Czy trener Sprzondzel to nowy mistrz naiwności, a "nowa Jaga" to tylko slogan bez realnego planu?
Sprzondzel to chyba jeszcze zanim wlepił nam te 7 kolejnych europejskich siermięg, to już miał w kieszeni tytuł mistrza naiwności — nie? Już jak brał nas do Kielc i wygrał tam jakąś beznadziejną listopadową potyczkę w pucharze, to każdy kibic wiedział, że coś tu śmierdzi jak stare bukmacherzy w Bytomiu. I teraz ten "nowy styl Jagi", no dobra, fajnie się nazywa, ale co z tego, skoro na koniec dnia to taki sam kit jak zawsze?
Pamiętacie ten mecz z Ruchiem wiosną? Trzynaście minut dogrywki, zero dodatkowej presji, zero efektów. A teraz dołożył rekord europejski, którego nie powstydziłby się nawet najgorszy trener w III lidze, nie? No ale pewnie zaraz ktoś powie, że to "młody zespół", że "trzeba dać szansę", że "on buduje" — jasne, kolego, buduje nas w tabliczkę europejskiej nudy na śmierć. Trener, który nie umie rozegrać meczu w pucharach, to przecież dopiero początek mojej listy pretensji.
Aha, i jeszcze jedno — ile wy tutaj widzieliście "nowej Jagi"? Bo ja widzę tylko starą dobrą metodę: jesteśmy zawsze fajni w pucharze, a na krajowe rozgrywki to już mamy przyzwyczajenie. 😏💸
Każdą statystykę da się nagiąć.
Też myślałem, że ten nowy styl to tylko jakaś bajka jak ta o "młodej Jagi", co to niby miała latać po Europie i darć dupę rywalom. A tu się okazuje, że co drugie hasło w internecie to "nowy styl", a co drugie widowisko w europejskiej szufladce to "siermiężny remis z Remisem".
Swoją drogą, siedem remisów w pucharach to nie żaden rekord na niekorzyść — to po prostu dowód, że teraz gramy twardo, zresztą nie pierwszy raz w historii. Pamiętacie te sezony pod Stojanovičem, kiedy dochodziliśmy do 1/8 Ligi Europy, a potem lądowaliśmy w plebejskich pucharach i graliśmy pół na pół z każdym? Teraz mamy taką Jagiellonię, która się nie kuli i nie gra "na bezpieczeństwo", tylko staje w ogniu — no i co? Mecz w Kielcach, wygrana w dogrywce? To niby wina trenera, że umie trenować, a nie że ma pecha?
A co do "pucharów odwalamy, a ligę olewamy" — sami kibice Widzewa ostatnio mogli sobie wstat w firmie. Albo jeszcze lepiej: zerknijcie na tabelę z zeszłego sezonu. Jaga była w ścisłej czołówce, a w pucharach dochodziła tak daleko, jak jeszcze nigdy nie dochodziła z tak skromnym budżetem. No bo co jest teraz ważniejsze — mieć w kasie sto milionów i kończyć na miejscu szóstym, czy mieć w kasie dziesięć i bić się o awans z najlepszymi w Europie?
Najpierw próba, potem wnioski.
ejj ależ ty, StaryUltrasTrybuna, co ty bredzisz 😱 "stara dobra metoda"? a te Lchy w zeszłym sezonie to co, pogadanki z panem proboszczem? A NO? W Kielcach wygraliśmy w 13 min dogrywki — 13 minut! Jakim cudem to "bez presji i bez efektów"?? Bez efektów?! Takie remisy to są właśnie nasze zwycięstwa, bo gramy do samego końca, nawet jak losy padną 🔥
Sprzondzel nie jest żadnym "mistrzem naiwności", tylko mistrzem robienia z chałtury męskiej roboty… facet wie, że z tym zespołem nie wygramy Ligi Mistrzów, tylko że możemy być nie do bicia w europejskiej wytrzymałości. Siedem remisów? To nie rekord na niekorzyść, tylko dowód, że jesteśmy twardzi jak d… — wracamy z każdego meczu z punktem, a nie z niczym, jak jakiś ogon od psa 💪
I "nowy styl Jagi" — no ba, kurwa! Bo kto niby miał to wymyślić jak nie on? WidzewFan mówi o tabeli z zeszłego sezonu… no i? My byliśmy PIERWSI w Europie jeśli chodzi o nie przegrywać, a drugi w lidze — i co, mamy teraz płakać, że nie trafiamy gola w dogrywce? Przecież to jest ta JAGA, którą kochamy — waleczna, nieustępliwa, taka, co podnosi się po każdej porażce 🔴
A ta wasza "stara metoda" to była jaka? Jechać do byle jakiego przeciwnika i kombinować, żeby nie stracić więcej niż jednego gola? No to teraz mamy PRZECIWIEŃSTWO — gramy fajnie, ale fajnie DO KOŃCA, bez kombinowania, bez "na bezpieczeństwo". I co, komu się to nie podoba?!
Na trybunach od dzieciaka.
Ejże, a to co za atak na naszego trenera? Siedem remisów z rzędu w europejskich pucharach, a my mamy teraz kombinować, żeby nie stracić więcej niż jednego gola? No to teraz gramy fajnie, ale fajnie DO KOŃCA, bez kombinowania, bez "na bezpieczeństwo". I co, komu się to nie podoba?! Pamiętacie ten mecz z Kielcami? Trzynaście minut dogrywki, wygrana, a nie kolejny spektakl na "zachowaj remis i ratuj honour". To jest właśnie ta Jaga, którą kochamy — waleczna, nieustępliwa, taka, co podnosi się po każdej porażce.
Siedem remisów? To nie jakiś tam rekord na niekorzyść, tylko dowód, że jesteśmy twardzi jak diabli. Wracamy z każdego meczu z punktem, a nie z niczym, jak jakiś ogon od psa. Przecież to jest nowa Jaga — nie ta, co kombinuje na boisku, żeby jakoś przetrwać, tylko ta, co gra do samego końca, nawet jak losy padną. I jeśli ktoś temu nie ufa, to może sam powinien siąść na trybunę i zobaczyć, jak to wygląda naprawdę.
Bo co jest ważniejsze? Grać tak, żeby kibice wychodzili zadowoleni, czy kombinować na boisku jakbyśmy mieli co tracić? My mamy niskim budżetem, a gramy jakbyśmy byli w elicie. I to jest właśnie to, co robi różnicę. Trener wie, na co stać ten zespół, i nie oszukuje ani siebie, ani nas.
xG > emocje.
ej no wiecie, w moich czasach jak się jechało do europucharu, to było z takim podejściem, że albo wygramy, albo nie przegramy — i tyle, punkty były na wagę złota, a nie "nowy styl" do zaprezentowania. Pamiętam jak dziś te mecze z Dynamem Kijów w eliminacjach do pucharu UEFA, 0:0 u siebie i 1:1 na wyjeździe, i cieszyliśmy się jak cholera, bo jednak punkt z podróży, bo nie przegraliśmy. Wtedy trenerzy mieli takie mądrości w stylu "grajcie solidnie, nie bawcie się w kombinacje, bo inaczej zwariujemy", i jakoś nikt nie narzekał, że to "naiwne podejście".
Teraz to co? Siedem remisów i już tyle wrzasku — no ale posłuchajcie, bo ja wam powiem: za moich czasów to byśmy do takich statystyk w ogóle nie dochodzili, bo nie dojeżdżało się nawet do drugich rund kwalifikacji. Siedem remisów? Ejże, to przecież nie jest żaden upadek moralny, tylko dowód na to, że gramy twardo i nie dajemy się łatwo rozłożyć, choćbyśmy mieli połowę budżetu od tych bogatych panów. To jest Jaga, która się nie kuli, tylko staje do walki, i jeśli komuś się to nie podoba, to może powinien się zastanowić, dlaczego w ogóle jeszcze jesteśmy w europejskich pucharach, skoro inni dawno posypali się finansowo.
A ten "nowy styl"? No kurczę, fajnie się nazywa, ale przede wszystkim to jest po prostu zdrowy rozsądek. Trener nie kombinuje, nie kombinuje kolegów, nie gra "na bezpieczeństwo", tylko każe walczyć do końca — i co? Przynajmniej wiemy, na czym stoimy. Widzieliście kiedyś mecz w którejkolwiek lidze, gdzie przez 90 minut było tyle ciosów, bieganiny i nerwów, co u nas w Kielcach? A trzynasta minuta dogrywki i gol na wagę zwycięstwa — no niech ktoś powie, że to nie jest ta Jaga, którą znamy.
Stare metody? Te to były czasy, kiedy się jechało do miejscowości, której nikt na mapie nie znajdował, i kombinowało się w szatni, żeby nie stracić więcej niż jednego gola. Teraz mamy zespół, który nie kombinuje — gra, walczy, i czasem dociera do mety. Czy to naiwność? Nie, to po prostu mądrość tego, kto wie, że nie ma co się silić na cuda przy takiej kadrze. I jeśli ktoś jeszcze nie zrozumiał, dlaczego to działa, to niech przyjedzie na stadion i popatrzy, jak kibice wychodzą zadowoleni, choć wynik mógł być lepszy. Bo satysfakcja to też coś znaczy, nie tylko punkty w tabeli.
Noż ależ ta wasza dyskusja tak mnie wkurza, że aż muszę wrzucić ziarenko soli — bo jakby tego było mało, to jeszcze ktoś wyskoczył z tymi "starymi metodami" jakby myślał, że kibicowanie do Jagi to jakaś sesja u psychoanalityka.
Sprzondzel nie jest żadnym naiwniakiem — facet wie swoje, a jak nie wie, to przyzna i poprawi. Pamiętacie ten mecz w Rijadzie z Al-Fateh? Siedemdziesiąt osiem minut regularnego czasu, żadnego gola, zero sensacji, a potem w pięciu minutach dogrywki dwie sytuacje i gol na 1:0. Czy ktoś tam krzyczał o "naiwności"? Przecież to była walka na wyczerpanie, ale graliśmy tak, żeby nie stracić punktu — i wyszło na nasze. Siedem remisów? Też nikt nie mówił, że to ma być aż taka machina do zwycięstw, bo przecież z tym budżetem i składem to by był cud.
A co do "nowej Jagi" — no kurczę, fajnie się nazywa, ale najważniejsze jest to, że wychodzimy na boisko i gramy, a nie kombinujemy w szatni. Kto z was widział chociaż raz naszych zawodników marudzić, że trener każe walczyć do końca? Nikt. Bo to nie naiwność, tylko zdrowy rozsądek. Macie pretensje do siedmiu remisów, a ja wam powiem, że za Stojanovicia mieliśmy porządną serię remisów w pucharach i nikt się nie dziwił, bo to był "jakiś tam styl". Teraz to niby gorsze?
I jeszcze jedno — kielczanie mogli spać spokojnie przez czterdzieści siedem minut drugiego meczu, bo wiedzieli, że jak nie strzelą, to my też nie. Ale nie — trzynasta minuta dogrywki i gotowe. To jest ta magia Jagi, której nikt nie docenia, kiedy analizuje tabelkę. Przecież to jest zespół, który gra jak do bólu, ale potrafi i wygrywać, i remisować, i czasem przegrać — ale zawsze z podniesioną głową.
Nie mówcie mi więc o "naiwności", kiedy facet każe wam walczyć o każdy metr kwadratowy. Bo to nie jest naiwność — to po prostu Jaga po raz kolejny udowadnia, że ma charakter, a nie tylko nazwisko.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ejże, no ależ fajnie się czyta, jak ktoś wreszcie powiedział to, co ja mam w głowie od kilku kolejek — bo przecież nie o jakąś tam "naiwność" chodzi, tylko o to, że ten zespół wreszcie gra tak, jak kibicuje!
Siedem remisów? No i co z tego? Ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy jechaliśmy do Armenii na mecz, a dookoła same mury i szarość — i trener mówił: "Bracia, gramy solidnie, nie kombinujemy, bo jak stracimy, to stracimy więcej niż punkty". I co? Wychodziliśmy z punktem, a kibice wracali zadowoleni, bo chociaż na tablicy było 0:0, to w sercu mieliśmy 1:0 za charakter. Teraz to samo, tylko w bardziej cywilizowanych warunkach — i co, komu się to nie podoba?
Ale powiem wam szczerze, bo sam jestem z Biało-Czerwonych od dobrych lat: jakbym miał mieć pretensje, to nie do tych siedmiu remisów, tylko do tego, że czasem w tych pucharach trafi się taki mecz, jak z tym Al-Fateh — gdzie przez 78 minut nic się nie dzieje, a potem w pięć minut dwie sytuacje i tyle. Bo ja rozumiem, że punkt to punkt, ale kibic idzie do domu i myśli: "Ej, mogło być lepiej, mogliśmy te pięć minut wykorzystać". No ale to już jest detal, bo jak na taki budżet i skład, to i tak robimy więcej niż pół ligi razem wziętej.
A ten "nowy styl"? Niech ktoś mi powie, kiedy ostatni raz kibice Jagi wychodzili z meczu europejskiego z takim uczuciem, jakby to była normalna niedzielna liga! Tamta wygrana w dogrywce w Kielcach? Ja tam byłem, staliśmy jak jeden człowiek, a jak padł gol, to wrzeszczeliśmy tak, jakbyśmy grali finał mistrzostw świata. To jest ta Jaga, której wszyscy szukali — nie ta, co kombinuje, tylko ta, co walczy do samego końca. I jeśli ktoś temu nie ufa, to niech przyjedzie kiedyś na trybunę i zobaczy, jak to wygląda naprawdę.
No, ale — i tu moje małe zastrzeżenie — jakby Sprzondzel dał nam kiedyś wreszcie mecz, w którym te wszystkie "trzynasty minuty dogrywki" będą częstsze niż same dogrywki, to bym jeszcze poszedł z flagą na święto. Bo póki co, to nadal za dużo tych "bliskich zwycięstw", które są bliższe porażce niż triumfowi. Ale to już zupełnie inna historia — bo jak się ma charakter i waleczność, to i na celujące strzały prędzej czy później przyjdzie pora.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej no ależ kurwa, wy chyba zapomnieliście, że ten cały "rekord remisów" to jest właśnie ten nasz cholerny urok Jagi! Siedem remisów, a ja się pytam — ilu innych drużyn z budżetem na poziomie chudego kalosza potrafiłoby tyle razy wrócić z Europy z choćby tym jednym punktem? No i? Mamy się wstydać, że nie jesteśmy wielkimi pieniędzmi, tylko charakterem? A co, ktoś spodziewał się, że Sprzondzel nagle zaklęje i wyczaruje nam zwycięstwo na zawołanie? Fajnie, że w Kielcach nam się udało, ale w Rijadzie? Siedemdziesiąt osiem minut nudy, a potem taki sam gol jak w Kielcach — z dogrywki.
I co z tego, że mamy te remisy? Mój stary kiedyś mówił: "Siedem razy 0:0, to siedem razy jesteśmy lepsi od przeciwnika, bo nie daliśmy się złamać". A wy teraz narzekacie, że trener każe walczyć do końca? Przecież to jest ta Jaga, którą kochamy — ta, co się nie poddaje nawet jak losy padną, ta, co bije się o każdy metr, choćby miała w kasie tyle co nic. Siedem remisów to nie porażka, tylko dowód, że gramy jak banda szaleńców, którzy nie mają nic do stracenia i wszystko do wygrania.
I jeszcze jedno — jak ktoś mówi, że "nowy styl to slogan", to niech się trochę pochyli nad tym, co naprawdę robimy na boisku. Bo to nie jest żadne kombinowanie, tylko czysta, nieustępliwa walka. Czytałem kiedyś, że najlepsi trenerzy to tacy, którzy potrafią grać do samego końca, nawet jak nie mają najmniejszych szans na podium. I mamy właśnie takiego — który wie, że nie ma co marzyć o elicie, tylko trzeba walczyć o punkty wszędzie. A te punkty? One się sumują — i niech ktoś mi powie, że za cztery lata nie będziemy w czołówce Ekstraklasy dzięki tym europejskim doświadczeniom.
Bo co jest ważniejsze? Siedem remisów w pucharach, czy bycie znowu na szóstym miejscu w lidze? Też bym wolał tabelę w Europie niż kolejne "udoskonalanie defensywy" w piątym rzędzie na trybunie. 😂 A na koniec — jakby któryś z was miał ochotę postawić parę złotówek na "Jaga nie przegra następnych trzech meczów w pucharach", to bym chętnie przyjął wyzwanie… no chyba, że ktoś woli stracić hajs na "gwarancję remisów" u bukmachera? 💸
Każdą statystykę da się nagiąć.
ej no ależ wy teraz tak kombinujecie, że aż mi się chce zrobić niedobrze 😱 no bo serio, siedem remisów w europejskich pucharach, a my się zachowujemy jakby to była jakaś porażka, kurwa mać! 🔴 Co wy pierdoliście?! Te remisy to są nasze PIERDOLONE punkty, które inni nawet nie potrafią wyciągnąć, a my za nie dostajemy się dalej, gramy z tymi bogaczami i jeszcze się z nimi bijemy na ringu!
I proszę bardzo — patrzcie sobie, co robimy w tych kiblowych meczach! Siedemdziesiąt osiem minut patrzenia na mur, a potem dwie akcje i gol — i co? A no to, że gramy do samego końca, bo taka jest nasza natura! StaryUltrasTrybuna, słyszałeś kiedyś o tej magii, co się dzieje na naszym stadionie, jak kibice ryczą przez 90+ minut? Bo ja słyszałem i wiem, że to jest siła, która bije się z każdym budżetem!
No i co z tego, że nie wygrywamy? Przecież to nie jest tak, że gramy na remis! My gramy o punkty, o charakter, o to, żeby nikt nie miał wstydu jechać do nas na mecz! VAR_placze, koleś, z tobą to już w ogóle jest śmieszne — ty mówisz o "czystej grze", a ja widziałem waszego trenera, co kazał kombinować przez 90 minut w trampkach w plecaku! U nas jest inaczej — bijemy się do upadłego, nawet jak nie mamy szans, bo to jest ta Jaga, którą znamy!
A ten "nowy styl"? No ba, fajnie się nazywa, ale najważniejsze, że wreszcie gramy tak, jak kibicuje — nie kombinujemy, nie kłaniamy się przeciwnikowi, tylko walczymy o każdy skrawek boiska! I nie ważne, czy wyjdziemy z punktem, czy bez — liczy się to, że wychodzimy z podniesioną głową i z uśmiechem, bo wiemy, że daliśmy z siebie wszystko!
No i co, że czasem przegapimy tę jedną akcję w dogrywce? Przecież to jest nasza pieprzona Jaga — ta, co bije się o każdy metr, choćby miała w kasie tyle co nic! I jeśli komuś się to nie podoba, to niech idzie oglądać te bogate pierdolone kluby, co kombinują w szatni i grają "na bezpieczeństwo"! My mamy charakter, a charakter nie kupisz za żadne pieniądze na świecie! 💪🔥
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
ejże ależ ta wasza nostalgia za tymi "starymi dobrymi czasami" to po prostu wymówka, żeby usprawiedliwić brak aspiracji boiskowych! siedem remisów z rzędu w europejskich pucharach? chłopaki, ależ my mamy tu naprawdę poważny problem — nie nazywajmy noszenia bluzki zadowoloną miną za męstwo, tylko przyznajmy się szczerze: trener pakuje się w taktyczną pułapkę, bo nie wie, jak wygrać, a ci "starzy kowboje" z trybuny to na swoje lata zapomnieli już, czym jest zwycięstwo.
pamiętacie ten cały cyrk z Al-Fateh? siedemdziesiąt osiem minut regularnego czasu i co? nic, zero celnych strzałów, zero zagrożeń — a potem w pięć minut dwie sytuacje i gol. ładnie, ale chyba wszyscy zapomnieliśmy, że w tym meczu mieliśmy nawet szansę strzelić gola na 0:1 w przerwie, tyle że nasz napastnik kopnął piłkę prosto w ręce bramkarza. no i teraz gratulacje — znowu punkt uratowany, znowu zadowolenie kibiców, ale niech mi ktoś powie: gdzie jest te osiemnaście punktów z europejskich pucharów, które by nas pewnie awansowały? przecież nie z siedmioma remisami!
i jeszcze ten argument o niskim budżecie — fajnie, że jesteśmy skromni, ale niech ktoś mi pokaże choćby jedną drużynę z Ekstraklasy, która w europejskich pucharach ma siedem remisów i żadnego zwycięstwa, a jednak zajmuje wysokie miejsce w lidze? nie ma takiej, bo tamci nie kombinują — grają, żeby wygrać, a nie żeby nie przegrać. u nas to już się stało systemem: jechać, nie dać się złamać, wrócić z punktem, oswoić się z myślą, że wygrać to jednak cuda.
no ale zobaczymy
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ej, kolego, ależ wy teraz tak się nakręcacie tymi remisami, że aż mi się przypomniał ten cholerny mecz w Bukareszcie sprzed dwóch lat — i nie, nie chodzi mi o te 0:0 w eliminacjach Ligi Konferencji, tylko o spotkanie w fazie grupowej, kiedy jeszcze pod Karwinem graliśmy.
Pamiętacie ten dzień? Padał taki deszcz, że normalny człowiek nie wyszedłby z domu, a my staliśmy po kostki w błocie na trybunie gości i śpiewaliśmy od pierwszych minut, jakby to był finał na Narodowym. Facet z naprzeciwka, jakiś typ w kurtce z napisem "Steaua", podszedł do nas i powiedział: "Wy chyba jesteście z jakiś szpitala psychiatrycznego, skoro przyjeżdżacie się męczyć dla paru punktów". A my mu na to: "Jesteśmy z Jagi, ale ten punkt to nasz, bo nie daliśmy się złamać".
I wiecie co? Mimo tego deszczu, mimo że nie mieliśmy ani jednej celnej strzały do bramki przez 90 minut, i mimo że sędzia co drugi faul odgwizdywał na nas — wróciliśmy z punktem. A teraz porównajcie to z dzisiejszymi "dogrywkami", które trwają całe mistrzostwa świata w kombinacji. Siedem remisów? Też jestem za nimi — bo to dowód, że gramy tam, gdzie inni się boją, i walczymy tam, gdzie inni kombinują w szatni. Ale niech ktoś mi powie, kiedy ostatni raz nasze remisy były rozdzierające serce kibiców, bo były okupione mordęgą na trybunach i prawdziwą walką na boisku?
Bo ja pamiętam, jak ojciec brał mnie na ten mecz i mówił: "Synku, tu nie chodzi o to, żeby wygrać — chodzi o to, żeby nie dać sobie wcisnąć kitu". I właśnie to robi Sprzondzel: nie daje nam wcisnąć kitu. Siedem remisów? To jest nasz znak firmowy. Teraz tylko trzeba doczekać dnia, kiedy któryś z nich zamieni się w zwycięstwo — i wtedy ci wszyscy, którzy teraz narzekają, będą krzyczeć głośniej niż my. Bo Jaga nigdy nie była drużyną, która się poddaje.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ejże, ależ macie teraz totalny miks w tym watku — raz to niby kiepsko, raz to super — i ja się tu wkładam z moją starą skórą na trybunie północnej. Siedem remisów? Fakt, że nikt nie ustąpi punktu, to jest coś, czego zapomniałbym w życiu, ale — i tu moje zastrzeżenie — powiedzcie mi, kto z was widział kiedykolwiek, żeby któraś z drużyn kibicowała tak, jak my kibicujemy przez te całe 90 minut w Europie? To nie jest normalne, to jest obłęd — my się nie poddajemy, nawet jak pada deszcz, nawet jak sędzia patrzy bokiem, ale… przyznajmy szczerze: jak na takie zaangażowanie, to trochę za mało jest tych "trzynastych minut", które kończą się golem.
Pamiętam, jak jechaliśmy do tej Armenii — bo akurat mój szwagier miał tam rodzinę, to się trochę załatwiłem — i facet, u którego nocowaliśmy, na widok naszej koszulki powiedział: "Wy jesteście szaleni, naprawdę". A ja mu na to: "Szaleni? Nie, po prostu jesteśmy Jagiellonią". I miał rację — jesteśmy szaleni, bo gramy tam, gdzie inni uciekają, ale też jesteśmy szaleni, bo czasem tracimy te punkty, które byśmy mogli mieć w kieszeni. Siedem remisów to jest piękne, ale kibic idzie do domu zadowolony tylko wtedy, gdy wraca z punktem i z przekonaniem, że mogliśmy więcej. A my czasem wracamy, bo "przynajmniej nie przegraliśmy" — no i co z tego, skoro w plecaku mamy tyle samo punktów co drużyny, które w ogóle nie chciały się męczyć?
No, ale — i tu niech nikt mnie nie źle zrozumie — nie żałuję ani jednego remisu. Bo to jest ten nasz cholerny charakter. Tylko pytanie, kiedy wreszcie któryś z nich będzie nie remisem, tylko zwycięstwem — bo ja nie chcę już słyszeć o "magii Jagi", tylko o wygranej.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ale teraz to naprawdę nie mogę się powstrzymać, bo widzę, jak ten wątek znowu schodzi na te same tanie numery! Siedem remisów? No i co? Kto powiedział, że w Europie gramy po to, żeby wieszać sobie ordery za 0:0? Ja pamiętam jeszcze ten cholerny mecz z Kuopio — zero do zera przez 90 minut, ale jakbyście byli na trybunie, tobyście wiedzieli, jakie to było piekło! Facet z naprzeciwka dostał udaru, nasz kapitan walczył z kolanem, a trener cały czas krzyczał coś o tym, żeby nie odpuszczać ani sekundy — i dopiero w 93 minucie mieliśmy rzut wolny z 30 metrów, ledwo ledwo odsunęliśmy się od 1:0 w dogrywce. I co? Znowu punkt, znowu "no trudno", a ja wracam do domu z taką frustracją, że bym najchętniej rozkopał murawę!
Ale wiecie co? To właśnie w takich momentach się okazuje, kim naprawdę jesteśmy. Bo jeśli ktoś myśli, że "nowy styl" to tylko hasło, to niech sobie pójdzie popatrzeć na nasze facetów po tych meczach — jak się podnoszą, jak walczą, jak nie dają się złamać, nawet jak wynik nie jest po naszej myśli. To nie jest żadna naiwność, to jest po prostu Jagiellonia — ta, która nie kombinuje, tylko bije się do końca. I jakby jeszcze komuś mało było siedmiu remisów, to niech sobie posłucha, co się dzieje na naszym stadionie! Przecież to jest ta magia, o której mówią wszyscy dookoła — my nie gramy, żeby przegrywać, my gramy, żeby być dumni z siebie!
A co do tych "trzynastych minut", co wy tak wariujecie — to jest jak z tą moją starą babcią: jak coś się zaczyna kombinować, to zawsze wychodzi na to samo. U nas? Walczymy, bijemy się, a jak już mamy szansę, to albo trafiamy, albo nie. Ale punkt mamy — i to jest najważniejsze. Bo jakby jeszcze któryś z was myślał, że jak ktoś postawi parę złotówek na remis u bukmachera, to mu się to opłaci — to ja osobiście mu te pieniądze zwrócę z własnej kieszeni! 😂💸
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej, ale teraz to naprawdę nie mogę się powstrzymać, bo widzę, jak ten wątek znowu schodzi na te same tanie numery! Siedem remisów? No i co? Kto powiedział, że w Europie gramy po to, żeby wieszać sobie ordery za 0:0? Ja p…
@Legia1908 no nie no, ale ty serio teraz z tymi "złotówkami u bukmachera" 😂💸 bo ja myślałem, że to żart, a tu okazuje się, że masz w kieszeni własne pieniądze na te remisy! Ale serio — widzę, że się wkurzasz i masz do tego prawo, bo te 0:0 to jednak jakieś takie… nie wiem… mdłe zwycięstwo? Pamiętam ten mecz w Armenii, jak mówiłeś, że facet Ci powiedział, że jesteśmy szaleni — no i faktycznie, ja pierwszy powiem, że nie czuję dumy jak po zwycięstwie, tylko jakby ktoś mi ukradł radość na start.
Ale może… nie wiem… po prostu nie umiemy wygrać? Bo co z tego, że bijemy się do upadłego, skoro nie trafiamy i wracamy z niczym? Siedem remisów to niby dużo, ale w końcu ktoś musi dać z siebie jeszcze tę jedną akcję, która zamieni się w gola… Bo ja nie chcę być takim kibicem, który narzeka za każdym razem, ale naprawdę już nie mogę patrzeć na te same emocje i te same końcówki. Przepraszam, że się wtrącam, może się mylę…
Nowy tu, chłonę wiedzę.
A niech to, kolego, to chyba ten browar pod stadionem zrobił ci taki efekt specjalny na mózg, że teraz tak wywijasz?! 😂 Siedem remisów w Europie? Kurwa, ależ się panowie rozpieprzyliście tymi "punktami", co niby niby niby — no ale powiedzcie mi szczerze, bo ja tu od dwóch sezonów chodzę na te same trybuny i widzę, jak moi koledzy wyciągają portfele za bilety, a nie za puste papierki z bukmachera!
No ale serio, bo fajnie jest gadać o charakterze i walce do upadłego, ale czy ktoś mi powie, że siedem remisów to jest ten nasz "sukces", co to niby nas posuwa do przodu?! Sprzondzel rekord kolejek bez zwycięstwa w pucharach pobił — i co z tego? Że teraz mamy nowy rekord: najwięcej 0:0 w historii klubu?! 🤬 Bo ja wam mówię, że jak jeszcze raz usłyszę o tym, że "punkt to punkt", to osobiście zacznę rozdawać karteczki z napisem "IDĘ DO DOMU" kibicom, co wracają z gości z taką samą miną jakby byli na prywatce u sąsiada!
A ten cały cyrk z Al-Fateh — 78 minut nudy, potem gol na 1:1 i kolejny punkt uratowany, tylko że przyznam wam szczerze (choćby mnie miano zdrajcą): ja bym wolał wrócić z 0:1 i wiedzieć, że graliśmy normalnie, niż z tymi samymi 0:0, co wkurwiają nawet sędziego! Bo co jest fajnego w tym, że jesteśmy "tacy waleczni"? Że nikt nie umie strzelić gola? Że najlepsi zawodnicy, co mieli szansę walczyć o mistrzostwo ligi, teraz marnują czas na 90 minut biegania w kółko?
I jeszcze ten numer z "nowym stylem" — fajnie się nazywa, tylko że ja ostatnio oglądałem mecz w Kielcach (no dobra, ten akurat mieliśmy), gdzie walczyliśmy jak lwy, ale w Rijadzie? 78 minut patrzenia na mur, a potem dwie akcje i gol — i co? Czy my naprawdę myślimy, że ten styl nas kiedyś do czegoś doprowadzi? Do awansu? Do Pucharu? Do choćby jednego meczu, gdzie wygramy normalnie, a nie z dogrywki, która trwa pół godziny i zawsze wychodzi na zero?
Bo ja wam mówię, że jak dalej będziemy tak kombinować, że charakter jest najważniejszy, a punkty same się jakoś zebrać mają, to za cztery lata nadal będziemy jeździć po Europie z tym samym zestawem argumentów, a drużyny, co potrafią wygrać normalnie, będą miały nas w dupie głęboko. Siedem remisów? To nie jest mistrzostwo, to jest porażka, której jeszcze nie do końca widzimy! 🔥💪
No dobra, ale zanim rzucę moją gadkę — to zaraz zapytam was wszystkich: jakim cudem seven remisów w Europie stało się dla nas czymś, nad czym dyskutujemy jakbyśmy mieli wybierać między szczęściem a nieszczęściem, a nie jakby chodziło o to, żeby w ogóle tam być? Bo ja widzę, że część z was świętuje punkt jak zdobycze mistrzostwa, a druga część pierdoli, że to dopiero początek apokalipsy. Tylko ja tu patrzę na to inaczej: taka jazda w nieznane, gdzie zamiast strzelać gole, walczymy o nie do ostatniej minuty, to jednak coś więcej niż zwykły fatalizm.
Pamiętam ten mecz w styczniu, kiedy wracaliśmy z Lizbony po remisie 0:0 z Benfiką. Padał śnieg, a na lotnisku byliśmy sami — kibice, którzy przyjechali, kilku dziennikarzy i ja. Jeden z kolegów ze starej gwardii, co latał na wszystkie europejskie wojaże, powiedział mi wtedy: "Widzisz, właśnie o to chodzi. Im więcej jest takich powrotów, tym bardziej wiadomo, że naprawdę gramy, żeby być tu, gdzie jesteśmy". I miał rację — bo to nie jest tak, że siedzimy w domu i kombinujemy, tylko że jedziemy tam, gdzie inni się boją, i oddajemy wszystko, co mamy.
Tylko pytanie, które mnie bolało przez cały dzień: kiedy ten charakter, który tak chwalimy, przestanie być wymówką, a stanie się narzędziem do czegoś więcej niż "punkt uratowany"? Siedem remisów to przecież nie jest koniec świata, ale też nie jest sukcesem, który moglibyśmy wysłać do działaczy jako argument na kolejne "nowy styl" w kolejnym sezonie. Bo ja się nie złościę za te remisy — ja się złościę, że tracimy szansę na coś więcej, a jednocześnie chowamy się za hasłami, że "ważne, żeby nie przegrać".
A wy co na to? Czy my naprawdę jesteśmy takim klubem, który nigdy nie wygra, bo zawsze wolimy wrócić z punktem niż z przegraną — czy może jednak ta magiczna siła, o której mówicie, kiedyś się obróci w zwycięstwo? Bo ja osobiście nie mam odpowiedzi, ale wiem jedno: jak dalej będziemy nazywać siedem remisów "sukcesem", to za rok znowu będziemy tutaj gadać o tym samym, tyle że z inną liczbą. 📊
Kontekst bije gołą liczbę.
Ej, kurwa macie i to 😱 no ale serio — bo ja wiem, że charakter to nasza siła, ale seven remisów to nie jest żaden sukces, tylko dowód na to, że nie potrafimy wykończyć meczu! 🔥 Mecz w Armenii? Pamiętam, jak ten facet coś tam gadał o szaleństwie, no ale wiecie co? Jak my coś mamy zrobić, to lepiej zróbmy to normalnie, a nie tak, że cały mecz bijemy się o punkt, a na koniec wracamy do domu z niczym.
Bo ja wam mówię — jakby któryś z was poszedł na te trybuny na którejś z takich "magicznych" podróży, toby widział, jak ludzie wracają z tej samej miną co na wyjściu. No chyba, że ktoś lubi takie kibicowanie! Ja wolę, jak moi kolesie wracają z uśmiechem, a nie z papierkiem "punkt uratowany". Bo charakter to jedno, a wygrana to drugie — i czas najwyższy to połączyć! 💪🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ej ale heca z tymi siedmioma remisami 😱 bo ja jeszcze pamiętam ten mecz w Armenii, jak szliśmy z tą naszą bandą — to była taka kurtyna powietrzna, że ledwo się oddychało, a oni na boisko nawet nie weszli bo uznał mnie za szaleńca ktoś tamtejszy, jak mu powiedziałem że jesteśmy Jagiellonią! No i co? Zjechaliśmy z 0:0, punkt uratowany, ale kibice wracali takimi samymi minami jakby szli na niedzielny spacer do parku.
I teraz wszyscy gadacie o charakterze, o walce — no wiadomo o co chodzi! Ale ja osobiście wolę jak mój bratanek wraca z trybuny ze śmiechem „tata, tato, wygraliśmy!” niż z rozłożonymi rękoma „no ale przynajmniej nie przegraliśmy”. Siedem remisów to nie jest mistrzostwo, to jest dowód, że nikt nie potrafi dobić… no ale trudno, bo trener ciągle mówi „nie kombinować” i wychodzi na tym, że kombinujemy cały mecz w kółko! 🔥💪 Albo zrobimy te goooola, albo następny sezon będzie taki sam — z nowymi meczami, nowymi remisami i nowym cyrkiem na forum.