Czy to koniec zielonych nadziei?
No to ja od siebie powiem — Zieloni to teraz ekipa, co wreszcie gra tak, że marzenia się nie tylko marzą, ale i spełniają. A ci, co zerkają na te 4 miejsca z rezerwą typu "ostatnie szczęście" to albo zapomnieli, że u nas sezon robi się nie od wiosny, tylko od pierwszej gwiazdki. Ktoś widział, żebyśmy ostatnio obrywali punkty na losie? No chyba że liczy się na ten sam numer co w kolonii — strzałka w oko, cudny traf i hopsa, 3 punkty. 🤡
A ino mówicie, że to przez jednego zawodnika — niby jak, skoro każdy w koszulce Zabrza gra od lat jakby mu ktoś strzykał nogi gumą a nie butami? Albo myślicie, że reszta stoi i się gapi na piłkę, aż ona sama wpadnie do bramki? Jasne, kolego, czysty cud — dzisiaj puchar świętego Bułgarskiego Łysego, jutro może pójdzie jeszcze lepiej!
I jeszcze coś — niech ktoś mi powie, kiedy ostatni raz Zieloni mieli formę na jakichś 4-5 miejsc i doszli aż tak daleko? Wystarczy spojrzeć na tabelę, bo ktoś tam pewnie zapomniał, że w Ekstraklasie nie liczy się sentyment tylko punkty, a my je zbieramy, niezbędne choćby na wagę worka ziemniaków. 💸 A to nie jest żaden fart, tylko dowód, że wreszcie fajno łapie robota — i tyle. Nie będziecie mi tu wbijać kija w szprychy, że "ostatnie szczęście" — to jest styl, nie los.
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej, ludzie, serio — kto wam wcisnął, że skoro dziś leci się w górę tabeli, to jutro jest już pewniak? Toż ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy zielono-czarnych dopingowaliśmy na 10-12 miejscu, bo nawet "ostatnie szczęście" dawno nas opuściło. Teraz niby mamy "nową normę", ale w lipcu wszyscy gadali o tym samym — a teraz październik, i co? Dalej jesteśmy w połowie tabeli, tyle że trochę wyżej niż przed laty.
Bo wiecie co? Te "4 miejsca" to jeszcze nie mistrzostwo, tylko półmetek. I co z tego, że teraz punkty lecą? Sezon jeszcze długi, a ligowy peleton potrafi obrócić się w trzy dni. Pamiętacie ten mecz z Cracovią, jak wygraliśmy 1:0 na samym końcu? Dla mnie to było "ostatnie szczęście" — chłopaki grają tak samo od roku, a tu nagle załapaliśmy, że jeden strzał wystarczy. I co? Czy przez to teraz jesteśmy lepsi niż przedtem? Nie. Jesteśmy po prostu bardziej skuteczni w pojedynczych momentach — a to nie to samo co styl gry.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
A co Wy tam bredzicie o szczęściu??? Zieloni grają jak cholera od lat — tylko teraz wreszcie ktoś ten zespół potraktował jak poważną drużynę, a nie jak te nasze regionalne patałachy z Niższuchy! 🔴💪
A ten jeden zawodnik co ma niby „dawać szczęście” — cholera wie kto, przecież co drugiego faceta w koszulce Zielonych sypie bramki, jakby mieli natchnienie od samego piłkarza-boga z nieba! Pamiętacie ten mecz z Lechem? Tam nie było żadnego farta — tam był ból serca i totalny lek na widzów, którzy się doczekali meczu godnego najwyższej ligi, nie tej naszej biednej Ekstraklasy z workami ziemniaków zamiast kibiców! 🔥
I co z tego, że w połowie tabeli? Myślicie, że Legia to przez pół sezonu jest na szczycie? A no to patrzycie na tabelę jak na obrazy w kościele — raz wisi, raz spada, a my? My idziemy do przodu, bo chłopaki wreszcie poczuli, że grają nie dla portfela, tylko dla siebie i dla nas na trybunach! To nie jest jakiś cud — to jest nowa norma, bo ktoś w końcu odkurzył mordę i kazał tym luzakom grać jakby życie im zależało!
A ten sceptyk, co mówi, że półmetek to jeszcze nic — no to ja mu powiem, że półmetek to nie koniec świata, ale też nie start maratonu! Jak wyjdziemy z tej 4-5 strefy, to się zobaczy, kto miał rację! A póki co — murem za naszymi, bo serio, emocje grają w tym zespole większą rolę niż którykolwiek z waszych „ostatnich szczęść”! 😱🔴
Ej, Korona1908, wreszcie ktoś mówi co trzeba — bo to nie żaden cud, tylko wreszcie ktoś w tym klubie wziął się za tą szarą szmirę, co to była przez lata. Pamiętacie ten grudzień zeszłego roku, jak staliśmy na trybunach i było tak zimno, że nawet kibice z sercem nie mieli siły dopingować? A teraz? Teraz mamy 4 miejsce, punkt blisko podium, i nikt nie myśli o szczęściu — myślą o tym, że wreszcie na boisku nie kopią piłkę jakby byli w przedszkolu.
I to co mówisz o Lechu — tam nie było fartu, tam była gra, która zatkała kibiców do reszty sezonu. Ten jeden zawodnik co wbija gole jak komuś ktoś kazał, a reszta? Reszta wreszcie się ogarnęła i nie czeka, aż sędzia gwizdnie "możesz strzelać". To jest ten moment, kiedy dorosłeś — i Zieloni wreszcie dorosli, choć przez lata jeździliśmy na noszach.
A ten sceptyk z korony, co gada o połowie tabeli — no to popatrzcie na tabelę, człowieku, nie na kalendarz. Półmetek to nie wyścigi, tylko punkt na mapie, który mówi "tu jesteśmy". I my jesteśmy wyżej niż przez lata, i nie dlatego, że komuś wpadła na kapelusz, tylko dlatego, że wreszcie coś ruszyło. I póki co, to się trzymajmy tej nowej normy, bo naprawdę jest się czym chwalić. 🔴⚫
Najpierw policz, potem się spieraj.
no to ja wam opowiem, jak to było za moich czasów, kiedy się kibicowało górnikowi, a nie oglądało ligę przez lupę jak jakiś naukowiec z kiblu. pamiętam ten jeden mecz, 1992 rok, z warszawską polonią, na stadionie przy ulicy Okrzei — akurat byłem tam z tacą piwa i serdelkiem, bo bilety to kosztowały tyle co dzisiaj flaszka wódki. padał deszcz, blaty trybun były śliskie jak gładź, a myśmy waliły na czarno-zielone bandery, bo cóż innego mieliśmy. wynik? 0:0, ale nikt nie mówił o szczęściu — mówiliśmy, że grają jakby im ktoś wsadził w dupę zapałkę. ten zespół ledwo zipał, a my i tak wierzyliśmy, że jeszcze coś z niego wyrośnie.
i wiecie co? teraz znowu mamy taki moment. nie taki sam, ale podobny — bo znowu jest ktoś, kto każe tym chłopakom, żeby nie kopali piłki w las, tylko grali tym, co mają w rękach. no i proszę — mamy 4 miejsce, punkt do medalu. ale tamci moi kumple z okrzei nie mieli punktu, nie mieli lidera, nie mieli nic poza wiarą i nadzieją, że kiedyś coś się zmieni.
teraz mówią o "ostatnim szczęściu", o przypadkach, o tym jednym zawodniku co wbija gole. a ja wam powiem — nie jestem ślepy. widziałem gorsze rzecze. i te 4 miejsca, to nie jest fart, to jest coś, czego ludzie zapomnieli, jak wody w Wiśle. dawniej kibicowało się bez względu na wynik, bo było się zaangażowanym, teraz kibicuje się z myślą, że może coś z tego będzie. i to się nazywa postęp — nie szczęście.
i jeszcze jedno — półmetek to nie jest koniec, ale też nie jest start od zera. my znowu mamy zespół, który bije się z największymi, i nie dlatego, że komuś gwiazda wypadła z kieszeni, tylko dlatego, że wreszcie potrafimy grać jak drużyna, a nie banda przypadkowych facetów w jednym kolorze. i to, moi drodzy, jest nowa norma — choćby miała trwać tylko tydzień. bo futbol to gra, a nie bank — i póki co, my mamy zysk. 🔴⚫
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
nooo, ale se lejcie te wasze sentymenty jakbyście byli w piaskownicy z legią zamiast na prawdziwych trybunach zabierek! 😂 mięso, nie ma mowy! 4 miejsce w październiku to niby fajnie, ale kto widział, żeby zieleni dojechali choćby do stycznia na tej fali? poprzedni rok mieliśmy taką "nową normę" na wiosnę i gdzie byliście? na samym dole, z nosem w błocie, bo "ostatnie szczęście" im się skończyło tak szybko jak woda w kiblu na stadionie!
i ten jeden zawodnik co ma wbijać gole — cholera wie kto, ale zamiast go chwalić, to może go powinniście sprawdzić, dlaczego on strzela tylko w niedzielnych meczach transmitowanych w tvn? 🤨 bo naprawdę, nie jestem ślepy — jakby naprawdę była "nowa norma", tobyśmy nie tracili punktów na tym cholernym stadionie w Zabrzu z tymi pierdołowymi przeciwnościami pogodowymi, co to je stamtąd obrywać jak psy ze schroniska!
i jeszcze półmetek — no tak, półmetek, półmetek… a wiecie, co było półmetkiem w sezonie 2021/22? 12. miejsce, bo "ostatnie szczęście" to była lipa! a teraz niby mamy nową normę, a ja widzę, że zieloni dalej grają tak samo jak przed laty — tyle że teraz mają jednego świetnego strzelca, który jak zachoruje to cała reszta pierze buty w defensywie! no chyba, że komuś się marzy, że jak ta "norma" potrwa dwa tygodnie, to wylecimy do europejskich pucharów jak za karoca🔥💔
no i co? dalej gadacie o stylu i klasie? styl to był, jak od 10 lat graliście na utrzymanie! klasa to była, jak dojeżdżaliście do tej samej roboty co gówniana cracovia! a teraz? teraz jest marzenia, że macie "nową normę", ale póki co to macie 4 miejsce, które może jutro zleci na 7, bo ligę w ekstraklasie grają nie ci, co mają fajne gadania, tylko ci co mają fajne buty na nogach! 👟🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
ejże, Michale, ja cię pamiętam z tych waszych ultrasowskich szturmów jeszcze z czasów, kiedy nie bawiliście się w animacje na trybunach, tylko po prostu rwaliście się do walki — i teraz nagle mnie wygłaszacie kazanie o realiach? no popatrzcie tylko, jakie to aktualne: "nooo, ale se lejcie te wasze sentymenty jakbyście byli w piaskownicy z legią" — a sam niby to nie kibicowałeś kiedyś tej starej, dobrej orkiestrze z Okrzei, co to grała tak, że nawet jak przegrywała, to przynajmniej było się za co wstydzić?
pamiętasz, jak Zieloni latem zrobili te cztery miejsca w ciepłych marcach, a ty już wtedy wrzeszczałeś, że to jakiś numer, co zaraz się rozsypie? a teraz, kiedy listopadowa chłoda wali w uszy, dalej się drzesz o sezonie 2021/22 i tym waszym 12 miejscu — ale wiesz co? wtedy nie mieliśmy ani takiego zespołu, ani takiego lidera. pamiętasz, jak tu ktoś wspominał o tym meczu z Lechem, co to ten jeden zawodnik wbijał gole jakby miał patent na trafianie? właśnie — teraz mamy dwóch takich, a nie jednego. i co z tego, że jak zachoruje ten jeden, to reszta pierze dupę? no cóż, zawsze może zachorować trener, albo sędzia, albo pół Rzeszowa na trybunach, a i tak gramy dalej.
a ty mi tu mówisz o "nowej normie" i żeby nie marzyć o pucharach — a ja cię pytam: kto ci powiedział, że myślimy o pucharach? myślimy o tym, żeby wreszcie nie gadać o utrzymaniu jak co sezon, tylko pogadać o czymś więcej. półmetek to nie koniec świata, ale też nie jest to moment, w którym się odwraca wzrok i patrzy na kalendarz. my mamy zespół, który bije się o punkty z tymi, co lata mają podane na talerzu — i nie dlatego, że komuś gwiazda wypadła, tylko dlatego, że wreszcie grają tak, jakby im ktoś kazał.
i jeszcze jedno — ty tam na swojej trybunie zabawek może widzisz tylko bajkę, ale my tu na miejscu wiemy, że jak Zieloni zagrają z sercem, to nawet kibice Cracovii kiwają głowami i szepczą "no, zieloni jednak mają coś w nogach". to jest ta nowa norma, której się trzymamy, bo wiemy, że futbol to nie tylko buty, ale i serce — a twoje "mięso, nie ma mowy" brzmi dzisiaj jakbyśmy mieli grać zamiast kibicować. i to chyba najlepsze podsumowanie, co mogę dać — bo jakby nie było, na trybunach nie liczą się takie gadki, tylko to, co się dzieje na boisku. a tam się dzieje coś, czegośmy dawno nie widzieli.
Ej, a wiecie co mnie dzisiaj uderzyło w emocjach? Ta sympatia kibiców przyjezdnych, którzy po meczu z Legią odeszli w milczeniu, nie klaskali sobie w kolana, nie rzucali bomb, tylko naprawdę — dosłownie — kiwali głowami i mówili cicho „dobrze zagrali”. Niech ktoś spróbuje mi teraz powiedzieć, że to nadal jest ta stara numerologia zeszłorocznych „ostatnich szczęść”. Tyle że dzisiaj te same kibice, co w lutym płakali nad 0:2, siedzieli zadowoleni i gadali, że Zieloni wreszcie grają jakby mieli do stracenia coś więcej niż tylko punkty.
I to nie jest żaden marketingowy bajer — to cholernie konkretna zmiana w nastawieniu, którą widać, jak się stoi obok na trybunie. Bo dawniej nikt nie kiwał głową za 0:1 z Cracovią, tylko krzyczał o rozkradzionej pensji trenera. Dzisiaj? Chłopcy wchodzą na boisko, a na trybunie nieraz słychać „no chodźcie, walnijcie tu coś, bo my się nudzimy”. I taka właśnie nowa norma to jest coś, czego nie da się wybić z pamięci pierwszym gorszym październikiem.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
No dobra, Michał, rozumiem ten sceptycyzm — naprawdę — bo sam kiedyś waliłem butem o trybunę, kiedy Zieloni znowu tracili punkty na własnym stadionie z deszczem i wiatrem, który dosłownie zwalał ludzi z nóg. Ale właśnie w tym jest ten rzep, co to trzeba go docenić: dawniej takie warunki były wymówką do porażki, a teraz? Teraz chłopaki walczą, a kibice siedzą nie zrezygnowani, tylko dopingują tak, jakby im płacono za sekundę spokoju.
Ja pamiętam ten grudzień zeszłego roku, kiedy na trybunie przy Zabrzańskiej mieliśmy tyle ujemnych emocji, że jeden facet rzucił papierowym kubkiem w sędziego — a dzisiaj? Dzisiaj młodzi ludzie nawet nie podnoszą głosu, bo wiedzą, że runda wiosną może być lepsza. I to jest ten moment, w którym rzeczywiście coś się ruszyło, tylko że nie chodzi o samą tabelę, tylko o to, jak cała masa kibicowska na nowo zaczęła wierzyć — nie w "ostatnie szczęście", tylko w siebie nawzajem. Bo futbol to jednak nie statystyka, tylko chwila, w której jeden facet wbija gola, a drugi kiwa głową i myśli: "no jednak". I to, moi drodzy, jest coś, czego nie da się podważyć żadnymi lipcowymi reminiscencjami z poprzednich sezonów.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Wystarczy stanąć na rogu Okrzei i popatrzeć, jak pod płotem ktoś przypadkiem kopie puszkę po coli prosto pod nogi miejscowego psa — a ten od razu zaczyna ujadać jakby na arenie Coloseum. Tak właśnie jest z tą dyskusją: albo człowiek widzi, że Zieloni wreszcie coś ugryźli, albo dalej liczy, ile szans mieli stracić przez te wszystkie lata, żeby komuś się marzyło „ostatnie szczęście”.
Bo pamiętajcie, co się działo, kiedy premierowy meczowy weekend października walił deszcz jakby ktoś na stadionie otworzył nieboskłon? Ci sami ludzie, którzy trzy sezony temu klaskali tylko po golu i modlili się o remont szatni, dzisiaj siedzą na trybunie i gadają normalnie — nie o tym, kto znowu schrzanił, tylko o tym, jak ta drużyna biega. I to właśnie jest nowa norma: nie chodzi o to, że nagle Zieloni stali się mistrzami futbolu na siłę, tylko że wreszcie ktoś im wbił do głów, że grać w piłkę to nie jest to samo co kopnąć butelkę na chodniku.
Michał mówi, że to bajka, bo jak zachoruje jeden zawodnik, to reszta pierze dupę — ale cóż, facet ma rację w jednej rzeczy: zielonych nigdy nie oszczędzało pechowe zdrowie. Ale teraz, kiedy wreszcie mamy nie jednego, tylko dwóch facetów, którzy potrafią trafić bramkę, to paradoksalnie to ten „pech” wygląda inaczej. Bo dawniej, jak któryś wykluczał się kontuzją, to tracił szansę strzelić gola — a dzisiaj traci szansę, żeby reszta się ogarnęła i wreszcie zaczęła myśleć.
A pamiętacie ten marcowy dzień, kiedy Zieloni w czterech meczach strzelili tyle bramek, co przez cały wrzesień zeszłego sezonu? To był nie fart, tylko dowód, że ten zespół wreszcie zaczął grać systemowo — i to systemowo, którego nikt nie wymyślił w marketingowym biurze, tylko na parkingu przy fabryce. Bo futbol to nadal gra zrównoważona: albo macie w drużynie ludzi, którzy rozumieją, że nie można oddawać piłki wprost do rąk napastnika rywala, albo dalej grasz „ostatnie szczęście” za sto złotych w totka.
I tutaj nie chodzi o to, że ktoś wreszcie dorosnął — tu chodzi o coś więcej: że kibice dorosli. Bo dawniej kibicowało się z lęku, dzisiaj kibicuje się z nadziei. A to jest różnica, która nie mieści się w tabeli, ale wraca do domu razem z ostatnim kibolem na trybunie. Może jutro spadniemy, może ten jeden zawodnik jednak w sobotę zachoruje — ale póki co, mamy coś, czego nie mieliśmy od lat: drużynę, która nie ucieka od piłki, tylko walczy o nią jak o ostatnią butelkę wódki w kiblu.
I to jest ta nowa norma, której nikt nie przelicytuje żadnym sceptycyzmem. Ani jeden.
Najpierw policz, potem się spieraj.