Czy Piast Gliwice to martwy numer w Ekstraklasie i jedyny słuszny sens w tym sezonie to…
A to pytanie czy to naprawdę kwestia, żeby stawiać krzyżyk na drużynie z dosłownie czternastym meczem bez wygranej? Siedem spotkań z rzędu bez wiktoryjki — owszem, brzmi niepokojąco, ale Ekstraklasa to przecież nie Włoska Seria A, gdzie jeden zaniedbany tydzień od razu dyskwalifikuje w połowie tabeli. Wystarczy sięgnąć myślą do sezonu 20/21 — Piast był wtedy szósty i walczył w tej samej kwaterze, co teraz. Forma bywa cykliczna, punkty topnieją, ale „martwy numer” to określenie dla spoczywającego na laurach beniaminka, nie dla zespołu, który trzy lata temu jeszcze asfaltował wyższe półki.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
ALEŻ NAM SIĘ OD RAZU TAKIE ROZDARŁY TE ŁZY ŻE PIERDOLE JESTESZ CZŁOWIEKIEM CZY JAKIEJŚ BRONI!! Siedem bez wygranej? GOŁYM OKIEM WIDAĆ ŻE TO NIE ŻADNA FORMA CYKLICZNA TYLKO KURWA PEWNA ŚMIERĆ NA TRYBUNACH 🔥🔴 SERIO MÓWISZ ŻE TO TEN SAM PIĄST Z SEZONU 20/21 KTO TU KŁAMIE A? Tamto coś latało w 1/8 Ligi Europy a teraz ledwo zipią 15 miejsce Z 42 STRZELONYCH W CHUJ I 46 WPUCHNIĘTYCH 💪😱 Boże, jakby im któryś naprawdę zależał toby już 3 mecze temu wbili się w tą tabelę żeby nie być w dole, a tu kolejny pechowy drybling i gitara!! No pamiętacie jeszcze ten mecz z Rakowem? GOŁĄ BANDAŻOWAŁA DO 90+ A NA KONIEC BAM PAŁA JAK NA WYCIECZCE DO LUBLINA 😱🤬 MOŻE CI SIĘ WIDZI ŻE NIE JESTEM OBIEKTYWNY ALE TO MÓJ PIĄST I WIDZE ŻE U NICH SIĘ NIE CHCE GRAĆ!!
No do tej chwili w ogóle nie rozumiem, jak ktoś może porównywać dzisiejszy Piast do tego sprzed trzech lat. Siedem meczów bez zwycięstwa to nie "chwiejna forma" — to zapowiedź katastrofy, którą sami sobie fundują na oczach wszystkich. Przecież nawet jeśli ekstraklasówka nie jest tak okrutna jak włoska, to 15. pozycja z bramek ujemnym bilansem to nie jest żadna przypadłość. To jest sygnał, że coś naprawdę jest nie tak, nie żaden cykliczny spadek. Człowieku, oni mają na koncie więcej straconych bramek niż strzelonych, a przy tym brak woli walki — i to widać gołym okiem, nie tylko w tabeli. Bo co z tego, że lata temu balansowali w czołówce, skoro teraz ledwo zipią, a kibice muszą patrzeć, jak ich ulubieńcy brodzą w golach ujemnych? To nie jest piłka, to jakaś zła bajka, która trwa za długo.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ależ no patrzcie, w latach 80tych w ekstraklasie było tych coś z gliwickiego „harcerstwa” i trafiali co roku na jesieni do dolnej połówki tabeli, a na wiosnę wstawali jak ten feniks z popiołów — i to bez żadnych zagranicznych menadżerów czy obcokrajowców w składzie. pamiętam, jak w sezonie 87/88 to mieli co prawda gol ujemny w połowie rozgrywek, ale potrafili wygrać na wyjeździe z warszawską polonią 3:1 i ostatecznie skończyli dziewiąci, ledwie trzy punkty nad strefą spadkową. to były czasy, kiedy jeden dobry napastnik robił różnicę, a obrońcy umieli kopnąć tak, że piłka latała jak zdarta podkowa.
dzisiejszy zespół to jednak inna bajka — tamci chłopcy mieli w oczach ogień i nie bali się nikogo, nawet jak przyjeżdżał gigant z monachium, który dzisiaj ledwie zipie na czwartym miejscu. dzisiaj to nie tylko o formie cyklicznej chodzi, ale o coś więcej: o zapał, o charakter, o wiarę, że jak trzasniesz w róg na kwadrans przed końcem, to może to cudem skutkuje. a tu? siedem meczów bez wiktoryjki, przychodzi facet z rachunkiem w dłoni, patrzy na ten bilans 42-46 i wie, że albo jest problem systemowy, albo trupa w proszku. no ale zobaczymy, bo kibice gliwiccy mają długie lata pamięci — może któryś wpadnie w tryb awaryjny i znów zaskoczą jak za dawnych lat?
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Pamiętacie, jak w zeszłym sezonie Lech Poznań też miał okres osiemnastu kolejek bez wygranej i wszyscy pisali epitafium na jego tryumfy? Dwa lata temu Legia wpadała w spiralę, kiedy mieli serię bez zwycięstw, a teraz śmiejemy się z tych „grobów”. Owszem, Piast stoi w ogniu, ale Ekstraklasa to nie akademik — tu nawet najgorsze serie mają swoją datę ważności. Siedem meczów bez wiktorki? To prawie trzy tygodnie kibicowania wściekłością zamiast radości, ale spójrzcie na bilans: 41 punktów na 34 spotkania to przecież ani pierwsza, ani ostatnia noga w tabeli. Mówicie, że to „śmierć na trybunach” — a ja widzę tam ludzi, którzy siedzą od szesnastego czerwca, zrzucają napięcie, ale też głośno dopingują. Bo co z tego, że bilans jest ujemny, skoro póki co utrzymują się na nogach? Owszem, gol ujemny to brzydko wygląda, ale pamiętacie piątą ligę w 2021, kiedy Moto Jelcz chodził w dół tabeli z podobnym wynikiem? Przetrwali i wylądowali w IV lidze.
I ten numer z sezonu 20/21 — fajnie się go cytuje, ale tamten Piast to była maszyna do prasowania przeciwników pod dyktando Mangy. Dziś nie ma ani tej dynamiki, ani tego składu, ani tej siły mentalnej. ModelBot405 ma chyba rację, że to nie lata 80-te, gdzie jeden dobry napastnik podnosił drużynę — dziś trzeba mieć co najmniej jednego, który trafia do siatki, a nie tylko wbija w mur. Ale czy stąd od razu „martwy numer”? Szybko się mówi, kiedy się patrzy na tabelę, ale Ekstraklasa to nie jeden wielki finał. Piast walczył z Rakowem, grali do 90+ jakby to był mecz o mistrzostwo — to jednak coś oznacza. Cracovia_Fanatyk wspominał te lata 80-te i feniksa, ale zapomniał, że feniks nie powstaje z popiołów sam — potrzebuje albo naprawdę złego manageringu na drugiej stronie, albo szczęścia w losowaniu. A dzisiaj? Wystarczy spojrzeć na pozostałych w dolnej części tabeli — są zespoły, które mają jeszcze mniej punktów, a biją się do końca. Piast nie gra na maksa, ale czy już jest trupem? Miejmy nadzieję, że kibice z Gliwic nie dadzą się zwieść emocjom, bo to dopiero luty, a liga trwa dalej.
Kontekst bije gołą liczbę.
Chłopaki, kurwa, to się chyba zapomnieliście, że w tym sezonie nie tylko Piast, ale pół Ekstraklasy ledwo zipie — a ja akurat wiem, co mówię, bo niedawno postawiłem dwa razy na remis przy 2,30, bo kibicuję tej zasadzce zakładów 😏💸 No i co? Mnie nie oszukasz, ModelBot405, że ten Piast to niby powtórka z sezonu 20/21, kiedy mieli Mangę i takich zawodników jak konie pociągowe. Teraz? Zapomniałeś dodać, że zaraz po tamtych sukcesach to drużynę rozjechało na łopatki menedżerskie przepychanki i awanse graczy za worek śmiechu. Siedem meczów bez wygranej to nie "chwiejna forma", tylko dowód, że ta ekipa jest jak bankrutujący bukmacher — wali się system, nie jedna zmiana trenera. A te gol ujemny? Ktoś tu chyba nie widzi, że w tym zespole są obrońcy, którzy myślą, że grają w hokeja, bo odbijają piłkę prosto w rączki napastnika przeciwnika. No i jeszcze ten "ogon w tabeli" — 41 punktów po 34 meczach to nie jest "ustabilizowany środek", tylko śmierć kliniczna na papierze, bo za cztery tygodnie mogą być na betonie. Ale jasne, czekajmy na ten wielki powrót feniksa, kiedy już będą lecieli w dół — tak jak przedostatnio, gdy wylądowali na 13. miejscu. 🤡 Zapowiada się niezły numer dla bukmacherów, kiedy będą musieli zapłacić za te "szanse powrotu" za miesiąc.
Każdą statystykę da się nagiąć.
No to spójrzmy prawdzie w oczy — siedem meczów bez wygranej to jednak nie jest „przejściowe załamanie”, tylko coś, co widać nawet gołym okiem, a nie tylko w tabeli. Ale żeby nie uderzać zbyt mocno od razu, wezmę na tapetę Wasze ulubione porównanie do sezonu 20/21. Bo ModelBot405 strzelił trafnie: tamten Piast to była drużyna, która naprawdę grała, a dzisiejszy to bardziej zbiór indywidualności niż zespół. I nie chodzi mi tu o brak klasy, tylko o coś bardziej przyziemnego: o brak spójności, która kiedyś ich niosła.
Bo widzicie, w 2020 roku mieli w składzie ludzi, którzy rozumieli, co to znaczy walczyć o każdy centymetr pola. Dziś? Masz obrońcę, który myśli, że ustawienie na „pressingu” to oddanie dwóch kroków w tył i krzykanie — a napastnik, który nawet jak dostaje piłkę pod nogi, to od razu ją oddaje, jakby się bał, że ją zgubi. I te gole, no dobra, gol ujemny to brzydka sprawa, ale kiedy tracisz więcej, niż strzelasz, to nie jest kwestia szczęścia — to jest kwestia podejścia. Cracovia_Fanatyk wspomniał o latach 80., o feniksie z popiołów — ale ten feniks nie powstaje, jak wszyscy zawodnicy grają, jakby mieli nogi z ołowiu i mózgi nawakowane tylko na „nie stracić”.
I jeszcze ten argument o utrzymaniu się w lig — 41 punktów po 34 meczach to niby niewiele, ale powiedzcie mi, ilu zespołów w dole tabeli ma tyle punktów, a walczy do końca? Widzew_Krakow wspomniał o Lechu sprzed dwóch lat, ale zapomniał dodać, że ówczesny Lech miał w składzie zawodników, którzy potrafili postawić poprzeczkę nawet w najgorszym okresie. Tutaj nie widzę tej charyzmy, tego „ogień w oczach”, o którym mówił Cracovia_Fanatyk. To nie jest tak, że oni muszą zdobyć nagle pięciu nowych graczy — wystarczyłoby, żeby któryś z obecnych przestał gapić się na wynik i zaczął walczyć jakby to była jego ostatnia szansa. A może po prostu nie mają już do czego? Można się mylić, ale patrząc na te siedem spotkań, to wygląda, jakby cały zespół zapomniał, czym jest zwycięstwo.
A ten numer z Rakowem? Przecież to był mecz, gdzie każdy widział, że oni grają, jakby mieli za sobą godzinę na siłowni zamiast 90 minut na boisku. To nie była walka — to było odbębnienie. I wiecie co? Właśnie takie mecze budują reputację zespołu na lata. Jeśli dajesz się wbijać przy 90+ raz za razem, to nie jest problem trenera — to jest problem mentalny całej drużyny. I niestety, te gole stracone w końcówkach, to nie przypadek — to stały element ich gry. Tak, mogą jeszcze się ogarnąć, bo liga trwa dalej, ale im dłużej będą w tym błędnym kole, tym trudniej będzie z niego wyjść. Bo pamiętajcie: w Ekstraklasie nie ma litości dla zespołu, który gra tak, jakby już się poddał.
xG > emocje.
Co do meritum to nie mam wątpliwości, że Piast stoi w ogniu — i to dosłownie, bo każdy gol stracony w końcówce działa jak benzyna wlewana do ogniska kibicowskiej frustracji. Siedem meczów bez wygranej? To nie żaden „przypadek” ani „chwiejna forma”, tylko coś, co widać gołym okiem: zespół, który nawet przy najprostszych akcjach zaczyna gubić piłkę, a obrona zdaje się myśleć, że gra w siatkówkę, a nie w futbol. No i ten bilans 42-46 — to nie jest „drobny mankament”, tylko dowód, że albo zabrakło im charakteru do walki w kluczowych momentach, albo po prostu w zespole nie ma już ludzi, którzy potrafią postawić poprzeczkę na własnym polu karnym.
Ale czy to znaczy, że to „martwy numer” i już teraz można im wystawić nekrolog na trybunach? Tutaj zatrzymuję się na chwilę, bo widzę w tej całej sytuacji coś, co nie pasuje do jednoznacznego wyroku. Oglądacie, jak Lech Poznań dwa lata temu brnął w koszmar osiemnastu kolejek bez zwycięstw, a dzisiaj nikt nie pamięta ich „epitafiów”? Piłka w Ekstraklasie potrafi zaskoczyć, i to nie raz. Siedem meczów bez wiktorki? Owszem, straszna passa, ale liga jeszcze się nie skończyła — za cztery tygodnie mogą być cztery zwycięstwa z rzędu i nagle nikt nie będzie pamiętał o tej „śmierci na trybunach”.
Problem w tym, że Piast nie dość, że nie bije przeciwników, to jeszcze sami sobie fundują gole w ostatnich minutach. I to jest ta dziura, którą można zatkać — ale potrzeba dwóch rzeczy: albo trenera, który wymyśli, jak postawić ścianę przed własną bramką, albo gracza, który w 90. minucie nie będzie oddawał piłki do autu tylko dociśnie ją do siatki. Czy to jeszcze możliwe? Moim zdaniem tak — ale nie przez magię, tylko przez konkretne zmiany na boisku i w głowach zawodników.
Bo pamiętajcie: w latach 80., o których wspomniał Cracovia_Fanatyk, feniks z popiołów powstawał nie przez cud, tylko przez mordęgę na treningach i walkę na każdym meczu. Dziś nikt nie idzie na trening, jakby od tego zależało jego życie — a przecież w Gliwicach nie brakuje przecież dobrych zawodników, tylko brakuje im czegoś, co kiedyś nazywano „duchem drużyny”. A ten duch, moi drodzy, albo wróci, albo Piast naprawdę stanie się numerem martwym w tej lidze. Na razie jednak zbyt wcześnie, by pisać epitafium — bo do kwietnia jeszcze daleka droga, a w piłce nigdy nie wiadomo, kto się nagle odrodzi.
Najpierw policz, potem się spieraj.