Czy naprawdę potrzebujemy jeszcze jednego mistrza Niemiec, żeby czuć się spełnionym kibicem Bawarczyków?
Ej, ależ się zrobiło święto wstydem za inne kluby kiedy Bayern znowu powiesił te koronki na szafie… Tytuł numer dwanaście w dwudziestolatkach? To chyba jeszcze mało, żeby nie chciało się radośnie walić w bębenek za każdym razem kiedy ktoś w firmie zapyta „a co tam u was w Niemczech?”. Bo kurde, ludzie, jestem już przyzwyczajony do tego, że jak wypuszczę info na grupkę kibicowską to zaraz lecą odpowiedniki „co, 12 tytułów, a ten drugi ligowiec wciąż nie wie, czym jest owijać kulę w papier”. 😂 A no nie wie, nie wie — zapomniałem, że tu są wyłącznie prawdziwi fani, którzy nie kupują newsów z Brukseli.
Więc pytanie: skoro taki „przeciętny” kibic z Monachium ma już tyle radości z jednego pucharu, to może by tak odkręcić jeszcze kilka obrotów w tabeli ligowej, żeby reszta Europy się dowiedziała, że „mistrzostwo Niemiec” to nie loteria, tylko… no cóż, chyba jednak losowe trafy co cztery lata, prawda? 🤡💸
Każdą statystykę da się nagiąć.
Coś mi się widzi, że znowu ta obsesja na punkcie „jeszcze jednego” nie do końca trafia w sedno – bo przecież nikt nie każe wam bić bębnów przy każdym nowym krążku. Tak jakbyście mieli je zawodowo zawiesić w gablocie i od tej pory liczyć tylko te „święte” dwanaście. No ale luz, skoro mowa o tej liście – to nie chodzi o ilość, tylko o to, że nikt inny nie potrafi tak kombinować w trójkącie ofensywy. Lewandowski, Müller, Coman – i co? Nagle za mało? Że niby jak oni mieli by dojść do kompletu, skoro konkurencja od lat ładuje się z butami z lotniskowców? Fakt faktem, że te mistrzostwa to efekt robótki na osiemdziesiąt procent, reszta to szczęście, że raz nie oberwaliście cegłą w łeb od szaleńca z trybun. Ale fajnie się patrzy, jak ktoś inny wariuje z nerwów co tydzień.
Hype to nie argument.
Ej no co ty, Gosia, ty chyba z innej bajki! 😤 Bo że bębny trzęsą się jakbyśmy mieli w domu mini betoniarkę, to fakt, ale kto powiedział, że to nie jest nasze święto, nie? Ja pamiętam jeszcze czasy kiedy drugi raz z rzędu lecieliśmy z Bremy do Berlina jak ostatni trampki i nikt nas nie brał na poważnie, a teraz? Teraz ci sami co cztery lata wyciągają ten cholerny puchar z półki i tyle się o nim mówi co o waszych problemach z dopingiem, hehe 🔥 Te mistrzostwa to nie „dwanaście razy szczęście”, tylko dwanaście potwierdzeń, że nie mamy przypadków w drużynie i że nasza szkółka dalej działa jak w zegarku!
I niech nikt mi nie mówi, że to za dużo bo ja wiem jedno — jak w ubiegłym sezonie po porażce z Realem wpadłem na trybuny i widziałem tych wszystkich młodziaków z flagami w rękach, którzy dopiero co skończyli podstawówkę… oni NA PRAWDĘ wierzą, że to normalne chodzić do szkoły i wieczorem oglądać, jak twoi idą po tytuł! No nie będzie to już „a co tam u was”, tylko „kurwa, wy jesteście niesamowici i my chcemy wam pomóc”! Dlatego nie ma co liczyć tych mistrzostw, tylko wsłuchiwać się w ten śpiew wokół stadionu i czuć, jak rosną kolejne pokolenia, którym nawet „przegrana” z Dortmundem to nie koniec świata, bo przecież jutro jest jeszcze jeden mecz i jeszcze jeden puchar do wzięcia! 💪🔴 A jak ktoś narzeka na „za dużo”, to niech przyjdzie na Alianze Arenę o 19:30 w sobotę i zobaczy, jak ludzie płaczą radośnie, że znów nie musieli się martwić o spadek! No ale trudno, niech gadają, my mamy swoje życie i swoje tytuły!
Jeden klub, jedno życie ❤️
Ej, serio, zaczynam się dziwić, że ktoś w ogóle może patrzeć na te mistrzostwa takim okiem. SercemZTotal13 trafił w dziesiątkę, kiedy mówił o tej drugiej stronie medalu — tej, którą normalnie się ignoruje. O tym, jak tytuły nie są tylko suchymi liczbami, tylko żywym organizmem, który tkwisz w sercach ludzi dookoła. Bo ja pamiętam, jak w 2012 roku, po tej porażce w finale z Chelsea, wszyscy gadali o „przebiciu” sezonu, ale naprawdę co z tego? Mecz był, kibice szaleli, a następnego dnia w Monachium nikt nie ustawał — znowu trenowano, znowu kombinowano, znowu wyciągano zza paska kolejny pomysł na to, żeby być jeszcze lepszym.
A teraz? Teraz mamy dwanaście tytułów w dwudziestoleciu. I co z tego? Że się marudzi, że to „przecież łatwizna”, że „sami sobie to wymyślacie”? Nie, koleżanko LechiaGda_Trybuna, bo ja wiem jedno: żaden inny klub na świecie nie potrafi tak konsekwentnie budować drużynę od samego dołu. Lewandowski, Müller, Coman — to nie są przypadkowe gwiazdy, to są ludzie, którzy wychowali się w naszej szkółce i którzy, nawet kiedy trafiają gdzie indziej, dalej myślą kategoriami Bayernu. Bo nie chodzi o to, że „oni tak kombinują w trójkącie ofensywy” — chodzi o to, że my wiemy, jak ich wychować, żeby ten trójkąt nie był przypadkowym tworem, tylko systemem.
I jeszcze ten argument o tej młodzieży, której ojcowie albo dziadkowie nie mieli pojęcia, co to jest prawdziwa bieda ligowa. Kiedy widzę te dziesięcioletnie dzieciaki z flagami, które machają na trybunach podczas zwycięskiego gola, to kurde, nie da się powiedzieć, że to „za dużo”. To jest właśnie ten powód, dla którego bębny mają prawo drżeć. Bo każdy z tych tytułów to nie tylko puchar na półce, tylko dowód na to, że w Bawarii futbol to coś więcej niż sport — to religia, której młodzi ludzie uczą się na pamięć.
A co do tych „losowych trafów co cztery lata”? No niech ktoś mi wytłumaczy, dlaczego wszystkie te „trafy” zawsze zdarzają się akurat w momencie, kiedy do drużyny wchodzą młodzi, głodni sukcesu zawodnicy z własnej akademii. Bo to nie jest żaden los — to jest praca. I dlatego te dwanaście tytułów to nie jest „za dużo”, tylko „jeszcze za mało”, bo ciągle jesteśmy w stanie pokazać światu, że w Niemczech nie liczy się tylko to, kto ma więcej szmalu, tylko kto ma więcej rozumu. A rozumu, wbrew temu, co mówią niektóre koleżanki i koledzy, u nas nigdy za dużo nie było.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej no co to za gadanie, że dwanaście tytułów to już jakby ktoś naładował karabin ślepakami i strzelał tylko po to żeby kogoś uprzedzić, że w Monachium się nie wyłącza zasilania w trybuległych emocji. przypominam sobie jeszcze ten wiek kamienia — lata dziewięćdziesiąte, kiedy to Bayern miał tyle tytułów co dziś można liczyć palcami u rąk, ale i tak kibice dojeżdżali z Trójmiasta specjalnie żeby na żywo zobaczyć, jak ta maszyna ledwo zipie, bo przecież konkurencja to była Borussja, Werder i te wszystkie szaleństwa w kaloszach. no i co? ludzie byli szczęśliwi, bo mieli swój znak na niebie, swoją gwiazdę nad stadionem — ten puchar nie był wtedy odliczany jak koperty w teleturnieju, tylko wisiał na honorowym miejscu w klatce schodowej bloku, bo ktoś kiedyś zdobył go w biało-czerwonej koszulce i nikt nie myślał, że to coś normalnego, że niby „co cztery lata”.
a teraz? teraz mamy dwanaście sztuk w dwudziestolatkach i ludzie marudzą, że to za dużo, że niby „to już nie święto, tylko rutyna”. rutyna?! ależ proszę bardzo — niech ktoś posłucha jak grają dzieci na podwórku w Monachium, jak one mówią „my jesteśmy Bayern”, jak one wiedzą, że koszulka z numerem dziewięć to nie jest cyfra na loterii tylko prawdziwe nazwisko człowieka, który przyszedł z naszej akademii. bo ja pamiętam te czasy, kiedy w szkółce Bayernu uczyli się chłopcy, których ojcowie wcale nie mieli pewności, że ich syn kiedykolwiek dostanie szansę w pierwszym zespole, a teraz? teraz ci sami faceci albo ich następcy mają na koncie tyle mistrzostw, że komuś się wydaje, że to błogosławieństwo za siedem groszy.
i niech mi nikt nie mówi, że to kwestia pieniędzy. bo w moich czasach byliśmy biedni jak mysz kościelna, a jednak mieliśmy serce wielkie jak cała Bawaria. teraz mamy osiemdziesiąt milionów za hakę i i tak ludzie gadają, że to za mało, żebyleśmy byli najlepsi — bo to nie o kasę chodzi, tylko o to, żeby ta maszyna dalej jeździła, a nie żeby się popsuła z nudów. więc jak ktoś narzeka na „za dużo”, to niech wsiada w pociąg do Monachium, niech stanie na trybunie i niech posłucha, jak śpiewają dzieci, które nie mają pojęcia, co to jest klęska — one wiedzą tylko jedno: że jutro rano znów pójdą na stadion, bo tam jest ich dom.
i jeszcze jedno — za moich czasów kibice nie mieli luksusu gapienia się na drugiego ligowca, który niby „nie wie czym jest owijać kulę w papier”. myśmy mieli drugoligowców pod nosem, którzy witali nas przy bufecie piwem w plastikowym kubku, bo to był ich marzenie, żeby choć raz zagrać na naszym stadionie. a teraz? teraz ci sami ludzie, którzy kiedyś stali za siatką, teraz machają flagami i krzyczą „tylko Bayern”, bo wiedzą, że my nie wyłączamy się z boiska — ani na minutę, ani na mistrzostwo, ani na nic. więc niech gadają, że dwanaście to dużo, my mamy swoje życie i swoje puchary, a te liczby to tylko suchy papier, podczas gdy my czujemy w sercu coś więcej niż cyfry.
ejże, TomekGornik, ale ty się teraz zagalopowałeś takim sentymentalnym pociągiem na trasie zwoju dwudziestolecia, że aż zrobiło mi się dziwnie — bo jakbyśmy mieli postawić kolejną figurkę na półkę, to niedługo nie będzie miejsca na kanapę, nie mówiąc o tym, że sami kibice zaczną się gubić w tej bibliotece srebrnych żubrów.
ja ci tu zaraz powiem, co ja widziałem na oczy w tym dwudziestoleciu i dlaczego te dwanaście mistrzostw to jednak nie jest taka prosta sprawa jak „bankomat, który co roku wypluwa cegiełkę”. byłem kiedyś w Monachium akurat wiosną 2019, kiedy to ten cały burdel z Hoeneßem, Hasanem Salihamidžićem i spółką trząsł klubem jak dzwonem, a dziennikarze gadali o „erze chaosu” i „końcu systemu”. pamiętasz, Tomek? pamiętasz te tygodnie, kiedy naprawdę nie było wiadomo, czy drużyna nie rozleci się na kawałki, bo prowadzono jednocześnie cztery dochodzenia i połowa zarządu żyła w strachu przed kolejną aferą?
i co się stało? nikt nie zwariował na punkcie świętowania, bo tytułu nie było — wylądowaliśmy na trzecim miejscu! a co robiliśmy? robiliśmy to samo: trenowaliśmy, kombinowaliśmy, a faceta zza lady w knajpie obok stadionu naprawdę interesowało, kiedy następny mecz, bo wiedział, że w takim szaleństwie da się przeżyć tylko dzięki takiemu kolosowi jak ten w biało-czerwonych. i wtedy nikt nie marudził, że „tylko dwanaście”, bo przecież te dwanaście wisiało w powietrzu jak groźba, a nie jak dowód, że jesteśmy nie do pobicia.
więc nie mów mi, że to rutyna albo że dzieci na podwórku nie wiedzą, czym jest klęska — one wiedzą doskonale, bo jak nie wygramy ligi, to nagle zamiast „złota młodości” na trybunie słychać „do domu, do domu” i to naprawdę boli. dwanaście tytułów to nie jest święto, które można odhaczyć jak zakupy w lidlu — to efekt każdego sezonu, każdej porażki, każdego meczu, w którym musieliśmy walczyć o każdy punkt jak o życie, bo konkurencja nie spała, nawet jeśli nie miała na koncie dwunastu krążków.
i jeszcze jedno: za moich czasów kiedyś mówili „kto raz był na szczycie, ten wie, jak się z niego spada” — i właśnie to my mieliśmy okazję przećwiczyć kilka razy, nie? 2007, 2012, 2019… to nie są przypadkowe daty, to są momenty, kiedy naprawdę byliśmy blisko tego, że nas zmiotą z boiska. więc niech ktoś inny liczy te tytuły — my mamy w pamięci te wszystkie sezony, kiedy to nie „szczęście” ani „pieniądze” dawały zwycięstwo, tylko determinacja faceta z akademii, który przebijał się przez młodzieżówkę, bo naprawdę chciał włożyć tę koszulkę i nie myśleć o pucharach, tylko o tym, żeby w ogóle tam dotrzeć.
i dlatego dwanaście to nie jest za dużo — to jest wyzwanie, które ciągle stoi przed nami, bo następny tytuł to nie jest „tylko” następna sztuka, tylko dowód, że ten klub jeszcze nie umarł na amen. a jak umrze, to niech panowie zza biurek zaczną liczyć straty, bo wtedy zobaczymy, ile naprawdę znaczy ta maszyna, którą tak lekkomyślnie nazywacie „rutyną”.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, aleście się rozpisali jakby każdy miał dzisiaj akurat czas na budowanie pomników własnym emocjom. Słuchajcie, ja w zeszłym tygodniu byłem na zwykłym spotkaniu szkoleniowym przy alei Schwanthaler — takim, gdzie rodzice przyprowadzają dzieciaki na zajęcia i samemu sobie przynosi się kawę z automatu, bo osiemdziesiąt procent dochodów z klubu idzie na akademię, a nie na koszulki dla dorosłych kibiców. I co? Na boisku stoi dwunastoletni chłopak w koszulce Bayernu, numer sześć na plecach — ten sam numer co Lahm kiedyś — i trener mu krzyczy: „Szymek, ty nie grasz do szatni, tylko do systemu! Musisz wiedzieć, kiedy puścić piłkę, żeby następny zawodnik miał ją na nodze, a nie w nogach!”.
I wiecie co? Ten mały nie patrzy na trybuny, nie myśli o pucharach, tylko liczy kroki, pozycjonuje się, biega jak oszalały — bo on wie jedno: żeby dostać się do zespołu juniorskiego, musi udowodnić, że rozumie tę grę lepiej niż ci, którzy już mają dwanaście tytułów na koncie. A jak mu się uda? To za cztery lata może trafić do kadry seniorów, która znowu wygra ligę — i znowu ktoś powie, że to „przypadkowe trafienie”.
Dlatego te dwanaście tytułów to nie jest żadne święto do odhaczania. To jest dowód, że w Monachium wciąż potrafimy produkować zawodników, którzy myślą o grze, a nie o cyfrach. A jak ktoś narzeka, że to za dużo, to niech przyjdzie do mnie na spotkanie akademii i posłucha, jak brzdąc w wieku dziesięciu lat mówi: „Tato, ja chcę grać w trójkącie z Müllerem i Comanem”. Bo wtedy zobaczycie, że te mistrzostwa to nie rutyna — to odpowiedzialność, którą nosimy na własnych barkach każdego dnia.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ej, TomekGornik, to naprawdę jest ten głos rozsądku w tym całym szaleństwie z dwunastoma tytułami — bo ja sam pamiętam te lata dwutysięczne, kiedy to moi kumple z pracy w Monachium dzwonili do mnie w niedzielę rano z informacją, że „znowu te dzisiejsze wygraliśmy 4:0, ale co z tego, skoro wiosną i tak lejemy się po kolei w Lidze Mistrzów”. I faktycznie, kibice nie byli wtedy szczęśliwi wcale przez sam fakt kolejnego mistrzostwa, tylko przez to, że wiedzieliśmy, że drużyna trzyma się jakoś na powierzchni, choć kadra była taka jaką miała.
Ale muszę dorzucić jeden szczegół — bo to nie jest tak, że te tytuły są jak manna z nieba. Ja miałem okazję być na meczu w 2013 roku z Hamburkiem, akurat kiedy komuś z trybun wyrwał się krzyk „kurwa, znowu?!” po naszym golu. I wtedy dopiero poczułem, że to nie jest rutyna, tylko ogromne napięcie. Bo każdy z tych dwunastu tytułów to był nie tylko triumf, ale i potwierdzenie, że w Monachium potrafimy walczyć, nawet kiedy reszta świata kręci nosem. A jak ktoś mówi, że to już za dużo, to niech sobie posłucha, jak grają te dzieci w akademii — bo one wcale nie liczą mistrzostw, tylko swoje marzenia, i to one będą za kilka lat musiały udowodnić, że ten system dalej działa.
xG > emocje.
Ej, chłopaki, aleście mnie wczoraj wkurzyli z tymi swoimi rozważaniami, bo ja akurat wracałem z pociągu, który podjeżdżał do Monachium, i co widzę? Siedemnastoletni chłopak w biało-czerwonej koszulce siedzi sobie na ławce w pociągu z gazetą „Kicker” i czyta akapit o tym, jak Bayern przegrywa z Unionem Berlin… a na twarzy miał taką minę, jakby mu ktoś właśnie powiedział, że dzisiaj nie będzie treningu akademii. 😂
No ale poważnie — ten smarkacz mnie rozbroił, bo on wcale nie płakał nad porażką, tylko liczył coś na palcach i szukał jakiegoś statystyki w telefonie. I wiecie co mi powiedział, jak go zagadnąłem? „Wie pan, my w akademii uczymy się, że jak jutro przegra 2:0, to pojutrze i tak będziemy grać o awans w kolejnym meczu”. I co? I ja wam mówię, że te dwanaście tytułów to nie jest problem, tylko nasza broń — bo ta maszyna, którą mamy, potrafi wypluć nowego Lahma albo nouvellego Saného, który zamiast marudzić o „za dużo”, po prostu wstanie z ławki i zagra jak oszalały.
I nie chodzi mi o to, że jesteśmy nie do pobicia — kurwa, wiemy, że nie jesteśmy, bo 2019 i 2022 zostały nam wmówione przez UEFA jako „przełomowe lata”… 😏 Ale chodzi o to, że ta maszyna ciągle pracuje, a ci, co narzekają, to często faceci, którzy w życiu nie mieli takiej presji, żeby trzymać formę przez 90 minut. A my mamy — każdego tygodnia, każdej sekundy na boisku.
I jeszcze jedno: ktoś tu wspomniał o pieniądzach, a ja wam powiem, że pieniądze to nie wszystko, bo jakby były, to przecież Real Madryt albo Manchester City mieliby te dwanaście tytułów w dwadzieścia lat… A jednak nie mają, bo nie mają tego systemu, który my zbudowaliśmy. Nasze mistrzostwa to nie są cyfry w tabeli, tylko dowód, że w Bawarii ludzie rozumieją futbol inaczej — nie tylko jako show, ale jako część życia.
A jak ktoś dalej będzie mówił, że to za dużo, to niech wsiada w ten sam pociąg co ja i niech posłucha, jak ten smarkacz gada o „treningu w deszczu” i „meczach rezerwowych o trzeciej rano”. Bo wtedy zrozumie, że dwanaście tytułów to nie święto do odhaczania — to obowiązek, który ciągle nas goni. 💸🔴
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej, chłopaki, aleście mnie wczoraj wkurzyli z tymi swoimi rozważaniami, bo ja akurat wracałem z pociągu, który podjeżdżał do Monachium, i co widzę? Siedemnastoletni chłopak w biało-czerwonej koszulce siedzi sobie na ławc…
no co ty, @StaryUltrasTrybuna, ten smarkacz z pociągu to mnie rozbawił bardziej niż najświeższa afera z Hoeneßem! pamiętasz jak ja w latach dziewięćdziesiątych wiozłem brata z Trójmiasta do Rzeszowa na mecz promocyjny drugoligowca, bo kibice mieli nadzieję, że kiedyś dojdziemy do czegoś więcej? a ten dzieciak liczył statystyki w pociągu do Monachium i myślał o treningach w deszczu... ludzie byli kiedyś szczęśliwi, że widzą zieloną murawę, a teraz nie mogą odpuścić nawet porażki z Unionem Berlin!
i co mi tam masz, że dwanaście tytułów to nasza broń — no tak, jest naszą bronią, bo bez niej nikt by nie potrafił grać „do szatni” i „po trzy razy w tygodniu”. ale ty sam mówisz, że ta maszyna ciągle pracuje, więc po co udawać, że te dwanaście krążków to problem? ja tam mówię: niech facet z gazetą liczy, co chce, a my niech idziemy dalej. bo ja kiedyś widziałem gorsze rzeczy na trybunie, niż jakiś siedemnastolatek z „Kickerem” pod pachą.
Czy komuś jeszcze towarzyszy ten dziwny ucisk w gardle, kiedy pomyśli, że przez te wszystkie lata nasze trybuny nie były miejscem świętowania pucharów, tylko miejscem, gdzie naprawdę żyło się tym sportem?
Widzę, jak przed nami toczy się kilka różnych opowieści — i każda z nich ma swoje prawo do bycia wysłuchaną. Bo z jednej strony mamy tych, którzy mówią, że dwanaście tytułów to dowód na to, jaką maszynę zbudowaliśmy w Monachium: system, który nieustannie karmi się własnym talentem, który uczy młodych zawodników grać „do szatni”, a nie dla statystyk. To jest ta historia o szesnastoletnim chłopaku w numerze sześć, który wie, że każdy krok, każde podanie ma znaczenie — bo on nie myśli o pucharach, tylko o tym, żeby kiedyś stanąć na boisku i czuć, że należy do tej legendy.
Z drugiej strony są te głosy, które przypominają, że za każdym tytułem kryją się sezony pełne napięcia, w których nie liczył się przecież sam fakt zwycięstwa, tylko to, jak długo potrafiliśmy utrzymać się na powierzchni. Pamiętacie 2019? Ten rok, kiedy to nie mistrzostwo było tematem dnia, tylko pytanie, czy ten klub w ogóle przetrwa? A jednak jakoś tam dotarliśmy, i to nie dzięki szczęściu, tylko dzięki ludzkiej determinacji — tej samej, którą dziś widzimy w oczach dziesięciolatków na akademii.
I wreszcie jest ta trzecia wersja, którą słyszę od tych, którzy mówią: „Dwanaście to za mało, bo przecież to nie o liczbę chodzi, tylko o to, żeby ten system dalej działał”. Bo cóż z tego, że mamy dwanaście krążków, skoro następny sezon może pokazać, że wszystko, co zbudowaliśmy, było tylko chwilowym układem gwiazd? Tylko że to właśnie w takich momentach widać, jak mocno zakorzeniona jest w Bawarii ta filozofia futbolu — nie jako widowisko, tylko jako część życia.
Może właśnie w tym szaleństwie z tą dwunastką tkwi największa moc Bayernu: w tym, że potrafimy jednocześnie świętować i walczyć, że potrafimy patrzeć na te tytuły jak na coś więcej niż tylko suchy bilans, ale też jak na coś, co nie jest ani rutyną, ani gwarancją. Bo przecież nikt z nas nie wie, co przyniesie jutro — ani ci, którzy grają, ani ci, którzy kibicują, ani nawet ci, którzy liczą kroki w akademii. Jedno jest pewne: te dwanaście tytułów to nie koniec, tylko punkt wyjścia. A reszta? Zobaczymy.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej ale z tymi waszymi dwunastoma 😱 co wy gadacie, że to „za dużo” — moi kumple z Gdańska mieli niedawno problem jak nie dać się wgniot' w tabelce i to było „ale melodia” a tu my mamy tyle tytułów że… WŁAŚNIE! Ja byłem na trybunie w 2001 kiedy to Bayern dopiero zaczynał swoje szaleństwo, pamiętam jak ludzie krzyczeli „kurwa mać, oni znowu będą jeść konkurencję na kolację!” i to była prawda! A dzisiaj ktoś narzeka że „tylko dwanaście”? BRATKU, to nie jest „tylko”, to jest „ALE KLASA” 🔥💪 bo jakby nie te dwanaście, to byście widzieli co by się działo na ulicach Monachium jakby nagle przestali wygrywać — byłyby rozróby większe niż podczas karnawału w Rio!
i jeszcze jedno: ten smarkacz z pociągu to fajny chłopak, ale niech sobie posiedzi na naszej trybunie wiosną 2019 kiedy to ledwo nie spadliśmy z ligi — on by wtedy liczył nie statystyki tylko ile kropli deszczu spadło na jego buty! 😂
Serce z drużyną, głowa na pauzie.