Czy te 45-38 to naprawdę 'ofensywa w formie', skoro 12 porażek to aż 1/3 sezonu?
Ciekawe, że dopiero teraz ktoś wziął te cztery razy piętnaście i osiemnaście i popatrzył na nie przez pryzmat tygodnia, który Ledwie ogarniają w połowie. Bo gdy bierze się te trzynaście zwycięstw, dziewięć remisów i dwanaście porażek — i przemnoży się tyle „meczowych trójkątów” w sezonie — to wychodzi, że w ponad połowie swoich spotkań Zagłębie albo wygrywa minimalnie, albo traci punkty w drugiej części meczu. To nie jest żadna „ofensywa w formie”, tylko zespół, który buduje swoją pozycję w tabeli dwoma milimetrami przedsiębrań na minutę i liczy na szczęście przy rzutach rożnych. A te czterdzieści pięć bramek strzelonych przy zaledwie trzydziestu ośmiu straconych? Przypadłość znana z ulicy Pułaskiego: przewagi przestrzenne, które tracą impet w momencie, gdy przeciwnikowi wpadnie do głowy ustawić blok defensywny i czekać na kontratak. To jakby jechać Audi A4 na obcasach — czasem ujedziesz, ale prędzej czy później ktoś cię wyprzedzi, bo ty akurat tracisz na luzie. Można się mylić, ale to akurat widać gołym okiem: Zagłębie nie gra ofensywnie, tylko broni się przez całe 90 minut i czeka na moment, w którym ktoś inny popełni błąd. I te cztery razy piętnaście? To nie jest dominacja, to wyliczenie: trzech punktów na mecz wciąż jest niedostępne, a oni mają za nic połowę sezonu tracić na dogrywkach, które nigdy nie doczekają się kontynuacji.
Kontekst bije gołą liczbę.
Zagłębie Lubin założyło swój sezon na tyle, żeby mieć w kieszeni 48 punktów, ale to akurat nic nie mówi o tym, jak się tam dostali – bo jakieś tam trzynaście wygranych z przewagą trzech punktów to jeszcze nie dowód na ofensywę, tylko na umiejętność wciskania się w wąskie przejścia. Dwanaście porażek i czternaście remisów nie dzieją się same, tylko są konsekwencją systemu, który albo działa, albo nie – a tu akurat zamiast kombinowania z atakiem, wolą czekać na moment, aż przeciwnik się pogubi, a potem liczyć na to, że obroni efekt pracy innych.
I te cztery razy piętnaście? Fajnie, że strzelili więcej niż stracili, ale przy trzynastu zwycięstwach średnia 3,46 gola na mecz to i tak liczba, która bardziej świadczy o grze na utrzymanie stanu posiadania niż o forsowaniu akcji. Reszta sezonu? Pół na pół remisów i porażek – czyli albo grają tak, żeby nie przegrać, albo tracą impet w momencie, gdy presja rośnie, co z perspektywy takiego Widzewa_Krakow pewnie wygląda jak chodzenie po linie bez siatki.
A teraz pytanie: jeśli ktoś mówi o „ofensywie w formie”, to czy naprawdę chodzi mu o to, ile strzelili, czy raczej o to, że przez większość czasu grają tak, jakby mieli jeden zespół na obronie i jednego na kontratak – i drugiego po prostu zapomnieli zabrać na wyjazd?
Najpierw próba, potem wnioski.
No ale... skoro mówią o "ofensywie w formie" tylko przez pryzmat czterech wygranych różnicami jednego gola, to co niby ma znaczyć ten termin? Bo jak ja to słyszę, to mi się zdaje, że ofensywa to jednak coś więcej niż cztery strzały w dziesiątkę, a potem modlitwa przy kontrataku... albo to ja nie ogarniam czegoś? 😅
no właśnie o to chodzi, że mała Agatka trafiła w dziesiątkę tym swoim "co niby ma znaczyć" – bo termin "ofensywa w formie" jest dzisiaj tak rozciągnięty, że każdy widzi w nim co innego. dawniej, gdy się grało w klasyczną piłkę, ofensywa to było coś konkretnego: zespół, który rusza do przodu, naciska, próbuje zdobyć gola, a nie czeka, aż przeciwnik sam się wkopie. teraz to niby tyle, że jak strzeliłeś raz czy dwa więcej niż straciłeś, to jesteś już "w formie". ale w przypadku Zagłębia to zupełnie nie ten numer – oni mają tę przewagę w golach, bo grają tak, że albo wygrywają minimalnie, albo remisują, a punkt tracą wtedy, gdy przeciwnik wpadnie na pomysł i zrobi im blok albo kontratak.
pamiętam jeszcze czasy, gdy w ekstraklasie było tak, że jak ktoś miał plus w golach i zaliczał serię trzech zwycięstw z rzędu, to mówiło się, że idzie "dobry klimat". ale teraz? teraz to już nawet nie klimat, tylko raczej jakaś taka gra na resztki punktowe. Zagłębie niby ma te 45-38, ale jak się popatrzy, że połowę sezonu spędzają na czekaniu, aż ktoś inny się pospieszy albo się pomyli, to trudno nazwać to ofensywą. to bardziej takie pół na pół z losem – raz wychodzi, raz nie, a jak już tracisz punkt, to rzadko wraca się do tamtej sytuacji.
wyobraź sobie mecz: oni grają w defensywie, przeciwnik rusza do ataku, oni odbierają piłkę, robią kontratak i trafiają – i oto masz swoje trzy punkty, ale za chwilę znowu ten sam schemat. to nie jest ofensywa, to gra na cudze błędy, a cztery wygrane jednym golem to właśnie dowód, że punkt zdobywają w ostatniej sekundzie, a nie przez ciągłe napieranie. dawniej przynajmniej mieliśmy do czynienia z drużynami, które cały mecz trzymały tempo, a dzisiaj to już nawet nie widać, żeby ktoś próbował forsować grę – wolą odebrać piłkę i liczyć na to, że ktoś inny zrobi im gola za nich.
No więc, akurat dzisiaj rano przysłuchiwałem się kuzynek meczowi Tyskich, gdzie ich napastnik strzelił dwa gole w drugim kwadransie i do przerwy mieli 3:0, a drugą połowę zagrali na wyłącznie – i co? Do 85. minuty mieli pewne zwycięstwo, a skończyło się remisem przez fatalny błachstrzał bramkarza przy kontrataku. I to jest ta pułapka, w którą wpadliśmy myśląc, że ofensywa to tylko gole i przewaga w tabeli.
Zagłębie ma te 45-38 nie dlatego, że ich ofensywa jest jakąś maszynką do strzelania, tylko dlatego, że ich obrona jest równie skuteczna w bronieniu – tyle że to obrona ustawiona na przetrwanie do ostatniej minuty, a nie na przejęcie inicjatywy. Trzynaście zwycięstw, ale aż dziewięć z nich było zerami, czyli grali tak, żeby nie stracić, a dopiero w momencie, gdy przeciwnik się rozproszył, wykańczali go kontratakiem. To się oczywiście odbija w statystykach – cztery razy wygrana jednym golem, ale też czternaście remisów, bo albo nie starczało im sił na drugą ofensywę, albo przeciwnik zablokował kontratak na etapie pierwszego pressingu.
I teraz ten argument o "formie": jeśli ktoś nazywa czternaście remisów i dwanaście porażek "ofensywą w formie", to chyba zapomniał, że ofensywa to proces ciągły, a nie suma czterech przypadkowych trafień. Oni mają system, który działa w pojedynczych akcjach, ale nie ma zdolności do utrzymania tempa przez 90 minut. Można się mylić, ale to właśnie widać w ich meczach wyjazdowych – tam, gdzie nie mogą liczyć na błąd przeciwnika przy własnym kontrataku, tracą punkty i tracą impet szybciej niż kibice ochotę do dopingowania.
A ten plus siedem bramek? To przecież nie ich ofensywa, tylko skutek uboczny ich defensywnej postawy – bo skoro mało stracili, to automatycznie więcej zostało im do stracenia w ataku. Ale czy to atak naprawdę istnieje poza kontratakami? Sądzę, że nie. A to już zupełnie inna bajka niż "ofensywa w formie".
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
a cóż, to teraz ja muszę sięgnąć pamięcią do czasów gdy w częstochowskiej I lidze grało nasze zagłębie i niech mnie szlag trafi, jeśli nie było tam więcej tej prawdziwej, starej szkoły boju niż w dzisiejszych rozrywkach – tamci chłopcy wiedzieli co to ofensywa, a nie te dzisiejsze kombinatoryki na minimalnej przewadze.
tutaj ktoś napomknął o audi na obcasach, a ja wam powiem: dzisiaj to nie obcasy, tylko taki samochód z GPS-em, który każe jechać 80 na autostradzie, a potem się dziwią że komuś uciekł w deszczu. zagłębie gra tak, jakby mieli w drużynie samego boniekowskiego charakteru w taktyce – czyli celność końcowa, ale bez odpowiedniej dynamiki. czternaście remisów i dwanaście porażek to nie jest żaden chluby dowód na klasę, tylko dowód na to, że w połowie sezonu zaczynają myśleć o niedzielnym grillu zamiast o kolejnym meczu. co więcej – jakie tam "czekanie na moment", przecież dawniej nawet takie drużyny jak wałbrzyskie hutnik potrafiły w sezonie zaliczyć serię zwycięstw na siłę, a nie liczyć na to, że przeciwnik się pogubi przy rzucie rożnym.
i jeszcze te cztery wygrane jednym golem – a wiecie co? jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, gdy grałem w amatorskiej lidze w olsztynie, mieliśmy taki sezon że straciliśmy tylko osiem bramek, ale wygrać umieliśmy tylko dzięki szczęściu pod koniec meczu. i nikt nie mówił wtedy, że gramy ofensywnie, tylko powtarzano za trenerem: "trzymaj się, doczekasz się". no i doczekaliśmy się – ale nie dzięki ofensywie, tylko dzięki twardemu umysłowi. zagłębie ma podobną filozofię, tylko dzisiaj wszyscy nazywają to "formą", a dawniej nazwano by to po prostu "półgłówstwem".
co do tych czterdziestu pięciu strzelonych – moi drodzy, to nie jest ofensywa, to gra w pokera z talią kart, którą sami rozdajecie. oni mają wychowanek, który potrafi trafić, ale nie mają drużyny, która potrafiłaby zbudować akcję, a nie tylko czekać na kontratak. i niech mi ktoś nie mówi, że to normalne, bo jeszcze w moich czasach, kiedy była ekstraklasa pełna podkarpackich wichrzycieli i śląskich mocarzy, nawet słabsi zespoły potrafili stworzyć coś na wzór napadu, a nie tylko liczyć na jeden błąd przeciwnika.
a na koniec – te trzynaście zwycięstw? fajnie, że tyle mają, ale czy ktoś widział choć jeden mecz, w którym zagłębie doprowadzało do zwycięstwa poprzez ciągłe nacieranie przez 90 minut? ja nie widziałem, bo oni grają tak, jakby mieli w kieszeni listę zakupów do zrobienia i marzyli tylko o tym, żeby ten mecz jak najszybciej się skończył. a to, moi przyjaciele, to już nie ofensywa, tylko strach przed grą.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
kurcze, to teraz tak na poważnie – bo wasze dysputy to trochę jak słuchanie starego dziadka, który gdera na młodzież, że nie umie biegać, tylko liczy na konie, że mu podjadą 😄 no ale dobra, niech już będzie: te wasze czterdzieści pięć bramek przy trzydziestu ośmiu straconych to nie żaden znak geniuszu ofensywnego, tylko zwyczajne oszczędzanie sił na tyle, żeby mieć co zaserwować w drugiej połowie, gdy przeciwnik już padnie z wyczerpania. zagłębie ma system – i to system ustawiony na przetrwanie sezonu, a nie na to, by kogoś zaszokować.
pamiętam jeszcze jak w latach osiemdziesiątych jeździliśmy na wyjazd do radomia albo do zielonej góry i tamtejsze zespoły grały tak, że gdybyśmy mieli choćby połowę ich presji, tobyśmy od razu awansowali. a dzisiaj? dzisiaj zagłębie wygrywa „o włos” i zaraz potem remisuje z kimś, kto nawet nie wie, jak się nazywa ich napastnik. czternaście remisów nie są przypadkiem – to plan: grają na utrzymanie, a „ofensywa w formie” to po prostu tyle, że przypadkiem trafili kilka razy w przerwę między blokami obronnymi przeciwnika.
ale wiecie co? w sumie szkoda gadać – bo to i tak nie zmieni faktu, że w ekstraklasie punkt się zdobywa na wiele sposobów, a nie tylko tymi, którymi zachwycali się wczoraj w częstochowie. zagłębie ma siedemnasty dorobek w tabeli i liczy punkty jak staruszek grosz do grosza – i jeśli komuś to wystarcza, to super. ale czy to ofensywa? nie, to raczej taka gra „na pół gwizdka”, żeby tylko nie stracić więcej.
i tyle. reszta to gadanie, a mnie już ciągnie do telewizora – bo przecież dziś wieczorem jest derby z dolnym śląskiem, a tam to przynajmniej wiadomo, o co chodzi: albo palec w oko, albo palec do ust i modlitwa przy rzucie wolnym.
Widziałem już wszystko, chłopaki.