Górniczy niezniszczalny duch – jakby Arena wróciła do lat 80!
a, to ty podniosłeś ten stary, dobry ból w sercu... pamiętam, jak facetom z warty do ust nie chciało przejść, że gorole im oberwało w połowie sezonu ligowego – przecież to był maj 1992, dziennikarze gadali o tym przez tydzień, a myśmy siedzieli na trybunie południowej, ciepłe piwo prosto z cebrzyka i słuchaliśmy, jak "Warcab" zawodzi na cały stadion. niech to szlag, a mieliśmy w składzie takich chłopaków jak Radosław Kłys, twardy kawał chłopa, który potrafił swoim żelaznym kijem po kolanach wysłać niejednego napastnika do szpitala... i jeszcze ten nasz rudy anioł, Robert Wałęsa – facet kopał tak, że gazeta "Sport" nazwała go później "cudem z katowickiej fantazji". 2:1 było jak kłamstwo na dzwoneczek, ale wyszło prawdziwe – pamiętam, jak szedłem wtedy przez dworzec katowicki, a wiatr niósł papierki po hot dogach i śmiechy zza rogu, i myślałem sobie: "kurde, my jesteśmy nie do zdarcia". to nie był mecz, to była religia. i teraz, jak słychać, że Arena ma wrócić do klimatu tamtych czasów... aaa, żebyście wiedzieli, że aż się chce płakać ze wzruszenia i strachu, że to może nie wyjdzie. ale wierzę, wierzę, że duch górniczego klubu nas nie opuścił. no, chyba że znów komuś się zachce grać w "przyjacielski" z tymi z północy... 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Zapomniałembych o całym świecie jak co tydzień w sobotnie popołudnie, stałbym pod brązową tablicą na dworcu PKP Katowice z fajką w zębach, która od tygodni nie dawkała dymu, tylko piwo – bo fajki to było wtedy na tak, żeby nie pluć na trybunach 😂. Ledwo usłyszałem pierwszy gwizdek przez te wrzaski, że akurat akurat mój stary kumpel zropskiej szkoły wyciągnął flaszkę "zaparzonego", którą przechowywał pod kurtką od grudnia – "na specjalną okazję", powiedział. No i była okazja, cholera jasna! 🍺⚽
Półfinał, Warta, te dwie bramki... a raczej ten jeden gol Radosia Kłysa, kiedy to jego but poszedł niczym młot na mordę napastnika gościa, który miał chrapkę na naszą obronę. Pamiętam, jak w szatni po meczu ktoś puścił "Górniczy Hymn" na magnetofonie, a my śpiewaliśmy tak, że sąsiedzi w bloku myśleli, że na podwórku gra cały blok z orkiestrą dętą. A Robert Wałęsa? Ten facet kopał tak, że nawet sędzia odszedł dwa kroki, żeby złapać oddech! "To nie piłka, to granat!", krzyczał jakiś dziennikarz na trybunie prasowej – i miał cholerną rację!
Przeszedłem potem cały stadion w tę noc, bo nie chciało mi się wsiadać do tramwaju – podeszłem pod tablicę wyników, gdzie jeszcze świecił się 2:1, i tak stanąłem, że zapaliły się mi łzy w oczach. Nie ze smutku, nie, tylko dlatego, że wiedziałem: "Taaak, to jest to. To jest nasze. Nikt nam tego nie odbierze." I teraz, kiedy gadają o Arenie, o powrocie klimatów, to mam gęsią skórkę, bo to nie jest tylko powrót starego stadionu – to powrót duszy klubu, którą nosimy w sercach od pokoleń. A jakby ktoś próbował znowu kombinować z "przyjacielskimi", to mu przypomnę, jak leciałam moja flaszka w stronę kibica Warty, co gadał, żeśmy oszuści! 😤🔥
Niech ten nowy sezon przyniesie tyle samo emocji, co ta pamiętna noc – a ja już szykuję kolejny cebrzyk piwa i czekam na tę chwilę, kiedy znów usłyszę: "Górny Śląsk bije sercem, Górny Śląsk bije nogami!" ⚒️💛🖤
Swoich się nie zostawia.
bo ta cholera jeszcze w 1989 roku, kiedy byliśmy w III lidze, pamiętam jakby to było dzisiaj – awans do II ligi, meczyk na Hutniku Kraków, deszcz, błoto po kostki, a nasz obrońca Jurek Wyłupek takiego tam napastnika podłamał, że facet po trzecim z kolei szarpnięciu popłynął na murawę jak worek ziemniaków. bywało, że kibice przeciwnika gadali potem, że jesteśmy "brudnymi robotnikami", a myśmy się tylko uśmiechali i pili piwo zrobione w bytomskiej gorzelni – najlepsze, co kiedykolwiek miało kontakt z moimi ustami. i jakbym teraz stanął przed tą nową areną, to czułbym ten sam zapach mokrej ziemi i chleba z kiełbaską ze szkolnej stołówki, która pachniała całym miastem. to nie stadion, to całe życie – od szlamu na trybunie, przez papierosy za trybunami, po ten jeden gol w doliczonym czasie, który posłał nas wyżej. no i te oczy, kolego, te oczy – kiedy śpiewaliśmy hymn w piwnicy przy ulicy Francuskiej, bo nie mieliśmy gdzie innego, a sąsiad z dołu pukał do ściany i prosił o ciszę... ha! teraz ciarki mi chodzą, jak sobie to przypomnę, a tu jeszcze ten wrzesień 92 i te dwie bramki, co walnęliśmy Wartę – to był taki mecz, po którym naprawdę można było powiedzieć, że nasz skarbnik wrzucił do kasy tyle, że na trybunach starczało dla wszystkich. ⚒️💛🖤
A tamta ekipa... no, to była cała walka, raz-dwa, nie oglądali się za siebie. Kłys tak kopał, że napastnikowi kolana trzeszczały przez tydzień, a Wałęsa... cholera, facet miał takie uderzenie, że bramkarze wcale nie chcieli chwytać – wolą się posikać zza linii niż złapać tego granatu. I ten Radosiu, jak wchodził na murawę, to przeciwnik już wiedział, że dostanie albo po gębę, albo po goleniu. A dzisiejsze chłopaki? Umieją grać, nie ma co, ale jak nie idzie im coś raz, dwa, to już padają na twarz i szukają winnych. Tamci mieli coś takiego, że jak przegrywali 0:1, to następną minutę tracili drugiego gola i jeszcze dołożyli trzeciego, bo nie umieli się poddać.
Tamtejszy zespół miał w sobie coś z kopalni – brudny, twardy, śmierdzący potem i benzyną, ale jak trafiłeś na nieodpowiedni dzień, to wracałeś do szpitala z połamanymi żebrami. Dzisiaj to już chyba bardziej biuro rachunkowe: ustawią się w czworokąt, pogadają o taktyce i czekają, aż przeciwnik sam się rozjadzie. A ja wolę starego dobosza na trybunie, który wrzeszczy „Pal je!”, niż faceta z metryką do 30 sekund przerwy.
No i jeszcze ten klimat – tamte mecze to była prawdziwa uroczystość, nie żaden show. Piwo z cebrzyka, papierosy za trybuną, faceci, którzy przed meczem podlewali murawę własnym moczem, bo kibicera nie zdążył. Dzisiaj ludzie idą na Arenę, robią selfie przy oprawie i idą do Pubu pod Wieżą. Starego ducha się nie odtworzy na zamówienie, bo on był wymuszony przez czasy, przez ludzi, przez to cholerne pragnienie bycia lepszym od wszystkich. Tamci grali o honor, dzisiaj – o punktację w tabeli.
Ale nie obrażajmy dzisiejszych, bo jakby nie oni, tobyśmy teraz nie gadali o powrocie klimatów. Oni tylko... no cóż, nie mają w sobie tyle jadu, co tamten skład. Może kiedyś znajdą ten swój własny, górniczy pazur – wtedy dopiero będziemy mieli powód do dumy na nowo. A póki co – pamiętajmy, jak to było naprawdę: nie ładnymi strojami, nie efektownymi dryblingami, tylko tym jednym kopnięciem, co posyła kibica przeciwnika prosto na betonową płytę trybuny. ⚒️💛🖤
xG > emocje.
Ej kurwa, akurat w 92 roku akurat ja miałem coś takiego, że mój stary mnie posłał na ten mecz "żebym tam posiedział i nie awanturował się z tymi z Warty", a ja wróciłem do domu z plakietką z meczu w kieszeni, bo akurat dostarczałem gazetę na półmetek na Rondo, i trafia się na kumpla co trzymał tackę z fajerwerkami pod kurtką – facet pyta "dasz radę wepchnąć to na stadion?" no ja naiwny kiwnąłem głową, a na wejściu facet od kontroli woła "co to jest?!", a ja: "kurde, kolega prosił mi dać to cioci na imieniny" – no i tak wleźliśmy obaj z tymi petardami ukrytymi pod kurtkami, a potem jak zagraliśmy ten mecz i strzeliliśmy 2:1, to facet z kontroli cały mecz biegał za nami z latarką myśleli, że jesteśmy terrorystami 😂🤣
A potem po meczu wszyscy razem z tymi fajerwerkami, papierosami w dziób i piwem z cebrzyka – facet co miał te petardy wyjął jednego "bengala" i wrzucił go w stronę trybuny Warty, a tam jakiś kibol z Poznania krzyczał żeśmy oszuści, a tu nagle – BUM! – i cała jego drużyna się rozpierzchła jak stado kur za strzelcem 😂 teraz ten facet pewnie jeszcze pamięta ten zapach spalonego dymu i moje słowa "no, kurde, może jednak nie idźcie na salę gimnastyczną jutro"
I tak właśnie obroniliśmy ten mecz, złapaliśmy awans i zapoczątkowaliśmy nową erę – no, chyba że któryś z was też miał podobne przygody zabezpieczania meczu… bo ja tam jeszcze kiedyś spotkałem gościa co niósł na trybunę kocioł z barszczem, mówiąc że to "na rozgrzewkę" 🍲⚽