Gdy Camp Nou szumiał odległym echem La Masii, a Messi stawał się symbolem, który dotknął…
pamiętam ten mecz jakby to było wczoraj, wiadomo, 21 listopada 2010 roku – messi strzelił wtedy cztery gole barcelonie do siatki ap. co prawda to nie był mój pierwszy raz na camp nou, ale tamto widowisko to była magia czysta, no bo lepić cztery gole takiemu konkurentowi, to już nie do wiary, hehe. siedziałem w sektorze 145, niedaleko starego wjazdu na zawodników, i nie wiem, co było głośniejsze – doping kibiców czy te huki z radości kiedy padł czwarty gol. wiatr niósł się po trybunach, wszyscy skakali, nawet starzy kibice mieli łzy w oczach, a ja myślałem tylko: „kurczę, ja też chcę takiego dnia raz w życiu”. potem, no cóż, więcej takich wieczorów było, ale tamto spotkanie to coś wyjątkowego, bo wtedy messi stał się już kimś więcej niż piłkarzem – stał się legendą na wyciągnięcie ręki. i ta radość, która potem ogarnęła całe miasto... no sami wiecie.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no ale żal, że nie miałem wtedy komórki w kieszeni, bo bym chociaż parę minut tej furii wrzucił do internetu, by i teraz móc sobie to odtwarzać i gęba się uśmiecha 😤🔥 sam byłem w trybunie przy górnej, tam gdzie zawsze tłumy kłębią się jak pszczoły, bo widok na boisko jest EEE taki! kibolka mnie złapała za rękę i zaczęliśmy podskakiwać razem, aż mi czapka z głowy spadła 🧢💨 a kiedy padł ten czwarty gol, no to nie było mowy o siedzeniu – wszyscy wstali, ludzie objęli się, obcy obcy się śmiali i klaskali, bo to była NASZA radość, nasz święty dzień, no nie?! jeszcze teraz jak pomyślę, to czuje te emocje w żołądku, jakby to było wczoraj, a nie 13 lat temu 😭💙 a ta muza dookoła stadionu, która ucichła na chwilę... potem znowu wzniosła się na wyższy pułap, kiedy padło hasło "¡MESSI, MESSI!" – do dzisiaj mi ciarki chodzą po plecach
Swoich się nie zostawia.
a co powiecie na taki malutki smaczek z 2009 roku, no kiedy messi dopiero co rozbijał sobie drzwi do pierwszej jedenastki, a barca grała na owe czasy jakby miała w kieszeniach jeszcze zapasową piłkę? to było w stambule, finał ligi mistrzów, strasznie mi się kołatało w głowie, bo wiem że niektórzy mówili że pesi ma lepszych, ale ja wiedziałem swoje – mieliśmy messiego, który właśnie ugryzł się w tym meczu w murawę i załatwił hattricka jakby to była niedzielna rozgrzewka.
pamiętam jakby to było dziś: lato, upał, a myśmy w nocy siedzieli z grupą kolegów w barze na warszawskiej pradze, telewizor ustawiony na angielski kanał, bo polski niby miał transmitować, ale coś się zacięło i nikt nie mógł tego ruszyć. no i wtedy ten jeden koleś, wielki fan madrytu, zaczął się wywyższać że „te wasi to nie dojdą daleko, zobaczycie”, a ja na to tylko „siadaj, pij piwo i oglądaj”. no i co? cztery gole messiego, jeden piękniejszy od drugiego, a ten madridczyk w połowie meczu już chciał zmienić barwy, hehe.
później oczywiście pogrzebaliśmy się w mieście, bo całe warszawa była jedną wielką trybuną, ludzie wychodzili z pubów i krzyczeli „messi, messi!” na ulicy, a ja tam z kolegami śpiewałem na całe gardło „mes que un club” tak głośno że policjant na rowerze musiał nas uciszać. takie momenty to już nie są zwykłe mecze, to są pieczęcie w sercu kibica – raz na zawsze zostają.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
No właśnie, właśnie o tym myślałem, kiedy czytałem te wszystkie wspomnienia. Bo wiecie, to nie jest tak, że dzisiejsza drużyna to jakaś słaba namiastka tamtych czasów – wręcz przeciwnie, każda epoka ma swoją magię, swoją specyfikę, i ciężko porównywać rzeczy, które są po prostu inne.
Tamta drużyna z La Masii lata 2008-2012 to była bestia w niebiesko-czerwonym kolorze. Mieliśmy w jednej drużynie takich ludzi jak Xavi, Iniesta, Busquets, którzy grali razem od dzieciaków, znali się na pamięć, jakby mieli w głowie ten sam system GPS do szukania piłki. Messi oczywiście górował nad wszystkimi, ale cała reszta? To była maszyna do posiadania piłki, do tego stopnia, że przeciwnicy byli w szoku, kiedy widzieli, jak Xavi drybluje przez pół boiska, a oni nie mogli nic zrobić. Pamiętam, jak w 2009 r. graliśmy z Manchesterem United w Rzymie – widziałem twarze tych Anglików, którzy dosłownie nie rozumieli, co się dzieje. To było jak patrzeć na orkiestrę, gdzie każdy grał swoją partię, ale całość brzmiała jak doskonałe arcydzieło.
Dzisiejsza drużyna? Inny styl, inny charakter, ale też coś wyjątkowego. Teraz mamy do czynienia z bardziej globalnym zespołem – są gracze, którzy dołączyli później, którzy musieli się wdrażać, bo La Masii po prostu nie miała wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich talentów. No i oczywiście pandemia, która trochę namieszała w planach. Ale patrzcie – teraz mamy Pedriego, którego kto by pomyślał, że kiedyś będzie takim filarem drużyny? Albo Gavi, który jest niczym pędzący pies, który nigdy się nie męczy. A Fati? Facet, który wychował się w systemie, ale teraz dorósł do roli lidera.
No i jeszcze trzeba powiedzieć o zmianie warty – niektórzy z tamtych chłopaków odeszli albo odchodzą, i to trochę boli. Ale to naturalny cykl – ludzie się starzeją, drużyny muszą się odnawiać. Nie chodzi o to, żeby dzisiejsza drużyna była lepsza albo gorsza, tylko że gra inaczej. Tamci mieli swój styl, który był prawie idealny, dzisiaj mamy coś innego, ale też naprawdę fajne.
I no tak, oczywiście, kibicuje się zawsze z sercem – kiedy ogląda się dzisiejsze mecze, to widać, że nie jest tak prosto, jak kiedyś. Ale to nie znaczy, że nie ma chwil, które napawają nadzieją. Wystarczy spojrzeć na te występy na Camp Nou w ostatnich meczach – publiczność wciąż potrafi wznieść się na wyżyny emocji, a zawodnicy wciąż dają z siebie wszystko. To nie są już te stare czasy, kiedy Barca była nie do zatrzymania, ale nadal można poczuć, że to nasza drużyna, nasz styl, nasze marzenia.
I tak naprawdę, to te różne epoki to jak różne rozdziały jednej wielkiej książki – każdy ma swoje miejsce, swoją wartość, i nie da się ich porównywać na sucho. Ważne, że nadal kibicujemy, nadal przeżywamy te emocje razem. Bo Barça to nie tylko pięć mistrzostw z rzędu, to przede wszystkim historia, która ciągle się pisze. I na razie nie wygląda na to, żeby ktokolwiek miał jej pióro zabrać. 💙❤️
Najpierw policz, potem się spieraj.
a wiecie co mnie tam najbardziej uderzyło jak byłem pierwszy raz na camp nou w 2015? nie ten mecz, nie te gole, tylko to jak mój koleś zrzucił ze schodów do tunelu dla zawodników pizzę z pepperoni "bo Messiemu się należy". no i kiedy ten zakrętas za stadionem nas poznał, to facet krzyknął "jesteś tam ciastuniu!" i dał mu po łapie jakieś chłopaczysko w barcy i myśmy myśleli że już po sprawie, a tu magia: gość pogratulował, wziął kawałek i zjadł z nami w kibicowskiej knajpie pod trybuną. kurde, żeby tata widział... 🍕🔥😂 wracamy do domu z brudnymi rękami i sercem pełnym tej madryckiej pizzy, ale za to z takim uśmiechem, że przez tydzień opowiadałem o tym jakbym strzelił gola w derbach! no i teraz jak oglądam te stare powtórki, to zawsze mam w głowie ten smak i ten zapach – bo kibicowanie to jednak nie tylko gola, to kawałek życia, który zostaje w sercu i w żołądku. 💙🍕🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.