Dlatego boisko na Łazienkach to nie stadion, tylko nasz kościół – wspominamy i modlimy się razem!
pamiętam, jak na trybunie północnej wałęsał się stary wujek z megafonem i krzyczał, że niedługo będzie kolejny crni-biały cud – a my, młodzi, byliśmy pewni, że to jakaś bzdura, no ale jednak… do dzisiaj mam ten głos w głowie, kiedy coś naprawdę świta nam na boisku. ten chłop z Lomeli wtedy dopiero zaczynał, a teraz patrzy się na niego jak na już uświęconego legendarnego – i wiecie co? właśnie tak powinno być, bo zaczynało się od takich maleńkich cudów, które potem rosły w nasze wspomnienia. ja wtedy stałem obok faceta, co miał koszulkę od tamtej starej wyprzedaży, zapinanej na jeden guzik, i śpiewał chyba wszystko, co znał, tylko głośno i bezczelnie – a myśmy się z nim darli jak szaleni, bo wiadomo, że 2-0 w Krakowie to jak 5-0 w domu. no i było… coś takiego, co się już nigdy nie powtórzyło dokładnie tak samo, ale ten dzień został w naszych sercach na zawsze. takie właśnie dni są naszym kościołem, nawet jak grają kiepsko – bo wiara jest zawsze, a Łazienki to chyba najlepsze miejsce na modlitwę.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Fajna ta myśl, że Łazienki to nasz kościół, bo tam się tak naprawdę wszystko rodzi – nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, ale nagle masz łzy w oczach i śpiewasz razem z tysiącem gardzieli. Ja wtedy na tym meczu z Wisłą stałem zawsze tam, gdzie teraz mój brat, bo tam mam najlepszy widok – obok starej metalowej rury, którą ktoś kiedyś pomalował na czerwono. Facet z megafonem, o którym mówiłeś, wrzeszczał coś o cudzie, a ja tylko myślałem: „Jeszcze żadnego nie widziałem, ale wierzę, że ten dzień będzie pierwszym”. I właśnie wtedy z Lomeli wszedł na boisko… no to co? Śpiewaliśmy jak opętani, bo 2-0 w Krakowie to jest jak otwarcie szampana w czwartek rano – nie ma opcji, żeby nie trafić. Pamiętam, jak mój sąsiad na trybunie, ten z dredami, walnął się w kolano i krzyknął „JEBACIE WIŚLĘ!” tak głośno, że sędzia się odwrócił. Teraz, jak patrzę na zdjęcia z tamtego dnia, to myślę, że nic nie jest w stanie zastąpić tego pierwszego raz – kiedy wiedziałeś, że coś się dzieje, a jednak było wspaniale. 🔴💪❤️
W radości i smutku, do końca z nimi.
Fajna ta myśl, że Łazienki to nasz kościół, bo tam się tak naprawdę wszystko rodzi – nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, ale nagle masz łzy w oczach i śpiewasz razem z tysiącem gardzieli. Ja wtedy na tym meczu z Wisłą st…
@LechiaGda1913 no fakt – w tym konkretnym miejscu, obok tej rury, co teraz pewnie całkiem zardzewiała, to się naprawdę człowiek rodzi na nowo. Jakby ktoś wziął pudełko od zapałek, wsadził tam 500 głosów i nacisnął „play” – i wychodzi z tego tylko jeden szalony hymn, a ty masz łzy albo ślinę na koszulce, nie wiadomo która z kolei. Ja tam byłem raz w ferworze, zaraz po tym jak Stary Pan znowu coś wywinął z ławką trenerską… no i co? Staliśmy jak wariaty, wrzeszczeliśmy, że „czerwoni idą”, a tu nagle sędzia gwizda na rzut karny. Wtedy podszedł do mnie taki jeden gość w za dużym berecie, szepnął „za chwilę będziesz płakał jak dziecko” i naprawdę… płakałem. Czysty efekt Łazienek – nie stadion, nie trybuna, tylko kościół, gdzieś między trawą a betonem, gdzie wiara bije od rana do wieczora. I tak samo ciarki chodzą po plecach, jak widzisz te stare zdjęcia z tym samym berecikiem na czyjejś głowie – bo to nie jest zwykły mecz, to coś więcej. 😏
Zrzuć screena.
kurcze, a ja sobie przypomniałem, jak na tym samym meczu z wiślakami zrobiłem coś, co później stało się legendą wśród paru kumpli. siedziałem tam z chłopakami pod płotem od strony ronda waszyngtona, no wiesz, te stare drewniane ławki, co to jeszcze za czasów kibiców „wesołych” tam stały, i nagle jeden z naszych krzyknął, że z Lomeli właśnie wejdzie – a my, pijani jeszcze z wyjazdu na Gdańsk, zaczęliśmy wrzeszczeć „dawaj tam, dawaj!” żeby akcentował ten róg. no i co? facet akurat wtedy dryblował koło połowy, jakby nas usłyszał, bo zaraz potem puścił ten swój drybling po bandzie, że oczy zaszły łzami, i strzelił do szesnastki przez skręconego bramkarza – 1:0, a my, bez złamanego grosza w kieszeni i z piwem w ręce, podskakiwaliśmy jak opętani. pamiętam, jak jeden z nas, ten z naparem na karku, upadł na trawę i zaczął modlić się do nieba, że „niech ten mecz się już nie skończy”, a drugiego dnia dzwonił do mnie z pytaniem, czy przypadkiem nie widziałem w telewizji tego gola, bo „coś tam mi się świeciło w oczach”. takie właśnie cuda robiliśmy tamtego dnia – nie było mowy o analizie, tylko o wierze, o śpiewie, o tym, że cud się wydarzył, a my byliśmy przy nim. i wiesz co? do dzisiaj, kiedy jadę na Łazienki, zatrzymuję się tam, gdzie tamte ławki stały, i szukam wzrokiem tej samej metalowej rury, co LechiaGda wspomniał – bo to tam naprawdę wszystko się zaczęło. ❤️💪🔴
kurwa, a ja sobie pamiętam, że na tym meczu z Lomelim akurat złapałem się na to, że krzyczałem „idź do domu!” do sędziego, bo mi się zdawało, że on celowo przeciaga ten mecz, żeby nas dobić… no i co? facet patrzył na mnie jak na wariata, ale za to Lomela w końcu wbiegł i strzelił! 2-0, wiślakom włosy stanęły dęba, a ja miałem łzy w oczach i jeszcze przez tydzień mówiłem kumplom, że „mój wrzask sędziemu to była modlitwa do świętej Legii” 😂🔥🍻 no i teraz tamten sędzia chyba chodzi po meczu w Warszawie i się modli, żebym go nie spotkał… bo ja dalej wierzę, że to był cud, tylko mój wrzask go sprowokował! ❤️💪
Memy to też analiza.
@LechiaGda1913 no fakt – w tym konkretnym miejscu, obok tej rury, co teraz pewnie całkiem zardzewiała, to się naprawdę człowiek rodzi na nowo. Jakby ktoś wziął pudełko od zapałek, wsadził tam 500 głosów i nacisnął „play”…
@Kamil_kibic no jebnąłem się tam raz w ferworze, pod tą samą cholerną rurą, i też wybuchnąłem płaczem jak baba – ale nie ze szczęścia, tylko że mnie ciary przeszły, jak facet z megafonem wykrzykiwał coś o „naszym nowym Mesjaszu” i wleciał ten Lomela. A widzisz, nie chodzi nawet o trafiony gol czy porażkę – raz wpadło mi do głowy, że tam na Łazienkach modlimy się wcale nie o punkty, tylko o to, żeby się chociaż raz poczuć normalnymi chłopami, którzy mają gdzie siać te swoje durne marzenia.
Bankroll bym dał, że każdy z nas ma w kieszeni jakiś numer, kiedy był pierwszy raz – mnie to 2007, mecz z Cracovią, walnąłem forsę na Legię –1.5 w przerwie, bo myślałem, że skończyłem z hazardem. No i co? Wtedy padł gol… i zapomniałem, że kiedykolwiek przegrałem.