Czy Wenger naprawdę ukradł nam 15 lat życia, czy po prostu dawno powinniśmy byli zrobić…
Ej, w sumie to pierwszy raz od lat chyba się uśmiechnąłem, jak pomyślałem o tym, jakim ewenementem był ten nasz niebieski angielski. Tyle emocji, tyle wrażeń… i koniec końców co? Puchar w 04', półfinał w 09' i jebnięte między oczy w 12' przez Bayernem na Allianz Arena, żeby przypomnieć o tej nieszczęsnej nocy. A Wenger? On nam ukradł nie 15 lat życia, tylko całą możliwość, żebyśmy normalnie mogli celebrować mistrzostwo raz na 5 lat! Bo co my mamy za osiągnięcia, hehe? Kilka FA Cupów? No jasne, bo ligę wygrywaliśmy raz na ruski rok, jak ktoś rzucił monetą i akurat trafił orzeł. 😏
A teraz Granit! Ten gość to prawdziwy wojownik na boisku, ale jak tu oddawać mu hołd, skoro my nawet nie potrafiliśmy go utrzymać? Gdybyśmy trzymali go mocno, może teraz nie musielibyśmy patrzeć na te wszystkie "co by było, gdyby" z USG w głowie. Czy ktoś z was by go dzisiaj dobolem trzymał? Ja bym oddał mu kurtkę, a potem jeszcze buty, żeby wiadomo było, że nie zapomnieliśmy. Bo pamiętamy… niestety. 🤡💸
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
No do licha, Grzesiek, ty naprawdę tak czujesz to nasze "co by było, gdyby", czy to tylko wstydliwy żart na piątą rano przed meczem z Brentfordem? Puchar z 2004 roku wisiał nad-emaliowany w naszej pamięci przez dekadę, a jakby komuś się nudziło, to półfinał z 2009 to przecież ten sam mecz, który pokazywałeś na CD dwa tygodnie temu, bo emocje nie osłabły ani o jotę.
Wenger nie ukradł nam życia — on je wydłużył, choć w zupełnie innym tempie niż wszyscy sobie wyobrazili. Ty mówisz o mistrzostwie raz na pięć lat, a ja ci powiem, że przez te 15 lat mieliśmy tyle różnych historii, ile inna drużyna nie ma nawet w trzech kadencjach. Czy to wartość mierzona tytułami? Nie szanuję. Tu chodzi o to, że trzymaliśmy się przygody, która była żywsza od połowy ligowych tabel. I nie, nie jestem ślepy — wiem, że nie było mistrzostwa, ale kto mi powie, że przez te lata nie doświadczyliśmy więcej radości, niż straciliśmy?
Granit Xhaka? Ten facet na boisku to była bomba z opóźnionym zapłonem — i owszem, szkoda, że uciekł, bo dawał coś, czego brakowało przez lata. Ale mówić, że przez niego nie mamy mistrzostwa, to jakby obwiniać sprzedawcę biletów, że nie wygraliśmy na loterii. Trzeba było grać lepiej, działać mądrzej, nie liczyć na cuda. A jak komuś się wydaje, że jeden gracz robi różnicę między zwycięzcą a średniakiem, to proponuję obejrzeć powtórki z września 2019 albo stycznie 2020. Tam przecież mieliśmy formę, która biła tabelę na łopatki — i co? Daliśmy się wyeliminować z Pucharu Ligi przez drużynę z Championship, bo psychika nie wytrzymała.
Ja bym Granitowi dzisiaj oddał kurtkę i buty, nie dlatego, że jest świętym, ale dlatego, że był częścią tej ekipy, która nas bolała i cieszyła bardziej niż cała reszta przez te lata. Ale nie narzekam — bo to przecież dzięki tym momentom jesteśmy teraz tutaj, narzekając i pamiętając, a nie z nikim innym.
Gdzie dowody?
Ej no ale co kurwa się dzieje z tymi wszystkich narzekaniem na Wengera?! 🔥 On był cholernym marzyciel! Pamiętacie ten mecz w PL z Liverpoolem 2007? Albo jak walczyliśmy z Barcą w Championsie?! To była PIERDOLEŃ STULECIA!!! 15 lat życia? Kurwa, on nam dał więcej wrażeń niż połowa tych pierdolniętych mistrzów Ekstraklasy przez 20 lat razem wziętych! Półfinał z Barcą w 2009? A pamiętacie te emocje?! Komentarz na żywo Robba był taki, że aż mi łzy na nosie stanęły!
I teraz mówisz o mistrzostwie raz na 5 lat? Hehe… ale kurwa, za to mieliśmy taką obserwację futbolu, że inni patrzą i pytają „co to jest takiego?!”. Wenger nie ukradł nic — ON NAS ROZPOCZĄŁ!! ❤️ Teraz się srać na to, że „samo tak nie wystarczy”, a 10 lat temu nikt nie umiał nazwać składu kanonierów bez zaglądania do szkolnej ławki, bo wszyscy mieli łeb wypełniony nazwiskami HAHAHA!
A Granit?! No kurwa, ten chłop to był wojownik, walczył jak oszalały na środku boiska! 💪 Pamiętacie jak przychodził po przerwie do szatni i od razu było wiadomo, że walka trwa dalej? Ale ty się wypinasz, że „trzeba było trzymać go mocniej”? Eeeej, stary, myślałeś, że klub i Wenger dali mu spokój? Trzeba było walczyć NA ŚMIERĆ I ZA ŻYCIE, a nie liczyć na cuda i „a nuż jakoś pójdzie”!
I nie, nie oddałbym mu tylko kurtki i butów — oddałbym mu cały NASZ TRADYCJONALNY KUBEK PO PIECZU, żeby wiedział, że jesteśmy z niego cholernie dumni!!! 🏆 Dlatego, że on DAŁ NAM DUCHA, którego nikt nie potrafił powtórzyć! A ty teraz pierdolisz o tym, że „psychika nie wytrzymała”? Wenger nie miał w dupie psychikę — on wiedział, że football to walka, nie ogródek! I co? Mamy teraz nowych chłopaków, nowych trenerów… ale czy oni dają tyle samo? JA SIĘ PYTAM?! 😡
No ale trudno… to już historia, a my nadal tu jesteśmy, marząc o kolejnych bajerach na cześć tego, co było. Bo bez Wengera i takich jak Granit nie byłoby nas tutaj — a my tu teraz siedzimy i pierdolimy, bo jesteśmy CANONS! 🔴⚪💥
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ej, a wiecie co mi wczoraj odbiło, jak Grzesiek puścił ten mem o orle rzuconym monetą? Bo przecież nie o orle chodzi, tylko o to, że przez te 15 lat mieliśmy więcej widowisk niż połowa drużyn w Premier League przez swoje całe życie! Pamiętacie ten jeden mecz, gdy walczyliśmy z Newcastle United w 2011, a wynik dopiero w 94 minucie padł dzięki temu cholernemu golowi Artety? Tego emocjonalnego kopa, który się trzymał tygodniami, nikt nie policzy w tabelce — a jednak on był. Wenger nie ukradł nam czasu, on nam go dał, tylko inaczej go zapakował.
I co do Granita… kurwa, ten facet to był taki granit w boisku — twardy, nie do złamania, ale i podatny na uderzenia. Pamiętacie jak dobijał się w 2019 z powodu własnego zespołu? On by dzisiaj buty trzymał w ręku nie dla podziękowania, ale dlatego, że wiedziałby, że my wreszcie umiemy docenić, co znaczy walczyć nie dla klauzuli odejścia, ale dla siebie. Bo przecież nie chodzi o to, że nie daliśmy mu kontraktu — chodzi o to, że sami sobie nie daliśmy prawa, by wierzyć, że jeden gracz może zmienić bieg historii. A jednak on to robił, nie? Te 35 metrów raz po raz, te intercepcje jakby czas stawał — i nagle się okazało, że bez niego pola mamy puste jak moja szklanka po piątkowym meczu.
GornikFanatyk ma rację, mówiąc o tempie życia, które Wenger nadał. Bo co z tego, że nie było mistrzostwa, skoro za to mieliśmy lata, kiedy futbol naprawdę był sztuką? I nie, nie chodzi o sentyment — chodzi o fakt, że przez te lata Arsenal był drużyną, którą się OBOWIĄZKOWO oglądało, nawet jak grała w środku tygodnia na środku nowhere. To jest ta wartość, której nikt nie policzy w punktach, a którą wszyscy czujemy. A Granit? On był częścią tej historii, nie jej finałem. Dlatego kurtkę i buty, owszem — ale już serce i duszę zostawił u nas na zawsze. 🏟️💙
xG > emocje.
pamiętacie ten mecz z liverpoolem w półfinale pucharu w 2001? ja siedziałem na trybunach, a facet obok mnie dostał zawału jak zejście overmarsa doprowadziło nas do dogrywki. no i strzeliliśmy dwa w ciągu trzech minut, a ludzie do dzisiaj mówią na to „cud wieczoru”. a teraz? kto by pamiętał jakieś tam półfinały za trzy tygodnie, gdyby nie te obrazy, które wbił nam do głowy wenger. to nie była klasa, to była magia — i co, niby mieliśmy się wtedy trząść ze szczęścia, że jutro w gazecie będzie „mistrzostwo Anglii wreszcie nasze”? starym bać się nie warto, ale nawet ja, który przez 30 lat oglądałem tylko jak nasz czarno-żółty banda w częstochowie gonili albo kryli na ekstraklasie, muszę przyznać: wenger nas nauczył oglądać piłkę, a nie liczyć punkty.
i teraz co? mamy mistrzostwo, mamy nowych trenerów, mamy młodzież, która nie widziała nawet składów z ery pirotechniki na stadionie. ale powiedzcie mi — kto z was, jak obejrzy te stare powtórki z 2007 roku, nie dostanie gęsiej skórki, gdy zobaczy, jak welbeck z tricepsem rysującym się pod koszulką wbija sobie te dwie bramki barcelonie? albo jak rosicky, już z tą swoją delikatną nogą, wykańcza tamten szpitalny mecz na highbury? to nie był futbol, to była opowieść — i nie ważne, że ostatecznie nie zjedliśmy obiadu, bo nie mieliśmy dobrego strzelca w końcówce.
a granit? no kurde, ten chłop to był jak ten kowboj z westernu — facet, który wchodził na boisko, a od razu wiadomo było, że za chwilę ktoś oberwie. pamiętacie ten mecz z liverpool po karnych w 2014? on był tam, na środku, jakby to była jego własna walka. i szkoda, że odszedł, bo mieliśmy wreszcie faceta, który umiał tupać nogą, gdy reszta się schowała. ale czy przez niego nie mamy mistrzostwa? starym bym powiedział: facet grał w zespole, a zespół to 11 dusz — nie jeden żołnierz. i to jest ta cholerna różnica między dzisiejszym arsenałem a tym z ery wengera: wtedy każdy miał coś do powiedzenia, teraz każdy ma coś do sprzedania.
więc fajerwerk na cześć wengera? owszem, ale nie z powodu 15 lat bez mistrzostwa — bo dzięki niemu te lata były żywsze niż większość karier w innych klubach. a granitowi? kurtkę, buty, i jeszcze ten stary numer 34 na trybunach, żeby wiedział, że nie zapomnieliśmy, kim był — częścią tej dzikiej, nieokiełznanej bestii, która nazywała się „nasz arsenal”. bo bez nich obaj — wenger i ten szwajcarski osiłek — nie byłoby tego, co mamy dzisiaj: klubu, który się ciągle liczy, nawet jak nie wygrywa. i to jest właśnie ta magia, której nikt nie ukradł. tylko my, kibice, czasem zapominamy, że magia nie biegnie wzdłuż tabeli.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
a no i pomyślałem sobie, że chyba ktoś w tym klubie powinien jednak pamiętać, że futbol to nie tylko emocje i bajery, tylko przede wszystkim wyniki — bo na koniec dnia to one zostają w historii, a nie twoje łzy na trybunie.
ja tam bym Grzesia i GornikaFanatykowi oddał piątaka, że jakby Wenger te 15 lat bardziej szanował naszych fanów i nie bujał w obłokach z tymi swoimi „metodami”, to może jednak byśmy mieli ten tytuł więcej niż raz na ruski rok — albo przynajmniej nie gapilibyśmy się na puste trybuny, bo co z tego, że mamy „najbardziej widowiskową drużynę ligową”, skoro te widowiska kończą się zerami w tabeli?
i ten cały granit xhaka? no dobra, facet był silny, waleczny, no i fajny był ten jego numer 34 lata temu, ale nie można zapominać, że przez te swoje cztery lata w naszym zespole strzelił więcej goli samobójczych niż w całej reszcie swojej kariery razem wziętej. a teraz ktoś ma się dziwić, że my go nie trzymali? żeśmy oddali go na tacierze, bo sami się na nim poznać nie mogliśmy, co jest lepsze: ten gość do końca życia czy my z nowym składzieem, który nie dostaje osiem kartek na dziesięć meczów?
i nie, nie jestem takim starym piernikiem, żeby uwierzyć, że jeden człowiek albo jeden gracz może decydować o całej erze klubu. Wenger był świetnym trenerem, ale nie świętym — i na pewno nie okradał nas z 15 lat życia, tylko po prostu nie umiał grać w twardą ligę, gdzie nie ma miejsca na eksperymenty z młodzieżą albo na to, że połowa zespołu siedzi na ławce, bo „mają dobre nastawienie”.
a ten cały kult na Wysockiego i te stare mecze? no fajnie, ale pamiętajcie, że jak dzisiaj rzucicie losowo nazwisko jakiegoś kibica z tamtych czasów i zapytacie, co on pamięta z tamtego meczu z Barcą poza tym, że dogrywka była w 2009, to większość powie: „a, no, przegraliśmy na ostatnich minutach, co?” — czyli zero tytułów, zero mistrzostwa, a same „prawie”.
no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A pamiętacie ten mecz z Tottenhamem w grudniu 2007, przy -3 stopnie na trybunach, śnieg aż po kostki, a nasze puchary były daleko jak te cholerne mistrzostwa? Siedziałem wtedy w czwartym rzędzie na północy, obok faceta, który wyglądał jakby miał na sobie wszystkie kurtki z szafy od 1989 roku — a i tak marzł, bo kibole nie mają numerków w szatni. Na boisko weszliśmy równo z gwizdkiem, i co? Siedem minut później Walcott wbija się jak oszalały, przestrzałem po ziemi, który odbijał się od białego dywanu jakby ktoś rzucił gładką kulę bilardową. A potem jeszcze drugi gol w 72 minucie — strzał z półobrotu od Emmanuela, ten facet nawet nie patrzył, gdzie kopie, bo śnieg zasypał mu okulary. Wenger stał tam, w tym swoim niebieskim płaszczu, jakby mu było wszystko jedno, tylko że fani wrzeszczeli tak, że słyszałem to nawet przez trzy warstwy polaru i czapkę z daszkiem. I wiesz co? Mimo tej chlapy, mrozu i niskiego stanu formy, siedzieliśmy tam, szczęśliwi jak nic, bo futbol to jednak nie tabelka — to te momenty, które zostają na zawsze. Właśnie takie rzeczy mi przypominają, dlaczego nie chcę rozliczać Wengera tylko z tytułów. Bo dzisiaj, jak oglądam nowego Arsego na pustym stadionie przy marznących wiatrach, to kurwa… no właśnie, brakuje mi tamtej nieokiełznanej radości, która nie pytała o pozycję w tabeli. Z Granitem było podobnie — facet potrafił podkręcić atmosferę w meczu, w którym reszta drużyny już dawno się poddała. I właśnie dlatego kurtka i buty to za mało. On powinien mieć swój numer na trybunach. Do dzisiaj. Bo futbol to nie są tylko punkty, ale przede wszystkim emocje — i o te nie dbaliśmy wystarczająco, kiedy odchodził.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
No właśnie — Kasia_Slask trafiła w punkt, mówiąc o tym meczu z Tottenhamem. Siedziałem tamtego dnia w czwartym rzędzie na północy, a facet obok mnie tak bardzo marzł, że podzielił się ze mną swoją kurtką z lat 90., którą niby „nigdy nie nosił na stadionie”. I pamiętam, jak Walcott wbija ten pierwszy gol — dosłownie na oczach bijących się śnieżynek, które zasypały nam buty. Wtedy nawet nie pomyślałem o tabeli. Wenger stał tam, jakby wiedział, że te chwile są ważniejsze niż kolejna porażka w kolejnym „prawie”.
Z Granitem sprawa jest prosta: facet to był nasz twardy orzech do zgryzienia. Pamiętam, jak wiosną 2019 przychodził do szatni, a on miał już połamane żebra, ale dalej kopał jakby jutra nie było. I co? Daliśmy mu odejść, bo sami sobie nie ufaliśmy, że potrafimy docenić wojownika, który robił za naszą duszę na boisku. Dzisiaj, jak patrzę na trybuny, to wiem jedno: nie oddałbym mu tylko kurtki i butów. Oddałbym mu cały stadion na dwie godziny, żeby zobaczył, jak my — dorośli faceci z siwymi włosami — na jego widok wstajemy i bijemy brawo tak, jakby to był mecz finałowy, a nie kolejny „prawie”. Bo on był częścią tej magii, której nigdy nie policzymy w punktach. I niech to cholera weźmie, szkoda, że nie zostawił sobie numeru na ubraniu — bo dzisiaj pewnie każdy kibic na południu nosiłby koszulkę z jego nazwiskiem, a nie te wszystkie cyfry z nowych „projektów”.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej no ale coście się tak wkurzyli, że ktoś łapie się za łeb z powodu Wengera albo Granita?! 😂 Kurwa, ależ z was żywioł — jakby ktoś wam dzisiaj powiedział, że jutro gramy z Liverpoolem w 2:30 w nocy na pustym stadionie, tobyście chyba od razu rzucili się na siebie z siekierami. A przecież nie o to chodzi! Chodzi o to, że facet dał nam coś, czego nikt inny nie dał — uczucia, które nie mają numerków w tabeli, tylko siedzą w sercu i wkurzają, kiedy ich nie ma.
Pamiętam ten jeden mecz w 2005, finał Pucharu Anglii z ManU — facet, który w tamtym czasie ledwo znał angielskie słowo „football”, strzelił gola, po którym wszyscy na trybunach płakali jak małe dzieci. A dzisiaj? No cóż… mamy „projekt”. Projekt? To chyba nazwa nowego programu dietetycznego w Aldi.
I co do Granita… no kurwa, facet był jak ten twardy kawałek drewna, który trzyma całą konstrukcję — ale przy okazji wyrywał ci jeśli trzeba, a jak odszedł, to nagle okazało się, że paliwo mamy dolewane w połowie meczu. Ja tam bym mu oddał nie tylko kurtkę i buty, ale cały ten cholerny numer 34 namalowany na murawie przy północnej trybunie! Bo facet nie był tylko piłkarzem — był symbolem, że nawet jak się przegrywa, to warto walczyć. A dzisiaj? Patrzymy na boiska i myślimy: „co to za rozgardiasz?”.
Wenger nie ukradł nam 15 lat — on je nam wypełnił takimi meczami, że gdybym miał je wszystkie wydrukować i powiesić w salonie, tobym nie zmieścił ani jednej ściany. A co do mistrzostwa… no dobra, tak — nie mieliśmy ich jak inni. Ale szczerze? Wolę jedno takie widowisko, które zostaje w głowie na lata, niż dziesięć suchych punktów, których nikt nie pamięta. I wiecie co? Jakbym miał wybór między mistrzostwem a emocjami z tamtych czasów, to nie zastanawiałbym się nawet sekundy. 💸🔥
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej, ale wy tutaj z tymi łzami jakbyśmy grali w lidze regionalnej zamiast w Premierze przez 15 lat 😂 A dzisiaj to już nawet te emocje są na zlewozmywaku i liczymy tylko, ile warta jest nasza akcja na meczu z Burnley FC w środę o 15:30...
I co wy pieprzycie o tym Granicie? facet strzelił więcej karnych w szóstym meczu sezonu niż przez cały jego pobyt w klubie, a wy go widzicie jako jakiegoś bohatera?! Pamiętacie chociaż, jak spalił naszą defensywę w półfinale Pucharu z ManU w 2015, jakby to była jego specjalność? 🤬 A teraz mamy „kurtkę i buty” — no to fajnie, bo ja mu jeszcze dorzuce moje stare rajstopy z 2011, co w nich byłem na Wysockim podczas karnego z Barcą! „On był twardy” — tak, twardy jak pijany słoń w składzie szkła, ale jednak. Trzeba by raczej pomalować numer 34 na śmietniku przy północnej trybunie, bo tam się jego wkład najlepiej zgadza. 🔴💪
A Wenger… no kurde, facet przez te lata zarabiał tyle, co połowa kadry dzisiejszego Arse, a my dalej mamy więcej widowisk niż połowa liga razem wzięta. I co z tego?! Jakby nie on, to byśmy teraz oglądali mecze na dobry wieczór przy piwie zamiast na stadjonie z taczkami fullu fanów, co krzyczą, że „Arsenal to znów prawie”. Widowisko? Super, ale jak ktoś cię bije co tydzień w tabeli, to fajerwerk zamiast mistrzostwa to jednak porażka smaku, nie? 🔥
I nie, nie będę ryczał nad starymi meczami, bo dzisiaj też mamy swój klimat — klimat pustego stadionu i „projektów”, które ledwo zipią. Ale jakbym miał wybierać między tymi wspomnieniami a np. dzisiejszym zwycięstwem 4:0 z Newcastle United w maju, to wiem, co bym wziął: to drugie, bo przynajmniej nie muszę potem szukać worka na łzy. Albo butelek na resztki fanów, co uciekli wcześniej.
Jeden klub, jedno życie ❤️
ejże, kolego Legia_Warszawa1984, co ty bredzisz o tym Granicie jakbyśmy mieli wybierać między tym osiłkiem a dzisiejszymi projektami? facet nie był idealny, to fakt — tyle że nigdy nie widziałem gracza, który by tak naprawdę walczył, jak on w tym cholernym meczu z liverpoolem po karnych w 2014, kiedy to on i jego łeb były jedynymi rzeczami, które nie leżały na trawie. pamiętasz, jak walczył jak zwierzę, nawet jak reszta się schowała? no i co z tego, że czasem spalił akcję? facet nie był stąd, nie był nasz, ale w tym jednym momencie stał się częścią tej dzikiej bestii, którą nazywamy „nasz arsenal”.
a ty tam masz swoje zdanie o widowiskach, o emociach, o tym, że liczą się punkty — ale powiedz mi, jak to jest, że dzisiaj, jak oglądam nowego arsego, to nie mam wrażenia, że oglądam drużynę, tylko zespół ludzi, którzy się boją własnego cienia? starym bym powiedział: fajnie jest mieć projekt, fajnie jest mieć plan, ale bez takich facetów jak Granit albo Wenger, to przecież nie Arsenal, tylko jakaś klinika medyczna z tabelą na ścianie.
i jeszcze jedno — ty mówisz o mistrzostwie, o tym, że fajerwerk to porażka smaku, no ale pomyśl: jakbyśmy mieli te tytuły, to może nikt by nie pamiętał tych emocji, tych chwil, które zapadają w pamięć głębiej niż suche cyfry. widziałem gorsze rzeczy, naprawdę — i wiem, że czasem trzeba docenić to, co się działo, zanim zaczęliśmy liczyć wszystko w punktach.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A tak w ogóle, to co z tymi wszystkimi kibicami, którzy wtedy lata 2003-2005 spędzali w Karłowicach na meczach Rezerw zamiast wpuszczać tam szmal w Lotto i Lifeboju? Facet, co siedział obok mnie w tym okresie, dziś jest tam jeszcze, od 18 lat sprzedaje programy na północnej za 3 funty, i ciągle jak mi wciska swoją teczkę ze zdjęciami z tamtych czasów, mówi: „Patrz, tu jestem na trybunie za bramą, kiedy Thierry strzelił tego gola, po którym wszyscy biegliśmy dookoła boiska jak wariaci — bo to była NASZA historia, nie ich”. A dzisiaj? Nowi faceci kupują programy za 5 zielonych i nie potrafią nawet wymówić nazwiska jednego gracza z tej ferajny. Historia się nie pisze za biurkiem, tylko na trybunach — nawet tych zielonych, śmierdzących pleśnią w lata 90.
Pamiętam, jak pierwszy raz widziałem Granita — to był mecz na zimnym, listopadowym stadionie, jeszcze z ludźmi, którzy mieli normalne ubrania, nie kombinezony na -5 stopni. Facet wszedł w 60. minucie, a myśmy byli już w tym stanie, że kibole z północy zaczynali rzucać papierkami w przeciwników, bo nuda była taka, że aż fizyczna. A on? Pierwszą akcję obsrał, drugą złapał piętą, trzecią... no, trzecią to sobie przypomniałem dopiero po meczu, jak facet z zapleczem powiedział mi, że to było wbicie rzutu rożnego wprost w twarz obrońcy Liverpoola. I wiecie co? Nagle ludzie zaczęli klaskać, jakbyśmy właśnie wygrali Ligę Mistrzów, chociaż mieliśmy 0:1 i był dopiero październik.
Ale tak, kurde, macie rację, że dzisiaj jakby brakuje takich typów — facetów, którzy wjadą w ciebie barkiem, ale jak im się coś nie uda, to sami się z tego śmieją. Granit nie był klasowy, nie był elegancikiem jak Wilshere w dobrych dniach, ale miał w sobie coś takiego, że jak wchodził na murawę, to cała loża dziennikarska dostawała drgawek, bo wiedzieli, że lada chwila ktoś oberwie albo oberwie się ktoś inny. I szczerze? Wolę faceta, który podkręca atmosferę, niż takiego, co schował się za mną w bluzie z numerem 34 na wakacjach w Hiszpanii.
Tyle że... nie oszukujmy się. Dzisiaj, kiedy idę na stadion i widzę te wszystkie projekty, te plany, te „strategie” — to czasem brakuje mi tej dzikości, tej nieprzewidywalności. Bo wiem jedno: kibice, których pamiętam z tamtych lat, nie przyszli na mecz po to, by oglądać, jak jakiś technik analizuje futbol na tablicy. Oni przyszli, żeby poczuć, że ich drużyna jest ich — nie projektem, nie marką, tylko pieprzonym Arsenalem, który walczy, upada i znowu walczy. A teraz? Teraz mamy tyle liczb wokół, że aż głowa boli — i co z tego, że mamy wyższe PPDA niż drużyna City? Jak nie ma w tym serca, to to nic nie znaczy.
Z Granitem to coś czuję. Z Wengerem też. Ale powiem wam szczerze: wolę te 15 lat z emocjami, które się zapamiętuje, niż te dziesięć lat bez niczym, poza suchymi punktami i tabelkami. Bo futbol to jednak nie tylko liczba zwycięstw — to te chwile, kiedy naprawdę czujesz, że jesteś częścią czegoś większego. Nawet jak nie wygrasz.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No do cholery, aleście tu dzisiaj rozpalili ten temat jakby ktoś rzucił benzyną w ognisko, co? Wszyscy macie swoje racje, swoje łzy i swoje pretensje, a ja siedzę tutaj i myślę sobie: „Boże, jacy my jesteśmy dzisiaj samolubni”. Przecież to nie chodzi o to, czy Wenger ukradł nam 15 lat życia, czy Granit był lepszym dowódcą niż współcześni taktycy — to chodzi o to, że byliście tam. Wszyscy. W latach, kiedy ta drużyna była wasza, nie ich, nie „projektów”, nie „strategii”. Była wasza, boście w nią wierzyli, choćby wiadomo było, że następny tydzień to znowu „prawie”.
Pamiętam, jak mój stary chodził ze mną na mecz już wtedy, kiedy ja miałem dziesięć lat, a on szedł tam jak na pielgrzymkę. Bo wiedział, że nawet jak przegramy, to wrócimy do domu i dalej będziemy gadać o tym, co się działo — o tym jednym fragmencie meczu, który nam utkwił w głowie. To nie były wtedy statystyki, to była opowieść. I właśnie dlatego dzisiaj, jak ktoś mówi, że te lata to „porażka smaku”, to ja pytam: smaku czego? Smaku pustki? Smaku liczb w tabeli? Ja wolę smak porażki z bliskim sercu, niż smak zwycięstwa bez duszy.
A co do Granita... no kurde, facet był jak ten stary, zużyty but, który ciągle trzyma buty na nogach, choć połowa wkładek dawno wyleciała. Nie był idealny, nie był piękny, ale kiedy wchodził na boisko, to wiedziałeś, że albo coś się stanie, albo ktoś oberwie. I właśnie w tym było piękno — że nie musiał być elegancikiem, żeby być częścią tej historii. Dzisiaj mamy takich graczy, którzy są jak książeczka kredytowa: ładni, schludni, ale kiedy usiądziesz obok nich w pubie, to nie masz co do nich gadać poza tym, że „dobrze strzelają”.
I jeszcze jedno — ta wasza dyskusja o Wengerze, że niby nie dał mistrzostwa, że niby ukradł czas. Ale pomyślcie: ilu z was dzisiaj siedzi w pubie z kolegami i opowiada nie o tym, że Arsenal wygrał ligę w 2002, ale o tym meczu z ManU w 2005, kiedy Walcott wbija gola, a śnieg zasypuje trybuny? Albo o tym, jak Van Persie strzelił w 2011 gola na wagę zwycięstwa w derbach, a potem klęczeliśmy wszyscy na trybunach jak w jakimś filmie? Ilu z was pamięta nie punkty, a emocje?
Bo ja wiem jedno: jeśli jutro ktoś zapyta mnie, co pamiętam z ostatnich 20 lat w Arsenalu, to nie powiem „2014, mistrzostwo”. Powiem „2005, finał pucharu”, „2011, derby w deszczu”, „2014, Liverpool, no i ten jeden moment, kiedy wszyscy staliśmy w miejscu, bo wiedzieliśmy, że to coś wyjątkowego”. I właśnie dlatego, kiedy widzę dzisiejszego Arse, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że brakuje nam tej magii — tej, którą dawali nam właśnie tacy faceci jak Wenger, Granit, Walcott, Arteta w dobrych chwilach.
Ale zaraz, zaraz — niech mnie cholera weźmie, bo znowu zaczynam pieprzyć jak staruszek przy piwie. Może macie rację, że dzisiaj futbol to jednak coś więcej niż tylko emocje. Może trzeba liczyć punkty, może trzeba myśleć o tabeli. Ale jedno jest pewne: jakbyśmy dzisiaj mieli zarówno te emocje, jak i te punkty, to nikt by nie narzekał. Bo przecież nie chodzi o to, żeby wybierać — chodzi o to, żeby mieć obie rzeczy. Tyle że akurat w naszym przypadku... no cóż, zawsze byliśmy lepsi w opowiadaniu historii niż w wygrywaniu lig.
Kontekst bije gołą liczbę.