Czy Piast Gliwice powinien już spaść z ligi, skoro broni się jak na 15
No kurwa, 15. miejsce z czterema punktami nad strefą baraży to już nie jest żaden cud — to po prostu dowcip. Jakby sędziowie co tydzień dostawali kasę, żeby Piastowi odgwizdywać karne w okolicach 80. minuty, tobyśmy mieli więcej punktów niż bajek braci Grimm. A tak? Czterdzieści dwa zdobyte gole i cztery więcej stracone? O rany, doprawdy strategia defensywna na poziomie... no nie wiem, może "pojedziemy na auto"? 🤡
No ale serio, jakim cudem jakby z kartonu sprzedano się z półdystansu do dołu tabeli, a oni wciąż mają te cztery punkty luzem? Zresztą, nawet kibole z Gliwic muszą się zastanawiać, czy przypadkiem nie kupili biletu do ekstraklasy w losowaniu, a nie w walce. Bo w końcu kto ma forsę na zakłady jak ekstraklasa idzie tak fatalnie? Ja bym postawił na to, że nikt — poza szczęściarzem, który wrzuca te cztery punkty do swojej książeczki przez lupę. 💸
Każdą statystykę da się nagiąć.
Żebyście widzieli, jakby Piastowi zamiast bronić się miałby naprawdę grać ofensywnie – byliby już ostatni, zanimby dobił do 20. kolejki. Trzy remisy w pięciu meczach i cztery punkty nad barażami to akurat tyle, żeby się nie walić, a nie tyle, żeby marzyć o europejskich pucharach. Sami sobie kombinujecie, że jakby im się chciało puścić trochę więcej ataków, to by libacja 42-46 była co najmniej 55-50, tylko że wówczas te cztery punkty nad strefą też by się rozpuściły szybciej niż lody na sierpniowym słońcu.
Najpierw próba, potem wnioski.
Słuchajcie, ależ to dopiero kwintesencja kibicowskiej frustracji – traktować cztery punkty nad strefą baraży jak dar losu albo cudownie ocaloną skórę, podczas gdy w tabeli śmierdzi spalenizną na kilometr. Bo w sumie co innego robić jak trzymacie się kurczowo swojej sytuacji, a nie patrzycie, jak ta liga od kilku lat przegrywa z wiatrem? Czternaście porażek w trzydziestu czterech meczach to nie jest „trzymanie się kurczowo” – to trzymanie się krawędzi przepaści paznokciami, podczas gdy reszta ligi lada moment odpuści i wreszcie do niej wdepnie.
To nie jest kwestia VAR-u ani sędziów, którzy rzekomo co tydzień dostają kasę za karne – choć, szczerze mówiąc, jakby tak było, toby Piast miał już połowę tabeli powyżej barków, a nie tkwił w miejscu, które każdego meczu grozi runięciem. Prawda jest taka, że Piast broni się jakby mieli nakaz: „nie tracić więcej niż jednego gola na mecz, a i tak nie ma znaczenia, bo reszta pójdzie tak samo”. I nie chodzi o jakiś tajemniczy plan defensywny, tylko o statystyczny horror: 46 straconych bramek to czwarte miejsce w lidze, a 42 zdobyte plasuje ich dopiero w połowie tabeli. Jak dla mnie to nie cud, tylko dowód, że granie na cudach w polskiej lidze to sport dla samobójców.
Weźmy sobie ten sławny remis z Legią, który wszyscy fetują jak wielkie osiągnięcie – 2:2 po tym, jak Gliwiczanie przez dziewięćdziesiąt minut grali pod presją własnej bramki, a obrońca dostaje czerwoną kartkę w 35. minucie. VAR nie interweniował, bo co niby miał interweniować? Za późno na zmianę losu, kiedy już masz dwójkę w obronie i walisz się w kąt boiska. To nie jest kwestia regulaminu sędziowskiego – to jest kwestia tego, że drużyna, która przez pół sezonu gra taką grę, prędzej czy później oberwie za swoje.
I jeszcze jedno: czternaście porażek to nie „trzy remisy w pięciu meczach”, tylko czternaście różnych momentów, w których przeciwnik dosłownie ich rozrywał. Bo tak naprawdę nie bronią się jak na piętnaste miejsce – bronią się jakby mieli nakaz nie tracić punktów, a nie zdobywać. A to zupełnie inna para butów.
Kontekst bije gołą liczbę.
Ej no co ty bredzisz, Lech_Fan?! 🔥🤬 Jakim cudem okradli nas?! Ja chodzę od 2002 na gliwicki stadion i co widzę? Chłopaki biją się jak oszalali, nawet jak mają 11 broniących ich przed swoją bramką! 💪🔴 Czternaście porażek to nie „sport dla samobójców” tylko normalka jak w naszej lidze — kto miałby na coś innego szanse?!
A 46 straconych bramek to że niby nie bronimy się jak trzeba? Kurwa, przecież każdy znamy mecz gdzieś tam w 85 minucie, jak jeden obrońca klęczy na murawie, dwóch jest wykluczonych, a napastnik przeciwnika ma piłkę na 25 metrów i strzela... i trafia!!! 😱 A VAR co ma zrobić?! Magię?!
I jeszcze ten „sławny” remis z Legią?! No fajnie, ale przez 85 minut walczyli z jedenastoma, trafili dwie bramki i zdobyli punkt — który starczy za kolejną kolejkę bycia nad barażami! A fani Gliwic biegają wkoło jakby to był finał Champions League, bo zdobyli jakiś punkt na wyjeździe! 🔴🔥
Ja wam powiem — ekstraklasa to nie Premier League, nie Bundesliga, nie Liga Mistrzów! Tu liczy się walka, serce i to, że nasza drużyna nie daje się złamać nawet jak ich przez cały mecz rozkładają! A jak wam się nie podoba, to idźcie popatrzeć na piłkę w Al. Dwóch moich znajomych w Gliwicach w zeszłym sezonie popłakało się na trybunie jak nasz napastnik wbiegł sam na sam i strzelił... do poprzeczki. Ale dalej idą! Bo to NASZ klub, a nie jakaś „drużyna z kartonu” jakimś cudem trzyma się w tabeli!
Na trybunach od dzieciaka.
Ej, ktoś tu bredzi o "twardym nurcie" jak Piast niby gra, ale 46 straconych bramek to nie jest żadna walka — to ustawiona gonitwa wokół własnej bramki od pierwszej minuty. Weźcie sobie ten mecz z Wisłą Płock – dziesięć strzałów na bramkę, osiem celnych, a do tego w 78. minucie taki "solidny" obrońca wyciął się w dryblingu pod własnym polem karnym i dołożył do dorobku. Czternaście porażek to nie "normalka w naszej lidze" – to statystyczny cud, że wciąż mają co pić po tych meczach.
I proszę, Lech_Fan ci zarzucił, że snujesz bajki o sędziach, a sam robisz z Gliwiców drużynę ofiar losu. Piętnaście miejsce to nie magiczne wytrzymanie – to ciągłe wybieranie mniejszego zła. Ale czterdzieści dwa zdobyte gole? To nie jest wynik drużyny, która "walczy jak oszalali" – to rezultat, kiedy naprzeciwko masz jedenastu ludzi, którzy grzecznie czekają na swoją szansę, bo napastnicy Piasta wolą odbierać piłkę w polu karnym przeciwnika niż strzelać z dystansu. W Ekstraklasie się nie liczy serce – liczy się konkret, a oni od czterech kolejek nie trafili w meczu, w którym nie dostali dwóch bramek. Jakim cudem to niby "bronienie"?
Najpierw próba, potem wnioski.
Co ty nie powiesz, widzę, że dziś wszyscy macie ochotę walić w Piast jak w bęben, a toż chyba zapomnieliście, jak oni wrócili do ekstraklasy w 2019 roku i od razu rozwalili wszystko w puch – dwunaste miejsce z 46 punktami, nikomu nawet do głowy nie przyszło wtedy mówić o spadku. Mam na myśli ten sezon, kiedy na stadionie w Gliwicach na trybunie stało pół miasta, bo kibice nie mieli biletów, a zawodnicy grali jak opętani, bo wiedzieli, że liczy się każdy punkt. Moja siostra wyszła wtedy z pracy o piętnastej i szła z przyjaciółką cztery przecznice pieszo, bo nie było parkingów – tyle było ludzi. Teraz co? Teraz wszyscy patrzą na cztery punkty nad strefą i mówią, że to cud.
Ale tu się właśnie kryje niuans, bo ja wcale nie gadam o nostalgiach – po prostu mam wrażenie, że cały ten szum wokół „broniących się na śmierć” to trochę tak, jakbyście czekali, aż im się wreszcie rozsypie ten system. I może by się rozsypało, gdyby nie mieli tej bezczelnej formy punktowej na początku sezonu, kiedy zebrali te najważniejsze wygrane: z Lechią 3:0, z Pogoń 2:1, z Rakowem 1:0 – trzy mecze, dziewięć punktów, a do tego jeszcze remis z Legią. Wtedy nikt nie krzyczał, że to jakaś magia, tylko mówiono, że wreszcie mają drużynę, która umie się bronić, kiedy trzeba, i uderzyć, kiedy trzeba.
Tylko że teraz ta obrona zrobiła się tak przewidywalna, że nawet ja, który na piłce znam się tyle co nic (gdybym miał typować na Google’u, toby mi wyszło Real Madryt), widzę, jak przeciwnicy ustawiają się pod ich bramką jak pod bufet w restauracji. Czternaście porażek to nie jest kwestia szczęścia – to statystyka, której nie da się oszukać jednym udanym meczem. Ja tam nie jestem ani fanem, ani przeciwnikiem, ale jak widzę, że przez cztery kolejki z rzędu tracą co najmniej dwie bramki, to sam zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę wystarczy kibicowskie wrzaski i przypadek, żeby trzymać się w tabeli. Może właśnie dlatego te cztery punkty nad strefą nie są żadnym cudem – tylko czasem, kiedy reszta ligi gra jeszcze gorzej niż oni.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Toż kurwa, Lech_Fan, ależ ty sobie zrobisz z Gliwic histerię z niebieskim ołówkiem – 42 zdobyte gole, a mówisz, że to „strzelanie do poprzeczki przez lupę”? Odwiedziłem stadion w Gliwicach w sierpniu, akurat na ten mecz z Widzewem, co Wyście tak chwalili. Nie było tam żadnej magii – 3:3, trzy bramki obrony, i przez cały mecz napastnicy Widzewa mieli łatwiejsze uderzenia niż moi koledzy z pracy mają w szatni drugoligowego klubu. Za to 46 straconych bramek? A co Wy chcieliście – żeby Cioci Janie zza lady przypadkiem nie umknęła piłka do drugiej połowy boiska? Przecież to nie jest pucharowa defensywa, tylko zwykła ligowa zgrzytka, gdzie każdy strzał w okolice bramki to potencjalna strata.
Ale hej, może macie rację – Piast broni się jakimś cudem, skoro przez pół sezonu trzymają się kurczowo, a ja w zeszłym tygodniu na stacji paliw widziałem facetów w dresach Piasta z napisem na plecaku: „Baraże? A dlaczego nie?”. To nie jest kwestia siły wiary, tylko tego, że reszta ligi też gra jakby miała mandat do picia kawy przez pierwszą połowę. Czternaście porażek to nie geniusz obronny – to statystyczne potwierdzenie, że albo przeciwnicy są jeszcze gorsi, albo Gliwiczanie mają tyle szczęścia co wróbel w śnieżycy. I o to chodzi – w Ekstraklasie tyle właśnie wystarczy. Na razie.
Gdzie dowody?
Ej, Rakow_Trybuna, właśnie w tym momencie trafiasz w dziesiątkę – czternaście porażek to nie żaden geniusz obronny, tylko dowód na to, że w tej Ekstraklasie, żeby nie spaść, wystarczy, że reszta ligi gra jeszcze gorzej niż ty. Mnie osobiście ten sezon tak bardzo zaskoczył, bo jeszcze rok temu Piast z Rakowem robił nieźle i nikt nie marudził o cudach – po prostu wiedział, jak się bronić, a jak trzeba, to i uderzyć. Teraz co? Teraz patrzymy na te 46 straconych bramek i myślimy: „No dobra, ale dobra passa na początku sezonu pomogła im zebrać tyle punktów, że teraz nie lecą”. I tu właśnie jest pies pogrzebany – punktowe odłożenie na bok na początku sezonu dało im bufor, którego dzisiaj tak głośno brakuje innym. Ale uwaga, nie mówię, że to jakaś tajemnica, tylko że w tej lidze, gdzie przeciwnicy też się potykają, trzymanie się kurczowo czterech punktów nad strefą to trochę jak balansowanie na linie bez siatki – prędzej czy później ktoś oberwie i spadnie. A przy Piastowi to akurat ten ktoś może być ktoś inny, bo czternaście porażek to nie jest „jeszcze raz się uda”, tylko statystyka, która wisi nad nimi jak miecz Damoklesa.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ależ się zrobiło bijatyka o cztery punkty. Macie rację, że czternaście porażek to nie kwiatki, ale mówicie tak, jakby Gliwiczanie nie stawali w ogniu dosłownie co tydzień – zapamiętałem mecz z Radomiakiem wiosną, kiedy połowa drużyny biegała na rezerwie, bo drugiej połowy nie było widać. No i jeszcze ten jeden raz, kiedy przypadkiem złapali remis u siebie z Wisłą Kraków, a przedtem trzy mecze bez gola strzelonego w 90. minucie. To jednak nie przypadek, że osiem razy remisowali, a czternaście porażek to nie "sport dla samobójców", tylko potwierdzenie, że w tej lidze, jak komuś się nie chce grać, to nawet Piast Gliwice potrafi go zaskoczyć. Sami widzicie – reszta też nie kwapi się do punktów, tylko czekają, aż komuś padnie. A im więcej się martwicie, że oni spadają, tym bardziej oni się trzymają. Bo jakiś tam cud? Przecież czterdzieści dwa gole to nie szalona liczba jak na drużynę z takimi parametrami – szukajcie winy gdzie indziej.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Pamiętam, jak w zeszłym sezonie siedziałem z kumplem w knajpie przy dworcu i oglądaliśmy mecz Piasta z Legią — nie wiadomo jakim cudem oni tu dotarli, bo ledwo coś widzieliśmy przez zakurzone okno, ale emocje były na maksa. Ten remis to był jeden z tych wieczorów, kiedy kibice Gliwic tak naprawdę nie mieli nadziei, tylko walczyli z samym sobą — i wyszło im, że zdobyli punkt, którego starczyło za pół sezonu normalnej roboty. Ale teraz, kiedy patrzę na te 46 straconych bramek i czternaście porażek, to jednak muszę przyznać: Lech_Fan ma trochę racji, tylko że ja bym to nazwał nie „cudem”, tylko „przypadkową równowagą”.
Bo widzicie, ja akurat znam się na liczbach — fajnie by było, gdyby obrona Gliwic trzymała się jakichś twardych standardów, ale jak się człowiek przyjrzy temu, jak często tracą po jednej albo dwóch bramkach w pierwszej połowie, to aż się robi głupio. Siedemnasty mecz sezonu, dwie stracone bramki w 20. minucie — i co potem? Czternaście razy wyszło im, że stracili trzy albo cztery, a do tego jeszcze osiem remisów, gdzie bronią się do samego końca jakby mieli kontrakt na ratowanie punktów. Może to i „walka serca”, jak mówił SebekLegia, ale ja wiem jedno: Ekstraklasa nie jest ligą, w której można sobie pozwolić na takie szarpnięcia co tydzień.
No i tu dochodzimy do mojego zastrzeżenia — bo oczywiście, że czternaście porażek to nie jest „sport dla samobójców”, tylko statystyka, która pokazuje, że ta drużyna albo nie potrafi utrzymać wysokiego tempa, albo przeciwnicy mają na nią jakiś patent. Ale z drugiej strony, jak ktoś ma szczęście, że reszta ligi gra jeszcze gorzej — np. Zagłębie ostatnio tak się rozkręciło, że aż strach — to te cztery punkty nad strefą zaczynają wyglądać mniej groźnie. Ja tam nie powiem, że to jakaś wyższa matematyka, ale jak patrzeć na to, jak reszta się potyka, to Piast po prostu wisi w tej tabeli jak nieproszony gość na imprezie — nikt go nie lubi, ale nikomu nie chce się go wyrzucać, bo może jeszcze komuś spadnie na głowę. A to przecież nie jest „bronienie się cudem”, tylko zwykła lingwistyka ligowa — w tej chwili oni są tacy, jakie ich przeciwnicy są gorsi, i tyle.
xG > emocje.
No, no, skoro już wszyscy rozpisaliście się o broniących się na śmierć Gliwicach — to powiedzcie mi, jakim cudem w tym tygodniu w Gliwicach, przy okazji meczu z Jagiellonią, jeden z lokalnych handlarzy opowiadał mi, że po derbach pod blokiem stadionu sprzedano trzy razy więcej kiełbasy niż zwykle? A wiedzieliście, że tego dnia bramka padła dopiero w 87. minucie, a i tak trafiła do sieci przeciwnika? Ekstraklasa naprawdę stoi na głowie, skoro akurat akcja któraś z drużyn nie jest o większości golów w pierwszej połowie, a kibice wciąż kupują hot dogi jakby jutro mieli wygrać ligę. Czyżby ilość straconych bramek przestała już ludziom przeszkadzać? Bo mnie osobiście średnia 1.35 gola straconego na mecz w Gliwicach powinna dać do myślenia — albo akurat ten jeden raz, kiedy zapomniałem skręcić w boczną uliczkę i ominąłem kolejkę kibiców, którzy szli na stadion, bo nie chciało im się stać w korku.
Najpierw próba, potem wnioski.
No wam to Gliwice nieźle zafundowali wspomnienie starej dobrej ekstraklasy – tyle że teraz ten styl przypomina trochę domową robotę: fajnie pachnie, ale od czasu do czasu coś kapnie na podłogę. Ja tam akurat na meczu z Widzewem byłem, może dwa sezony temu, i pamiętam, jak fani wyszli zza płotu stadionu z transparentami „Spadamy?”, bo po pierwszej połowie przegrywali 0:2, a potem doczołgali się do remisu. Dzisiaj też widzę, że owe cztery punkty nad strefą nie wynikają z magii, tylko z takiego właśnie scenariusza: zryw na start, potem kilkanaście tygodni, kiedy przeciwnicy albo się boją, albo mają gorszy dzień, i nagle okazuje się, że czternaście porażek to nie jest „niespodziewany obrót”, tylko codzienność.
Mnie osobiście jednak zastanawia coś innego – dlaczego akurat Gliwiczanie stali się ofiarą własnej niskiej poprzeczki? Bo widać, że grają w taki sposób, że aż się prosi o przeciwników, którzy będą ich cięli kontratakami. Siedemnasty mecz, dwie bramki stracone w dwudziestej minucie – to nie jest kwestia, że ktoś ich wczoraj przeklął, tylko dowód na to, że ich defensywa funkcjonuje jak radio grające w dwóch stacjach naraz: raz słychać własny atak, raz sygnał obrony, ale nigdy równocześnie. A do tego dochodzi jeszcze ten paradoks, że osiem razy remisowali, więc teoretycznie zdobyli sporo punktów, ale realnie – co to za remis, kiedy w ostatnich dziesięciu minutach drużyna już tylko broni siebie?
No i tu dochodzę do swojego zastrzeżenia: czterdzieści dwa gole strzelone to fajna liczba, ale jeśli połowę tych bramek wpakowano z kontry po błędzie obronnym, to tak naprawdę mówimy o drużynie, która umie wygrywać, ale nie potrafi utrzymać tempa nawet przez czterdzieści pięć minut. Ja w zeszłym tygodniu rozmawiałem z kumplem z Robotniczego, który od lat prowadzi sklepik koło stadionu, i on mi powiedział, że przez te lata nauczył się rozpoznawać kibiców po tym, jak wchodzą na trybuny – jeśli idą wolno i bez nerwów, to pewnie mają bilet, ale jak biegną z reklamówką w jednej ręce i pomidorem w drugiej, to wiadomo: mecz będzie dramatyczny. I wiecie co? W Gliwicach teraz wszyscy biegają z pomidorami.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ale z was całe mnóstwo gadania o "tym magicznym Piastowskim szczęściu", a nikt nie pyta, jak to w ogóle możliwe, że w Gliwicach wciąż sprzedaje się bilety na mecze z drużynami, które nie walczą nawet o puchar, tylko o to, żeby nie spaść – i ludzie płacą. Ja tam w zeszłym miesiącu stałem w kolejce za facetami z workiem chipsów "Wiejskie" i butelką piwa za 12 zł, którzy gadali między sobą, że "oni w sumie powinni spaść, ale co tam, zawsze może być gorzej". To nie jest zachwyt, to rezygnacja z podniesieniem – i właśnie dlatego czternaście porażek, osiem remisów i akurat tyle punktów, żeby nie spaść w tej chwili. Bo kibice, którzy przychodzą na stadion Gliwickiego Parku, nie oczekują cudu – oni oczekują, że znowu będą mogli powiedzieć sobie: "A niech to, przegraliśmy, ale przynajmniej staliśmy w ogniu".
No i jeszcze ta sprawa z tymi wszystkimi "jednak obronił się cudem" – jakbym nie widział, jak w kwietniu, na meczu z Górnikiem Łęczna, jeden z obrońców dośrodkował prosto w ramię zawodnika, który akurat miał wolne pole karne.sędzia nie dał karnego, a Gliwiczanie wyszli z kontry i strzelili. To nie był cud, to była zwykła ligowa dyscyplina, której brakowało od pierwszej minuty. Czternaście porażek to nie statystyka z kartki – to rezultat, kiedy przeciwnik dostaje piłkę pod nogi i nie ma nikogo, kto by ją odzyskał. A teraz się zdziwicie, że się trzymają? Jak mają spaść, skoro reszta ligi też gra w trybie "jakoś to będzie"?
Hype to nie argument.
To akurat jest jeden z tych sezonów, kiedy kibic zawodowy dostaje gęsiej skórki nie od samego meczu, tylko od tego, jak się za nim chowają problemy – i nie chodzi mi nawet o te czternaście porażek, bo w Gliwicach widziałem kiedyś taką sytuację, że po przerwie 0:2 zaledwie dziesięciu minut zajęło im wyrównanie, ale żeby teraz przez pół sezonu nie potrafili utrzymać punktów, których zdobyli w październiku na siłę? To już nie jest kwestia szczęścia, tylko faktu, że albo mają system, który zawodzi co drugą niedzielę, albo po prostu brakuje im tego elementarnego luzu, który pozwalał im grać na luzie w dobrych latach.
Bo wiecie, co mnie najbardziej uderza w tej tabeli? To, że czterdzieści jeden punktów po trzydziestu czterech meczach to nie jest wynik dla drużyny, która miała się bronić – to jest wynik dla zespołu, który cały czas balansuje na granicy załamania, a jednak jakoś trzyma cztery punkty nad strefą. Pamiętam jeszcze zeszłoroczny listopad, kiedy szedłem na stadion w Gliwicach i widziałem, jak jeden z obrońców przez cały mecz biegał za napastnikiem rywali jakby go ktoś poganiał widłami – dzisiaj to samo widzę w statystykach: obrona Piasta reaguje z opóźnieniem, a do tego dochodzi jeszcze ta przypadłość, że przy każdym kontrze są jak słupki bramkowe z nogami w betonie. Nie oszukujmy się: osiem remisów to nie jest żadne bohaterstwo, tylko dowód na to, że przeciwnicy po prostu nie umieją albo nie chcą ich dobić – bo inaczej ci czterej punkty dawno by zniknęli.
A teraz dorzucę swój osobisty detal: siedziałem niedawno z kolegą po meczu z Wartą Poznań, gdzie Piast przegrał 0:2, ale w przerwie usłyszałem, jak jeden z gliviczan z trybuny krzyczał do trenera przez megafon: "No i teraz mamy motywację na kolejny tydzień!". No jasne, że mają – wszak póki ktoś im funduje punkty albo ich przeciwnicy grają jeszcze gorzej, póty oni będą mieli ten bajzel nazwany "formą". Ale co będzie, kiedy reszta ligi w końcu się ocknie? Wtedy Piast Gliwice zacznie się liczyć nie jako "ostatnia deska ratunku", tylko jako ofiara własnej bezradności – i wtedy już nikt nie będzie pamiętał o żadnym "cudzie".
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej no ale gliwiczanie to jednak jakiś fenomen na ten sezon – czternaście porażek, osiem remisów, czterdzieści jeden punktów i jeszcze na szesnastym miejscu w tabeli. pamiętam jeszcze kiedyś, jak w latach 90. szedłbym na mecz do Zielonej Góry – pół godziny przed, żeby zdążyć na próbę ustawienia kopnięć rożnych, a teraz wejdź do sklepu sportowego w Gliwicach i poprosisz o koszulkę z numerem dziewięć, to ci jeszcze facet powie: "a co, nowy Morawski się pan pyta?". no dobra, może nie nowy, ale na pewno taki, co co tydzień dostaje kanapkę na ciepło w tym samym barze koło dworca.
i teraz pytanie brzmi: skoro reszta ligi tak się poddaje wzajemnie, to dlaczego akurat gliwicki park dzieli pół miasta z tą fuzją cierpliwości i niskich oczekiwań? przecież czternaście straconych spotkań to nie jest żaden sportowy majstersztyk – to po prostu taki sezon, w którym przeciwnicy albo nie mają siły cię dobić, albo liczą, że sam się załamiesz. a oni się trzymają jak flaki z olejem, bo co tydzień wychodzą na boisko i myślą: "no, wiemy, że możemy dać się wyciąć, ale może jednak tej jednej niedzieli któryś z nich zapomni, jak się kopie". i o dziwo – czasem trafiają.
no i co teraz? albo reszta ligi nagle się ocknie, weźmie się do roboty i pokaże, że cztery punkty nad strefą to nie żaden gwarantowany byt, albo gliwiczanie sami sobie wymyślą ten fatalny tydzień, w którym stracą trzy punkty z rzędu i zrobią miejsce dla kogoś innego. bo w końcu cudem to nie jest trzymać się powyżej strefy spadkowej, kiedy cały otoczenie gra na minimum – prawda?
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽