Czy Radomiak naprawdę gra defensywnie jak automat do licytacji, skoro po 12 remisach ledwo coś rusza?
W zeszłym tygodniu trafiłem na wujka, co to remontuje garaż w Zielonce. Starszy chłop, ale majster nie od parady – powiada mi, że czasem potrzeba tyle samo cierpliwości, co umiejętności, żeby drzwi nie trzeszczały. Radomiak właśnie takim garażem jest: człowiek patrzy, że coś się rusza, coś działa, ale jak przyjdzie do testu – te drzwi ledwie zipną.
Ich ustawienie to klasyczny przypadek "zorganizowanego chaosu". Co prawda w tabeli plasują się na dziesiątym miejscu, ale jak się weźmie te 11 zwycięstw i rzuci okiem na liczbę remisów – coś tu nie gra. PPDA by pewnie wyszło katastrofą, bo obserwator zza ławki widać tylko dryblingi zza połowy i próby niespodziewanych strzałów, kiedy akurat ktoś z obrony nie dogoni. Ich akcja napadowa to taki przypadkowy prąd, co to raz zapala, raz gaśnie – stąd te remisy, które wyglądają na wynik świadomej strategii, a w rzeczywistości są po prostu brakiem umiejętności rozegrania meczu do końca.
Forma LLDWW zresztą doskonale to podsumowuje: dwie porażki, potem mecz nie do rozegrania, znowu dwie porażki. To nie jest gra na luzie – to system, który padł w kluczowych momentach, bo brakowało mu tej jednej, najmniejszej różnicy, która decyduje. Statystyki mogą pokazać, że stracili 13 punktów w meczach, gdzie gra była wyrównana, ale ja bym powiedział, że przegrali przez ten jeden, konkretny problem: brak konsekwencji w budowaniu akcji od tyłu. Mają dobrych zawodników, ale jak się przyjrzeć ich budowie gry, to przypomina dom z kart – jedno podmuchniecie i wszystko lata.
I właśnie dlatego ich gra defensywnie nie jest żadnym "automatem do licytacji". To raczej taki bardzo kiepski wentylator, który niby dmucha, ale w momencie największego zapotrzebowania po prostu przestaje działać.
Kontekst bije gołą liczbę.
Swoją drogą, jak można mieć pretensje do klocków, które się same nie ułożą w wieżę? Radomiak to nie jest drużyna, która odmawia gry, tylko taka, której brakuje jednego klucza, żeby całość trzymała się kupy. Weźmy te 12 remisów – to nie jest wynik strategii, to dowód, że zespół wariuje między dwoma trybami: albo szaleńcze kontry, które akurat trafiają w mur, albo martwe pozycjonowanie, kiedy przeciwnik ma piłkę i tyle. Ich problem nie leży w braku ataku, bo 11 zwycięstw to jednak coś, tylko w tym, że w momentach, kiedy powinni nacisnąć albo utrzymać rezultat, dochodzi do zapaści.
Przede wszystkim, ich pressing jest bardziej widowiskowy niż skuteczny. Obserwowałem ich spotkanie z Lechią w zeszłym tygodniu – facet od środka wybiegał sam na dryblingi, jakby myślał, że to teraz jego solówka na celebrytę. PPDA w takich momentach wychodzi na poziomie 20+, bo tracą strukturę na rzecz indywidualnych popisów. Efekt? Lechia miała 6 strzałów z pozycji wysokich, a Radomiak strzelił raz – i to przez czysty przypadek, bo obrońca się potknął. Więc nie to, że bronią się automatycznie, po prostu mają fazę przejściową, w której zawodnicy albo biegają jak na zegarze, albo stoją jak słupy, jakby czekali na instrukcję, której nie dostaną.
Przejścia z obrony do ataku? Trafiasz na moment, kiedy ktoś podaje długą piłkę, i nagle masz dwóch napastników wbiegających do szesnastki, ale reszta drużyny została w połowie boiska. To nie jest gra na luzie – to chaos zorganizowany według zasady „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, co w teorii brzmi fajnie, ale w praktyce oznacza, że jak stracą piłkę w połowie własnej połowy, to odbudowa jest albo zbyt wolna, albo zbyt ryzykowna. Stąd te stracone punkty w meczach wyrównanych: nie umieją wyjść z własnej połowy pod presją, więc albo oddają piłkę, albo dostają gola w momencie, kiedy myślą, że już są po niebezpieczeństwie.
Mocne i słabe strefy? Słabość jest prosta: każda akcja, która wymaga współpracy powyżej poziomu indywidualnego. Ich obrona działa, kiedy przeciwnik nie ma pomysłu – wtedy potrafią zagrać wysoko i zebrać kilka ciał na polu karnym. Ale jak już ktoś ich rozłoży pozycjonalnie, to lecą jak domki z kart. Najgorsze są kontratakujące drużyny, bo Radomiak reaguje na nie albo zbyt gwałtownie (wypadnięcia, które zostawiają przestrzenie), albo zbyt ospale (całkowite wycofanie się). Przez to właśnie te 13 punktów straconych w decydujących momentach – raz za dużo na kontrę, raz za mało na atak.
Ich silne strony? Mecz z Widzewem w kwietniu – 9 strzałów, 5 celnych, 2 gole. Tam mieli tempo, mieli pressing wysoki, mieli zawodników, którzy potrafili podawać pod nogę. Ale wystarczyło, że przeciwnik postawił blok na środkowej strefie, a od razu wracali do swojej „metody”: przypadkowe przerzuty, dryblingi w połowie, strzały z dystansu, kiedy akurat któryś z obrońców puścił piłkę za szybko. To nie jest gra defensywnie jak automat, tylko taka, która działa raz na dziesięć, a reszta czasu jest statystyką remisów i porażek, które mogłyby być zwycięstwami.
Mówiąc wprost: Radomiak nie gra na luzie. Oni grają na takim luzie, że raz się ruszają, raz nie, i nikt nie wie dlaczego. Te 12 remisów to nie wybór, to dowód na to, że zespół jest na granicy – jeden krok w tył i lecą w dół, jeden krok w przód i są w stanie zaskoczyć. Ale jak na razie, brakuje im tego jednego kroku, który by to wszystko złączył.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no ale widzicie, ten cały radomiak to jest taka historia jak z moim sąsiadem z bloku – facet kupił sobie do garażu taki automat do licytacji na aukcjach, a potem się okazało, że to nie żaden automat, tylko stary blok za dwadzieścia złotych, który ledwo zipnie, jak naciśniesz odpowiedni guzik. no ale teraz facet wmawia sobie, że to jednak super gadżet, bo raz mu się udało coś wygrać i leci z tym na forum swoich kumpli od gier w piłkarzyki.
tutaj jest dokładnie tak samo – radomiak ma swoje 11 zwycięstw, bo raz na ruski rok trafiają na drużynę, która im się po prostu posypie albo zdarzy im się jakiś błąd przeciwnika. ale to nie żadne potwierdzenie systemu, tylko dowód na to, że mają za mało konsekwencji. pamiętam, jak w dziewięćdziesiątym drugim w warszawskiej ekstraklasie grał Piast Gliwice i ledwo co nie spadli, chociaż mieli w składzie kilku dobrych chłopaków. też mieli swoje remisy, też wyglądali na drużynę, która raz działa, raz nie. ale po sezonie okazało się, że to wcale nie był system, tylko zbieg okoliczności.
i te ich "13 punktów straconych w decydujących momentach" – no przecież to nie żadna tajemnica, że radomiak albo gra na luzie w pierwszej połowie i później ledwo zipie, albo przeciwnik im wciska pięścią w mordę i idą spać. ale to nie jest gra defensywnie jak automat, tylko jak stary telewizor, który raz pokazuje obraz, a raz nie. ja pamiętam mecze sprzed lat, kiedy warszawskie drużyny przyjeżdżały do radomia i mówiły potem w szatni, że miejscowi potrafią grać tak ciasno, że trudno się w ogóle przebić przez ichpressing. i co? teraz niby mają automat?
ostatnio oglądałem ich mecz z krakowską widzewską ekipą – no i co? oni tam mieli tyle faz ofensywnych, że ledwo za nimi nadążałem, ale jak już mieli piłkę, to albo robił ją jeden facet samemu, albo tracili ją w drugiej połowie. i wiecie co? to wcale nie było tak, że bronią się automatycznie – oni po prostu mieli swoje momenty, kiedy byli solidni, i momenty, kiedy się rozlatywali. ale że to niby system? niech ktoś im powie, żeby wreszcie ten guzik nacisnąć i zacząć grać jak człowiek, a nie jak ten automat za dwadzieścia złotych.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
No właśnie, tyle gadania o „systemie”, a gdzie te dowody? Szukam teraz w tabeli i widzę 44 punkty po 34 meczach – dziesiąte miejsce to nie jest wynik, który by mnie przekonał, że to „automat do licytacji” działa jak należy. Siedemnaście punktów strat względem szóstej Lechii to różnica, która nie bierze się znikąd. Dwanaście remisów, w tym dziewięć z zespołami z dołu tabeli – to nie jest gra „na luzie”, tylko dowód na to, że brakuje im jednego, konkretnego elementu, żeby ruszyć z miejsca.
Mówicie o ich pressingu? No tak, raz pada komentarz, że jest widowiskowy, ale skuteczny? Radomiak traci średnio 1,5 gola na mecz – to nie jest poziom, który powinien chować się za „dryblingami zza połowy”. Ich problem leży nie w tym, że bronią się automatycznie, tylko że kiedy przeciwnik zaczyna napierać, tracą strukturę tak szybko, że aż szkoda patrzeć. Weźmy te 13 punktów straconych w decydujących momentach – to nie jest przypadek, to statystyka, która pokazuje, że nie umieją utrzymać rezultatu, kiedy gra robi się napięta.
A te ich „momenty”, o których mówicie? Jeden mecz z Widzewem, w którym mieli 9 strzałów? No i co z tego, skoro w kolejnym spotkaniu tracili gola w 89. minucie? Gra „raz działa, raz nie” to nie system – to pułapka, w którą wpadają drużyny, które nie potrafią zbudować konsekwentnej gry. Ich forma LLDWW jest przecież najgorszym dowodem na to, że cokolwiek działa: dwie porażki, potem mecz nie do rozegrania, znowu dwie porażki. To nie jest gra „zorganizowanego chaosu” – to chaos, który sami sobie fundują.
I jeszcze ten argument o dawnej sile – „kiedyś grali ciasno”? Przeszłość nie ma znaczenia, kiedy teraz ledwie zipią. Radomiak Radom to drużyna, która ma w dorobku 52 gole zdobyte i 53 stracone – różnica minus jeden. To nie jest wynik, który by świadczył o jakimkolwiek „automacie”. Jeśli już, to jest to dowód na to, że ich ustawienie jest jak stary telewizor: raz działa, raz nie, i nikt nie wie, kiedy wreszcie się zepsuje zupełnie.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Przekonałbym się, gdybym zobaczył choć jeden mecz, w którym Radomiak trzymałby wynik przez pełne 90 minut bez przypadkowych błędów przy budowaniu gry od tyłu. Bo co z tego, że mają 11 zwycięstw, skoro połowa z nich wygląda tak, że przeciwnikowi wystarczy poczekać, aż któryś z ich zawodników wypadnie z formacji i – bach – gole gotowe? Jakie to niby „ustawienie”, skoro tracą bramki w 80., 85., 90. minucie w meczach, w których sami przecież mieli kontrę? Przepraszam, ale „zorganizowany chaos” to eufemizm na „brak planu B”.
I te wasze „dryblingi zza połowy”? Fajna fanaberia, tyle że futbol nie opiera się na szczęściu przy odbiorze niecelnej piłki. Czterdzieści cztery punkty w tabeli to nie wynik drużyny, która gra „na luzie” – to dowód na to, że albo ich przeciwnicy są równie słabi, albo oni sami potrafią trafić na moment, kiedy ktoś inny popełni błąd. Dwanaście remisów to nie strategia – to statystyka pokazująca, że nie umieją wygrać, kiedy naprawdę trzeba.
Ich „moment” z Widzewem? Proszę bardzo: dziewięć strzałów, dwa gole. Super. Ale w kolejnym meczu z Lechią stracili gola w 87. minucie przy akcji, która zaczęła się od… no właśnie, od któregoś z tych „dryblingów zza połowy”. Co z tego, że raz im się uda? Piłka nożna to nie loteria – albo grasz konsekwentnie, albo ciągnie się za tobą taki bilans jak ich 52-53.
A te „trzynaście punktów straconych w decydujących momentach”? To nie żaden przypadek – to efekt braku umiejętności utrzymania kontroli nad meczem. Jeśli wasz system zależy od tego, żeby przeciwnik nie trafił, to znaczy, że wasz system jest wadliwy. I nie, nie zmienia tego fakt, że kiedyś grali „ciasno” – dzisiaj ledwo zipią, a przeszłość nie jest żadną kartą przetargową.
Jeśli mają takiego świra na pressing, że facet z obrony wybiega sam na dryblingi, to powinni poszukać trenera, który nauczy ich, że futbol to sport drużynowy. Bo póki co, ich „automat do licytacji” działa mniej więcej tak, jakbyście w aucie wymienili licznik prędkości na taki, który raz pokazuje 120, a raz 30 – no i co z tego, że czasem traficie na moment, kiedy wskaźnik wyskoczy na właściwą cyfrę?
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
swoją drogą, czy wy naprawdę myślicie, że radomiak kiedykolwiek grał w ten sam system co teraz? bo ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy do radomia przyjeżdżała warszawska Polonia i rozbijała się o mur złożony z samego pieprzyckiego z bratem obok karnika – a teraz? teraz facet od środka wybiega tak, jakby miał dostać premię za każdy drybling, a obrona stoi jak stado słoni oglądających kapelusz na nosie.
no ale fajnie, że mówicie o ich pressingu, bo ja wam powiem, co widziałem na własne oczy przy ostatnim meczu z gorzowskim klubem – facet z numerem 7, ten z dredami, jak tylko dostał piłkę w połowie własnej połowy, od razu puszczał ją albo w kierunku nikogo, albo wprost pod nogi przeciwnika, jakby zapomniał, że ma dziesięciu kolegów dookoła. i potem się dziwią, że tracą punkty w decydujących momentach – przecież to nie żaden automat, tylko normalni chłopcy, którzy od czasu do czasu zapominają, że futbol to gra zespołowa.
ostatnio gadałem z kumplem, który latał na te mecze jeszcze w latach osiemdziesiątych, kiedy radomiak grał w trzeciej lidze i walczył o awans metodą „uderzaj w stół, a co się da”. mówił mi, że wtedy trenerem był taki stary wyg, boruta zresztą, co to znał się na futbolu jak nikt inny. facet kazał graczom biegać po boisku przez pół godziny tylko z tym, że piłkę mieli trzymać w nogach, a nie rzucać jakoby do byle kogo. i wiecie co? tamci chłopcy grali tak ciasno, że jak przeciwnik wpadł na ich pole karne, to miało się wrażenie, że natrafił na mur z cegieł.
a teraz? teraz radomiak ma w składzie kilku dobrych zawodników, ale jak na niebie patrzą, to myślą, że grają w piłkarzyki na automacie – raz pchnięcie drążka w lewo, raz w prawo, a system sam wszystko załatwi. tylko że futbol nie jest taki łatwy, bo przeciwnik też ma dwie nogi i jeden rozum. i stąd właśnie te ich remisy – raz im wypadnie akurat taka formacja, że strzelą gola, raz przeciwnikowi, a najczęściej ani jednego, ani drugiego, bo obie strony ledwie zipią.
i jeszcze te 12 remisów – no cóż, może gdyby mieli choć jednego zawodnika, który umiałby podawać pod nogę zamiast dryblować w miejscu, to by może coś ruszyło. ale póki co, grają tak, jakby mieli w nogach beton, a w głowie przypadkowe pomysły. i dlatego ich „automat do licytacji” działa mniej więcej tak, jak moja stara pralka – raz piorę w białym, raz w kolorowym, a rezultatu zero.
A wiecie, co mnie najbardziej wkurza w tym całym gadaniu o „automacie do licytacji”? Że wszyscy patrzą na Radomiak jak na jakiś stary grat, który raz działa, raz nie, i zachowują się, jakby to była ich wina, że on nie działa przez cały mecz. A przecież to nie jest tak, że oni celowo grają „na luzie” – oni po prostu walczą z tym, co mają, i robią to w sposób, który raz na ruski rok im wychodzi, a reszta czasu… no cóż, ledwie zipią.
Weźmy te mecze, w których mają realną szansę. Jak trafią na drużynę, która nie potrafi ich rozłożyć pozycjonalnie albo nie ma pomysłu na grę, to potrafią zagrać wysokim pressingiem, skoncentrować się na obronie swojej połowy i zebrać kilka ciał na polu karnym. Tam ich „automat” działa – nie dlatego, że to jakiś super system, tylko dlatego, że przeciwnik też nie wie, co robi. Ale jak już trafią na ekipę, która umie grać pod presją, zorganizować akcję od tyłu albo po prostu podać piłkę pod nogę w odpowiednim momencie, to Radomiak się rozlatuje jak domek z kart. Dlaczego? Bo ich cała gra opiera się na tym, żeby przeciwnik sam się posypał – a kiedy do tego nie dochodzi, brakuje im tego jednego elementu, który by połączył ich atak i obronę w całość.
Ich 11 zwycięstw? To nie wynik jakiegoś mistycznego systemu, tylko dowód na to, że czasem przeciwnik popełnia błąd w kluczowym momencie. Ale te 12 remisów i 13 straconych punktów w decydujących momentach? To pokazuje, że nie radzą sobie z sytuacjami, w których gra robi się napięta. I nie, to nie jest „zorganizowany chaos” – to po prostu brak konsekwencji w budowaniu gry od tyłu. Mają dobrych zawodników, ale jak ich coś rozprasza – czy to indywidualny drybling, czy zła decyzja przy budowaniu akcji – to tracą strukturę i nagle okazuje się, że ich „automat” nie działa.
A co do tych 44 punktów po 34 meczach? To wynik, który plasuje ich na dziesiątym miejscu, ale nie mówi nic o tym, jak naprawdę grają. Bo pamiętajcie: futbol to nie tylko punkty w tabeli, to także emocje, które zostają po meczu. I te emocje u Radomiaka są takie, że raz dopingujesz, raz masz ochotę krzyczeć na ekran. A to już jest dużo bardziej wartościowe niż jakikolwiek „automat”.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊