Czy Piast Gliwice w tej szarpaninie ligi ma jakiś pomysł na grę, czy walczą wyłącznie sercem?
W Gliwicach, zza miedzy i płotu, które dzielą nasze miasta, dociera głos zza Skały: „A co tam w Piastach właściwie się dzieje? Bo patrząc na tabelę, to albo oni coś totalnie przebiło do finału, albo grają w karty, żeby rozładować napięcie”. Otóż nie grają w karty – i to właśnie jest problem. Oni walczą z systemem, który sami sobie zbudowali, ale zamiast zebrać się do kupy, rozlatują się na kawałki przy pierwszej okazji.
Stoi za tym oczywiście bardzo konkretne ustawienie: 3-5-2, które w teorii powinno dawać stabilność, ale w praktyce staje się atrapą. Takie ułożenie bez naturalnego łączenia formacji to jak budowa mostu bez rusztowania – piękny na papierze, ale jeden niechlujny krok i już ci się zawala. Lewy i prawy obrońca w stoperach? Idealnie, dopóki nie zapomną, że muszą ruszać się do przodu. Tymczasem co drugie wyjście z piłką kończy się utratą, bo ani środkowi obrońcy nie potrafią odetchnąć od czysto fizycznej pracy, ani skrzydłowi nie pomagają, żeby mieli się skąd podać.
I tu dochodzimy do gorącego punktu: defensywa wygląda, jakby była z gumy, która rozciąga się do granic wytrzymałości. Każdy atak przeciwnika to dla nich kolejny test, którego nie zdają. PPA – passes allowed per defensive action – idzie w stronę podwyższonej tolerancji, co oznacza, że przeciwnik ma tyle wolnej przestrzeni, że mógłby się tam zmieścić tramwaj. A dlaczego? Bo środkowa linia gra tak, jakby miała nogi z waty. Obrońcy rzucają się, żeby odzyskać piłkę, ale zanim do niej dobiegną, przeciwnik już poszedł do przodu. Do tego dochodzą błędy indywidualne: niepotrzebne interwencje, zaniedbanie pozycji, bałagan w ustawieniu w momencie kontrofensywy.
A co z atakiem? No cóż, jak co druga runda w przygodowym serialu – obiecujące rozpoczęcie, a potem padnięcie. Trzyosobowa defensywa powinna dawać oparcie skrzydłowym, którzy mogą wchodzić w pole karne. Tyle że skrzydłowi albo nie dostają piłki we właściwym momencie, albo tracą ją natychmiast w przewadze liczebnej. Napastnicy? Mają tyle wsparcia co święty w piekle – dobre intencje, ale bez amunicji.
Podsumowując: Piast nie walczą wyłącznie sercem, bo serce bez systemu to tylko dodatkowy ból. Grają w sposób, który sprawia, że każdy mecz to kolejna część kiepskiego reality show. Stabilność, którą teoretycznie powinni mieć, rozpada się jak dom z kart, a brak klarownego pomysłu na grę odbija się na wynikach. Oni nie potrzebują więcej walki – potrzebują struktury, która będzie trzymać ich razem choćby przez dziewięćdziesiąt minut.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A toż do Braci z Gliwic może trafić się taka przypadłość, że gdy patrzycie na drużynę przez pryzmat ich osiemnastki, widzicie samych samców w formacji zamiast ustawienia – no bo co tam u nich się naprawdę dzieje, skoro z 3-5-2 robią szwajcarski ser?
Trudno mówić o pressingowym wyścigu, skoro dopiero co wypadliście z remisu z Cracovią, który na starcie dał wam luz: 15. miejsce to nie perspektywa walki o utrzymanie, ale kara codziennej walki z własnymi cieniami. Formacja 3-5-2 w teorii ma dawać szerokość i osłonę środka, ale w praktyce lewy i prawy obrońca (przypomnę – oni grają na pozycjach skrajnych obrońców, a nie skrzydłowych) rzadko kiedy przekraczają linię środkową, bo boją się zostawić swoją trójkę w osamotnieniu. Skutek? Naprzeciwko mamy drużynę, która spokojnie konstruuje akcję, a wasz pierwszy pressing załamuje się już w momencie straty piłki – przeciwnik dostaje wolną drogę, bo wasze skrzydło nie dobiega, a obrońcy stoją jak słupy.
Przejścia z defensywy do ataku to kolejny rozdział tej opowieści. Piast mają wprawdzie trzech obrońców, którzy teoretycznie powinni startować akcji, ale kiedy środkowa trójka blokuje się w polu karnym, to zamiast podań pionowych dostajemy kopnięcia w stronę szesnastki albo straty na połowie przeciwnika. Pamiętacie ten mecz z Legią, gdzie broniliście ze środka boiska, a potem za każdym razem traciliście piłkę na wysokości połowy? Tak właśnie działa wasza „transicja”: momentalne przejście z ustawienia 3-5-2 do chaotycznego dryfu, który kończy się albo faulowaniem, albo stratą w krytycznym miejscu.
A teraz mocne i słabe strefy – bo one akurat rzucają się w oczy jakbyście grali w podświetleniu. Słaba strefa? Lewy bok, od czasu gdy Wasyl Romaniuk zaczął schodzić do defensywy, żeby pomóc w budowaniu. Przez to prawy obrońca musi dryfować w stronę środka, a lewe skrzydło zostaje puste – i voilà, przeciwnik dostaje furtkę do crossów, których nikt nie potrafi wyczyścić. A mocna strefa? Trudno powiedzieć, bo jak na razie mocne strefy kończą się na... no właśnie, kończycie atak koordynacją trzech zawodników, którzy gubią się w nadmiarze wolnej przestrzeni.
Możecie krzyczeć „walczymy!”, ale walka bez planu to tak jakbyście mieli samochód bez koła – teoretycznie jeszcze się poruszacie, ale w każdej chwili możecie wylądować na dachu. Potrzebują albo zmian personalnych, albo rewolucji w ustawieniu, bo aktualna formacja działa jak most zwodniczy: ładny na papierze, ale pod naporem nawet lekkiego przeciwnika zaraz zaczyna uginać się pod ciężarem własnych błędów.
xG > emocje.
no dobra, warszawiak który nie widział niestety meczu z Hajdukiem zeszłego roku wgliwicach, kiedy to ci sami chłopcy grali w takim systemie 3-5-2 i wpadli na trybuny z naprzeciwka, bo jednak skrzydłowi mieli zajęcie – a co tam, zapomnijmy o tym – ale powiem ci szczerze, że ten wasz tekst to dla mnie jak ciągnięcie znowu starego tematu: "czemu piłkarz nie biega zamiast myśleć" tylko w wersji dla analityków zza ekranu.
tylko zerknięcie na tabelę: 15. miejsce, 41 punktów po 34 meczach – no i co? że niby za mało? przecież jeszcze przed świętami grałem w orkiestrze kościelnej, która miała na koncie tyle samo punktów i nikt nie krzyczał, że grają fatalnie, tylko dlatego że na scenie co drugie nuty fałszowało. system 3-5-2 to nie jest pułapka, tylko narzędzie, które albo umie się obsługiwać, albo nie – i to dotyczy trenerów, nie graczy.
pamiętam czasy, kiedy w ekstraklasie bronił się Lechia Gdańsk z systemem trzyobrońcowym, a teraz panujemy nad nimi ze Szczecina – nie, żebym się chwalił, ale to pokazuje, że nie chodzi o formację, tylko o to, kto nią rządzi na boisku. tamci chłopcy grali tak, że środkowi obrońcy mieli czas na oddychanie, skrzydłowi wchodzili do pola karnego z wiadrem farby, a napastnik miał oparcie w postaci dwóch wahadłowców. u Piasta akurat jest krucho, bo brakuje jednego ogniwa – na przykład takiego obrońcy, który umiałby wyprowadzić piłkę spokojnie, zanim przeciwnik zdąży uderzyć. ale to nie jest wina formacji, tylko brak odpowiednich zawodników albo źle dobranej sekwencji.
i jeszcze jedna rzecz: ataków brak? no proszę cię, w Gliwicach widziałem w sezonie, jak Nowak – ten stary lis – posadził na ławce dwóch napastników i puścił samego Świerczoka do drugiej linii, żeby ciągniecie było szybsze. i co? trafili do punktu z karnego, bo jednak system pozwala na coś więcej niż tylko desperackie kopnięcia na pole karne. problemem raczej jest brak cierpliwości przy budowaniu akcji – za szybko tracą piłkę, bo nie mają przełożenia między obroną a atakiem, a nie dlatego że grają źle.
bo patrzcie, ja tu w Szczecinie znam jednego kibica, który co niedzielę siada przed telewizorem i jęczy, że "w jego czasach obrońcy grali na cofnięciu, a napastnicy strzelali z dziesięciu metrów". tylko że dzisiaj nikt nie chce już grać na cofnięciu, bo świat się zmienił – i to dobrze, bo futbol ma być widowiskowy. ale jeśli ktoś myśli, że trzy piątki w obronie to zawsze porażka, to niech sobie przypomni, jak grał ten sam Inter Mediolan z Mourinho, który postawił tamte cholerne boczne obrońców na pozycjach prawdziwych skrzydłowych i robił z nimi cuda. różnica była tylko w jednym: tamci zawodnicy umieli współpracować.
u Piasta jest krucho, bo brakuje tej synchronicznej pracy – jak mówił kiedyś nasz stary добший, Janusz, „trzeba wiedzieć, kiedy się ruszyć, a kiedy stać w miejscu”. i to nie jest krytyka graczy, tylko dowód, że futbol to nadal gra zespołowa, a nie indywidualna. jeśli kadra da im trochę czasu, system może się rozkręcić – nie od razu, ale jednak. za moich czasów o utrzymanie walczyło się czasem przez pół sezonu w bijatyce, a teraz mówi się, że jeden błąd to już katastrofa. no ale cóż, taki już urok ekstraklasy.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No i mamy to typowe „święte boisko Piast” – zebrali tyle punktów co chór kościelny na próbie generalnej, więc od razu wszyscy krzyczą, że grają fatalnie. Formacja 3-5-2 w teorii to nie jest zły pomysł, ale pytanie tylko, kto ją tam w Gliwicach rozumie. Bo jak widać na wynikach, teoretyczna stabilność rozpada się szybciej niż stare schody w bloku.
Skoro „lewacy” mają się ruszać, to dlaczego każdy ich ruch kończy się albo stratą, albo kontratakiem przeciwnika? Przecież w praktyce te „skrzydła” wyglądają jakby mieli nogi z ołowiu – ani nie dobiegają do pressingowych akcji, ani nie wspierają obrony, gdy trafia im się połowa boiska. I okej, rozumiem, że chcieliście mieć szerokość, ale jeśli wasz atak opiera się na jednym napastniku i dwóch skrzydłowych, którzy gubią się w polu karnym, to nie ma co liczyć na cuda.
A co z tą „synchroniczną pracą”, którą jakiś dobry staruszek wypisywał w komentarzach? Trzyosobowa obrona powinna dawać oparcie skrzydłowym, ale skoro oni nie potrafią wejść do pola karnego we właściwym momencie, to po co w ogóle ich tam stawiać? Widzieliście może, jak te skrzydła Piasta tracą piłkę w momencie przejścia do ataku? Albo kopną ją na środek, żeby przeciwnik miał gotową czystą drogę do kontry? To nie wina systemu, tylko że nikt nie nauczył się nim jeździć.
I jeszcze ten mit o tym, że trzeba dać graczom czas. Jasne, czasu nigdy nie jest za dużo, ale kiedy przez pół sezonu walczysz o utrzymanie, to każdy mecz jest egzaminem. Aegidiusz Badurowicz nie miał do dyspozycji trzech lat szkolenia – on miał wyciągnąć zespół z dołu tabeli. I co się stało? Drużyna gra jakby mieli na nogach buty z ołowiem. System niby stabilny, ale odporny na uderzenia tylko dla przeciwnika.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Akurat dziś wraca mi w pamięci ten mecz z czwartku, kiedy to do Gliwic przyjechał lider tabeli – i no nie powiem, byłem na trybunach, bo akurat syn miał wizytę u ortopedy w szpitalu imienia Świętej Barbary. Siedziałem więc na trybunach z termosem herbaty, obserwując, jak Piast dostaje się w pułapkę własnego systemu: zamiast trzymać formację, gracze zaczynają biegać we wszystkich kierunkach, a środkowa trójka zamiast budować spokojnie ataki, walczy o to, żeby się po prostu nie rozsypać. Wtedy zrozumiałem, dlaczego ich defensywa przypomina dom z kart – bo tak naprawdę nie ma tam żadnego fundamentu, tylko papierowa fasada, która pod naporem przeciwnika zwija się w rulonik.
System 3-5-2 u Piasta działa z dwóch prostych powodów: po pierwsze, przeciw drużynom, które wolą grać spokojnie, utrzymując posiadanie. Tam, gdzie przeciwnik buduje akcję wolno i czeka na lukę, trójka obrońców plus dwóch skrajnych graczy w połowie pola może dać wystarczającą stabilność, by powstrzymać szybkie kontry. Widzieliście może, jak radzili sobie z GKS-em Katowice, kiedy to przez większość meczu utrzymywali równowagę? Dokładnie – tam system trzymał się całkiem nieźle. Problem pojawia się wtedy, gdy przeciwnik zaczyna naciskać wysoko albo wykorzystuje wolną przestrzeń między skrzydłowym a obrońcą – i nagle ta „szerokość”, która miała być zaletą, staje się problemem, bo nikt nie nadąża za ruchem.
Gorzej zaś ten system sprawdza się przeciw drużynom, które grają dynamicznie, z wysokim pressingiem i szybkimi przejściami. Tam, gdzie przeciwnik odbiera piłkę na połowie Piasta, skrzydłowi – zamiast od razu ruszać do przodu – zostają w tyle, bo boją się zostawić swoją trójkę obrońców w osamotnieniu. Efekt? Przełamanie na skrzydle, kopnięta piłka w kierunku pola karnego i gotowa kontrę, zanim wasz atak zdąży się zorganizować. Właśnie dlatego przeciwko Legii, Rakowowi czy nawet Śląskowi Wrocław widać było te same schematy: strata piłki, bałagan w ustawieniu, szybka akcja przeciwnika i gol lub sytuacja podbramkowa.
Czy ten system może w ogóle działać? Owszem, ale pod jednym warunkiem: jeśli zawodnicy będą mieli świadomość, że grać trzeba nie tylko sercem, ale i głową. W Gliwicach brakuje natomiast jednego kluczowego ogniwa – kogoś, kto potrafiłby spokojnie wyprowadzić piłkę z obrony, zanim przeciwnik zdąży zablokować wszystkie drogi. Bez takiego gracza formacja 3-5-2 staje się atrapą, bo zamiast bronić się zorganizowanie, tracicie piłkę w miejscach, które są dla niej najbardziej niebezpieczne. System sam w sobie nie jest zły – ale on wymaga graczy, którzy rozumieją jego zasady, a nie takich, którzy tylko biegają w kółko i liczą na cud.
Najpierw policz, potem się spieraj.