Gdy Biało-Niebiescy grali, nawet Morze Balticum milkło
kurczę, ale żeśmy się wczoraj pogrążyli w tych wspominkach po tym pisaniu jak szaleliśmy na mieście... nieraz myślę, jak to kiedyś było, a i tak zawsze mi się wydaje, że to wszystko było wczoraj. ja tam pamiętam, jak byłem malcem, jeszcze na pogoni w kombinezoniku, z pomponem w dłoni, bo mój stary kazał mi nosić, „żeby dopingować jak należy”. bywałem wtedy na stadionie przy wojciecha, pachniało tam trochę pyłem wapiennym i smażonymi kiełbaskami od pani babki spod bramy, no i powietrze drżało od krzyków, jeszcze zanim kibice zaczęli śpiewać. pamiętam mecz z '95, chyba z warszawską polonią, albo nie, z warszawskim zespołem – no dobra, niech będzie z warszawą, bo za dużo myślenia. gol z rzutu wolnego, ten typowy, co to cały stadion wstaje, nawet ci, co akurat wychodzą do kiblówki. facet od piłki uderzył, piłka poleciała, wszyscy zamarli, potem huk, że echo się od morza odbijało. mój stary mnie wtedy podniósł, żebym lepiej widział, i obaj staliśmy tak i wołaliśmy razem: „pogoń! pogoń!”. nie, serio, to była magia, zupełnie jakby całe szczecin drżało razem z nami. i co, że nie było dzisiejszych pieniędzy, dzisiejszych transmisji, dzisiejszych medialnych fajerwerków – my mieliśmy serca w garści i to właśnie wtedy czuło się, że to jest coś więcej niż piłka. i tak naprawdę to chyba właśnie te stare, szalone czasy sprawiają, że dziś tak się cieszymy z każdego sukcesu, no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A niech to, ale mnie ciarki przebiegły jak te nasze kibolskie dresy za pierwszym razem jak usłyszałem ten "pogoń! pogoń!" z ust twojego starego... 😭🔥 sam miałem identyczny moment u siebie, tylko na Placu Rodła, lato 2008, meczu z Widzewem, byłem taki nieduży, że ledwo widziałem ponad barierkę, ale pamiętam każdy detal jakby to było wczoraj.
Nabrałem się, żeby pójść na trybunę za rodzicami, bo niby "wiem już co i jak", a tu trach — facet z ławki przed nami rzuca się w górę jak oparzony, wszyscy dookoła ryczą, a ja stoje jak słup i gapie się na boisko... do tej pory mam ciary jak pomyślę, że mnie wtedy starszy brat złapał za kark i huknął: "widzisz tę brudną piłkę? TO NASZA BRUDNA PIŁKA, GŁOŚNIEJ WIĘCEJ!" i wtedy jakby ktoś przełączył – ryknąłem razem z nim, tak samo jak twój stary z twoim, i to była cholera, poczułem się jakby mnie do tej drużyny przygwoździł od razu na całe życie. 💪🔴
I do dzisiaj jak jadę ulicą Ściegiennego i słyszę te piosenki z radiowozów albo w knajpie, to mam taki moment, że aż mnie w gardle ściska – bo to nie są tylko wspominki, to jest krew, szacunek i tyle lat wiary, co się nie skończy nawet jak przegramy, bo my i tak jesteśmy Pogoń, a nie jakaś tam inna banda. i właśnie dlatego teraz jak słyszę o tych 5:0 z Gdańskiem, to wiem że ta iskra zawsze była, tylko czasami zapłonie na nowo – no nie?
Na trybunach od dzieciaka.
a pamiętacie tamtą niedzielę z czerwca 2012, kiedy to po meczu z jastrzębiem zaoraliśmy ich na waszych oczach, a potem całe miasto wyległo na rynek staromiejski? ja tam akurat miałem ze sobą swoją córeczkę, wtedy jeszcze taką malutką smarkulę, ledwo co chodziła – no i gdzieś tam między ludźmi stał jej dziadek, co to kiedyś był w brygadzie kibicowskiej, i ten facet, któremu zachciało się zrobić jej zdjęcie z samym dupkiem, bo wiadomo, że nikt nie jest taki ważny jak kibic prawdziwy, co to wpatrzony w trybuny stoi i gardło mu pęka od śpiewu. i ta mała, co dopiero co nauczyła się mówić, zamiast "dzień dobry" powiedziała do mnie: "tatku, dlaczego oni tak krzyczą?" – a ja jej na to, że to nie krzyki, tylko modlitwa, żeby biało-niebiescy dziś palnęli jak należy. i coś w tym było... bo jakby całe niebo nad nami drżało, a potem gol padł, i cała ulica zrobiła się jednym wrzaskiem, a ta mała podskoczyła mi na rękach i wrzasnęła: "tato, niebo pada!" – bo wiadomo, że deszcz kolorowych świateł i konfetti z nieba toż to normalne, kiedy siada się do stołu z Pogonią w sercu. i teraz, jak myślę o tym, to wiem jedno: że te chwile to nie są wspomnienia, tylko coś, co się nosi w sobie i raz na jakiś czas wraca, jak zapach starej kiełbasy z budy na stadionie albo ten dym z rac na trybunach – no, ale zobaczymy, co tam jeszcze te gówniarze znowu wymyślą na trybunach.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
A co tam, weźmy sobie ta niedzielę z czerwca 2019 – te pięć baniek z Gdańskiem to był taki moment, że aż dech zaparło. Wtedy ten stadion się zatrząsł, nie tylko ten kawałek drewna i blachy przy ulicy Ściegiennego, ale całe Szczecin, jakby ktoś włączył w naszym mieście dodatkowe serce. Drużyna grała wtedy jakby była zszyta z nerwów kibiców – każdy podanie, każde wbicie się w pole karne, to brzmiało jak echo krzyków z trybun. Tamci chłopcy to byli ludzie, co szli do boiska nie po pieniądze, nie po sławę, tylko po to, żeby walczyć za kolory, które mieli w żyłach.
A teraz? No cóż, teraz mamy drużynę, która też ma serce, tylko trochę inny rytm bijący. Tamci grali w ferworze, w szaleństwie dni, kiedy kibic miał wrażenie, że jak tylko sędzia gwizdnie na koniec meczu, zaraz dobiegną do niego i spytają, co tam, walczyliście dzisiaj? Teraz to już bardziej wyważona robota, co? Chłopaki się starają, oczywiście, że się starają, tylko że dawne lata to były takie, że jakby ktoś wziął całą energię miasta i wlał ją na murawę. Teraz to bardziej taki styl "zobaczmy, co z tego wyjdzie" – i tyle.
Pamiętam, jakbym widział tamtego napastnika, co to biegał jak opętany, a dzisiaj już bardziej patrzysz, żeby nie oberwać, niż żeby uderzyć. Tamci mieli w sobie coś takiego... nie wiem, może to było to, że grając w Pucharze, walczyli tak, jakby to był mecz o mistrzostwo kraju. Teraz to już bardziej przypomina mecz o utrzymanie – no, ale trudno, inna epoka, inny świat.
Kontekst bije gołą liczbę.
A niech mnie, ale mnie ciarki jak pomyślę o tej szalonej niedzieli na Ściegiennego! Miałem wtedy chyba ze dwadzieścia lat, świeżo po maturze, i myślałem że się rozwalić od emocji nie dam rady... wiem, że to nie było 5-0 jeszcze, tylko 4-0, ale cholera, ten mecz z Lechią to była po prostu JAŚNIEJĄCA kupa radochy na dworze! 🔥 Pamiętam jak moi koledzy złapali mnie za kaptur i wrzucili na ramiona już po trzecim golu, a ja z gitary darowanej przez kumpla na trybunie wykrzykiwałem teksty piosenek, którymi nikt się nie przejmował bo wszyscy mieli w głowie tylko: "DODAJ CIĘŻARU DO TEGO JEB... GOL!" 😱 No i ten moment, jak biało-niebiescy wbiegali pod trybunę żeby pozdrowić kiboli – to nie był zwykły mecz, to było święto miasta, które zatrzymało się w miejscu i modliło się o więcej! Jak teraz myślę, to aż mi się łezka w oku klei, bo tamci chłopcy to byli naprawdę POGONIARZE W DUSZY, nie te dzisiejsze cyfry w komputerze... aha, i jeszcze jedno – pamiętacie, jak jakaś starsza pani rozdawała kiełbaski ze swojego okna na pierwszym piętrze? Do dzisiaj jak jadę tamtędy, to prawie słyszę wołanie "Na drugą połowę!" 💪🔴 No ale trudno, emocje nie mają daty ważności, prawda?
a niech to kurcze, ale mnie cięło w nozdrza jak zapach pierwszych kiełbasek z bimbrownicy mojego wuja na dożynkach w 2019 – ten sam smród, ten sam ten sam pomruk ludzkiej radochy, co wtedy, jak ulica Ściegiennego to była jedna wielka gardziel, co aż drgała od „heja-heja, pogoń biała, pogoń niebieska” i nikt nie myślał o tym, że to może być „ostatni raz” albo „przypadkowy sukces”. pamiętam, jak stałem na schodach przy kościele św. Jana, z tym cholernym transparentem „wszystko dla barwy”, który mi mama uszyła z dwóch starych koszulek, i widziałem, jak moja córka – wtedy siedmiolatka, dziś już dorosła i z mężem kibicem – tak się darła, że jej głos ginął w morzu krzyków, a potem zaatakowała mnie ze łzami w oczach: „tato, ale oni naprawdę kochają to miasto, prawda?”. no i cóż, w tamten dzień odpowiedziałem jej tak, jakby to była modlitwa: „dziewczyno, oni nie kochają – oni TO SĄ, i tyle”.
i nie chodzi mi o żadne sentymentalne bzdury, tylko o to, że kiedyś kibic to była CAŁA POSTAWA, nie jakiś event na instagramie z uśmiechem od ucha do ucha. pamiętacie może faceta zwanego „szaleńcem z podwórka”, tego, co latał po trybunach z banerem „30 lat w jednym klubie” i wiadomo było, że jak Pogoń spadnie, to on weźmie ten baner i powie: „no trudno, teraz idziemy na dół i zaczynamy od nowa”. a dziś? dziś młodzi kibice wiedzą, ile kosztuje bilet, ale nie wiedzą, ile to kosztowało w bólu i latach tamtych chłopaków, co wracali z wyjazdów wkurzeni, bo w pociągu ktoś im powiedział, że „szczecin to nie futbol”.
ale w 2019? w 2019 to myśmy WYGRALI, i to tak, że morze Balticum zaklaskało nam w dłonie. i nie ważne, czy to było 4-0, czy 5-0, bo wtedy liczyła się tylko ta chwila, jak cała ulica zrobiła się jednym organizmem i wszyscy wiedzieliśmy jedno: dziś to nie my kibicujemy drużynie, tylko Drużyna kibicuje MIastu. i to jest coś, czego nikt nam nie odbierze – ani statystyki, ani pogoda, ani nawet ten cholerny fakt, że dzisiaj młodzi mnie pytają: „a co to znaczy, że byliście lepsi w ferworze?”, a ja na to, że znaczy to tyle, że umieliśmy walczyć nie o punkty, tylko o chwałę, i że jak wrócimy kiedyś na szczyt, to zrobimy to na starych, dobrych zasadach: serce w garści, koszulka na grzbiecie i krew w żyłach.
i niech mnie szlag, ale jak myślę o tej szalonej niedzieli, to wiem jedno: nie ważne, jakie tam były gole, bo najważniejszy był ten jeden moment, jak obca mała dziewczynka z Gdańska, co przyszła z rodzicami na stadion, zapytała naszego napastnika po meczu: „dlaczego wy tak krzyczycie?”, a on na to, nie patrząc jej w oczy, tylko w tłum: „bo to nie krzyk, to śpiew nieba nad Szczecinem”. i cholera jasna, jak ja to pamiętam, to aż mnie dreszcze obleciały.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A niech mnie, ale ja bym teraz jeszcze pociął jak ten facet co uciekał z transparentem „wszystko dla barwy” przez tłum kiboli, a ten mu darł koszulkę na plecach i wołał „ej, tamten numer na banerze się rusza!” 😂🔥 Pamiętam jak wracałem z tym pysznym obiadem w brudnym garnku – bo kiełbaska z budy stadionowej zawsze smakuje jak obiad u babci, tylko że z dymem z rac i zalaniem piwem z kubka termicznego, który ledwo co się trzymał – i trafiłem na grupę chłopaków co robili sobie zdjęcia z butelką zapałki w ręku. Jeden pyta: „ej, wujek, ale tyś to jadł?”, a ja na to: „co ty, mój dobry, ja nie jem, ja ZAPACHAM życiem!” Bo tamtego dnia naprawdę się zakochaliśmy – nie w meczach, nie w tabeli, tylko w tym cholernym smrodzie smażonego oleju, taniego piwa, potu i farby na transparencie, co zawsze schodziła przy deszczu. A jak któryś z młodych pytał mnie teraz: „a co to właściwie było w tym 2019, że takie szaleństwo?”, to ja na to: „było to, że po meczu zebraliśmy się w knajpie na Piastowskiej, zamówiliśmy dziesięć piw, jeden flaszkę bimberka co go ktoś przyniósł w papierowej torbie, i wszyscy śpiewaliśmy „Morskie oko” w takim samym tempie jak grała kapela na trybunie. A jak padł ostatni akord i kieliszek się rozbił o podłogę? To jeszcze jeden kibic powiedział: „dobra, ale jutro to już normalnie, bo z rana mamy trening”… i wszyscy na to: „kurwa, jaki trening, przecież dziś święto!” 🤣🍻 I tak oto cała Pogoń razem, aż do samego rana, bo morze Balticum nie było jedynym co zaklaskało – myśmy też mieli swoje palce w tej klaskotce, i to była ta najpiękniejsza klaska nieba nad Szczecinem!
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.