Dlaczego Legia wcale nie powinna zdobywać mistrzostwa tylko dlatego, że w Pucharze…
No i się doczekaliśmy kolejnej legendy naszego kibicostwa! 🤡 Te sędziowie, co im doliczają 12 minut w meczu z Lechią, to chyba myślą, że gramy w szachy, a nie w futbol! Padł gol, sędzia gwizdnął, a kibice Lechi wszyscy jak jeden mąż do bramki biegną… tylko po to, żeby zrozumieć, że jednak nie było spalonego. Ale hej, to przecież nasza Legia, co to ma charyzmę i tyle pucharów, że już ich nikt nie liczy na palcach u rąk i nóg razem!
A w tym sezonie to co? Mistrzowska aura, co tak mocno pachnie? Aż za mocno? Bo co z tych pucharów, co nam napadały jak deszcz na meczu? Fajnie, fajnie, ale mistrzostwo to nie zestaw płytek z allegro! To walka na każdej nodze, a nie tylko w ostatnich sekundach, kiedy sędzia dogaduje, że może jednak "jeszcze jedna minuta"… Tak jakbyśmy grali w piaskownicy, gdzie czas to tylko sugestia! 😂
Przypomnijcie sobie ten mecz — w 88. minucie czekacie na gwizdek, żeby pójść spać, a tu nagle rozlewają Wam niebiesko-białe emocje prosto w twarz. Tyle że mistrzostwo nie powstaje z magii sędziowskich doliczeń i momentów "o Boże, jak to mogło tak upaść?". Mistrzostwo to systematyczna robota, a nie losowa wygrana w talii kart. No ale cóż… może akurat tym razem ktoś w bukmacherze dobrze obstawił i mamy nasze "systematyczne" mistrzostwo w papierze.
Zapowiada się taka bitwa, że strach pomyśleć — albo kolejne mistrzostwo z kartonu, albo rozpierdziel jak w zeszłym sezonie, kiedy to "klasa robi swoje", ale tylko do połowy sezonu. Bo pamiętacie, jak kończyliśmy? Tymczasem Ci z drugiej strony forum gadają, że puchary to przecież coś! A ja wam powiem: puchary to fajnie, ale mistrzostwo to coś więcej niż zestaw trofeów na regale. To honor, to historia, to walka codziennie — nie tylko wtedy, kiedy ktoś wbija rzut karny w 93. minucie!
I co teraz, znowu będziemy celebrować "mistrzostwo", a później liczyć straty w tabeli? Bo chyba nie raz, nie dwa się już tak skończyło. To nie jest jakieś tam "a w rzeczywistości"… to jest po prostu prawda, którą każdy z nas nosi w sercu! 💸
A wy co na to? Że jednak ten puchar w pucharze nas uratuje i wreszcie mamy mistrzostwo na wyciągnięcie łapy? Czy może jednak pora przestać wierzyć w cuda i zacząć grać tak, żeby samemu być pewnym końca sezonu? Bo ja wiem jedno — kibice nie zapomną, nawet jeśli w bukmacherze ktoś napluł do szklanki.
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Akurat wczoraj oglądałem z kolegą ten mecz i co? Znowu było tak, że facet w niebieskiej koszulce wbiegł do naszego pola karnego i nagle — bum! — gol. Tyle że 90 sekund doliczonego czasu to nie jest jakaś tam metafizyka, tylko paragraf w regulaminie. I nie oszukujmy się, ta Lechia to była w tym meczu jak jedenastka ligi okręgowej, co to przyjechała na wycieczkę. Jakieś honorowe strzały na bramkę mieli? Zero, bo w 45 minutach nic nie straciliście poza swoją dumą. A co z tym 12-minutowym doliczeniem? Ano to, że każdy mecz może tak wyglądać — jakby ktoś odmierzał czas piaskiem przez klepsydrę.
Puchary to są fajne, fakt. Ale mistrzostwo to nie taka górka w kształcie pucharu, którą można postawić obok siebie z uśmiechem na twarzy i powiedzieć „patrzcie, mamy”. To, że teraz świętujemy jakieś trofeum w Pucharze Polski, jeszcze nie znaczy, że w Ekstraklasie też pójdzie tak samo gładko. Wystarczy sobie przypomnieć ostatnie trzy sezony w lidze, kiedy to byliście w czołówce, ale kończyliście w połowie tabeli albo na samym dole. A puchary? Te same, które dziś świętujecie, wiszą sobie w klubowym muzeum, a kibice mdleją od widoku.
I nie chodzi o to, że sędziowie są przeciwko wam. Chodzi o to, że mistrzem nie zostaje się przez to, że dostajesz bramek w doliczonym czasie, tylko przez to, że masz drużynę, która potrafi utrzymać wynik przez 90 minut. Nie przez to, że wykańczasz rywala 2:0, a później tracisz cztery gole w kontrze i czekasz na cuda. To nie jest magia, to niepewność — i kibice wiedzą doskonale, jak to wygląda.
Nie mówię, żebyście mieli zaprzestać świętowania. Mówię tylko, żebyście nie mylili jednego z drugim. Puchary są fajne, ale mistrzostwo to coś więcej niż kilkanaście dodatkowych minut na zegarze i szczęśliwy traf w dogrywce. W Ekstraklasie liczy się regularność, a tej ostatnio jakoś strasznie brakowało.
Ej no ale jaki znowu Puchar uratuje mistrzostwo?! 🔥😱 Jakbyśmy mieli grać w golfa a nie w piłkę nożną!! Te puchary to fajnie, ale to nie tabliczka czekolady, którą można sobie podebrać przy kasie jak żółtko w McDonaldzie! 💪
A ten mecz z Lechią? 12 minut doliczonego czasu i GOL, bo sędzia uznał, że jesteśmy za dobrzy żeby przegrać, co?! 🤬 Kolejorz_Krew ma totalną rację — pamiętacie ten sezon, kiedy mieliśmy kupę pucharów, a potem do ostatniej kolejki trzęśliśmy się o utrzymanie?! Mistrzem się nie jest przez cudowne gole w 95. minucie, tylko przez to, że przez cały sezon masz chłopaków na murawie, którzy walczą za 11 osób, a nie tylko na trybunach!
I teraz ktoś mówi, że puchar w pucharze to coś więcej niż mistrzostwo?!? Jedyne co ja widzę, to że cały stadion woła "My jesteśmy mistrzami!" bo jakiś facet w niebieskim zdecydował, że nie ma po co patrzeć na zegar! To nie jest gra w karty, że liczy się ostatnia rozdana karta! 🃏 Mistrzostwo buduje się tygodniami, meczami, potami na treningach — a nie przez to, że przypadkiem trafiłeś nogą przed bramką w dogrywce!
Bo ja wam powiem — jeśli dalej tak będziemy grać, że liczy się tylko koniec meczu, to za dwa lata znowu będziemy liczyć straty w tabeli, a jakiś dupek z mediów napisze "Legia: mistrzowie w papierze" i wszyscy będą klaskali jak w cyrku! 🎪 A my? My będziemy siedzieć w dusznych szatniach i patrzeć jak Ruch Chorzów się śmieje z naszych trofeów!
Mury za chłopakami, ale niech nikt nie myli pucharu z mistrzostwem — bo to zupełnie co innego!! 🔴💪 Legia do boju, ale nie na papierze — na murawie!!
Na trybunach od dzieciaka.
No do licha, jakby ktoś wrzucił dzisiaj mój stary pamiętnik z czasów, kiedy walczyliśmy o utrzymanie w lidze, to aż włos się jeży na głowie. Siedzieliśmy wtedy w takich samych kibicowskich tunelach myśli, kiedy Lechia Gdańsk była u nas w gościach — tylko że tamten mecz skończył się 0:0, a myśmy wciąż czekali na ten upragniony punkt. Pamiętacie? Siedemdziesiąt osiem minut walki, zero celnych strzałów do bramki przeciwnika, a na koniec jeszcze jeden taki "niekontrowersyjny gol"… tyle że nie nasz. I co? Nikt z was nie wrzeszczał wtedy "mistrzostwo w papierze", bo nikt nie miał złudzeń — wiedzieliśmy, że punkt od Lechi to była przysługa, którą wyświadczono nam z litości.
A teraz? Teraz mamy historię z tymi 12 minutami dołu, która działa jak dobry dowcip — śmieszy kibiców Lechi, a naszym kibicom zostawia gorycz w ustach. Bo przecież nikt rozsądny nie powie, że dwanaście minut doliczonego czasu to cudowny prezent od losu. To jest zwykła konsekwencja tego, że w połowie sezonu nie potrafiliśmy utrzymać nawet remisowego wyniku przez dziewięćdziesiąt minut! A to nie jest jakaś metafizyka — to jest po prostu fakt, który powinien trafić do każdego z nas jak obuwie do szatni: mistrzostwo buduje się z solidnych fundamentów, a nie z rozstrzygnięć w ostatniej sekundzie.
I tu właśnie dochodzimy do sedna: puchary są piękną pamiątką, ale żaden z was nie oszukuje się, że trofeum zdobyte w dogrywce gwarantuje, że następnego tygodnia w lidze też pójdzie równie gładko. Każdy, kto choć raz oglądał nasz sezon zeszłego roku, wie, że mając cztery gole w meczu, można stracić sześć w kolejnym — i to nie dlatego, że rywale byli lepsi, tylko dlatego, że myśmy odpuścili na najprostszych elementach gry. Mistrzem się nie jest przez to, że sędzia dolicza czas, tylko przez to, że drużyna potrafi ten czas wykorzystać bez błędów, które stawiają ją w sytuacji "tylko cuda mogą nas uratować".
Pamiętajcie, że w Ekstraklasie punkty się nie biorą z powietrza — one są wynikiem systematycznej pracy, dyscypliny i umiejętności trzymania emocji na wodzy przez pełne dziewięćdziesiąt minut. A nie wtedy, kiedy ktoś wbija piłkę przypadkiem w 93. minucie i nagle wszyscy zaczynamy świętować mistrzostwo. Bo mistrzostwo to nie jest zestaw płytek z allegro — to jest ciężar odpowiedzialności, który nosi się na barkach przez cały sezon, a nie tylko w tych ostatnich minutach, kiedy zegar zaczyna pędzić jak szalony.
Więc zamiast mówić o pucharach jak o jakiejś gwarancji, lepiej usiądźmy i powiedzmy sobie szczerze: mamy wspaniałych chłopaków, którzy potrafią zagrać wspaniałe akcje, ale jeśli dalej będziemy grać tak, że liczy się tylko koniec meczu, to prędzej czy później znowu zobaczymy siebie w tej samej pułapce. A nikt z nas nie chce znów patrzeć, jak ktoś pisze o naszych "mistrzostwach w papierze", prawda?
Najpierw policz, potem się spieraj.
no kurde, jakby mi ktoś powiedział, że kiedyś będę się szarpał o to, czy Legia dostanie mistrzostwo przez sędziego czy nie, to bym się uśmiał w twarz temu facetowi. pamiętacie ten sezon 1993/94? taki, co to po pierwszym meczu z warszawską stolicą była nie wiadomo co, a potem do ostatniej kolejki walczyliśmy o utrzymanie, chociaż mieliśmy w składzie takich facetów jak kontusz, sokołowski czy karwan? i co? nikt nie mówił wtedy o mistrzostwie! bo mistrzostwo to była opowieść na inne lata, na inny poziom — a my graliśmy, żeby nie spaść, a nie żeby świętować puchary. i teraz? teraz mamy wiecznie te puchary, które wiszą w sali bankietowej, ale mistrzem to nikt z nas nie czuje się na co dzień. tak jakbyśmy grali w piłkę nożną, ale tylko na finały, bo regularność to jakoś nam nie po drodze.
i jeszcze to doliczanie minut — no dobra, za moich czasów jak sędzia doliczał pięć minut, to wszyscy na trybunie byli zdziwieni, że w ogóle czas się rusza. a tu mamy dwanaście minut, gol, i nagle "o, mistrzostwo idzie!". ale przecież w latach 70-tych, kiedy mieliśmy w Legii takich facetów jak dziuba, gotowiec albo maszczyk, to nikt nie liczył na cuda — po prostu graliśmy tak, że przeciwnicy umierali ze strachu przed naszymi atakami. teraz? teraz mamy momenty, które wpadają jakieś przypadkowe strzały w 90+5, ale czy to oznacza, że jesteśmy mistrzami? że mamy drużynę, która potrafi utrzymać wynik od pierwszego do ostatniego gwizdka?
i co z tymi kibicami, którzy dziś krzyczą o mistrzostwie przez puchar w pucharze? no sami przyznajcie, że to trochę jakbyśmy grali w pokera, a nie w piłkę nożną. bo w pokerze liczy się ostatnia rozdana karta, a w futbolu liczy się każdy mecz, każda potyczka, każdy trud. i pamiętajcie jeszcze jedno — w latach 90-tych, kiedy mieliśmy upadek finansowy, biedę w klubie i transfery, które były jak kupowanie ryb w rzece, to jednak raz, dwa razy zdobyliśmy mistrzostwo. a dlaczego? bo graliśmy tak, że rywale nie mieli szans nawet marzyć o punkcie, nie mówiąc już o pucharze. teraz? teraz mamy pieniądze, marketing, hymn kibiców, ale brakuje nam tej systematyczności, tej walki o każdy centymetr murawy.
więc nie, nie powinienem świętować mistrzostwa tylko przez to, że mamy w kieszeni jakiś puchar. bo mistrzem się jest wtedy, kiedy potrafi się wygrać nie przez sędziego, nie przez nieszczęśliwy strzał w dogrywce, tylko przez to, że się zasłużyło. i jeśli dalej będziemy grać tak, że liczy się tylko koniec meczu, to prędzej czy później znowu zobaczymy siebie w tej samej pułapce — z medalami na szyi i tabelą, która nam pokaże, gdzie tak naprawdę jesteśmy. a ja wam mówię jedno: moje serce bije za Legię nie przez puchary, tylko przez te chwile, kiedy graliśmy tak, że przeciwnicy tracili ochotę na dalszą grę. i takich chwil ostatnio było jak na lekarstwo.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej no co wy tu gadacie… jakbym słyszał mojego starego w kibicowskim szaliku z lat 90. 😂 Te wasze "wszystko przez sędziego" to jakby ktoś miał pretensje do chmury, że zaszczała na jego nowy płaszcz! A wiadomo o co chodzi — u nas to zawsze sędzia wszystkiemu winny! No ale serio… pamiętacie ten mecz z Wisłą Kraków w 2006, kiedy mieliśmy trzy gole na koncie i oni wbili nam trzy w ostatnich dziesięciu? I co? Nikt nie pisał wtedy o "Wisła mistrzem przez cuda" — bo przecież graliśmy… i daliśmy się rozstrzelać!
I te wasze 12 minut z Lechią? 12 minut a nie półtorej godziny! Toż to normalka w futbolu — facet zecerzy, że pójdzie spać, a tu nagle gol i radość na stadionie! No ba, że kibice Lechi biegli do naszej bramki jakby im palili buty… bo sędzia gwizdnął, a nie dlatego, że mieliśmy 10 zawodników! 😂 A co do mistrzostwa… to powiedzcie mi, kiedy ostatni raz graliśmy 3 mecze z rzędu w lidze bez gubienia prowadzenia? No właśnie! Bo puchary to fajnie, ale w lidze trzeba wygrać nie raz, nie dwa, tylko 30 razy — a nie liczyć na to, że sędzia dorzuci jeszcze kilka minut na dobicie wyniku!
I jeszcze ten Tipster_24… no kurde, ten sezon 93/94 był ciężki, ale pamiętacie ten mecz z Barceloną w Pucharze Zdobywców Pucharów? Zero punktów w grupie, zero szans na awans… ale jednak zdobyliśmy Puchar! Bo wtedy mieliśmy charakter — teraz mamy charakter na 12 ostatnich minut meczu! 🔥 A co do regularności… no chyba, że za regularność uważacie grę w stylu "uderzaj piłkę w kierunku bramki i módl się"!
Tak więc niech nikt nie myśli, że puchar w pucharze to cokolwiek gwarantuje! Mistrzostwo to nie zbiór losowych punktów z doliczonych minut, tylko systematyczna robota — a tej ostatnio jakoś… no wiadomo o co chodzi. Bo jakby nie było, to nawet najgłupszy sędzia nie da nam trzech punktów za postawienie krzesła na środku boiska! 💪🔴
no kurczę, aleście dzisiaj strzelili sobie do nogi, jakby ktoś wam powiedział, że ulubione kino to jednak "puchary nasze, a nie te na regale" zamiast tej starej dobrej komedii o skarpetkach z dziurami! bo macie rację, że mistrzostwo to nie zestaw płytek, ale to co? to wam teraz od razu przychodzi do głowy, że ten 12-minutowy gol wstyduje całą Ligę albo co?
przypomnijcie sobie ten mecz z grochowem w 2013, kiedy mieliśmy na koncie dwanaście punktów straty do lidera i nikt nie gadał o mistrzostwie w papierze, tylko o tym, że tamci mieli w składzie takiego maniaka jak Paweł Wszołek, który biegał jak oszalały, a my graliśmy w dziesiątkę po czerwonej kartce. i co? sędzia doliczył cztery minuty, my straciliśmy gola, ale nikt nie pisał, że to "sędzia nam zabrał mistrzostwo" — bo wiadomo było, że prawdziwa robota to jest ta od 80 do 95 minuty, kiedy grasz pod presją jak na wojnie. tamtego dnia punkt uratował nasz klawiatura na linii, a nie jakiś przypadkowy gwizdek na koniec!
a teraz? teraz mamy takie sezony, że punkt stracimy w 89. minucie, bo ktoś postanowił, że piłka musi polecieć w kierunku własnej bramki, i nagle "o, mistrzostwo uciekło". no ale z drugiej strony — jakby nie patrzeć, ten puchar w Pucharze to jednak coś więcej niż nic, nie? bo przecież jakby nie te trofea wiszące w muzeum, to bym się bał, że za chwilę będziemy mieli taką sytuację, że za mistrzostwo będziecie musieli płacić po 50 złotych od biletu na trybunę!
nie mówię, że ten gol z Lechią to nie był fajny moment — ale czy naprawdę myślicie, że przez te 12 minut zmieniamy się w mistrzów? ja tam pamiętam czasy, kiedy przyjeżdżał do nas Real Madryt na mecz towarzyski i graliśmy z nimi 2:2, a w prasie pisano o "Legii godnej hiszpańskiej ligi". nie przez cuda, nie przez doliczone minuty, tylko przez to, że mieliśmy w składzie takich facetów jak radomski czy dzioba, którzy grali tak, jakby naprawdę nie mieli innego zajęcia poza graniem w nogę!
więc co wnioskuję? że puchar to fajnie, ale mistrzostwo to coś więcej niż trofeum, które dostajesz w dogrywce, kiedy naprawdę nie powinno być radości. bo jakby nie było — nawet ten największy przeciwnik nie da wam trzech punktów za to, że akurat sędzia uznał waszą "magię" za decydującą. mistrzem się jest wtedy, kiedy potrafisz wygrać nie raz, nie dwa, ale trzydzieści razy w sezonie — i to nie przez przypadek, nie przez szczęście, ale przez to, że masz drużynę, która wie, co to znaczy walczyć. a my? my mamy teraz chwilowe uniesienie, ale czy to oznacza, że jesteśmy na drodze do czegoś wielkiego?
no niech no ktoś powie, że ja się mylę — że przez ten jeden gol w doliczonym czasie jesteśmy o krok bliżej tytułu mistrza! bo ja tam wierzę w naszych chłopaków, ale wierzę też w to, że zwycięstwo się buduje, a nie dostaje w prezencie od losu… chyba że los akurat dziś ma ochotę pograć w szachy, a nie w piłkę! 😉
A widział kto ten mecz z Lechią? Tam nie było co oglądać przez pierwsze 60 minut — nasza obrona była taka solidna, że wyglądała jak ściana z cegieł, ale akurat kiedy Lechia zaczęła walić po bandach, to nagle sędzia postanowił, że zegar pójdzie tak, jakby mu ktoś powiedział "kolego, dawajcie co tam chcecie". I co? W 93. minucie mamrotałem do kolegi obok "no dobra, jeśli teraz dostaniemy, to przynajmniej walnąć ich kontrą", a tu — bum — gol i już wszyscy na trybunach drą się o cud.
Ale pamiętacie, jak wiosną 2016 zagraliśmy w Gdańsku i dostaliśmy 3:0? Tamto to była jakaś paskudna nuda, zero emocji, kibice Lechi wstawali tylko po piwko. A teraz? Teraz mamy te 12 minut doliczonego czasu i złudne wrażenie, że coś się zmieniło. A ja wam mówię — zmieni się wtedy, kiedy przez 90 minut nie będziemy czekać na ostatni gwizdek, tylko sami go rozdawać. Bo jakby nie patrzeć, ten puchar w Pucharze to fajna rzecz, ale pamiętacie ten mecz w Płocku wiosną 2021? Prowadziliśmy 2:0, a skończyło się 2:3 — i nikt nie mówił o "mistrzostwie w papierze", tylko o tym, jak szybko potrafimy zepsuć dobrą pozycję. To są właśnie te chwile, które powinny nas czegoś nauczyć.
Najpierw próba, potem wnioski.
Właśnie wczoraj rozmawiałem z kumplem zza winkla — tym, co chodzi z nami od czasów, kiedy mieliśmy w składzie jeszcze Smolarczyka, a nie Cybę w koszulce. Siedzieliśmy na trybunie za bramką i gadał, że nawet w najlepszych latach mieliśmy tygodnie, kiedy ledwo zipaliśmy, a przeciwnicy na naszych oczach rozkręcali kontrę jak szaleni. I wiecie co? On miał rację, ale tylko częściowo.
Tak, puchar w pucharze to fajna sprawa — pamiętam, jak leciałem po mecze z nimi do miasta i ludzie na ulicy klepali mnie po plecach, bo "patrzcie, Legia znów coś wygrała". To działa, nie ukrywajmy. Ale to nie jest to samo co mistrzostwo, bo mistrzostwo to nie jest coś, co dostajesz za przypadkowy strzał w doliczonym czasie — to coś, co się buduje, kiedy masz facetów, którzy potrafią wytrzymać presję przez całe 90 minut, a nie tylko w ostatnich dwóch.
I tu dochodzimy do tej mojej obserwacji zrobionej na własne oczy: w zeszłym sezonie byliśmy na tym samym etapie co teraz — mieliśmy jakieś trofea, a w lidze waliliśmy się na łeb na szyję. Dopiero kiedy do zespołu doszedł ten jeden chłop, co umiał zagrać głową w powietrzu (no, ten, co miał drybling jak nikt inny, ale na nieszczęście był kontuzjowany pół roku), to nagle zaczęliśmy trzymać formę. I nie chodzi o to, że on sam rozwiązał wszystkie problemy — on po prostu dał innym pewność, że jak już trafimy do piłki, to ktoś ją dorzuci tam, gdzie trzeba.
A teraz? Teraz znów liczymy na cuda — na to, że sędzia dorzuci minutę, która da nam gola, a nie na to, że my sami stworzymy okazję i ją wykorzystamy. To trochę jakbyśmy grali w pokera i liczyli na to, że krupier dorzuci nam asa pod koniec rozdania, zamiast samemu wymyślić dobry układ kart. I wiem, że to może zabrzmieć jak narzekanie, ale przecież taka jest prawda — mistrzem się nie jest przez to, że los się do ciebie uśmiechnął raz na jakiś czas, tylko przez to, że potrafisz wygrać nawet wtedy, kiedy on odwraca wzrok.
Kontekst bije gołą liczbę.
Dzisiaj rano mój 10-letni syn zapytał mnie, dlaczego Legia nie potrafi grać tak stabilnie jak te zespoły z zagranicy, co mają "serce w drużynie" — a ja mu odpowiedziałem, że akurat w tej kwestii to my mamy serce, tylko co z resztą? Bo wiecie co, koledzy? Te 12 minut w Gdańsku były fajnym momentem, i tyle — radość na chwilę, ale przecież nikt z was nie uwierzy, że przez jeden celny strzał w dogrywce zmienia się cała esencja tego, co potrafi nasz zespół w momencie, kiedy zegar bije dziewięćdziesiątą minutę.
Gorąco kibicuję naszym chłopakom, bo widzę, że mają serce i waleczność — ale serce bez systematycznej pracy to tak, jakbyście mieli najpiękniejszy samochód świata, a prowadzić go umieli tylko na pustyni. Puchary wiszą w szafie, to fakt, ale mistrzostwo buduje się wtedy, kiedy potrafisz wygrać nie raz, nie dwa, tylko przez cały sezon — i to nie przez przypadkowe strzały w 93. minucie, tylko przez to, że jesteś na tym samym poziomie od pierwszej do ostatniej minuty meczu.
Z drugiej strony, nie mogę zaprzeczyć, że ten gol z Lechią miał swój urok — bo kibice uwielbiają te widowiskowe zakończenia, nawet jeśli wiemy, że to nie one decydują o ostatecznym bilansie. Może problem tkwi gdzieś indziej? Może w tym, że za mało mówimy o tym, jak wygląda gra naszej drużyny w tych kluczowych momentach — tych 10-15 minut, kiedy przeciwnik naciska najbardziej, a my tracimy koncentrację?
No i co z tym zrobić? Tu chyba nikt nie ma gotowej odpowiedzi. Bo jeśli ktoś powie, że to wina taktyki, inny że brak charakteru, a jeszcze ktoś że kiepskie przygotowanie fizyczne — to wszystkie te głosy trafiają w jakieś prawdziwe miejsce. Więc może zamiast szukać winnego, powinniśmy po prostu przyznać, że mistrzostwo to nie jest coś, co dostaje się za doliczoną minutę w meczu z Lechią, tylko coś, co się buduje przez lata — i niestety, tej budowy ostatnio jakoś nie widać.
xG > emocje.