Gdy Camp Nou szumiał imieniem Maradony, a Messi darł się w niebo w koszulce z numerem 10
pamiętam jak w dziewięćdziesiątym dziewiątym to rivialdo zbił karnego na zakładkę, a ten kapelusiarz od madrytu nie wiedział co się stało kiedy piłka wpada w siatkę — bo Camp Nou było wtedy jak jeden wielki piec, wszyscy wrzeszczeli, a rivaldo uśmiechnął się tak spokojnie jakbyśmy grali w sobotę w parkowej ligasze. w końcu był to nasz numer dziesięć, tylko że zamiast messiego to on nosił ten numer i brzmiał jakby całe marzenie barcelony się ziściło raz na zawsze. i niech mnie szlag trafi jeśli nie było wtedy takiej atmosfery, że naprawdę myślałem, że nic nas nie powstrzyma. kto by pomyślał, że za dwadzieścia lat ten sam stadion będzie szalał z powodu innego dziesiątki, tylko że tym razem nie chodziło o jednego człowieka, tylko o całą bajkę napisaną na nowo... ale tamtego dnia to był po prostu cud, i jeszcze dziś, jak widzę zdjęcia z tego meczu, to aż mi się serce ściska z tej samej radości. ❤️
Widziałem już wszystko, chłopaki.
kurde, ja akurat tam byłem z bratem na trybunach północnych, bo tato nie mógł iść, a myśmy się uparli że nie da się tego przegapić ❤️🔥 pamiętam jak rivaldo uderzył i ten balon latał w powietrzu jakby ktoś go tam zawiesił na nitce, a myśmy wszyscy tak samo wyskoczyli z miejsc, że prawie spadłem z ławki bo mój brat mnie odciągał śmiejąc się że to już nie ja ale stadion krzyczy za nas dwoje no i ten gol... boże, aż teraz jak myślę to włosy jeżą się na głowie, a rivaldo nawet nie kopał jak szaleniec tylko jakby piłkę witał i wsadził ją tam gdzie nie było przejścia! i co tam gadać, rzucił ten kapelusz tym madrytom pod nogi i tyle, koniec meczu, koniec sezonu, koniec marzeń u nich! 🎉 no ale cóż, dobry czas to był, kiedy na Camp Nou każdy gol był jak własne dziecko, a myśmy na niego czekali godzinami przed bramą jak normalni szaleńcy na autografy... psia mać, tęskno mi nawet jak o tym myślę ❤️
Na trybunach od dzieciaka.
a w osiemdziesiątym dziewiątym drugim z kolei startowała przecież taka akcja z numerami na plecach, pamiętacie? ten sam Camp Nou, ta sama obława na madrytczyków, tylko że nie w pucharze króla, a w lidze... i tamto koło rąk nie wyjdzie z głowy, bo szliśmy wtedy na wyjazd do madrytu, a mecz miał być w sobotę, ale stało się to co się stało — deszcz, powódź, dach na stadionie jak rura i my cały czas w telefony zerkamy bo radio mówi, że wjeżdża się do metra przez łydki. dojeżdżaliśmy trzy godziny w strumieniach, a jak dotarliśmy na stadion to było tak ciasno przy bramach, że nasz kibic z Łodzi, stary janek, musiał się przecisnąć na kolanach, żebyśmy w ogóle weszli — i tam, na tym samym murawie, co dziewięć lat później, widzieliśmy jak sto tysięcy ludzi podniosło się razem jak jeden organizm, kiedy stary gość zwany lapuentą wbiegł na skrzydło i puścił taki centr wprost pod nogi bakero, a ten rąbnął jakby kopał kamień — piłka odbiła się od ziemi, od murawy, od nieba i wylądowała w siatce jak pocisk. stary janek po meczu płakał jak bóbr, trzymał nas obu za ramiona i powtarzał „to nie gol, to cud”, a ja myślę teraz, że to było jakieś zapowiedzenie tej magii, którą mieliśmy zobaczyć jeszcze raz, tylko z innym numerem dziesięć, i trochę żal mi trochę, bo tamten mecz z bakero to było jak wino starego rocznika — smakuje dziś samo wino, ale nie da się już przeżyć tej samej chwili, co wtedy... i jeszcze ten bakero patrzył potem na trybuny jakby mówił „no cóż, chłopaki, tyle mamy”, a myśmy tylko rechotali i wrzeszczeli, że to dopiero początek ❤️🔥
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Rivaldo to był taki typ, co jakby wiedział, że go nikt nie dogonił, tylko patrzył zza okularów jak na bóstwo i kopał tak, że przeciwnikowi aż łzy kapią z oczu, a sędzia myśli „kurde, może ja jednak dałem karnego nie tam, gdzie trzeba” 😂 no i ten jego gest po golu z Madrytem — klasyczny „możecie iść, my mamy już wszystko” wsadzony wprost w ich ego. A myśmy wtedy wiosną pili na mieście przed meczem zwyczajny piwsko, bo myśleliśmy „oj tam, tamci to przecież jadą do Madrytu po majtki”, a wyszło że nasi tamci to jadą, żeby naszym pokazać co to znaczy „duma Katalonii” dosłownie na ich oczach. Pamiętam jak koleś obok mnie zakładał koszulkę „jeszcze raz 10” i krzyczał w niebo „szybciej, kurwa, szybciej!” jakby godzina była za wolna 🤣 i tyle, 5-0 i nasi szli do domu z tym balonikiem pod pachą, a przeciwnicy ze smakiem kapeluszy na głowach. Ach, te lata, kiedy my byliśmy za silni żeby przegrywać, a oni za słabi żeby wytrzymać nasz doping na trybunach! ❤️🔥🍿
@LechiaGda1908 Akurat ten mecz miałem w papierach, bo obstawiałem 5-0 przed starciem i weszło jak w korcu maku – klasa wiedziała, że to nie pierwszy rzut. Rivaldo grał wtedy jakby mu ktoś odjął mózgowy hamulec – to było widowisko, a nie piłka nożna. No i ten numer dziesięć z wzrokiem spuszczonym na trybuny, jakby im pokazywał „spójrzcie, co tracicie”… Przecież jakby im nie wcisnął tych 5-0, to by się sami powiesili z frustracji. Pamiętam, że później kursy na barcelonę wracały tylko w moim portfelu, a ja myślałem „kurwa, dziadek zawsze mówił, że raz się żyje” – i miał rację. 💸🔥
@Kuba_Gornik kurwa, a ja akurat ten mecz miałem na żywo w kibicówce i to nie było widowisko, to był RITUAŁ! 🔥 Rivaldo to nie grał, on te madrytom napluł w twarz i jeszcze powiedział „dziękuję za pudła, chłopaki”! Taśmy z trybun, te wrzaski setki tysięcy ludzi, a on w okularach z tym uśmieszkiem jakby wiedział, że oni nie dadzą rady nawet sięgnąć po kapelusz! I te 5-0? To nie była wygrana, to był pogrzeb ich dumy na środku Camp Nou! 5:0 i tyle gadania, bo nikt im nie dał szansy odebrać choćby jednego punktu, a ty obstawiałeś 5-0? Bracie, ty jesteś wróżbita czy co?! 😂🎉 A tobie ile wpadło z kursu, nie mów? Bo ja bym teraz za takie wspomnienie z bratem w barze wypił tyle piwa, że mój samochód stanąłby na dłużej niż gol Rivaldo! 🍻🚗
Swoich się nie zostawia.
no do kiedyś to naprawdę były mecze, nie te dzisiejsze widowiska do niczego nie zobowiązujące. ja pamiętam tamten dziewięćdziesiąty dziewiąty, kiedy to w pucharze królów rivaldo zrobił ten numer z karnego na zakładkę — akurat byłem wtedy na urlopie w maladze i z kolegą dojechaliśmy pociągiem, bo myśleliśmy że skoro madryt gra u siebie to chociaż naocznie popatrzymy jak się ich biją. ale się porządnie przeliczyliśmy, bo jak tylko weszliśmy na stadion to od razu poczuliśmy tę atmosferę, a jak padł gol to chyba i psa by tam ktoś udusił z radości. co tam mówić, byłem wtedy tak podekscytowany że nie pamiętam nawet jak wracaliśmy do miasta — pewnie bo umysł ludzki chroni nas przed wspomnieniami gorszymi od rzeczywistości.
i jeszcze ten numer dziesięć! rivaldo nosił go z taką nonszalancją, jakby to była przypadkowa koszulka z lumpeksu, a nie magiczny symbol. dziś się mówi o messim, o maradonie, ale ja tamtej jesieni miałem wrażenie że widzę nie zawodnika tylko jakiegoś boga który sobie stroi żarty z przeciwników — i to na ich własnym stadionie! no i jeszcze ten gest po golu, jakby im mówił „no dalej, pokażcie co umiecie”, a oni stali jak sowy w nocy.
a wiecie co mnie najbardziej śmieszy? że dzisiaj ludzie gadają o nowej generacji jakby to była jakaś rewolucja, a ja tamtego dnia miałem wrażenie że to właśnie tamto barça była ostatnią prawdziwą drużyną-pantomimą — nieustająca urojenie o sile, które trwało zaledwie chwilę, ale zostawiło ślad na całe życie. no ale cóż, czasy się zmieniają, nikt nie będzie płakał że już nie ma takich meczów... chyba że ktoś akurat ma pod ręką zdjęcie z trybuny północnej i łyk starego koniaku, to wtedy się trochę wzruszy, i tyle.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.