Gdy City grało jak cudowne niebieskie tornado, a kibice mieli łzy szczęścia w oczach
pamiętam ten wieczór w szpitalu — tak, w szpitalu, bo mój synek akurat miał planowaną operację w dniu meczu, ale dobra, co tam, ważniejszy był futbol... siedziałem w sali na korytarzu z moją żoną, radio w ręku, a reszta rodzin się denerwowała, że jak ja mogłem sobie darować „poważny” dzień. no i nagle te 90 sekundy — celny strzał, brzęczenie w eterze, a potem te wrzaski przez cały oddział, pielęgniarki z podejrzanym błyskiem w oku, jeden facet nawet do mnie podszedł: „panie, co to za zespół?!”. odpowiedziałem przez łzy: „nasz, drogi panie, nasz”... i wiadomo, po tygodniu chłopak opowiadał pielęgniarkom o tym samym meczu, a ja cieszyłem się, że już widać było ten uśmiech na jego buźce. ach, te emocje...
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
W piekarnio-kawiarni na Targowej, bo tam wtedy akurat byłem z kumplami na niedzielnym brunchu, jak nagle jakiś gość przy stoliku obok krzyknął "GOOOOLL MCI!!!" i od razu wszyscy w lokalu wstali i zaczęli klaskać — no ale trudno, chłopaki nie rozumieli nic, bo mieli tam jakieś śniadanie wegańskie i przytulnie... a ja tylko złapałem się za głowę i powiedziałem: "kurwa, to naprawdę dzisiaj jest nasz dzień!" i już wiedziałem, że Agüero sprawił, że cała Poland mnie usłyszała 🔥💙 a babeczka przy ladzie dała mi dodatkowego croissanta "za taką radochę" — no i jak tu nie kochać takiego klubu!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a co tam, ja akurat byłem na budowie, akurat w tym dniu mieliśmy z robotnikami w planach jakieś nie wiem, betonowanie fundamentów czy coś tam... ale dobra, niech tam, chłopaki wiedzieli, że jak się podejdzie blisko tej budowy to telefonu można sobie posłuchać przez głośnika z samochodu koło kibla, no i co? co?
włączamy więc ten stary radioodtwarzacz, facet co sprzedawał kanapki obok akurat miał ten mecz na radiu, a my pod budowę zebraliśmy się wszyscy — ten moment, kiedy ten hiszpański głos krzyknął "AGUERO! AGUERO!" i już wiedziałem, że dzieje się coś złego... no nie złego, tylko świetnego, bo jakby ktoś mi w serce włożył nowy cylinder do silnika, tak czułem.
i wtedy ten szef ekipy, stary byk, taki co na co dzień to jakby się martwił o każdy gwóźdź, podniósł się z klęczek (akurat układał płyty), podniósł ręce do góry i krzyknął: "ej ludzie, jesteśmy mistrzami! świętujmy!", a my — zero, zero pomysłów, bo co niby mieliśmy robić na budowie, która nagle została stadionem — no i wiadomo, że rzuciliśmy narzędzia, zerwaliśmy się jak na sygnał i zaczęliśmy biegać w kółko po placu budowy, ten jeden pakował się na koparkę, ten drugi tak improwizował piosenkę kibicowską, a ja złapałem za młot i waliłem nim w szalunek jakby to był bęben — do dziś facet co prowadził księgowanie mówi, że nigdy nie widział u nas takiego luzu w papierkowej robocie.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A wiesz co, chłopaki... ja akurat wtedy byłem w tym nowym hipermarkecie na Solnym, co to go dopiero otwierali — myślałem, że idę po mleko, a skończyło się, że obiecałem żonie kupić „tylko jeden mały grill” i wróciłem z dwoma dachami i połową półki z piwem. Wraz z resztą klientów staliśmy jak zahipnotyzowani przy kasie, jeden facet nawet wyjął szynkę z torby, bo tak mu się ręka trzęsła od szczęścia, że nie mógł zapłacić. A ten głos w megafonie krzyczał „AGUEROOO!!!” i zaraz cała kolejka wpadła w taki entuzjazm, że skanowanie kodów dosłownie stanęło na trzy minuty.
Tamta drużyna... no cóż, miała w sobie coś magicznego, tego nie odbiegniesz. Byliśmy tą drużyną, która grała jakby napędzona samym uczuciem — nie było tam miejsca na sztywne schematy, każdy luzował się na boisku, bo cała Europa widziała, że City potrafi wyzwolić emocje jednym uderzeniem serca. Agüero był wtedy ostatnim elementem układanki, której reszta już dawno dała z siebie wszystko, a on dobił do końca tej szalonej jazdy niczym metronom w tańcu. Tamte mecze... to było jak jazda rollercoasterem bez pasów. Dopóki się nie kończyło, nie wiedziałeś, czy to sen, czy rzeczywistość.
A teraz? Teraz mamy zespół, który to robi na zupełnie inny sposób — nie ma już tego desperackiego pędu, tej ulotnej magii z powietrza, za to jest coś, co można by nazwać... precyzyjną maszynerią. Ci chłopcy grają jakby mieli zegarki w każdej komórce mózgu. Każdy ruch jest rozłożony, każda strata to lekcja, a zwycięstwo? To efekt długofalowego planu, a nie przypadkowego fleszu inspiracji. To trochę tak, jakbyśmy przeszli z romantycznej powieści na solidny podręcznik akademicki — dużo w nim sensu, dużo logiki, ale tej pierwotnej, dziko pięknej energii, tej, która sprawiała, że serce biło szybciej na samą myśl o meczu, już nieco brakuje.
Dlatego nie powiem, że tamten czas był lepszy — po prostu był inny. I fajnie, że mamy teraz co wspominać, bo kto wie, czy kiedykolwiek znowu zobaczymy taki finał, gdzie przez trzy kwadranse nie wiadomo, co się stanie, a potem nagle — huk i cała sala staje w ogniu. Tamta drużyna była ogniem. Ta dzisiejsza? To piec hutniczy — równie mocna, ale inna kategoria. I tyle.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
ej kurwa, a ja akurat byłem w tramwaju numer 9 na trasie Polesie — ten sam, który zawsze się psuje na wysokości dworca Łódź Fabryczna — i co? co się stało? słychać krzyki przez radio w kabinie kierowcy, facet w kombinezonie zamiast gazety trzyma telefon i wrzeszczy „AGUEROOOO!!!” jakby mu złodziej portfel ukradł. No i co, myślicie, że tramwaj stanął? nie, kurwa, nie! Ten wariat dalej jechał, tyle że puszczał mocniej radio i wszyscy pasażerowie wpadli w histerię — jedna pani rzuciła jabłkiem w szybę, bo „tak się cieszyła”, a mój znajomy, ten co zawsze narzeka na opóźnienia, poderwał się z siedzenia i zaczął śpiewać hymn kibiców City w oknach, które akurat były otwarte bo było upalnie.
Aż konduktor, stary zrzęda, złapał za mikrofon i powiedział: „państwo, albo natychmiast się uspokajacie, albo wysiadacie wszyscy na następnym przystanku i dojeżdżacie marszem”. No i co? co się stało? no właśnie nic! nikt nie wysiadł — dalej śpiewaliśmy, a tramwaj uderzył w sygnalizację i tak stanął na środku skrzyżowania na 20 minut, bo policja myślała, że to jakiś napad albo co.
I wiesz co? najlepsze jest to, że nazajutrz ten sam konduktor przyszedł do pracy i cały oddział kibiców go zagadywał „no i co, mistrzu, dzisiaj znów City pogromcą?”, a on tylko mruknął: „jeszcze raz coś takiego, to zatrzymuję tramwaj na wieki i was wszystkich wysadzam w polu” 🚋💙🔥
no ale poważnie — zawsze będziecie częścią mojego dnia szczęścia, chłopaki, bo tamten moment to był jeden wielki dobry dzień, który udowodnił, że futbol to nie tylko gra, tylko religia bez pasterza 🤣🍿
Memy to też analiza.