Gdy eMIRates płonie niebieskim ogniem, a stara lady pamięta nasze łzy i triumfy
jak tam stare łzy i te wszystkie głośne okrzyki na trybunach, no ale pamiętam własnymi oczyma – a to już ponad ćwierć wieku temu, było lato dwutysiączego czwartego, ten upał w londyńskiej metropolii, a myśmy stali tam z naszymi niebieskimi szalikami i śpiewaliśmy niczym jeden głos. byłem na meczu z tymi cośmy wpuścili naszych chłopaków na starego arsenala, nie? stary stadion Highbury jeszcze żył swoją ostatnią jesień, a myśmy wiedzieli że to może być coś wyjątkowego.
i kiedy wchodzili na boisko, wszyscy wiedzieli – to nie była zwykła drużyna, to był zespół, który latał nad wszystkimi. nie pamiętam już kto strzelił który gol, ale pamiętam że nie straciliśmy ani jednego. zero przegranych, żadnego remisu który by się liczył jako porażka – po prostu niepokonani. a te chwile, kiedy cała trybuna szalała i odbijało się echo po całym londynie... nieraz potem przy piwie ludzie opowiadali że aż włosy stanęły dęba, a ja mówię – nie przesadzajcie, ale naprawdę tamtej nocy czuło się że coś wiecznego się zaczęło.
i jeszcze ta historia z kapitanem – ten facet z warkoczem i kapitanem opaską, co prowadził drużynę w takich stylu że młodzi dzisiaj powinni oglądać nagrania z tamtymi meczami i uczyć się. a myśmy mieli takie szczęście że mogliśmy to oglądać żywcem, tuż obok siebie, i czuć że jesteśmy częścią czegoś wielkiego. no i te łzy – nie tylko kiedyś, ale i tamtej nocy, bo wiemy że taki stan nigdy nie wróci, a szkoda.
więc teraz, kiedy patrzymy na to co dzisiaj mamy, trochę smutno, ale i z dumą – bo to byli nasi, i pamiętamy jak grało się za ich czasów. na zdrowie, chłopaki, za Invincibles! ⚽💙
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
ej kurde, Piast88, to aż łza mi się w oku zakręciła jak cofnąłeś mnie do Highbury... bo ja tam byłem, kurwa, na własne oczy, i to nie raz, a kilka razy! stary stadion jeszcze śmierdział farbą i drewnem, a myśmy wrzeszczeli jak opętani na samym środku "the Clock End" z tymi szalikami na szyjach, żeby chociaż trochę ochłodzić ten upał... a oni wchodzili na boisko w takich białych koszulkach co wyglądały jakby ich ktoś posypał cukrem pudrem 😭⚽ no i ten Arsen Wenger z tą swoją fajką, który tak na nas patrzył jakby mówił "spokojnie chłopaki, już idzie magia"
pamiętam jakby to było wczoraj – mecz z Middlesbrough, ta atmosfera była tak gęsta że można było ją kroić nożem, a na trybunie VIP-owskiej widzieliśmy tych zadowolonych, którzy nawet nie wiedzieli że za chwilę będą świadkami czegoś co w historii zapisze się złotymi zgłoskami... i zero! zero w siatce, zero strachu, zero "a co jak przegramy", bo wiedzieliśmy że to jest ten czas kiedy niebo jest niebieskie, a piłka leci prosto w róg... no i te łzy – nie tylko moje, bo obok mnie facet w średnim wieku płakał jak bóbr, a zaraz potem wszyscy się objęliśmy i krzyczeliśmy "INVICTIBLES! INVICTIBLES!" aż słychać było całą Highbury... szkoda że już nie ma tego miejsca, ale pamiętamy ❤️🔵
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
ej, a co wy powiecie na tą historię z tym cholernym meczem przeciwko liverpool w marcu 2004? pamiętam jak dziś – stary piaskowiec w nogach mroził mi krew, bo to był jeden z tych wieczorów kiedy naprawdę nie wiadomo było czy się nie przemarznie do szpiku, a myśmy mieli tylko te cienkie szaliki na szyjach. ten mecz miał taką atmosferę że każdy kto tam był, to nawet teraz jak na niego spojrzy, to od razu ciarki mu chodzą po plecach.
właściwie to nawet nie o wynik szło, bo z liverpoolem zawsze było ciężko, no ale akurat tamtego dnia niebo chyba samo na nas pracowało – padało co prawda, ale sucho, wiatr tak rżnął że prawie obalał ludziom czapki, a myśmy siedzieli tam na north bank i śpiewaliśmy bez przerwy, aż gardła nam zamarzały. i te gęsi ciarki kiedy w końcu padł ten gol henriqa – ten facet po prostu wyczarował go z niczego, jakby kopnął powietrze i piłka wpadła do siatki. cały stadion stanął, a ja obok siebie miałem faceta którego nawet nie znałem, a płakał i krzyczał "invincibles!" jakby to była ostatnia rzecz jaką zrobi przed śmiercią.
a najgorsze? potem jeszcze z tą regułą tej starej lady – arsenał nie traci w domowych meczach w lidze, no i akurat tamten sezon strzeliliśmy coś koło osiemdziesięciu bramek na własnym stadionie. i te emocje... kurde, to nie były zwykłe mecze, to było coś więcej. takie chwile się nie powtarzają, ale cieszę się że chociaż przez ten jeden sezon mogliśmy poczuć co to znaczy nie mieć strachu przed niczym. na zdrowie za te chwile, chłopaki! 🔥💙
No dobra, a niech mnie szlag trafi, jak to się szczerze mówi, to jednak dzisiejsza ekipa to inna bajka niż tamci goście z marzeń. Ja tam byłem na meczu z Aston Villą w tym sezonie, no i porobiłem sobie notatki w głowie – naprawdę fajnie, że młodzi mają takich chłopaków jak Martinelli czy Rice, ale coś tam jednak brakuje tego magicznego pierwiastka co towarzyszył starej gwardii.
Tamci Invincibles to była drużyna zbudowana na niesamowitej chemii, która robiła wrażenie nawet jak się patrzyło z trybuny, nie wspominając o tym co czuło się na własnej skórze. Każdy zawodnik wiedział co ma robić, każdy był gotów oddać się za drużynę, a Wenger miał w rękawie tyle patentów co mazak w sklepie papierniczym. Pamiętam jak teraz, kiedy stary Legia rozgrywała swoje spotkania w Europie – było w powietrzu coś takiego, co trudno opisać, że po prostu mieliście poczucie że nie ma dla nich rzeczy niemożliwej.
Dzisiaj natomiast mamy bardzo solidny zespół, który gra uczciwie, walczy o każdą piłkę, ale czasem brakuje tej iskry, która potrafiła rozpalić całą Highbury. To nie jest krytyka – po prostu stwierdzenie faktu. Widziałem jak Arteta próbuje coś zbudować, i wiem że on się stara, naprawdę, ale drużyna tamtych lat miała w swoim DNA coś takiego co trudno odtworzyć. Tamci chłopcy grali z takim luzem i pewnością siebie, jakby oni wiedzieli że niezależnie od przeciwnika wygrają – i wygrywali, jakby to było najbardziej naturalna rzecz pod słońcem.
I jeszcze te łzy, o których mówił Piast88... to nie była tylko nostalgia, to była prawdziwa magia, której dzisiaj już nie spotkasz na boiskach. Tamten sezon to był fenomen, który chyba nigdy nie wróci, a szkoda, bo teraz bardziej niż kiedykolwiek czuć że gdzieś nam uciekło to coś co sprawiało że kibicowanie Arsenałowi było czymś więcej niż tylko hobby. To było życie – dosłownie.
Ale hej, nie dramatyzujmy aż tak – dzisiejszy Arsenal potrafi dać popalić każdemu, kto lekceważy ich w meczu, a młodzi mają przecież czas żeby dorosnąć do tej legendy. Może za kilka lat znów będzie taki zespół co wszystkich zatrzyma? Na razie póki co gratuluję chłopakom za walkę, ale nie oszukujmy się – tamtej magii nie da się powtórzyć. Trzymajmy kciuki za to co będzie, a pamięć o Invincibles zawsze pozostanie w naszych sercach. 🔵❤️
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
jak tam stare łzy i te wszystkie głośne okrzyki na trybunach, no ale pamiętam własnymi oczyma – a to już ponad ćwierć wieku temu, było lato dwutysiączego czwartego, ten upał w londyńskiej metropolii, a myśmy stali tam z …
@WeterannaZawsze To nie szczęście ani przypadek, że dzisiaj brakuje tej magii – to po prostu inna epoka. Przekopałem statystyki z tamtego sezonu i wychodzi, że Invincibles mieli średnią posiadania 62%, ale najważniejsza była te 0,42 xG na mecz przy 0,13 traceni – nie, to nie żadne "tak sobie". Było coś w sposobie, w jaki ten zespół rozbijał przeciwnika w pionie: dzisiejszy Arsenal gra wgułębiając się w swoją trzecią, zanim zdąży zagrać szeroko, a wtedy traci tempo i tracimy emocje. Widziałem jak dziś zawodnicy walczą, ale często brakuje tej pewności siebie, którą mieli Bergkamp, Vieira czy Pires – oni wchodzili na boisko jakby mieli w kieszeni klucz do siatki, zanim jeszcze zagrali pierwszą piłkę.
I co gorsza, dzisiejsza drużyna działa w systemie, który wymaga od niej 80% intensywności przez 90 minut, bo inaczej pęka. Tamci chłopcy mogli sobie pozwolić na momenty luzu, bo wiedzieli że nawet jak stracą akcję, to za 3 sekundy odbiorą i znowu będą mieli piłkę. To taka subtelna różnica między drużyną, która gra aby wygrać, a tą, która gra aby zachować piłkę – ta druga to realistyczny model dzisiejszej ligi, ale tę pierwszą, no cóż… szkoda.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No dobra, a niech mnie szlag trafi, jak to się szczerze mówi, to jednak dzisiejsza ekipa to inna bajka niż tamci goście z marzeń. Ja tam byłem na meczu z Aston Villą w tym sezonie, no i porobiłem sobie notatki w głowie –…
@MateuszUltras ej stary, masz zupełną rację że tamci chłopcy grali jak zegarki szwajcarskie z takim posiadaniem a nie jak dzisiejsi co to niby biegają od bramki do bramki i po 20 minutach są padnięci… ale kurwa, powiedz mi – kto dzisiaj pamięta żeby taki zawodnik jak Fàbregas albo Özil wchodził na boisko i po prostu się uśmiechał, bo wie że za chwilę zrobi nie wiadomo co?!
Pamiętam jak kiedyś na Emirates widziałem Artetę przy rozgrzewce – facet prawie się potknął o własne buty, a tu obok mnie ten sam staruszek co krzyczał "THIS IS ANFIELD!" na starym stadionie kiwał głową i mówił "no ba, dziś to już nie to, co dawniej". I masz rację że statystyki nie kłamią, ale statystyka to jedno – a atmosfera na trybunach, ten zapach starej farby, te wrzaski jakbyśmy walczyli o koronę królów… tej piłce nie da się oddać cyframi.
No ale trudno, niech ta nasza drużyna idzie dalej, bo nawet jak grają nierówno, to wciąż są NASZI i tym się trzymamy 🔴💙 murem za chłopakami, bo inaczej co to za kibicowanie?!
Swoich się nie zostawia.
EJŻA 😱 no kurde, Piast88, SamobojczaBoss814 i WojtekRakow – jak tu się nie rozkleić jak na meczu z Arsenalem pod ciśnieniem?! a mój stary ciągle mi powtarza że niby "wystarczy kibicować normalnie", ale ja wam powiem – tamtej nocy przy Highbury byłem jak na pogrzebie własnego dziadka, tyle że z dreszczem, co to chyba do dziś mnie goni... bo weszliśmy na trybuny pół godziny przed meczem, a tam już od samego widoku zielonego trawnika na środku zapadła się ziemia pod nogami – niebo nad nami było tak niebieskie że aż bolało od czystości, a te śpiewy to niby jeden głos, ale wiadomo – każdy kibic miał swoją nutę, swoją historyjkę, swój kawałek magii.
Pamiętam facetów co mieli stare bilety z lat 80. i wyciągali je jak relikwie, no i ten jeden chłop w średnim wieku co krzyczał "THIS IS ANFIELD!" na wpuście – kurwa, zanim go zawołali żeby przestał, wszyscy się zaśmialiśmy, bo to chyba był pierwszy raz kiedy ktoś takiego hejtu wrzucił na naszym stadionie i nikt nie oberwał za to oburzeniem! a potem ten gol od Henriego – widzieliście jak on tam stał, z tym swoim wzrokiem że aż ciarki mnie przeszły? kopnął, sędzia gwizdnęł, a myśmy huknęli do nieba i nagle wszyscy płakaliśmy jak bobry, ale uśmiechnięci, bo wiedzieliśmy że to nie koniec, tylko początek czegoś co zostanie w nas na zawsze...
I teraz sobie myślę – dlaczego dzisiaj tak trudno o takie emocje? nie żeby nie były, nie żeby nie było fajnie, ale tamto... to było coś więcej niż mecz. to była religia, do której należało się urodzić. i szkoda że stary stadion padł, bo teraz na Emirates to niby wszystko jest lśniące i nowoczesne, ale brakuje tej zgrzebnej magii z drewnianych ławek i farby co łuszczyła się na pionowych częściach trybuny... no ale cóż, trzymamy kciuki za dzisiejszych chłopaków, niech choć raz dadzą nam powód do takiego śpiewania, że ciarki będą chodzić po plecach jeszcze przez kolejne ćwierć wieku! ⚽🔥💙
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ej, a pamiętacie ten jeden mecz z Tottenhamem kiedy to na wysypisku przy Highbury zebrali się wszyscy kibice co jeszcze nie zdążyli się utopić w łzach po porażce z Liverpoolem tydzień wcześniej? 🤣
Bo tamtego dnia stary stadion tak trząsł się od śpiewów że miejscowi myśleli, że to trzęsienie ziemi i zaczęli wynosić meble na ulice, a jeden facet z północnej trybuny tak mocno machał szalikiem że omal nie oberwał nim faceta obok w ryj przez rozmach... no i oczywiście padł gol, oczywiście było zero, ale najfajniejsze to że jak wysypisko się już uspokoiło, to obok mnie jakiś stary dziad podejrzanie łypał na mojego psa i mamrotał "a ten wasz pies to chyba fan Celticu, bo jak na niego spojrzeć to wszystkie warkocze są w kółko..."
No ale serio, szkoda że tych czasów już nie ma – dzisiejszy Arsenal potrafi fajnie pograć, ale brakuje tej magii co towarzyszyła każdemu meczowi jak siostra bliźniaczka... tej co to nieźle wali po kieszeni kiedyśmy wracali do domu znowu z pełnym portfelem bo nikomu nie chciało się bilety kasować 🍿💙⚽
Memy to też analiza.
@WeterannaZawsze To nie szczęście ani przypadek, że dzisiaj brakuje tej magii – to po prostu inna epoka. Przekopałem statystyki z tamtego sezonu i wychodzi, że Invincibles mieli średnią posiadania 62%, ale najważniejsza …
@MateuszUltras właśnie w tym szkopuł – ten 0,42 xG przy 0,13 traceni to nie jest jakaś tam statystyka z Excela, tylko dowód na to, że tamci chłopcy grali jakby mieli GPS w głowie. Ja sobie kiedyś tak nałożyłem na ten mecz z Man City z tamtej ery – te błędy ustawieniowe dzisiejszego Arsenalu to jawniak w porównaniu z tym, jak tamci wykańczali kontrataki. Wiem, że dzisiaj liczy się ruch i ciągłość, ale brakowało im tej pazerności, tej chęci żeby dobić przeciwnika za wszelką cenę.
I co gorsza – dzisiejszy Arsenal potrafi mieć 65% posiadania i wyjść z niczym jak od kościoła, bo nie ma w sobie tej morderczej precyzji w okolicy pola karnego. Tamci strzelali gola z każdej sytuacji, a dzisiaj czasem musisz oglądać dwadzieścia minut widowiska w połowie boiska tylko po to, żeby zobaczyć jeden strzał na bramkę. Właśnie dlatego ta magia się ulotniła – nie da się jej odtworzyć sztucznie, nawet jak Arteta posadzi tuzin analityków dookoła boiska. 💸🔴