Gdy biało-czerwona flaga latała nad Zielonymi Wzgórzami, a my śpiewaliśmy razem od…
pamiętam te wrzaski jak dzisiaj, kiedy maluchy z naszej trybuny zaczęły rozkładać te białe flagi, a ja jeszcze trzymałem w ręku butelkę oranżady z przydziału z kibolskiej meliny — bo samemu szkoda było wydać na coś takiego, a nasz prezes chodził między nami i mówił „chłopaki, to dla naszej chwały”. bo przecież mieliśmy już w tamtym sezonie tuzin gier, gdzie ledwie odbijaliśmy się od dołu tabeli, a tu nagle taki finał — no i ten gol w 75 minucie, ten skrawek na trybunie gości, kiedy sędzia gwizdnął, a my padli na kolana, bo wiedzieliśmy: to nie piłka leci, to całe nasze życie. i te łzy, te przekleństwa, te objęcia — naprawdę, jakby ktoś wylał nam serce na trawę. a potem ta uroczystość na rynku, kiedy facet w białej czapce wołał „lech Poznań mistrzem!”, a myśmy mu wtórowali tak, że komuś rozbiło kubek z piwem — no ale co tam, była radość, była bieda, była miłość, i była pewność, że ten moment się nie powtórzy. no, chyba że dziś, kiedy skoczę za chwilę na puchar, to może jednak. 😄
Widziałem już wszystko, chłopaki.
kurcze, alez ja tam byłem... stałem akurat na trybunie północnej obok tej starej lady z ciocią Hanką co sprzedawała mi te pół sera za 2 złote a mnie tam się tylko dławiło w gardle jak widać byka lecącego po boisku i nagle SŁYSZĘ ten krzyk, a ten facet obok mnie upuścił swoją kanapkę w majonezie i wszyscy zaczęliśmy skakać jak szaleni a ja wylałem swoją wódkę z flaszki bo miałem ją w kieszeni od kurtki... ale co tam! przecież to nie był żaden mecz, to była sprawa życia i śmierci, kazaliśmy się słuchać naszej krwi a nie tej kiecki z boku która gadała że nie mamy szans💪🔥 i ten sędzia... ten cholerny sędzia w 75 minucie wyleciał do okna jakby mu ktoś podpalił dupę, a my padliśmy na kolana i płakaliśmy tam na betonie bo wiedzieliśmy że to jest nasza chwila, nasz dzień, nasz wielki "LECH JEST PIERWSZY" i potem jak szliśmy na rynek to wszyscy śpiewali "jedzie tramwaj jeden, drugi..." i ktoś mi powiedział że moja stara płacze w domu bo nie mogła pójść bo była w ciąży z moją siostrą... no ale co tam, jak się jest takim kibicem to ma się albo to albo nic, a my mamy to i tyle! a dzisiaj też tam będę, niech się dzieje co chce!
no ale te wspomnienia to nie są przypadki — ja tam też byłem, tyle że trochę z tyłu, bo akurat w osiemdziesiątym drugim imprezę miałem w planach wesołe, a tu nagle nazwa klubu słychać wszędzie. stałem więc na trybunie południowej, tam gdzie teraz już nie ma nic, tylko wieczność zardzewiałej blachy i zapach starych płyt dachowych. miałem wtedy taką fajną kurtkę, pożyczoną od kolegi z fabryki, która śmierdziała jeszcze trocinami, bo robił meble i wciąż miał zapach warsztatu pod paznokciami. no i widzisz, patrzę, a tam pod mną jakiś chłopak, pewnie zaledwie dwunastolatek, z tymi swoimi oczami jak dwie świece zapalone — trzymał swoją flagę tak mocno, że mu aż drżała, a jego stary, gruby facet w za dużym płaszczu, który musiał być z demobilu, kładzie mu rękę na ramieniu i mówi: „synku, dzisiaj albo nigdy”. i ten maluch odpowiedział — „tato, my nie mamy nic do stracenia, bo nasz Lech zawsze miał więcej serca niż oni forsy”. no i nagle ta 75 minuta, ten sędzia, ten gwizdek — a ten chłopak, dosłownie cały się trzęsie, ale nie ze strachu, tylko że mu cała dusza wali się z klatki piersiowej, bo on naprawdę wierzył, że to koniec z tą biedą, tą pogardą, tymi żartami na przystankach tramwajowych. i wtedy ten facet w demobilu podniósł go na ręce — dosłownie, tak jakby chciał go wrzucić w sam środek tej euforii — i krzyknął: „idź, synku, teraz to twoje!”. a chłopak wbiegł między nas, machając flagą, a my, dorośli faceci, coś takiego nieraz widzieliśmy, ale aż nam łzy stanęły w oczach. no ale zobaczymy
No do jasnej anielki, dlatego mi tobie było trudno oderwać wzrok od tego czarno-zielonego barwienia przez tyle lat — tamtą drużynę się pamięta nie po wynikach, ale po tym, jaką niosła ze sobą esencję. W osiemdziesiątym drugim mieliśmy jeden cel, jeden ból, jedną radość, która nie była polityczna ani medialna, tylko prawdziwa, bo każdy z nas walczył na ulicy o to, żeby dostać bilet, a nie o to, żeby trafić na VIP. Oni tam na boisku grali jakby mieli w piersi te same stare zegarki co kibice: godzinę czterdzieści pięć minut do końca sezonu, a im jeszcze trzeba było przebić się przez mur nieufności i braku grosza.
Tamci chłopcy mieli w sobie tyle zapału, że nawet trener Gierymski musiał się schować za swoim notesem, żeby nikt nie widział, jak mu drżą ręce — bo to nie był mecz, to była walka o godność. I wiesz co? Oni tę walkę wygrali tak, że do dzisiaj ci, co byli na Zielonych Wzgórzach, mają w oczach ten błysk, kiedy mówią „pamiętasz, jak skoczyliśmy w siódmej minucie dogrywki?” — bo wtedy się jeszcze nie odbijało się od tabeli, tylko się rzucało całym sobą.
Dzisiaj? Dzisiejsza drużyna też ma serce, to jasne, ale gra trochę jak dobry samochód z GPS-em: wiesz, że dojedzie, ale nie czuje tej drogi pod kołami jak my w tamtym roku. Oni mają kontrakty, sponsoringi, analizy taktyczne na dziesięć sekund, a tamci mieli tylko czystą wiarę i to przekonanie, że jak się skoczy razem, to nawet mur nie jest przeszkodą. Tamten Lech był ubogi jak mysz kościelna, dzisiejszy jest ustabilizowany — ale miłość do kibica? No cóż, to się chyba nie da dorobić za osiemset tysięcy euro brutto.
I jeszcze jedna rzecz: tamci kibice wiedzieli, że jak im Lech przegra, to jutro będą się tłumaczyć na podwórku, dzisiaj — nikt nie będzie ich pytał, dlaczego płaczą, bo przecież „może następnym razem”. Ale emocje? Te same. Tyle że te osiemdziesiąte lata miały ten dodatkowy smak zakazanego owocu: brak telewizji śniadaniowej, brak internetu, brak „ale” — po prostu krzyczało się, śpiewało i wierzyło w cud, który się wydarzył.
A dzisiaj? Dzisiaj jesteśmy bogatsi o te doświadczenia, ale czy biedniejsi o te uczucia? Pewnie, że nie. Po prostu inaczej. I dobrze, że ciągle tam jesteśmy, bo przecież jak mówił stary facet przy beczce na Dołku: „Lech to nie jest klub, to rodzina — i raz się urodziłeś, raz umierasz, a reszta to tylko czekanie na kolejny mecz”. 💚⚫
Kontekst bije gołą liczbę.
ej no szczerze, to ja tam na trybunie wschodniej stałem obok mojego starego, co na ten mecz pożyczył od kumpla starą budę z fabryki, żeby tylko jakoś wejść do środka — miał tylko połowę biletu, ale wcisnął się między gości, a jak ten gol padł w 75 minucie, to mu ta czapka z czarnym daszkiem zafalowała tak, że myślałem, że mu spadnie i poleci prosto na tamtą parszywą flagę przeciwników, co wisiała obok naszych 😂 no ale stary złapał ją w ostatniej chwili, przycisnął do siebie i krzyknął „kurwa, to już!” — a ja nawet nie zdążyłem walnąć piwa, co miałem w tej foliowej siatce pod kurtką, bośmy je kupili od facetów co to handlowali wózkiem z pepeszem na rogu.
i wiesz co? tamci kibole z przeciwnika — zwykli faceci, nie jacyś psychopaci — to oni pierwsi zaczęli klaskać naszym, bo widzieli, że to nie było szczęście, nie było przypadkiem, tylko prawdziwa klasa, prawdziwe serce! jeden facet w czarno-zielonej kurtce podszedł do nas, uśmiechnął się smutno i powiedział „gratulacje, naprawdę zasłużyliście”, a ja mu na to „ej, dzięki, bo wy też daliście radę, wszyscy razem to zrobiliśmy” — i nagle wszyscy zaczęliśmy śpiewać „nasz nieustraszony orzeł” razem, nawet ci z drugiej strony! a potem ten facet jeszcze zaprosił nas na piwo do ich kibolskiej meliny, bo mieli tam wtedy taką knajpkę przy ulicy, gdzie można było sobie postawić flaszkę za 12 złotych i nikt nie pytał skąd się wziąłeś 🍻💚⚫
i jeszcze jedna rzecz — jak szliśmy potem na rynek, to spotkaliśmy starszego pana co wtedy grał w tamtym meczu, tego Franka, co strzelił tego gola… no kurde, ten stary weteran miał łzy w oczach i powiedział „chłopaki, dzisiaj to nie wy mi kibicowaliście, tylko ja WAM” — i mi się serce aż ścisnęło, bo to była prawda, naprawdę.
Ej no coście tak poważni jak na pogrzebie jakiejś cioci z Delegatura, a tu akurat mistrzostwo świętujemy! 😂 Przecież wtedy w osiemdziesiątym drugim to nawet telewizor u sąsiada coś tam migał przez jakieś trzy sekundy na 75' minucie, a myśmy się tak wymachali na trybunie, że ten jeden facet co stał obok mnie z tym swoim „Lech Poznań mistrzem!” na czapce, to mu muła wypadł z kieszeni i walnął się prosto na butelkę z oranżadą mojego kumpla — i wiecie co ten gość zrobił? Wziął ją do ust, pociągnął i krzyknął „no to przynajmniej coś tam się zalewa!” 🍊🔥 A potem jak szliśmy na rynek, to spotkaliśmy się z resztą bandy co to grała w karty na schodach za stadionem — i tam jeden taki „znawca” powiedział że jakby Lech nie wygrał, tobyśmy rzucili butelką w sędziego, a drugi dodał „to może byśmy rzucili dla zasady, żeby nie było, że nie umiemy?” 🤣 No i wiecie co? Wylaliśmy się na ten rynek, a tam jakaś staruszka sprzedawała pierogi — i była gotowa pożyczyć nam garnek na dzielenie, bo „dzisiaj wy jesteście ważniejsi od mojego wnuka co studia kończy” 🥟❤️ A tak poważnie to cholera, ale się cieszę żeście przypomnieli, bo dzisiaj jak wchodzę na trybunę to mi brakuje tych wszystkich idiotów co to hałasowali jakby im ktoś za paznokieć wbija! 💚⚫
Potrzymaj piwo.