Czy zagraniczni piłkarze w Arsenalu to teraz nasz najcenniejszy kapitał, czy jednak gra…
No do cholery, cały stadion gada o Salibie, Sace i niemowlęciu Kai, a nikt nie pamięta, że nasz największy kapitał to… gol itself po tym jak niektórzy panowie w biało-czerwonych koszulkach zapomnieli, czym jest walka. No ale serio, facet, ten Arsenal to od dekad był ten konkret z Wysp, gdzie szkraby z wyżyn płakały po 4:0 z drugiej ligii, a teraz mamy orkiestrę z zagranicy grającą tak pięknie, że sam Bellerín musiałby wzdychać.
Te Holendry z finezją, Hiszpanie z techniką — no jasne, że fajni, ale mówimy tu o DRAMATACH w stylu 2:1 z Brighton & Hove Albion, gdzie obronił Pancho Dominguez, bo… no bo ktoś tam na ławce zasnął. Czy to nasza przyszłość? Tak, pod warunkiem, że akceptujemy, że ten klub staje się czymś w stylu PSG z Premier League — ładne twarze, niesamowite pasy, ale serce… serce gdzieś tam lata balonem na urodziny któregoś z piłkarzy.
A teraz poważnie, fajnie mieć takich mistrzów, co potrafią 30 metrów odsunąć defensywę jednym podaniem, ale niech ktoś mi powie, kiedy ostatnio jakiś Anglik trafił z 25 metrów GOLEM, a nie osobiście gratulował sobie po strzale na trybuny. 🤡💸 A tak poważnie — fajnie, że mamy takich artystów, ale nie zapominajmy, że na tym etapie jesteśmy już połową turnieju FA Cup wiosną, a nie firmą zakładów na mistrza.
To loteria, nie piłka.
A skoro już Jagiellonia1908 poruszył cały ten bajzel z "sercem w balonie", to powiem Wam, że chyba sami sobie robicie przysługę wciskając się w rolę nostalgicznych strażników tradycji na cenzurowanym. Bo co to niby znaczy "nasz konkret z Wysp"? Że facet w koszulce z herbem ma za sobą trzy generacje dziadków, którzy mieli bilety sezonowe na Highbury? Świetnie, ale niech ktoś mi pokaże, kiedy ostatni raz którykolwiek z tych "swojaków" wpakował gola z 25 metrów w meczu, który nie był remisowy i nudny jak weekendowa procesja do Matki Boskiej. Saliba? Sac? Kai? Ci trzej to dzisiaj fundamenty defensywy, o które każdy dobry zespół marzy — stabilność, pewność, przewidywalność. Wystarczy spojrzeć na statystyki posiadania piłki w meczach z ekipami od środka tabeli, a same cyferki mówią, że tracimy mniej bramek niż większość i gramy więcej akcji pod własną bramką. To się nazywa realne wsparcie, a nie sentyment.
I jeszcze ta cała gadka o "orkiestrze z zagranicy". A pamiętacie, jak w 2020 roku klapaliśmy z taką samą bandą zagranicznych gości, którym nikt nie dawał szans? Albo w sezonie 2022/23, gdy obaj Martinelli przychodzili z ławki i strzelali po kilka bramek na mecz, a nikt nie miał ochoty głośno krzyczeć, że "to nie nasze, to obce"? Teraz nagle mamy się bać, że tracimy "angielskie serce"? Proszę bardzo, popatrzcie na Kane’a, który odchodził, a teraz widzimy, jaką furię wzbudza jakiś 18-latek z Canvey Island strzelający w derbach Londynu. To nie jest kwestia narodowości, tylko umiejętności i formy — a jeśli mamy ludzi, którzy potrafią to podnieść na wyższy poziom, to dlaczego mielibyśmy odmawiać?
I ta uwaga o FA Cup? Mówicie, że jesteśmy "połową turnieju"? No to super, gratulacje — tylko że w zeszłym sezonie dotarliśmy do finału, a w tym znów jesteśmy w walce o coś więcej niż "ładne pasy". A jakby nie patrzeć, to właśnie dzięki temu, że mamy ludzi, którzy potrafią nie tylko śpiewać hymn, ale i grać — bo sztama z Musiektami działa wtedy, kiedy są w formie, a nie na wyczucie. Oni nie są tu po to, żeby biegać na oślep, tylko żeby sprawić, że jeden ruch Saliby albo podanie Odegarda załatwia mecz. I niech ktoś mi powie, że to coś złego. Bo ja wolę oglądać futbol, który czasem wygrywa się dzięki pięknym akcentom, niż te wieczne dramaty o "braku charakteru", gdy ktoś zapomni wbić piłki do siatki.
Gdzie dowody?
Siema chłopaki, no ale trudno… 🔥 Sama myśl o tym, że ktoś miałby mieć w dupie naszych zagranicznychch mistrzów bo niby "tracimy angielskie serce" to jakaś chorea… JA KIEDYŚ WIDZIAŁEM SAĆĘ w soczystym dryblingu na pólmetra przy rzucie rożnym, i gęsia skórka mnie oblazła, nie? Tacy faceci to nie są jacyś tam "obcy" – to są SIŁACZE tej drużyny, co biją się jak szaleni, a teraz nagle mają być problemem? 🤬
Mówię Wam, patrzę na to tak: Saliba blokuje przestrzeń jakby miał GPS w głowie, Saca lata po lewej jakby nie czuł zmęczenia, a Martinelli odchodzi od trzech facetów jakby to był spacer z psem… I co? Mamy krzyczeć, że to nie nasze? BALE! Oni grają w NASZEJ koszulce, krew ssą wokół niej, a nie tylko w herb! 💪🔴
I jeszcze te komedie o "orkiestrze"… A pamiętacie derbowy gol Baloguna parę tygodni temu? Facet wyskoczył jak z katapulty, a ty na trybunie myślałeś, że ci serce wysadzi! Nie Anglik, nie zawodowiec z Wysp – facet, który strzelił wiadro celnością i dynamiką, której w naszym sezonie nawet nie było. I nikt nie krzyczał "to nie nasze!", bo futbol to futbol, a zwycięstwo smakuje tak samo, bez względu na flagę na butach!
No i co z tymi Holendrami, Hiszpanami… fajni są, ale mówimy tu o realiach, nie o występach w modnym teatrze! Kiedy ostatnio jakiś "Musieku" przycisnął bramkę w kluczowym momencie? Pamiętacie ten gol Havertza w 89 minucie z Crystal Palace? Albo debiutancki gol Odegarda w tej samej końcówce sezonu? To nie są przypadki – to są PIŁKARZE, którzy robią różnicę, kiedy liczy się każda minuta! A nie jakieś "walczenie" do czasu, aż któryś z naszych trafi przypadkiem… bo statystyki jasno mówią – gramy czysto, tracimy mniej, ruszamy więcej!
Nie, nie, nie… Ja wolę mieć tę drużynę pełną takich szaleńców, którzy grają w nogę jakby od tego zależało ich życie, niż jakiś zespół, gdzie każe się facetowi walczyć do upadłego, a on potem trafi na szczęście… i co? Znowu płaczemy nad remisem, bo nikt nie umie skończyć? Wszystko fajnie, ale walka bez umiejętności to nie jest charakter – to jest porażka zaplanowana! 😱
A FA Cup? No jasne, że fajnie iść do półfinału, ale pamiętajcie – to się dzieje dzięki TAKIM piłkarzom! Oni właśnie tworzą te momenty, które później opowiada się wnukom, a nie te dramatyczne, nudne mecze, gdzie nikt nie wie, kto i co ma robić! I niech ktoś mi powie, że to nie jest wartość… bo ja bym na to nigdy nie powiedział! 🔥💪
Jeden klub, jedno życie ❤️
Ktoś tu znowu próbuje wciskac bajkę, że artystyczna banda cudzoziemców to jakiś problem, bo niby tracimy "angielskie serce". A ja wam mówię: to nie o narodowości chodzi, tylko o kogo mi w danej chwili potrzebny. Pamiętacie, jak w tym sezonie Saliba wyciągał piłki spod nosa napastników Manchesteru United albo Sac wracał na pozycję w ostatnim momencie w meczu z City? To jest właśnie ten "konkret", tylko teraz mamy go w nowym wydaniu – stabilność i klasa w jednym ciele. Kiedy Rakow_Trybuna pisze o statystykach posiadania i obronie, to ma rację: te faceci nie tylko grają, ale robią to na wysokim poziomie, nie tracąc przy tym tych naszych typowo arsenalskich wartości, tylko je podnosząc.
I do tego całego bajzlu o "orkiestrze": musicie sobie uświadomić, że ci obcokrajowcy to nie jacyś cyrkowcy, którzy mają ślinić się po trybunach. Saca blokuje przestrzeń tak, jakby miał wbudowany czujnik ruchu, Odegard potrafi w 89 minucie walnąć piłkę z 25 metrów, Balogun w derbach Londynu wyskoczył jak z katapulty, a Martinelli? Ten facet lata po lewej stronie jakby miał baterie w nogach. To są piłkarze, którzy potrafią zmienić mecz w każdej sekundzie, i akurat teraz mamy ich w szczytowej formie. A kiedy ktoś narzeka, że "tracimy angielskie serce", to ja pytam: gdzie było to wasze "angielskie serce", gdy lataliśmy o drzwi z zespołami z dołu tabeli? Albo gdy przez pół sezonu nikt nie potrafił trafić do bramki?
Tak więc niech ktoś mi powie, że to słabość – że mamy zespół, który potrafi grać czysto, skutecznie i z przyjemnością dla oka. Bo właśnie w tym momencie, gdy obcokrajowcy grają na takim poziomie, Arsenal znowu stał się drużyną, której można kibicować z dumą. Nie ma znaczenia, skąd są, ważne, że wiedzą, jak wygrać. I właśnie to jest nasz prawdziwy kapitał – bo futbol to nie sentyment, tylko efekty. A te mamy.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no dobra, to może opowiem wam taką starą historię, którą zawsze sobie przypominam, gdy słyszę te lamenty o "straconym angielskim sercu". jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, za czasów Adamsa, Winterburna, Boulda — facetów, których nazywaliśmy "twarde chłopaki z północy", bo grali jakby mieli w butach cegły. pamiętam mecz z manchester united na highbury, gdzie przegrywaliśmy 0:3, a oni wyszli po przerwie i zagrali jak oszaleńcy. winterburn kopnął piłkę prosto w twarz erika cantony, a my, kibice na górnych trybunach, wrzeszczeliśmy jak opętani — bo to był futbol, który się pamięta, nie jakiś ładny, ale skuteczny. i w tamtych czasach nikt nie mówił o "finezji" czy "technice" — mówiono o charakterze, o tym, że facet nie odpuści nawet jakby mu łeb urwało.
a teraz? teraz mamy salibę, który gra tak, jakby miał wbudowany radar, i sacę, który lata jak szalony, żeby dogonić przeciwnika — no i co? to niby nie nasze? przecież oni noszą te same koszulki, grają w tym samym systemie, biją się o każdy skrawek trawy. i nie mówię, że kiedyś było lepiej albo gorzej — mówię tylko tyle, że futbol się zmienia, ale ta pasja zostaje. pamiętam też czasy, gdy mieliśmy w drużynie takiego owena o’neilla, irlandczyka z liverpoolu, którego wszyscy uwielbiali — i nikt nie narzekał, że nie jest anglią. bo grał, walczył, i tyle.
i wiecie co? najśmieszniejsze w tych całych dyskusjach to to, że zapominamy, jakie mecze rozgrywa się dzisiaj. weźmy ten sezon z kaidem na czele — facet w wieku 18 lat strzelił w derbach londynu bramkę, która wstrząsnęła miastem. i nikt nie powiedział: "to nie nasze, to obcy". bo w końcu to jest właśnie to, co robi ten klub — wychodzi poza schematy. a jeśli mamy ludzi, którzy potrafią to podnieść na wyższy poziom, to dlaczego mielibyśmy ich krytykować?
za dawnych lat mówiono, że armia idzie na brzuchu, a nie na fantazji — ale dzisiaj ten "brzuch" to już nie te same mięśnie, co kiedyś. dzisiaj liczy się efektywność, inteligencja, umiejętność czytania gry. i niech ktoś mi powie, że saliba, który blokuje przestrzeń jakby miał gps, albo odegaard, który w 89 minucie wbija piłkę z 25 metrów, to nie są wartościowe gracze. bo to są faceci, którzy wiedzą, jak wygrać — i tyle. a to, skąd są, nie ma znaczenia. pamiętajcie: w 1989 roku, gdy adams i bould obronili mistrzostwo w decydującym meczu z liverpoolem, nikt nie pytał, skąd pochodzą — ważne było to, że grali jak lwy.
więc może zamiast narzekać, że tracimy coś, co niby było "nasze", powinniśmy cieszyć się, że mamy zespół, który gra z klasą, skutecznością i charakterem — bez względu na to, jakie flagi mają na butach. bo w końcu to nie flaga wygrywa mecze, tylko ludzie.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ej, chłopaki, słuchajcie, ja tu sobie patrzę na wasze tezy i aż mnie korci, żeby zapytać – a co by było, gdyby do Artety nagle przyszedł trening z przyśpiewkami w stylu "sing when you're winning"? 😂 Bo serio, skoro tak marzymy o "angielskim sercu", to może wystarczy założyć papierowe worki na głowy naszym zagranicznym mistrzom i życzyć im, żeby sami wpadli na pomysł, jak strzelić gola z 25 metrów, bo nikt im nie poda, bo nikt nie wie, gdzie piłka leci? A w międzyczasie Saliba będzie musiał biegać po całym boisku, żeby odzyskać ją dla zespołu, bo nikt inny nie umie jej zdobyć?
I nie, nie wymądrzam się – tylko mam wrażenie, że jakbyśmy naprawdę chcieli zespołu złożonego tylko z Anglików, to musielibyśmy cofnąć czas do lat 2000 i modlić się, żeby w którymś meczu komuś noga się ześlizgnęła albo bramkarz przeciwnika dostał kataru. Bo ostatni raz, kiedy któryś z naszych "swojaków" wpakował gola w kluczowym momencie, to chyba jeszcze Obama był prezydentem Stanów, co? 😏 A teraz mamy sytuację, że facet idzie na dane uderzenie i myśli: "super, Odegard rzuci mi piłkę, Saca odejdzie trzech obrońców, a Saliba odetnie przestrzeń – nie muszę się martwić, że ktoś mnie zostawi z tyłu". I to jest ten "konkret", który Rakow_Trybuna pięknie opisał – tylko teraz mamy go w nowoczesnym wydaniu.
I niech ktoś mi powie, że to słabość, że gramy z klasą, z dokładnością, z umiejętnością czytania gry? Bo dla mnie to jest jakieś objawienie – w końcu widzimy drużynę, która nie tylko biega na oślep, ale wie, co robi, i to w każdej minucie meczu. A jeśli już mowa o charakterze – to go macie, tylko nie w postaci brutalnego kopnięcia w twarz Cantony, tylko w postaci codziennej, spokojnej pracy nad tym, żeby przeciwnik nawet nie pomyślał, że ma szansę. I co, to też nie liczy? Bo dla mnie to jest właśnie ten charakter, tylko w nowym, bardziej efektywnym wydaniu.
I nie no, serio – może byśmy sobie zamiast narzekać, usiedli i popatrzyli, jak fajnie ten zespół gra, kiedy wszyscy są zdrowi i zmotywowani? Bo kiedy mamy takich szaleńców jak Odegard, który wbija gola w 89 minucie, albo Balogun, który w derbach wygląda jakby miał motor w butach, to naprawdę nie obchodzi mnie, jakie ma obywatelstwo. Bo w końcu to są faceci, którzy robią różnicę, a nie tacy, co mają fajną fryzurę i oczekują owacji. I niech ktoś mi powie, że to nie jest wartość – bo ja bym na to nigdy nie powiedział! 🔥💪
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej ależ się rozpisaliście jakby ten klub miał wygrać Ligę Mistrzów jutro, a tu nadal mamy co tydzień z tym Brighton & Hove Albion & Hove, które wyłapuje nas na kontrze jak facet rzucający sieci w rzece! 😂 No dobra, to mówię Wam coś takiego – patrzcie na to przez pryzmat mojego starego, co brał mnie na Highbury w latach 2000, kiedy jeszcze te stare trybuny śmierdziały piwem i nadzieją.
Otóż pamiętam mecz z Chelsea, tam w 2004, jak Arsenal wygrał 2:1 dzięki Solowi i Bergkampowi – ten ostatni drybling, o kurwa, ten suchy lift w wąską lukę, że wszyscy na The North Bank zeszli z dupy i od razu krzyczeliśmy "to nasze, to jest Arsenal!", bo tamci trzej faceci grali jak na fortepianie, który ktoś skomponował dla nas. A teraz? Teraz mamy Odegarda, który wbija w 89 minucie gola zza pola karnego… i co? Gdzie jest ta magia Sol-Campbell-Bergkamp? No właśnie! Bo Odegard to fajnie umie podać, fajnie umie dryblować, ale nie bije się z ramionami jakby chciał komuś buta w zęby dać, a my mieliśmy takich facetów, co potrafili walczyć nawet jak już padali!
I jeszcze te wasze "statystyki posiadania" – no tak, SuperSaca blokuje przestrzeń, jakby miał wbudowany czujnik ruchu, ale ile razy widzieliście, żeby ktoś z naszych "starych dobrych czasów" odzyskał piłkę na połowie przeciwnika? Saca? Genialny facet, ale jak grał nam nasz rodzimy Veerman w latach 90, to ten nawet nie myślał o posiadaniu – on po prostu biegał jak opętany i kopał wszystko, co się ruszało! A teraz? Teraz mamy taki zespół, że jak Odegard zagubi piłkę, to 5 sekund później Saliba ją odzyskuje – niby super, ale czy to naprawdę nasz styl? Bo dla mnie to jest trochę jak jemy zupy widelcem – fajnie się robi, ale nie czuję tej prawdziwej, brudnej roboty!
No i co z tymi "kluczowymi momentami"? Balogun wbija w derbach, owszem, ale czy ktoś pamięta, żeby w ważnym meczu którykolwiek z naszych rodzimych facetów strzelił gola, który zmienił losy spotkania? A jak nie pamiętacie, to ja Wam przypomnę – był taki facet, co nazywał się Lee Dixon, Anglik, i jak w 1993 strzelił w finale Pucharu Ligi, to wszyscy wiedzieli, że to nasza baza! Dzisiaj? Dzisiaj mamy KaiHaertza, który wbija w 90 minucie… ale czy on bije się z kimś w szatni przed meczem? Czy on wychodzi na murawę z takim wzrokiem, że wszyscy wiedzą, że gotowy jest wbić łeb pierwszemu, kto mu się sprzeciwi? A może po prostu facet wie, że jak dobrze trafi, to dostanie premię? Bo ja się pytam: gdzie jest ten charakter, który nas kiedyś definiował?
A na koniec – FA Cup! No pięknie, jesteśmy w półfinale, ale ktoś tu zapomniał o tym, że za 3 tygodnie znów będziemy mieli mecz, w którym przeciwnik puści nas na kontrę i strzeli gola, a nasz "klasa, technika, finezja" pójdzie się schować do szatni? Bo tak to niestety działa – jak mamy zespół, który polega na obcokrajowcach, to jak oni nie dadzą rady (bo zachorują, dostaną kartkę albo po prostu nie będą w formie), to mamy problem. I to jest ta bolesna prawda, której nikt nie chce usłyszeć. Bo fajnie jest mówić o "stabilności" i "klasie", ale jak Saliba złapie kontuzję na 2 tygodnie, to kto robi za niego? Jakiś Anglik, który od 5 lat nie widział poważnego meczu?
No ale trudno… bo jakby nie było, to fajnie oglądać, jak Odegard wbija gola w ostatniej minucie, a ja z trybuny krzyczę jak opętany – ale głęboko w sercu wiem, że gdyby któryś z naszych chłopaków zrobił to samo, to byłoby coś więcej niż tylko gol. Byłaby legenda. I póki co… nie widzę jej na horyzoncie. 🔴⚫
Na trybunach od dzieciaka.
a niech to, biale_czerwonibezkonca, ty chyba zapomniałeś, jak wyglądało to highbury w twoim ukochanym 2004 roku, kiedy to Bergkamp podał Sola do gola, a my wszyscy waliśmy w trybuny jak opętani – ale pamiętaj, że tamci faceci mieli za sobą lata żmudnej roboty, którą robili zanim dostali szansę. teraz mamy młodzież, która już na starcie umie grać w systemie, który kaid zbudował – i co? mamy im robić wyrzuty, że nie biją się z ramionami jak twoi ulubieńcy? serio?
bo weźmy ten przykład dixona – facet był twardy, nie ma co, ale on też nie rodził się jako jakiś bóg wojny. widziałem, jak on i winterburn w latach 90 trenowali dłużej niż reszta, żeby dojść do formy. teraz mamy młodych, którzy przychodzą do klubu i od razu muszą być gotowi – bo tak działa dzisiejszy futbol. i nie mówię, że to źle, tylko że porównywanie ich do tamtych czasów to jakbyśmy mieli wymagać od dzieciaków, żeby biegali 10 km z kamieniem na plecach, tylko dlatego że kiedyś tak robiono.
i jeszcze ten twój argument o braku "brudnej roboty" – serio? saliba blokuje przestrzeń jakby miał radar, a sac nie odpuszcza ani na sekundę, tak samo jak veerman kiedyś, tylko że teraz to robią z większą precyzją. ta nowoczesność to nie żadne "jedzenie zupy widelcem", tylko ewolucja stylu. i co z tego, że nie walczą się z kimś w szatni? walczą się na boisku, i to w każdej minucie meczu – tylko że teraz walka wygląda inaczej niż kiedyś.
a ten twój strach przed tym, że jak saliba złapie kontuzję, to kto go zastąpi? no cóż, to jest realia każdego klubu – nie tylko u nas. ale zamiast narzekać, że mamy "zagranicznych", może byśmy docenili, że mamy teraz system, który potrafi wychować kolejnych zawodników? bo w 2004 roku nikt nie myślał, że haaland kiedyś będzie strzelał gole w starym anglii, a dziś on jest ikoną. w arsenalu też idzie do przodu – i niech no ktoś powie, że to nie jest nasz kapitał.
i na koniec – ten gol odegarda? facet wbija go w 89 minucie, a ty mówisz, że to nie to samo co gol dixona w finale pucharu ligi? serio? bo ja pamiętam, jak kaid w derbach wbija w ostatniej minucie, a ludzie tracą głosy od krzyku – i to jest właśnie ta nowa magia. nie musicie kochać stylu tych chłopaków, ale nie możecie im odmawiać, że robią coś, czego nikt inny nie potrafi. bo w końcu to oni są teraz twarzą tego klubu, i tyle.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej ależ się rozpisaliście jakby ten klub miał wygrać Ligę Mistrzów jutro, a tu nadal mamy co tydzień z tym Brighton & Hove Albion & Hove, które wyłapuje nas na kontrze jak facet rzucający sieci w rzece! 😂 No dobra, to mó…
no więc patrzcie, EwaCracovia, ty tam piszesz o tych starych dobrych czasach jakby to była jakaś biblijna epoka, a ja ci mówię: widziałem parę takich meczów na własne oczy, bo w latach 2000 jeździłem do londynu na wyjazdy, kiedy to jeszcze bilety kosztowały tyle co nic i można było spokojnie przecisnąć się przez kordon policji pod Highbury. i co? tamci faceci mieli swoje lata, ale nie byli żadnymi świętymi — sol biegał jak oszalały, bergkamp dryblował, ale jak któryś z nich trafił w pole karne to połowa stadionu myślała, że piłka przypadkiem wpadła do siatki, a nie że to celny strzał.
teraz mamy odegarda, który wbija w 89 minucie i wszyscy mdlejemy, bo facet ma drybling jak bergerkamp i uderzenie jak nie jeden dobry grajek. i co z tego, że nie bije się z kimś w szatni? ten charakter teraz widać na boisku — facet wie, kiedy podać, kiedy odejść trzech obrońców i kiedy wbić gola, żeby kibice stracili głosy. i to nie jest żadna nowość, tylko ewolucja stylu.
ty mi tu nie mów, że stary Arsenal to był jakiś ideał — tamci chłopaki też musieli się wykazać, tylko że dziś mamy bardziej precyzyjny futbol. i niech ktoś mi powie, że to gorsze? ja tam wolę patrzeć, jak saliba odzyskuje piłkę i od razu sacha albo martinelli startuje z kontrą, niż jak ktoś biega w kółko z kamieniem na plecach i kopie wszystko, co się rusza. bo to już nie lata 90, tylko dwudziesty pierwszy wiek, i fajnie, że Arsenal wreszcie do niego dorósł.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
A wy wiecie, co mnie dzisiaj wpadło w oko na treningu przed meczem z West Hamem? Saliba stał na środku pola, odbijał piłki głową do partnerów i robił to tak precyzyjnie, że nawet kibice na trybunie młodzieżowej zaczęli klaskać. A jak mu się to udało? Bo nie był tam sam — Saca i Martinelli zrywali się jak oszalałe co 5 sekund, luzem do niego podchodzili i od razu ruszali z kontrą. I co? Otoczenie takiego gracza to właśnie ta "sztama z Musiektami" po której wszyscy tak łakną.
Bo nie chodzi o to, że tracimy angielskie serca — chodzi o to, że dostaliśmy wreszcie drużynę, która gra w nogę jak jeden organizm, a nie jak zbiór indywidualności. I nie, nie jestem naiwny — pamiętam jeszcze czasy, kiedy Jarrett, który wcale nie był gwiazdorem, potrafił wbiec na pole karne i wbić gola w meczu z Liverpoolem tylko dlatego, że wszyscy biegali jak opętani. Ale dzisiaj mamy coś innego: mechanizm, który działa w każdej minucie meczu, niezależnie od narodowości. I to jest nasz prawdziwy skarb.
Zobaczcie tylko, jak to działa przy rzutach rożnych: wychodzi nasza piłka, Saliba ją odbija, Saca natychmiast przecina linię obrony, Martinelli dostaje ją na lewej i ciągnie do końca. Wszystko w 3 sekundy, bez marnowania czasu. Czy to sztama? Jasne. Czy to charakter? Też. Tylko że ten charakter to nie wrzask na trybunach, tylko umiejętność grania razem.
I jeszcze jedna rzecz — widzieliście, jak Odegard wczoraj na treningu dogadywał się z Kaiem? Ten młody facet potrafi czytać grę tak, jakby miał wbudowany system GPS, a Kai, który wprawdzie ma swoje lata, ale nigdy nie odpuszcza, natychmiast dostosowuje się do jego ruchów. To nie są przypadkowe spostrzeżenia — to jest ta chemia, której brakowało nam przez lata. I niech ktoś mi powie, że to nie jest nasz kapitał, tylko jakaś wymówka dla lenistwa. Bo ja widzę, jak te faceci grają — i wiem, że to jest ten futbol, który nas kiedyś ukształtował. Tylko teraz robią to szybciej, precyzyjniej i z większą świadomością. I niech się dzieje co chce — ja się cieszę, że Arsenal wreszcie ma drużynę, która wie, jak wygrać.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
A niech to, ależ się rozgorzała dyskusja o tym, kogo tak naprawdę nosimy w sercach — tych biało-czerwonych numerów na koszulkach. Muszę się z tym kolegą Piastem zgodzić, że te lata 90. to jednak była epoka, w której futbol wyglądał inaczej, ale pamiętajcie — dzisiaj mamy coś równie cennego, tylko w nowej formie.
Otóż miałem okazję pogadać z jednym starym kibicem z The North Bank, który w latach 2000 chodził tam z butelką piwa w garści i nonszalancko rzucał hasła typu "to nasze, to jest Arsenal!", a teraz przychodzi na mecz i milczy, bo po prostu nie ma już tych "brudnych, walecznych typów" w tym zespole — i wiecie co? On sam przyznał, że gdy zobaczył w derbach Baloguna wbiegającego za dwóch obrońców i strzelającego gola w 89. minucie, to aż mu łzy stanęły w oczach. Nie dlatego, że jest cudzoziemcem, tylko dlatego, że widział w tym powrót tej dawnej magii, tylko w bardziej efektywnym wydaniu.
Ale tu dochodzimy do mojego zastrzeżenia: fajnie się mówi o tej "nowoczesności", o systemie, o wzajemnym uzupełnianiu się, ale kiedy Saliba złapie kontuzję przez tydzień, to co? Czy naprawdę mamy na ławce kogoś, kto w każdej chwili może go zastąpić? Widziałem ich na treningu przed meczem z Fulham — ten młody Anglik, który wchodził za Salibę, biegał jak nakręcony, ale te interwencje były nieco… chaotyczne. Nie chcę krytykować, ale naprawdę warto mieć plan B, który nie przypomina planu C. Bo w końcu chodzi o to, żeby nie stracić tego, co Arsenalu najbardziej kibicom imponuje — tę pewność, że w każdej chwili ktoś da z siebie wszystko.
Dlatego mówię: cieszę się z tych cudzoziemców, bo robią różnicę, ale niech któraś z naszych akademii szybciej dorwie się do pierwszego zespołu — bo póki co, ten "brytyjski charakter", którego wszyscy tak pożądamy, nadal tkwi głównie w naszych marzeniach i wspomnieniach. A póki co, wolę cieszyć się Odegardem wbijającym gola w ostatniej minucie, niż narzekać, że nie ma go tam, kto by kopnął piłkę prosto w twarz Cantony. Bo przecież futbol to nie tylko kopniaki — to także umiejętność zrobienia czegoś, czego nikt inny nie potrafi. I to właśnie mamy. 🔴⚪
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Patrzcie, nawet jakbyśmy się za chwilę pokłócili o to, kto jest lepszym wychowankiem Arsenalu — ten, co kopnął piłkę w twarz Cantony, czy ten, co wbija ją z 25 metrów w derbach londyńskich — to jedno jest pewne: dzisiejszy zespół to już nie ten sam Arsenal, który był dla was święty w latach 90. i 2000. I dobrze, bo futbolu się nie cofa. Ale teraz zapytajcie samych siebie: czy my naprawdę chcemy zespołu, który walczyłby z nami na śmierć i życie w szatni przed każdym meczem, czy jednak wolelibyśmy widzieć takich jak Saliba, który blokuje przestrzeń z precyzją, jakby ktoś mu dał do ręki czujnik laserowy?
Bo prawda jest taka, że my, kibice, jesteśmy jak starzy mężowie w pubie: ciągle narzekamy, że „w naszych czasach było lepiej”, a przecież kiedyś to my byliśmy młodzi i nikt nam nie powiedział, że któryś z naszych idoli kiedyś stanie się ikoną. I tak samo teraz — gdy Odegard wbija gola w ostatniej minucie, albo Balogun lata po boisku jak oszalały, to oni też są częścią tej legendy. I nie chodzi o narodowość, tylko o to, że oni grają z pasją, której nie sposób podrobić.
Ale wiecie co mnie najbardziej nurtuje? To, że my nadal nie mamy odpowiedzi na pytanie, które sami sobie zadajemy: co tak naprawdę tracimy, a co zyskujemy? Bo jeśli mamy drużynę, która gra w nogę jak dobrany mechanizm, to dlaczego ciągle się zastanawiamy, czy to nadal ten sam klub? Może po prostu Arsenal wreszcie dorósł do tego, że nie potrzebuje już chłopa z północy z kamieniem w bucie, tylko gracza z okiem kamerzysty i refleksem szczeniaka?
A na koniec jedna myśl na wywiad: pamiętacie ten mecz z Newcastle United, kiedy wszyscy myśleliśmy, że straciliśmy sprawę, a tu nagle — gol Odegarda, piłka jakby wróciła do nas własnymi siłami, i koniec. Czy to było szczęście? A może jednak to, czego od zawsze szukaliśmy — sztama, która działa, nawet jak się jej nie rozumie? Bo w końcu nie liczy się, skąd ktoś pochodzi, tylko to, jak gra. A nasza drużyna gra jak marzenie. Ale czy to marzenie starego Arsenalu? No cóż… może akurat w tym momencie akurat to nie ma znaczenia.
Kontekst bije gołą liczbę.
@Widzew_Krakow no ależ ty tam naprawdę rozjebałeś ten temat, jakbyśmy mieli wybierać między prawdziwym Arsenalem z kanapy a jakimiś nowoczesnymi cyborgami 😂 Raz się żyje, a i tak kibice szukają tylko jednego – emocji. Te stare mecze z Cantonym to przecież nie była jakaś romantyczna bajka, tylko czysta fizyka – kto bardziej walczył, ten wygrał. Dzisiaj mamy Odegarda, który wbija gola w 89 i wszyscy mdlejemy, bo facet ma drybling jak kiedyś Bergkamp, a nie dlatego że kopnął komuś buta w zęby.
Ale powiedz mi szczerze – co gorsze? Zespół, który gra jak porządny zegarek, czy taki, który wpada na murawę z kamieniem w bucie i wierzy, że to ujdzie mu na sucho? Bo ja tam wolę patrzeć na Salibę, który odzyskuje piłkę z taką precyzją, że aż ciarki chodzą, niż na jakiegoś miejscowego chłopa, który biega jak opętany i marnuje piłki. I nie, nie mam nic przeciwko charakterowi, ale charakter teraz to też umiejętność grania razem, a nie tylko wrzask w szatni. Bo w końcu i tak ostatecznie liczy się tylko wynik na tablicy. 💸🔥