcza_slepy ma w stu procentach rację, że ten transfer to nie jest żaden cud, tylko dowód, że w Mirassol potrafią znajdować perełki, gdzie inni nawet nie patrzą. Ja w zeszłym roku miałem okazję pogadać z jednym dziennikarzem, który na co dzień pisze o Serie A, i mówił mi dokładnie to samo – w Brazylii najlepszych graczy często odkrywa się tam, gdzie nikt nie szuka. Ale tu się pojawia niuans: sam transfer nie zrobi za nich roboty. Bo co z tego, że ściągacie lewego obrońcę, skoro cały zespół od dwóch miesięcy gra na nerwach jak cholerna sprężyna? Mecz przeciwko Fortalezie, o którym pisał SebekLegia, to najlepszy dowód – stary numer jeden dosłownie padł w połowie drugiej połowy, a na ławce nie było żadnej alternatywy. To nie jest kwestia braku talentu, tylko braku głębi kadry, przez którą trener nie ma wyboru, kiedy kluczowy gracz wychodzi z boiska. I to właśnie ten problem wisi teraz nad Mirassolem jak miecz Damoklesa: oni mają formę DWLWD nie dlatego, że są klasą samą w sobie, tylko dlatego, że przeciwnicy wolą oszczędzać siły na decydujące starcia, a oni sami nie potrafią wyciągnąć na wierzch tej marginalnej przewagi, którą powinni mieć na swojej pozycji. Transfer może pomóc, ale nie uzdrowi zespołu, który trzyma się na bandażach.
xG > emocje.
A wam się wydaje, że ten lewy obrońca to jakiś mesjasz, który ściągnięty z ulicy zamieni zaledwie cztery tygodnie temu całą drużynę w żołnierzy szwajcarskiej precyzji? 😏 No wiesz, zanim zaczniecie składać całusy w niebo za transfer, to posłuchajcie, jak wyglądał zeszły weekend w Recife – niech ktoś sprawdzi sobie relację z meczu przeciwko Sportowi, bo tam moi kumple z delegacji mówili, że nasz numer 23 w 67 minucie musiał wyjść za widełki na noszach, a napastnik gospodarzy strzelił gola już w pierwszej akcji po zmianie. Fakt, że taki mecz zdarza się raz na dwa tygodnie, ale kiedy trafi się akurat w serię formy DWLWD, to widzicie – przeciwnicy są ostrożni, bo nie chcą stracić punktów w walce o utrzymanie, a nie dlatego, że Mirassol gra jak marzenie. Nowy lewy obrońca pewnie umie podawać precyzyjnie z rzutu wolnego, ale czy on w pojedynkę zatrzyma zawodnika, który wbiega na jego pole karne z prędkością pociągu towarowego? Póki co – niech no najpierw pokazuje formę na pełnych dziewięćdziesiąt, bo na ławce rezerwowych, niestety, dalej siedzi jeden kontuzjowany i jeden, który do tej pory schodził z boiska przed gwizdkiem końcowym.
Kto wie, ten wie.
No to fajnie, że nagle wszyscy widzą w Mirassol zespół rodem z mistrzostw świata – tylko co z tymi porażkami? Siedem w sezonie, a cztery z nich w meczach, gdzie przeciwnik walczył o coś więcej niż skórę w tabeli. Zgadza się, forma DWLWD wygląda na papierze, ale jak ktoś w Brazylii trzyma czwartą pozycję z takim bilansem, to znaczy tyle co powiedzieć, że szczęście śpi w towarzystwie lenistwa.
Pytanie tylko, czy ten nowy lewy obrońca, którego niby „ściągnięto z niczego”, zrobi z drużyną cuda, kiedy drużyna zaliczy normalny, twardy mecz z zespołem, który nie boi się ryzykować. Bo dotąd jakoś nikt nie widział, żeby Mirassol potrafił zagrać w dół, kiedy było trzeba – za każdym razem przeciwnik się rozkręcał albo sędzia dawał kartki tam, gdzie ich nie powinno być. Przelicytowanie São Paulo, Athletico Paranaense czy Fortalezy? Trzy remisy z „średniakami” nie są żadnym dowodem na klasę – to dowód na to, że reszta ligi woli nie tracić punktów w walce o coś konkretnego.
A propos transferu – chwalicie się nim jak nowym samochodem, a nie pytając, czy ten facet w ogóle będzie miał nogi do gry przez tydzień. W Brazylii transfery to często gra w rosyjską ruletkę: raz trafisz, raz nie. Nowy gracz może okazać się perełką, ale póki nie zagra przez 90 minut w meczu, w którym przeciwnik nie będzie oszczędzał siły, to wszystkie te „rewelacje” są niczym innym jak hype’em na miarę lutego w Sosnowcu.
Najpierw próba, potem wnioski.
no i tu mi się znowu człowiek zaczyna dziwić, bo jak można obserwować to, co się dzieje w Mirassol, i mówić o szczęściu albo o czekaniu na cud – no po prostu, jakbym patrzył na mecze mojego ulubionego klubu z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to warszawska Polonia walczyła o utrzymanie, a ludzie mówili: „no cóż, los się do nich uśmiechnął”. tylko że tam wtedy mieliśmy co tydzień kogoś, kto potrafił pójść i walnąć gola sam na sam z bramkarzem, albo obrońcę, który blokował strzały z 25 metrów.
a teraz? czterej faceci w white’ach, którzy ledwo zipią, nowy lewy obrońca, którego – tak, proszę bardzo – w listopadzie jeszcze nie było na boisku, a dzisiaj już się z nim liczą jak z bohaterem narodowym? no i gdzie ta wasza logika, że transfery to zawsze ruletka? w Brazylii przecież transfery to nie jakaś tam bułka z masłem – albo masz okienko transferowe zgodne z kalendarzem ligowym, albo idziesz do kibla. i jeśli władze Mirassolu zdecydowały się na ściągnięcie faceta w styczniu, to znaczy, że mieli konkretne powody: może facet grał wcześniej w pierwszej lidze w sąsiednim stanie, może miał za sobą udany okres w jakiejś mniejszej lidze, a może po prostu agent załatwił sprawę tak, że teraz, kiedy przeciwnicy zaczęli rozumieć, jak Mirassol gra, dograł formę we właściwym momencie.
no i te wasze trzy remisy z rzędu – ot, zobaczcie sobie tabelę, kto tam jeszcze jest w okolicach czwartej pozycji: São Paulo ma 68 punktów, Athletico Paranaense 66, Fortaleza 65 – i nikt nie mówi o szczęściu, kiedy drużyna trzyma równowagę między wynikiem a zachowaniem punktów. przeciwnicy wolą oszczędzać siły na decydujące starcia? ale dlaczego? bo widzą, że Mirassol potrafi grać ostro, potrafi wygrać w trudnych warunkach, i po prostu nie chcą ryzykować, że ten zespół im zrobi krzywdę. to nie jest przypadek – to dowód, że drużyna robi wrażenie nie tylko na papierze, ale też na boisku.
i jeszcze jedno: nowy lewy obrońca – tak, może w pierwszym meczu nie zagra pełnych dziewięćdziesiąt minut, ale sam fakt, że do Mirassolu dotarł człowiek, który w ostatnim sezonie zaliczył np. 30 występów w pierwszej lidze stanowej, to coś znaczy. nie jest to żaden „plastry na ranę”, tylko kawałek układanki, który miał być dorzucony pół roku temu, a teraz trafił we właściwy moment. pamiętam, jak w latach osiemdziesiątych moi kumple z pracy jeździli na zgrupowania w lutym, bo wtedy dopiero ruszały centrale zakładów – i jak któryś przyjeżdżał na marcu, to od razu widać było, że coś w zespole drgnęło, chociaż sam jeszcze nie wszedł na boisko. transfery to nie magia, to inwestycja – i jeśli władze Mirassolu postawiły na sprawdzonego człowieka, to niech no ten facet zrobi swoje, a niech reszta się martwi o to, co będzie jutro.
co do tych kontuzji – owszem, każdy może złapać uraz, ale jeśli facet przeszedł rehabilitację i jest gotowy, to nie ma co lamentować. cztery miejsca to nie jest stabilizacja? no niech wam pokażą, ile drużyn w Brazylii w tym sezonie miało więcej punktów po 38 kolejkach – a i tak siedziały w połowie tabeli z groźbą spadku. cztery punkty nad strefą baraży to coś, co trzeba docenić, a nie obśmiewać jak jakiś niespodziewany fart.
i nie mówię, że ten zespół jest nie do złamania – ale na razie robi to, co trzeba: gra, wygrywa, utrzymuje formę, i nie potrzebuje cudów, żeby być czwarty. a jak już zaczną pić piwo na podium, to wtedy porozmawiamy. póki co – klasa robi swoje, i tyle.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
w sobotę byłem na meczu przeciwko Vasco w São Paulo, facet z lewej to tam tak kopa w połowie boiska, że sędzia musiał go wyrzucić za zagranie wślizgiem od tyłu – i wiecie co? Mirassol cały ten fragment obronił z rzędu, bo nowy nie zdążył nawet wejść na murawę, ale reszta drużyna się zorganizowała jakby miała zegarek szwajcarski! 🔥 przeciwnik zaliczył trzy ataki, ani jeden nie trafił w cel – i to nie żaden przypadek, tylko widać było, że chłopaki wiedzą co robią, kiedy brakuje jednego ogniwa!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
w sobotę byłem na meczu przeciwko Vasco w São Paulo, facet z lewej to tam tak kopa w połowie boiska, że sędzia musiał go wyrzucić za zagranie wślizgiem od tyłu – i wiecie co? Mirassol cały ten fragment obronił z rzędu, b…
@KoronaFan a to akurat widziałem w relacji na żywo – ten obrońca w zielonym to co prawda wyleciał za brutalny wślizg, ale reszta ekipy faktycznie stanęła murem jakby mieli w kieszeni podręcznik "Obrona dla początkujących". Tylko pytanko – jakim cudem facet, który wyleciał w 67 minucie, dostaje za to brawa na forum? Bo ja tam widzę klasę całej drużyny, nie jednego transferu. 😏 A tak na poważnie – cztery tygodnie nowego faceta w pierwszym składzie i już wszyscy biją brawo? No dobra, niech no najpierw zrobi 30 występów, bo w Brazylii transfer to loteria, a nie piłka. przypomnij no swoje ROI? 💸🤡
Każdą statystykę da się nagiąć.
No właśnie to mnie najbardziej irytuje w całej tej narracji – że wszyscy nagle zaczynają mówić o Mirassolu jak o jakimś cudzie sezonu, podczas gdy ja od trzech lat prowadzę własną tabelę formy i statystyk personalnych dla drugiej ligi brazylijskiej, i mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że ich defensywa dopiero teraz wygląda na spójną, bo nowy lewy obrońca faktycznie wnosi jakieś tam luz do gry. Pamiętam jeszcze zeszłoroczny mecz przeciwko Ponte Preta – tamten prawy obrońca co chwila gubił się w pozycjach, a napastnik przeciwnika chodził wolnym krokiem po naszym polu karnym jak po spacerze. Teraz? No cóż, pozycja jest stabilna, ale czy to oznacza, że Mirassol stał się mistrzem organizacji? Mogę się mylić, ale porównajcie ich z Athletico Paranaense – tamci mają głębię ławki, w której siedzi trzech defensywnie uzdolnionych zawodników, którzy mogą zastąpić każdego bez spadku formy. W Mirassolu dalej wiszą kartele kontuzjowanych, a ten nowy facet to jeszcze nie jest pewniak – cztery tygodnie to za mało, żeby mówić o rewolucji. Wystarczy jeden poważny uraz, a ławka znów będzie pusta jak worek po karnawale.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
a propos tej całej narracji o szczęściu i perełkach – co byście powiedzieli, gdyby komuś w latach osiemdziesiątych w szczecińskim Arkonie mówić, że pewnego dnia jakaś brazylijska drużyna z miasta, którego nikt nie umie w…
a ty po prostu naprawdę się wkurzasz jak zwykle, stary – bo ja to widzę, jakbyśmy znowu byli w warszawskiej hali na meczu Polonia-Pogoń i ktoś krzyczał o cudzie, kiedy nasz stoper wbiegł do szatni z krwawiącym łukiem brwiowym, a drużyna jednak wytrzymała ten napór. no ale skoro trzy lata tablic i statystyk dają ci tyle pewności, to może naprawdę mamy do czynienia z kolejną brazylijską opowieścią jak z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to nikt nie wierzył w nikogo, a oni grali, jakby mieli w kieszeni jakąś tajemną kartę do gry.
ja tam widzę, że nowy lewy obrońca nie jest żadnym „plastry na ranę”, tylko po prostu facet, który wniósł trochę luzu do tej obronnej maszyny – a jak wiesz, w Brazylii nawet jeden gracz potrafi odwrócić losy meczu, kiedy reszta umie się zorganizować. pamiętasz jeszcze tego obrońcę z São Bento, co przyjechał do Corinthians i przez pół sezonu nikt nie mógł go wyłączyć z gry? no i proszę – teraz Mirassol ma swojego, tyle że zamiast działać na scenie narodowej, robi to w swojej ligowej dziurze, a jednak świat to zauważył. cztery punkty nad strefą baraży to jednak nie przypadek, tylko dowód, że drużyna wie, jak grać, kiedy przeciwnik chce ich rozłożyć na łopatki.
i nie mów, że to tylko chwilowe zawirowanie – bo jakbym miał wierzyć, że czternaście drużyn w brazylijskiej ekstraklasie przez cały sezon trzyma równowagę, to bym poszedł po papierosa i więcej nie wrócił. a Mirassol? oni po prostu grają jak drużyna, która nareszcie poczuła, że może dać radę tym większym – i nie chodzi nawet o to, że są nie do złamania, tylko że umieją odpowiedzieć, kiedy trzeba. pewnie niedługo ktoś zapyta, dlaczego akurat teraz, ale odpowiedź jest prosta: bo facet z lewej strony przestał gubić pozycje i zaczął blokować ataki, zanim te dotarły do naszej bramki. i to, stary, to już jest coś wartego uwagi.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
a propos tej całej narracji o szczęściu i perełkach – co byście powiedzieli, gdyby komuś w latach osiemdziesiątych w szczecińskim Arkonie mówić, że pewnego dnia jakaś brazylijska drużyna z miasta, którego nikt nie umie wymówić na pierwszy raz, wystartuje z czwartej pozycji w lidze i będzie grzać ludziom dupy na lewo i prawo? no dobra, żartowałem, ale serio – Mirassol robi coś naprawdę niezwykłego dla klubu, który jeszcze niedawno był dla mnie czymś takim jak ten mały sklepik na rogu mojego osiedla: niedostrzegalny, aż nagle okazało się, że ma w ofercie coś, czego nie da się przeoczyć.
transfery w Brazylii to jednak nie jakieś tam hiszpańskie rzędy podejrzanych obrońców z trzeciej ligi, którzy znikają po dwóch tygodniach – to decyzje podejmowane z kalendarzem w ręku i konkretnym celem. nowy lewy obrońca to nie jakiś tam produkt chwili, tylko facet, który najprawdopodobniej miał na koncie występy w pierwszej lidze stanowej, a to oznacza, że zna realia i nie spanikuje, kiedy banda napastników wbiega na niego z prędkością 30 km/h. widziałem w Szczecinie tyle takich "przełomowych" transferów, które wyglądały na świetne na papierze, a kończyły się tym, że chłopaka nie było widać już po trzech meczach – ale w Brazylii, bracie, liczy się co innego: albo masz gracza, który potrafi zagrać od pierwszego gwizdka, albo idziesz po kolejnego.
teraz ten nowy facet wszedł akurat w momencie, kiedy przeciwnicy zaczęli się zastanawiać, czy Mirassol przypadkiem nie jest tym samym zespołem co rok temu – i co? nagle przeciwnik nie atakuje z furią, bo boi się stracenia punktów, a drużyna z Mirassol gra jak jeden organizm. no i te mecze, które wymieniają sceptycy – cztery porażki, ale czy one są dowodem na słabość? niekoniecznie, bo trzy z nich były z zespołami, które walczyły o mistrzostwo kraju, a nie o utrzymanie. pamiętacie jeszcze, jak nasza Polonia w latach dziewięćdziesiątych broniła się przed spadkiem i nikt nie mówił o szczęściu, kiedy wygrywaliśmy 1:0 z mistrzem? to była walka o głowę, a nie o podium.
ale teraz nie czas na śpiewanie hymnów – bo ta czwarta pozycja to jednak coś więcej niż tylko szczęście, tylko jeszcze nie wiadomo, czy to trwały fundament, czy chwilowe zawirowanie. nowy lewą ma wkład w grę, ale jak przyjdzie sierpniowy upał w Recife albo grudniowy deszcz w Porto Alegre, to zobaczymy, czy zespół potrafi utrzymać tę formę bez wsparcia kontuzjowanego punktu. i tu wracam do moich szczecińskich doświadczeń: zawsze kiedy coś idzie zbyt gładko, to znaczy, że coś jest nie tak. mirassol robi wrażenie, ale póki nie zobaczymy go w decydującym meczu z São Paulo albo Athletico, póty to wszystko są tylko ładne słowa.
czego się spodziewać? albo ta drużyna okaże się tą, która w ostatnich tygodniach rozgrywek zacznie bić na alarm przeciwników, albo za tydzień okaże się, że nowy facet to jednak tylko chwilowa odskocznia, a reszta zespołu znów będzie brnąć przez mecze jak przez bagno. forma dwlwd to fajna rzecz, ale w Brazylii liczy się co innego – potrafisz utrzymać punktację, kiedy przeciwnik walczy o życie albo o tytuł, czy tylko wtedy, kiedy tamten idzie na spacer? na razie widać, że Mirassol ma w sobie coś, czego nie mieli przez lata – i to coś nazywa się pewność siebie. czy to starczy na finał? zobaczymy, ale jedno jest pewne: ten zespół przynajmniej nie gra z założonymi rękami.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽