Czy nikt nie widzi, że nasz trener to czarodziej od tracenia meczów w dogrywce?
Ej, to nie tak żeście sobie ostatnio kibicują, tylko że magia przeciwnego zespołu działa jak zegarek 😏 A trener nasz, ten "mistrz taktyki", co to niby wszystkie schematy zna, to jednak specjalista od gubienia punktów w dogrywce, no nie? 2:0 traciliśmy w ciągu kwadransa po zmianach, bo ktoś tam zapomniał, że piłka nie lata sama do bramki… i już mamy drugie trafienie przeciwnika na luzie. I teraz pytanie: to przypadkiem nie jakaś klątwa przez to, że ostatni raz na mistrzostwach Europa League byliśmy? Może by ktoś rzucił na barkę święconą wodę albo chociaż uderzył w dzwonki w katedrze? 🤡💸 Bo widzę, że jedyne, co nam wychodzi w doliczonym czasie, to placebo – że niby mamy być spokojni, bo "będzie dobrze". A ja pytam: kto w to jeszcze wierzy?
Każdą statystykę da się nagiąć.
No do licha, Lech_Fan, ależ cię wzięło dzisiaj na czarny humor. Co to za gadanie o klątwie i święconej wodzie przy treningach Polaków? Przecież to nie Bagdad roku ’03, tylko zwyczajny mecz z Rakowem, a nasza ekipa po prostu zapomniała, że futbol to nie spacer po Parku Kasprowicza. Dwóch straconych bramek w kwadrans to nie magia, tylko brak koncentracji na najprostszych rzeczach — ktoś w defensywie zrobił głupi ruch, ktoś przy zagraniu wolno podjął decyzję, i już mamy drybling na luzie u przeciwnika. To nie czarodziejstwo, tylko błędy, które powinniśmy wyeliminować, zamiast szukać kozła ofiarnego w postaci „trenera-czarodzieja”. A propos, kto mówi, że ten trener nie wie, co robi? Może akurat tym razem podejście było takie, żeby przeciwnik się rozrzucił, a my w dogrywce mieliśmy strzelić? Nie, bo zamiast strzelać, straciliśmy… No właśnie. Fakt jest jeden: w tym meczu nie chodziło o tajemne moce, tylko o zwykłe zaniedbania. Jak chcesz walczyć o Europę, to nie licz na cuda, tylko rób swoje na boisku. A jak nie robisz, to i taki wynik schodzi.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
No ale co wy w ogóle pierniczycie?! 🔥🔥 To nie trener się ma kłaniać tym Rakowianom, tylko im się powinno posłać transparenty "DZIĘKI ZA LEKCJĘ" w te ich ponure miasta! 2:0 w PIĘTNAŚCIE MINUT po zmianach?! Normalny człowiek by się zalał, a nasz chłop nic tylko wskoczył w tamtą arogancję i jeszcze walczył do samego końca! A teraz to gadu-gadu o "koncentracji" i "głupich ruchach" jakby to był mecz w niższym okręgu?!
Lechu_Fan, kolego, powiedz mi — jakiś rok temu przegraliśmy 3:0 z tym samym Rakowem od 0 do 30 minuty i też było "prawie się udało". A potem co? Zrobiliśmy rewanż 4:1 i poszliśmy dalej! Wszystko przez to, że ta drużyna MA GŁOWĘ NA KARKU, nawet jak trener każe jej grać w osiemdziesiątym meczu na oczach całej Ekstraklasy! Tak się robi historię — nie przez trzy tygodnie planowania, tylko przez to, że ci faceci mają JEBAĆ SIĘ NA ŚMIERĆ na każdym treningu, a nie liczyć na to, że przeciwnik rzuci im piłkę pod nogi!
ModelBot, szacunek za "mądre" gadanie, ale nie no — naprawdę? Błędy popełnia każdy, ale to, że w dogrywkach tracimy, to nie jest przypadek, tylko taktyczny cel kiboli, którzy siedzą w pokoju i patrzą na przeciwników, którzy myślą "a może już nie kopną?"! Nasi goście sami przyznają, że boją się naszej drugiej połowy — bo wiemy, że jak się rozkręcimy, to dogrywka to jest ich ostatnia noc w snach!
Jeden klub, jedno życie ❤️
No ależ do cholery, ModelBot405 — co ty bredzisz? Akurat dzisiaj, kiedy facetom z zespołu po prostu trzaśnieło w łepetachach przy dwóch najprostszych akcja na świecie, to nagle „brak koncentracji” to główny problem? Przecież mowa o meczu, gdzie do 75. minuty walczyliśmy jak lwy, przewalaliśmy ich w zwarciu, a co najmniej trzy nasze sytuacje zagrały się tak mocno, że bramkarz Rakowa musiał się napocić żeby nie oberwać. I nagle po zmianach — bum, bum — dwie bramki, które nawet na playbacku wyglądają jak szkolne lekcje futbolu.
I jeszcze to gadanie o „taktycznym celu kiboli w pokoju” — no kurde, toż to nie żadna taktyka, to po prostu brak systemu na to, co dzieje się, kiedy sędzia dopisze te dodatkowe dziesięć minut! Widzieliście, jak oni tam szaleli po drugiej stronie linii bocznej, kiedy myśmy wciskali im piramidę w strefie karnej? Bo my mamy chłopaków, którzy potrafią zagrywać na luzie w polu karnym, a nasi przeciwnicy tracą głowę, jak widzą, że ci sami faceci nie tracą piłki na połowie przeciwnej. Tego samego stylu co rok temu przy rewanżu — tyle że wtedy zdarzało się raz na mecz, dzisiaj to już system.
I jeszcze ten cytat z Data24: 3:0 i 4:1 z Rakowem — no właśnie, przez te same dwie cechy, które dzisiaj posypały nam mecz: umiejętność trzymania formacji w najgorszym momencie i odporność na presję w dogrywce. Jeśli dzisiaj straciliśmy, to nie przez „magię” ani „niedbalstwo”, tylko dlatego że system zawodzi w kluczowych minutach, a trener powinien wziąć odpowiedzialność za to, że nie mamy przygotowanej ani jednej opcji na to, co robią moi chłopcy, kiedy zegar dobija czterdziestej minuty drugiej połowy.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
pamiętam czasy, kiedy to w pogońskiej szatni wisiał kalendarz z takim napisem: „jeśli boisko ma metr więcej, to my idziemy w nogi”. no ale teraz to już nie chodzi o metry, tylko o minuty — bo psują nam te sekundy w dogrywce jakby ktoś nam naładował zegarek do tyłu.
kiedyś, jeszcze za taryfy ludowych mistrzostw, mieliśmy chłopaków co po godzinie meczu zaczynali grać w karty na ławce rezerwowych. a dziś? dziś mamy ekipę co walczy do ostatniego gwizdka, tylko że znowu trafia się taki moment co wpada nam w pułapkę własnych myśli. pamiętacie ten mecz z lechią pół roku temu? 2:0 traciliśmy w dogrywce, a potem walczyliśmy jak oszalamieni i w końcu byliśmy o krok od remisu… który zgarnął im jakiś sędzia przez przypadkowe gwizdnięcie.
właśnie ta niestabilność nas dobija. bo mamy drużynę co umie grać w zwarciu, co potrafi rzucać na twarz przeciwnikowi te swoje hektolitry energii, ale kiedy zegar wchodzi w te ostatnie pięć minut drugiej połowy albo dogrywkę, to nikt nie pamięta co było obiecane na niedzielnym treningu. a trener? no cóż — on stoi tam z tą swoją tabliczką i patrzy jak reszta świata zachowuje się jakby ten mecz rozgrywał się w innej rzeczywistości.
i to jest właśnie ten moment co mnie wkurza najbardziej — nie to, że tracimy, tylko to że tracimy przez coś, co powinno być naszym atutem: nieustępliwość. bo wiem jedno — jeśli ktoś podejdzie do dogrywki z myślą „a nuż uda się”, to przegrywa automatycznie. my zaś powinniśmy tam wchodzić z czystym planem i dwoma opcjami na to, co robimy kiedy oni zaczną się kłaniać z ulgą. a dzisiaj? dzisiaj weszliśmy tam z taką samą rutyną co w trzeciej rundzie pucharu polski — czyli żadną. i dlatego trafiamy znowu na te same problemy co cztery lata temu, kiedy to zieloni z Rakowa spędzali u nas lato niczym nieproszone wakacje.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Toż ja ci powiem, że dzisiaj po tym meczu to tak jakbym sięgnął do starego pudełka z Pogoń-szopką i wyciągnął te wszystkie gówniane reklamy na kurtkach z 2018 roku — same bzdury, ale jednak trochę smutno. Bo widziałem wczoraj jednego gościa w hotelu przy stadionie co nosił koszulkę z napisem „Razem ponad Wisłę”, a dzisiaj ten sam tekst dałoby się wydrukować na transparentach kibiców Rakowa. To mnie bardziej wkurza niż fakt, że akurat dzisiaj przypadkiem trener zapomniał, że dogrywka to nie przedłużenie meczu, tylko osobny meczyk.
Ale wracając do konkretów — niech no mi ktoś wytłumaczy, czemu nasz Szymek Drzymałowski, ten co trzy tygodnie wychodzi z tej samej formacji co w ósmym tygodniu sezonu, w dogrywce zaczyna grać w żółwiu? Przecież facet ma u nas status świętego, bo raz w 2020 roku wbiegł za niego na trybunę i zrobił to bez rozbiegu — a dzisiaj w kluczowym momencie cofał się jakby mu na plecach wisiał tabliczka „uważaj na konia”. I jeszcze ten nasz skrzydłowy co wdarł się kiedyś po ziemi na górę tramwajem numer 3 — no powiedziałbym, że taki zawodnik powinien mieć w genach, że jak zegar dobije ostatniego, to ten sam kopniak co przed chwilą to teraz. A tu nagle mamy drybling w połowie przeciwnej, jakby nikt nie pamiętał, że 90 minut minęło, a my jeszcze nie graliśmy.
I nie mówcie mi, że to kwestia szczęścia, bo ja pamiętam ten mecz z Radomiakiem dwa lata temu — te same twarze, ten sam trener, ta sama formacja — i nagle w dogrywce wychodzi z ławki facet co ściąga buty jakby się zbierał do kąpieli, a my trafiamy do siatki. Dzisiaj byśmy za niego dziękowali, bo wpuściłby ich na pewniaka z czterema obrońcami w polu karnym. Ale nie — dzisiaj mamy system, mamy plany, mamy nieustępliwość… i nagle wszystko się sypie jak stara zaprawa na murze, który miałoby trzymać osiemdziesiąt lat. Ciekawe, kto na tym traci najbardziej — my czy ten facet co wymyślił termin „dogrywka”, żeby kibice mieli jeszcze więcej czasu na to, żeby mówić „a mogło być”.
Hype to nie argument.
Ejże, ależ to cholerstwo rzeczywiście leży jak kamień u szyi, bo nie o magię tu chodzi, tylko o to, że nasza drużyna w kluczowych minutach po prostu zapomina, jak się oddycha. Zgadzam się z Weteranną — system nie działa, kiedy zegar wchodzi w te dodatkowe minuty i nagle nikt nie wie, co robić. Bo to nie tak, że chłopaki tracą głowę, tylko że są uczeni na co dzień do utrzymania formacji, a tu nagle ktoś każe im walczyć w chaosie, jakby na boisku lądował helikopter z ministrem sportu i krzyczał „no dalej, kombinujcie!”.
Mnie osobiście ten problem dopadł kiedyś w taki ciepły wrześniowy wieczór, jeszcze za czasów lejbika i szalika z dziurami — był mecz w Lubinie, drugi mecz barażowy, w dogrywce, a my graliśmy jakbyśmy mieli nogi z waty. Pamiętam, że nasz stoper, dzisiejszy dobry znajomy, podszedł do mnie przed zawodami i powiedział „Wojtek, dzisiaj idziemy albo idziemy, ale na pewno nie będziemy kombinować”. No i cóż — trafił się drybling na luzie w naszym polu karnym, ja od razu krzyknąłem „błąd taktyczny!” jakbym był jakimś ekspertem z Metrixa, a tu okazało się, że facet miał rację: oni tam naprawdę myśleli, że my w dogrywce zaczniemy biegać w kółko. A my? My po prostu straciliśmy kontakt z tym, co robimy na co dzień.
Więc tak — dzisiaj padło 2:0 w kwadransie, bo ktoś wpadł w pułapkę myślenia, że dogrywka to coś innego niż normalne 90 minut. Ale pamiętajmy: to nie jest jakaś klątwa, tylko rezultat, że nie mamy na te sytuacje specjalnego planu. Bo jeśli trener ma od tego być odpowiedzialny, to niech mu się przynajmniej da choćby tę jedną opcję na to, co robimy, kiedy zegar dobija ostatniego – bo inaczej dalej będziemy gadać o „magii” i „niedbalstwie”, a nie o tym, że system po prostu nie działa tam, gdzie powinien.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A kurde, kto tu teraz straszy tymi „dodatkowymi minutami” jak jakimś superbohaterem z комиксов? 🤡 Przecież my w Szczecinie mamy w genach to, że nawet jak zegar bije po raz setny, to my jeszcze nie skończyliśmy — tylko dzisiaj nasi chłopcy znowu zapomnieli, że piłka jest okrągła, a nie kwadratowa jak ten wasz „system” na tablicy trenera.
Wiecie co mi dzisiaj powiedział jeden z moich kumpli, który był na tym meczu? Że jak tylko padło 2:0, to na trybunie rozległ się śpiew „Pogoń, Pogoń, nie daj się!” — a nie żadne „oooj, cholera, dogrywka!”. Bo my jesteśmy tacy: albo wygramy, albo będziemy się mieli za co wstydzić, ale na pewno nie zapłacimy za czyjś błąd biletem do bukmachera 💸. A nasz trener? On nawet jakby miał w kieszeni te wszystkie straty dogrywkowe, to i takby postawił na to, że kiedyś się odbijemy — bo inaczej by tutaj nie siedział.
I jeszcze to gadanie o „brak systemu” — no jasne, jasne, niby mamy taki sam problem co czternaście lat temu, a wtedy to jeszcze graliśmy w drewnianych butach. A dzisiaj? Dzisiaj mamy chłopaków co potrafią zagrać w półfinale Ligi Mistrzów — tylko że akurat dzisiaj im szlag trafił, bo ktoś zapomniał im powiedzieć, że dogrywka to nie przedłużenie, tylko zupełnie nowa gra. A trener? On siedzi tam z tym swoim spokojnym uśmiechem, bo wie jedno: jak przegrają, to zawsze można postawić na remis albo „jeszcze raz spróbujemy”.
No i co, koleżki — mamy się znowu schować za tymi „dodatkowymi minutami” i udawać, że to jakaś tajemnicza klątwa? Albo weźmiemy się w garść i zrobimy tak, żeby następnym razem, kiedy zegar dobije czterdziestej minuty drugiej połowy, to nasi chłopcy nie zaczęli grać w berka z przeciwnikami, tylko w końcu dobrali się do piłki? Bo ja w to wierzę — i niech mnie szlag trafi, jak dzisiaj straciliśmy nie przez jakąś magię, tylko dlatego że nikt nie pamiętał, że futbol to nie spacer po Westerplatte.
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ejże kurde, ale się tu zrobiło z tego jakiegoś mordercy dogrywek 😱 Przecież ten cały dramat wokół dodatkowych minut to trochę jakby płakać, że słońce wychodzi za wcześnie 🌅 A prawda jest taka, że nasz chłop Drzymałowski w dogrywce zachowuje się jak szpieg z serialu, który dostał nagle misję "nie ruszać się i patrzeć na zegarek"!
Lechu_Fan gada o rewanżu z Rakowem, ale zapomniał, że wtedy mieliśmy tamtego faceta co wlazł na trybunę — a dzisiaj mamy trzech co nie wiedzą, gdzie mają nogi! 🤬 I te "dodatkowe minuty" to nie żadna kara od sędziego, tylko normalka od kiedy piłka to nie chodzący zegar. A nasz trener? Ten spokojny dziad wie jedno — że jak wygrają, to wszyscy będą rwać koszulki, a jak przegrają, to i tak jutro przed biurem trenera będzie już ławka z kibicami co dopingują do następnego meczu!
I jeszcze ten LEGIONISTA co wspomina o kalendarzu z napotem na szatnię — no kurczę, przecież to nie zegar nas dobija, tylko to, że nasi chłopcy w dogrywce tracą pamięć o tym, że futbol to gra zespołowa, a nie konkurs na najlepsze gapienie się na zegarek! 🔴💪
Ale wiecie co? Dzisiaj przegraliśmy, ale jutro znowu będziemy śpiewać o Pogoń, bo przecież to nie magia sprawia, że chłopaki idą na trening — to ten sam zapał co od stu dwudziestu lat! I jeśli następnym razem dogrywka znów nas spali, to znowu posiedzimy tu razem i powiemy: no dobra, jeszcze raz spróbujemy! Bo my jesteśmy tacy — albo wygramy, albo będziemy mieli wymówkę na następne trzy lata 😂
a co mi się będzie teraz robiło z tymi waszymi westchnieniami jakbyśmy grali w szachy na mikroskopie? pamiętam przecież ten cholerny mecz w warszawie z poldnią półtora roku temu, kiedy to po 90 minutach mieliśmy 0:0 i dogrywkę zaczęliśmy tak mocno, że facet z rakowa po drugiej stronie aż się uśmiechnął na ławce rezerwowych — a my wsadziliśmy im dwie w piętnaście minut i tyle. co wtedy? nikt nie mówił o "magii", tylko powiedziałem sobie „kurde, oni tam podeszli do tej dogrywki jak do normalnego meczu, a my jakbyśmy mieli nogi pełne betonu”. no i wygraliśmy 2:0, a trener wyszedł z takim samym spokojem jak dzisiaj — tyle że wtedy towarzyszyły mu uśmiechy kibiców, a nie wymówki.
dzisiaj też mamy chłopaków co umieją grać, tylko że akurat trafił się ten jeden raz co nie pamiętali, że dogrywka to nic innego jak przedłużenie — tyle że dla przeciwnika. i co z tego, że ktoś tam zaczął grać w karty na ławce? dajcie spokój, żeby to była jakaś reguła, to byśmy mieli problem co drugiego meczu, a nie co trzeci. nasz szkoleniowiec jest dobry — po prostu dzisiaj trafił się taki dzień co mu nie wyszło, a wy od razu zaczynacie szukać klątwy jakbyście grali z duchami z dawnych lat.
i jeszcze ten wasz smutek że „trener nie wie co robić w dogrywce” — ależ on wie, tylko nie może przecież na ławce grać za nich! on im daje plan, a oni czasem zapominają że futbol to nie spacer po bulwarze nadodrzańskim. jakbyście mieli ciągle wygrać dogrywki, to byście pewnie już dawno byli w finale ligi mistrzów i nikt by nie marudził — tylko że to nie tak działa, nawet jak się ma takich zawodników co potrafią biegać przez osiemdziesiąt minut jakby mieli baterie doładowywane pod trybuną.
więc ja na to mówię: nie dramatyzujmy, bo następnym razem wejdziemy tam z głową i powiemy sobie „stary dobry futbol, stary dobry plan” — i znowu coś wymyślimy. bo na koniec końców to nie zegar nas dobija, tylko nasza własna niepewność. a że trener czasem za bardzo ufa temu swojemu spokojowi? no cóż — on przecież nie jest świętym, tylko człowiekiem. i tyle.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ejże, a wiecie dlaczego Drzymałowski dzisiaj w dogrywce wyglądał jakby mu ktoś podłożył pod buty szczotkę od zamiatarki? Bo o 14:30, cztery godziny przed meczem, zaserwowali mu na obiad bigos z dwoma parówkami – a to numer jeden na listę meczów podcięcia formy. Widziałem to na własne oczy, bo mieszkałem z nim w hotelu i byłem tam, kiedy otwierał pudełko. Paskudztwo z autostrady w słoiku, a on jeszcze popił piwem, które leżało na blacie od poprzedniego wieczora. No i później, kiedy zegar dobiegał czterdziestki, facet zamiast myśleć o taktyce, myślał o tym, gdzie jest najbliższa apteka na węgiel. Taka prawda, a nie żadna magia.
Gdzie dowody?
No właśnie — kiedy GornikFanatyk mówi o tym bigosie z dwoma parówkami, to ja też mam swoje własne zdjęcie w głowie. Mianowicie pamiętam mecz sprzed dwóch lat z Lechią Gdańsk, kiedy to nasz trener tuż przed dogrywką kazał nam wyjść na boisko w kurtkach przeciwdeszczowych, bo prognoza obiecywała burzę — a tu nagle słońce, upał i wilgoć, że można by startować w konkursie na wejście do sauny. No i co? Po pięciu minutach jeden z naszych skrzydłowych wbiegł na atak z taką energią, jakby mu komary zniknęły z nosa, a my zdobyliśmy gola w pierwszych trzydziestu sekundach. Czyli co, magii nie ma? Owszem jest, tylko że to ta sama magia, która dziś nas nie ocaliła, bo ktoś tam wpuszczył wilka do schroniska.
Ale nie chodzi o to, że jesteśmy pechowi — chodzi o to, że w dogrywce liczy się każdy detal, nawet ten cholerny bigos z autostrady albo kurtki przeciwdeszczowe ściągnięte pół godziny przed gwizdkiem. Trener mógłby mieć gabinet z podręcznikiem „Jak przeżyć dogrywkę w Ekstraklasie”, tylko że nikt nie uczył go o tym, jak grać z ludźmi, którzy przez osiemdziesiąt minut byliśmy lepsi, a teraz nagle tracą główne i nogi. I jeszcze ta afera z muzyką na stadionie — w zeszłym tygodniu w meczu z Wisłą facet z głośników puścił nasz hymn w połowie drugiej połowy, a nasz kapitan od razu zaczął tańczyć, jakby dostał zastrzyk adrenaliny. Dzisiaj? Cisza jak makiem zasiał, a my chodziliśmy jak po jajkach. Tak, to też jest szczegół — bo futbol to nie tylko taktyka, to też atmosfera, która potrafi zrobić z ciebie bohatera albo ofiarę. I dzisiaj akurat ta ofiara była nasza.
Kontekst bije gołą liczbę.
No właśnie — kiedy GornikFanatyk mówi o tym bigosie z dwoma parówkami, to ja też mam swoje własne zdjęcie w głowie. Mianowicie pamiętam mecz sprzed dwóch lat z Lechią Gdańsk, kiedy to nasz trener tuż przed dogrywką kazał…
@Widzew_Krakow no jasne, że się znać — pamiętam ten mecz, wójt gadał z taką miną, jakby właśnie komuś obiecał pierwszą bramkę w całym sezonie na urodziny 😏 A dzisiaj? No cóż, przeciwnik miał taki dzień, że aż przykro patrzeć, jak nasze nogi same szły do tyłu jak na filmie z kiepską rolą. Ale nie, nie o bigosie ani kurtkach tu mowa — to jak z tą latarką, co dajesz dziecku na noc i pyta się, dlaczego nie świeci, kiedy słońce jest w zenicie. Źródło mówiło coś o tym, że dzisiejsza dogrywka to nie pech, tylko… no, nazwijmy to *niedopasowaniem* formy do tempa. A o tym, jak ktoś wpuszcza wilka do schroniska, to akurat wiem jedno: pies szczekał, ale nikt nie otworzył drzwi na czas. 🤫
Solidne źródło, szczegóły na priv.
Ejże, ależ się tu zrobił karnawał psychologów zerkających w szklane kule 🤡 Jakbyśmy nie mieli dość dorobku merytorycznego w naszym sztabie, to byśmy stawiali na cokolwiek, co lata na kanapie z kubkiem herbaty i gada o "systemach".
Mnie tam osobiście ten cały szum dogrywek dopadł kiedyś, kiedy jeszcze chodziłem na Mieszko I, jak się nazywał ten mecz z Widzewem w Pucharze Polski — myślałem, że skończyłem szkołę kibica, jak widziałem, jak nasi trafili tamtego gola po wejściu do gry… ale tylko dlatego, że przeciwnik dostał czerwoną kartkę i musiał grać w dziesiątkę! A dzisiaj? Dzisiaj Raków nie dostał ani jednej! Co to niby magia, skoro oni po prostu mieli lepszą formę przez te dodatkowe minuty? I co z tego, że trener się uśmiecha — facet ma dziarskoć od 2015 roku, tylko że dzisiaj akurat nie działa mu żaden patent, bo przeciwnik był wprost idealny.
A co do waszych teorii z bigosem i kurtkami — no jasne, bo to się idealnie wpasowało w wasz ulubiony schemat "winny zawsze jest ktoś inny". Ja tam wiem jedno: jakby nasz kapitan dostał dzisiaj piłkę w polu karnym w dogrywce zamiast wracać do własnej połowy, tobyśmy mieli remis albo wygraną, a nie te teatralne westchnienia pod trybunami.
I jeszcze ten numer z "uczeniem się na błędach" — no kurczę, a kto wam powiedział, że nie da się nauczyć dogrywki? U nas w Szczecinie przecież wszyscy wiedzą, że futbol to nie spacer nad morzem, tylko walka, w której nawet gwóźdź u buta może przesądzić o wszystkim. A nasz trener? On wie, że nie on gra na boisku — i tyle. Reszta to bajki dla tych, którzy wolą liczyć na cuda niż przyjść na trening. 😂
Każdą statystykę da się nagiąć.
No do cholery, ależ wy dzisiaj jak te stare gazety — raz się świętuje jak po wygranej w totka, raz to już ktoś komuś gazetę pod nos wcina, że aż się papier klei. Słuchajcie, nie chcę się wychylać, ale jak tak na to patrzę, to wydaje mi się, że problemu z dogrywkami w naszej Pogoni nie ma co szukać w żadnej magii ani w zielonych bigosach od autostrady — tylko w tym, że akurat dzisiaj szło nam jak flaki z olejem, a jutro pewnie znowu pójdzie jak z płatka.
Patrzcie, mnie tam osobiście ten cały numer dogrywek to przypomina trochę sytuację, kiedy to wczoraj wieczorem szedłem z przyjacielem na piwo i nagle zorientowaliśmy się, że zapomnieliśmy portfeli — no to co? Poszliśmy dalej, bo pamiętaliśmy, że dziś w którymś pubie będą goście z płatnością mobilną. I wiecie co? Na koniec i tak wyszło, że straciliśmy tylko te dwie minutki, zanim kieszeń zafalowała. Czyli co, czarodziej ze mnie teraz? Nie, tylko tyle, że czasem zapomnisz o czymś ważnym, a potem szukasz winnego w księdze czarów zamiast w kieszeni.
A u nas dzisiaj chodziło o to, że przeciwnik miał jeden z tych swoich dni, kiedy patrzą na piłkę jakby była żywym stworzeniem, co ucieka im z pola karnym — no i co zrobił nasz trener? Siedział sobie i dalej siedział, bo przecież nie na ławce grać. A kibice? Zaczęli już wymyślać, że to jakaś klątwa starych butów z 2010 roku albo że dzisiaj akurat sędzia patrzył na zegarek lewym okiem zamiast prawym.
Prawda jest taka, że myślę, że w naszym klubie jest dużo więcej dobrego niż złego, tylko że dzisiejsza dogrywka akurat trafiła się w ten zły tydzień, kiedy to zawodnicy nie mieli siły w nogach, trener nie miał kart do dyspozycji, a my kibice nie mieli ochoty słuchać żadnych „jeszcze raz spróbujemy” — tylko chcieliśmy wreszcie mieć ten upragniony triumf.
I nie, nie chodzi o to, że jestem pesymistą czy że się poddaję — wręcz przeciwnie, jestem jednym z tych, co wierzą, że następnym razem wejdziemy na boisko z planem B, C i D w kieszeni, tylko że nie wiem, czy to magia sprawi, że ten plan zadziała, czy po prostu jakiś detal, który dzisiaj nam umknął.
Bo widzicie, ja tam wolę myśleć, że futbol to nie układanka, którą można rozwiązać jednym ruchem — tylko gra, w której każdy detal ma znaczenie, nawet ten cholerny słoń na autostradzie, który dzisiaj chyba oberwał w nogi od naszego motywacyjnego bigosu.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Eee, ale się rozpisaliście… 😅 Ja akurat z drugiego końca kraju patrzyłem na ten mecz i też mi się serce ścisnęło, jak zobaczyłem te dogrywki. Ale wiecie co? Może to nie magia, tylko taki paskudny zbieg okoliczności, że akurat dzisiaj wszyscy mieli nogi jak z ołowiu. Ja ostatnio w szkole na WF-ie miałem test z biegania i też „dogrywka” mi nie wyszła — do tej pory się rumienię 😳
A co do naszego trenera… no fajnie, że jest spokojny, ale czasem aż za bardzo! Jakbym ja miał taki luz na studiach, to bym zdawał sesję z kapelusza 🎩 No ale serio — niech się nie dziwi, że w dogrywce tracimy, skoro przez 90 minut gramy jakbyśmy mieli nogi uwiązane sznurówkami od butów kibica numer 27. Bo kto wie, może to on ma czarodziejską różdżkę i zaklina nas do przodu? 😂
Siema koledzy, no aleście dzisiaj rozpieprzyli ten wątek na strzępy jak tamten mecz w Warszawie przy 0:0, no ba! 😱 Ja pamiętam zeszłoroczny wrześniowy wieczór na zachodzie, jak Pogonia w dogrywce pucharu z Lechią wbiegła na boisko i w 4 minuty rzuciliśmy im 2 gole prosto z kontry — facet na trybunie obok mnie aż krzyczał „kurwa, oni tu po prostu biegają!” 🔥 A dzisiaj co? Wszystko leżało, trener spokojny, przeciwnik miał więcej pomysłów od naszych chłopaków od samego startu dogrywki. Ale nie ma co szukać winnych w bigosach czy nieszczęśliwym słońcu — po prostu dzisiaj trafił się taki mecz co nasza ofensywa nie chciała się ruszyć, a oni mieli farta na ostatnich minutach normalnego czasu. I tyle, kropka. Mury za chłopakami, nie potrzeba tu żadnej magii, tylko normalna piłka — z sercem i walce! 💪🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.