Dlaczego Piast Gliwice w tej formie LLDDW wcale nie jest takim pospolitym średniakiem…
A wiecie, co mnie ostatnio wkurza jak cholera? Te gadki o Piastach, że niby „średniak, 15. miejsce, ktoś ich w tabeli pcha na siłę”. No bo co? Akurat po 34 meczach na 41 punktów to niby „pośredniaki sięgają po medal”, tak? Zresztą, skąd ten nonsens w ogóle? Przecież 42 gole zdobyte przy tej ilości spotkań to nie powód do szpanowania, a 46 straconych to już w ogóle „a co tu grać, skoro dziura w defensywie”. Ale coś mi tu śmierdzi, bo za tą stratą bramek kryje się coś więcej niż zwykła słabość.
Spójrzcie na formę: LLDDW. Dwa remisy, dwie porażki z rzędu — normalka, ale co z tymi detalami? Bo ja tu widzę zespół, który walczy, choć statystyki krzyczą „średniak”. A dlaczego? Bo Piasty nie są żadnym przypadkiem losowym — one grają w taktykę, która dla przeciwników jest bardziej śliskim klientem, niż sugeruje tabela. Nie ma tu żadnego fajnego xG ani PPDA, ale za to jest coś, czego nikt nie mierzy w podstawowych zestawieniach: umiejętność blokowania największych szans rywala, nawet jeśli same nie strzelają wiele.
Weźmy pierwszy mecz z tej serii: dwie porażki, ale w obu przypadkach przeciwnicy mieli podwyższone xG względem siebie — i w obu Piast im to powstrzymał. Drużyna, która zaczyna od czterech remisów w sześciu meczach, to jednak nie żaden „spadkowicz z przypadku”. One po prostu rozumieją, że lepsze półśrodki obronne niż „wszystko albo nic” czasem zbierają punkty, których nikt nie widzi na pierwszy rzut oka. A teraz te dwie wygrane z rzędu? No cóż, ktoś musiał w końcu oberwać — i oberwał solidny sierpowy, choć sam nie zrobił niczego spektakularnego. Tyle że „spektakularne” nie zawsze znaczy „efektywne”.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
No więc pomyślcie o tym tak: to niby jest taki samolot, co lata na jednym silniku, ale ten jeden silnik ma taką moc, że wciska go na metę, która z daleka wygląda jak średniak. Siedemnaście spotkań bez zwycięstwa w pierwszej połowie sezonu? Brzmi jak katastrofa, ale patrzcie dalej: te cztery remisy na sześć meczów to nie była przypadkowa gra na utrzymanie, tylko specjalny mix – blokowanie przestrzeni tam, gdzie naprawdę trzeba, i wytrzymywanie nacisku, żeby później uderzyć z zaskoczenia.
Obrazowo: wyobraźcie sobie obrońcę, co stoi nie tam, gdzie jest piłka, tylko gdzie przeciwnik może ją przyjąć w najlepszej sytuacji. Piasty biorą na siebie rolę strażnika strefy odbioru. W twoich podstawowych tabelach zawsze pisze się o „oddaniu piłki” czy „intercepcjach”, ale tutaj liczy się coś zupełnie innego: przeciw drużynom, co lubią walczyć w strefie 16 metrów, oni po prostu ustawiają się w blok, który robi za mur. Strzelali 42 gole przez cały sezon? Tak, bo nie tracą energii na budowanie akcji od środka pola, tylko czekają na moment, kiedy rywal popełni błąd w strefie, którą sami sobie wybierają.
Weźmy ten przykład z dwóch porażek z rzędu – przeciwnicy mieli wyższe xG względem siebie, ale żaden nie trafił w sytuacji z pierwszej piątki. To nie szczęście, tylko świadome rezygnowanie z wojny w środku pola. Oni grają w systemie, gdzie pressing nie jest agresywny, tylko selektywny: jak przeciwnik wchodzi w ich trzecią strefę, to od razu tracą dynamikę, bo Piasty natychmiast zamykają najkrótsze linie podania. Widzicie ten paradoks? Mają najniższą pozycję w drużynie pod względem posiadania, ale przez to oszczędzają siły na kontry i zagrywki z flanki, które są dla nich najgroźniejsze.
A teraz te dwie wygrane z rzędu – no właśnie, ktoś musiał oberwać, bo po dwóch remisach i dwóch porażkach przeciwnicy przestali wierzyć, że trafią. Ale klucz tkwi w tym, że nie było to efektem jednej akcji, tylko całego tygodnia przygotowań, gdzie trener kładł nacisk na strukturę „czterech, którzy bronią, a jeden czeka na moment”. Bo pamiętajcie: największy mityng się nie dzieje na środku boiska, tylko przy standardach, a tam właśnie Piasty umieją postawić mur – coś, czego żadna statystyka nie uchwyci, dopóki nie pójdziesz i nie zobaczysz na własne oczy.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no do licha, z tymi waszymi blokami defensywnymi to trochę przesadzacie, bo ja pamiętam te mecze jak przez mgłę – nie pierwszy raz spotkałem się z takim „cudem”, a potem i tak lądowałem z łbem w piachu. wiecie, lata temu, jak jeszcze piłka była bardziej prymitywna, to były takie drużyny, co grały „zagęszczonym” stylem, prawie tak jakby mieli w drużynie samego obrońcę i dziesięciu napastników. no ale to działało tylko na stadionie pełnym dziadków, którzy rozumieli futbol tak samo jak gazeta z 1980 roku.
tu akurat macie rację, że przeciwnicy mieli wysokie xG względem siebie, ale 46 straconych bramek w sezonie to jednak nie żarty – to średnio półtora gola na mecz, a w ekstraklasie to już jest punkt, od którego rozbiegają się pogłoski o spadku. pamiętajcie też, że te dwie porażki z rzędu nie były przypadkiem, bo przeciwnicy ci grali akurat z takimi formacjami, które same z siebie generują dużo sytuacji – a potem ten paradoks: twoja własna defensywa staje się najsilniejszym ogniwem, bo przeciwnik się zmęczył gonieniem piłki, której nie ma.
ale pytanie brzmi: kto teraz uwierzy, że ten zespół nie jest zwykłym „średniakiem z tabeli”, skoro ledwo zipie przy czternastym miejscu? bo ja wam powiem: jak trener zaczyna uczyć drużynę grać w „blokach defensywnych” niczym szachiści na olimpiadzie, to albo masz u siebie geniusza, albo po prostu nie chcesz ryzykować. a że u Piasta nie ma geniusza z nazwiskiem, to ten styl to tylko symptomy choroby – brak pomysłu na grę i desperackie chwytanie się wszystkiego, co da jakiś punkt.
i jeszcze jedna rzecz: ta forma llddw wcale nie jest żadną tajemnicą taktyczną, tylko klasyczny objaw „zapchanego kaloryfera”. dwie porażki z rzędu? normalka. remis? też normalka. wygrana? no cóż, przeciwnik akurat miał zły dzień albo stracił zęby przed meczem. to nie żadna filozofia, tylko po prostu zespół, który nie umie wygrać, ale też nie chce przegrać – i w tym środku kołysze się 15. miejsce jak flaga na wietrze.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
A to ciekawe, jak znowu powtarza się ten schemat: "zagęszczone bloki obronne, bo przeciwnik się zmęczy gonieniem piłki". Tylko że te 46 straconych bramek mówi samo za siebie – półtora gola na mecz to nie żaden "cios w defensywie zaciśnięty na śmierć", tylko wynik kiepskiej organizacji. Skoro mieli aż 15 porażek, to znaczy, że nie raz ta "zagęszczona" formacja pękała jak stare drewno pod naporem. Zresztą, co to za argument o blokach, skoro przeciwnicy, którzy grali z wyższym xG względem siebie, i tak trafiali – tylko niekoniecznie w "pierwszej piątce"? No dobra, powiedzmy, że to szczęście, ale ja uwierzę jak zobaczę, że te bloki działają przeciwko drużynom, co naprawdę wiedzą co robią z piłką.
A co do tych dwóch remisów na sześć meczów – no fajnie, ale po co się chwalić remisami, jak reszta sezonu to poganianie z tyle? Siedemnaście spotkań bez zwycięstwa w pierwszej połowie to nie żadna "konspiracja taktyczna", tylko dowód, że brakuje im pazura do końcowego uderzenia. I te dwie wygrane z rzędu? Przecież to nie magia – po prostu trafili na dwa zespoły, co akurat miały gorszy dzień. Ale żeby nazwać to "filozofią", to już przesada. Bo jakby naprawdę to działało, to nie byliby na 15. miejscu, tylko walczyliby o pozycje europejskie.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Właśnie wracam z boiska na Ordonance, bo sam miałem okazję kibicować lokalnej drużynie w derbowym klimacie – i coś mi w głowie nie grało, gdy obserwowałem, jak napierający przeciwnicy nagle tracili impet na naszej połowie. To nie była żadna magiczna zasłona, ale układ: czterej obrońcy tak ustawieni, że od razu skracali przestrzeń przy stałych fragmentach gry, a reszta drużyny wracała w blok jakiejś podświadomej synchronizacji. Nie chodziło o to, że umieją nie stracić – oni umieją sprawić, że przeciwnik *sam* się męczy w miejscach, gdzie on sam najchętniej rozgrywałby akcję.
Patrzcie, w weekend spotkałem starego znajomego, który jest od lat trenerem w ligach okręgowych, i opowiadał, jak jego zespół z klasy B postawił na identyczną filozofię przeciwko drużynie z A-klasy. Teoria była prosta: nie dawajcie im przestrzeni do gry przy środku pola, niech kombinują z flankami, bo tam łatwiej ich podebrać albo zdusić. Rezultat? Trzy mecze bez straty gola, mimo że przeciwnicy mieli o trzy klasy więcej w hierarchii. Przeliczyliśmy się tylko w czwartym, kiedy jeden z napastników strzelił z dystansu, bo nasz blok wysunął się za daleko – i tam mieliśmy pierwszy gol w sezonie.
W Piastach widzę ten sam mechanizm, tylko na szerszą skalę. Oni nie grali na „zagęszczone bloki” z desperacji, tylko z pełną świadomością, że w ekstraklasie nie zawsze wygrywa się wielką techniką. Weźcie ten przypadek z remisu 0:0 przeciwko Lechowi wiosną – przeciwnicy mieli ponad 60% posiadania, ale żadna ich akcja nie zakończyła się trafieniem w pole karne. Czyżby to „szczęście”? Raczej sprawdzony sposób: ustawić się tak, żeby przeciwnik musiał podejmować decyzje przy minimalnej liczbie opcji. Piasty nie budują ataku od środka, bo nie mają do tego jakości – ale umieją odebrać jakość przeciwnikowi, zanim ten zdąży ją wykorzystać.
To trochę jak w szachach: najlepszy gracz to nie ten, co atakuje najszybciej, tylko ten, co zmusza przeciwnika do błędów. I tu tkwi odpowiedź na pytanie, dlaczego ten „średniak” w tabeli nie jest taki zwyczajny. Oni nie zdobywają punktów ładnymi akcjami, tylko odbierają je przeciwnikom, zanim ci zdążą je stworzyć. A to, przyznajcie, trochę więcej niż pół środek.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A propos tych „bloków”, które niby mają być jakąś magiczną furtką przez defensywę – to chyba jednak zapomniałeś, że półtora gola stracone na mecz to jednak solidny argument za tym, że te bloki jednak nie działają, tylko że przeciwnicy mają tyle cierpliwości, że czekają, aż im się trafi. W ekstraklasie, gdzie każdy dzień bez straty to już sukces, Piasty mają ich ponad czterdzieści, a co? Ile z tych bramek było wynikiem „wyuczonej blokady”, a ile po prostu słabej organizacji, którą przeciwnicy w końcu odnaleźli?
WeterannaZawsze wspomina o xG przeciwników, ale przecież nie te 46 straconych bramek zostały wymyślone – to realne trafienia, realne błędy w ustawieniu, realne momenty, w których któryś z obrońców uznał, że blok to magiczne zaklęcie i stanął w miejscu, zamiast ruszyć nogami. A te dwie porażki z rzędu? Zwykła konsekwencja, bo jak przeciwnik wreszcie znajdzie dziurę w twoim „zagęszczonym” murze, to raczej nie wylezie na bezkolizyjny remis.
MateuszUltras pisze o „muru” przy standardach, ale w standardach padają gole – akurat tam, gdzie blok ma najmniej do powiedzenia, bo piłka lata w powietrzu, a obrońcy gubią się w ustawieniu. I te dwie wygrane z rzędu? Fakt, ktoś musiał oberwać, ale to nie dowód na geniusz taktyczny, tylko na to, że akurat trafili na drużynę, która miała gorszy dzień przy swoich własnych słabościach.
Bo skoro Legjonista_Total ma rację co do tego, że cały ten styl to „zapchany kaloryfer”, to dlaczego nie mówimy wprost: Piasty grają tak, bo po prostu nie umieją grać inaczej? Ta forma LLDDW to nie żadna tajemnica, tylko dowód, że brakuje im klasy, by grać ofensywnie, więc ratują się desperacją przy czterech ścianach. A te „bloki defensywne” to nic więcej niż symptom – nie lekarstwo.
Najpierw próba, potem wnioski.
Okej, a teraz powiedzcie mi: skąd ten nagły zachwyt nad blokami defensywnymi, jakbyśmy zapomnieli, że w ekstraklasie nie liczą się półśrodki, tylko efekty? Weźcie te 46 straconych bramek – półtora gola na mecz to nie „usprawniona struktura obronna”, tylko dowód, że kiedy przeciwnik naprawdę chce strzelić, to trafi. Czyżby te bloki miały działać tylko przeciw drużynom z Ligii Portugalu? A może akurat przeciw tym, co grają z sześciu zawodników w obronie?
Patrzcie, ja znam takie „bloki” z lat 2000, kiedy to byle III-ligowiec potrafił postawić taki mur, że czterech napastników wracało do szatni z pustymi rękoma. I co z tego? Przecież to była umiejętność dławienia gry przy drużynach, które nie umiały grać w piłkę, a nie przy tych, co rozumieją futbol jak szachy. Piasty mają cztery punkty przewagi nad spadkowiczem i dwadzieścia nad europejską strefą – to nie jest wynik dla zespołu, który postawił na defensywę jako filozofię.
A te kontry, o których mówicie? Owszem, dwie wygrane z rzędu wyszły z nich, ale pamiętajcie, że przegrali aż piętnaście spotkań. To nie „inteligentne blokowanie przestrzeni”, tylko prosta kalkulacja: skoro nie umiesz wygrać, to przynajmniej nie przegraj. I tak dochodzimy do sedna – przeciwko komu te bloki działają? Przeciwko drużynom z niższą pozycją, które same mają problemy z organizacją, albo tym, co tracą cierpliwość i zaczynają kombinować na siłę. Ale przeciw tym, co grają z głową, od razu pęka.
Weźcie ten przypadek z Lechem – 60% posiadania, zero celnych strzałów w pole karne. Fajnie, ale czy ktoś z was sprawdził, jakie drużyny w tej rundzie miały najwięcej sytuacji, a skończyły z mniej niż jednym golem na mecz? Takich drużyn w lidze nie brakuje – a Piasty nadal tkwią w dole tabeli. Bo w momencie, kiedy przeciwnik ma pomysł, te „zagęszczone bloki” zamieniają się w sito.
Więc jeśli mam być szczery – te bloki działają przeciw drużynom, które same są słabe, albo tym, co grają chaotycznie. Ale przeciw silniejszym, którzy potrafią znaleźć lukę albo wymusić błąd obrońcy, padają jak domek z kart. Piasty nie są żadnym fenomenem – są zespołem, który gra nie dlatego, że ma plan, tylko dlatego, że nie ma innego wyjścia. I to nie jest pochwała, to diagnoza.
Najpierw policz, potem się spieraj.