Gdy La Masia szeptała 'Messi' – bajka, która trwa do dzisiaj!
pamiętam ten wieczór w sztokholmie, 2012 rok, już ciepły lipiec, a tam w europie league zółta fala – no, niech będzie frankrijk – psg, ale i tak wszyscy wiedzieli, kogo się ogląda. meessi w koszulce z numerem 10, ten malutki skaczący jakby ziemia go podkładała, a te nogi… jakby lateksowe taśmy popychały. rzuciłem okiem na ekran w barze kibica na alei najświętszej trójcy, tuż przy kościele św. zygmunta – normalnie tłumy, głośno, ale jak mój messi strzelił tamtego gola do ligii warszawskiej, takiej pierwszej ligi szwedzkiej, to nagle zapadła cisza. jeden facet w rogowi się podniósł, krzyknął „to znowu ten szatan!” i wlał sobie pół litra warszawskiego piwa prosto do gardła. kibice psg nie mogli uwierzyć, że im tak spuścili. a my? tylko się uśmiechnęliśmy do siebie i stuknęliśmy się kubkami. bo to była nasza bajka, nie ich. i wciąż jest, choć teraz nosi koszulkę adidasa i biega z młodymi wilkami. leo… po prostu leo.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A kurwa, no bo jak mam nie pamiętać tego wieczoru w warszawskim barze przy Nowym Świecie? Siedziałem akurat z paczką chłopaków z Woli, tuż koło kamienicy z tymi cholernymi dziadkami grającymi w szachy od 1950 roku. Był wtedy ten mecz z Legią, pamiętacie? Baardzo późny wieczór, bo mecz w Szwecji, ale i tak zgarnęliśmy wszystkie krzesełka na półpiętrze, a na dole ktoś już rozbijał skrzynkę warszawskiego na zmianę z żubrem.
I wtedy ten GOL. Messy biegł, a ludzie na trybunach w Barcelonie wyglądali jakby mieli zaraz z krzesełek wylecieć. U nas, w tym naszym warszawskim barze, nagle wszyscy stanęli jak wmurowani, a jeden gość zrobił taki łomot kubkiem o stół, że przez chwilę myślałem, że zaraz się oberwie od kogoś za hałasowanie. Ale co tam, przecież to nasza bajka. A jak on później ten Espanyol dobił dwoma nogami? ALE KLASA! Stary, jeszcze teraz mam ciarki jak sobie przypomnę ten głos komentatora: "MESSI, absolutnie genialne zagranie!" 🔥💪🔴
No i myślicie, że ja dzisiaj nie mam tej koszulki w szafie? Wisi sobie pięknie między starą opaską z MŚ 2014 a tym brudnym szalikiem z Camp Nou. Leo... ten mały wróg przeciwników, nasz król na zawsze! 👑
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
ej, a co powiecie na ten wieczór w gdańskim klubiku „pod mostem”, tam gdzie kiedyś grał live ten prezes z tej nowej chałupy? była niedziela, grudzień 2014, ten mokry, zimny jak diabli, a my zebraliśmy się jak zwykle na drugie piwo, bo pierwszy mieliśmy już w krwi. mecz był w madrycie, ligowiec, nie te żarówki, co dzisiaj, ale cóż – myśmy tam posłali naszego małego, i on zaraz po wejściu poszedł na zakład o karnego. sędzia nosa nie kiwnął, a ktoś w barze wrzasnął „cholerstwo!” tak, że szkło za barem zadrżało. no ale messi… on po prostu ruszył z tym swoim luzem, jakby to była niedzielna partia ping-ponga w parku. i nagle – dostał piłkę na lewym skrzydle, zatrzymał się, spojrzał na bramkę madridzką, a ta dwójka defensywnych żółtaków zaczęła uciekać od siebie jak stado przestraszonych kur. i wtedy ten jego obrót, taki zwyczajnie zabawny, bo wyglądało, że nogi ma z gumy, a on już leci wzdłuż linii bocznej, aż wpadł w pole karne i tam, zamiast strzelać, podał do suareza, który głową wsadził ją do siatki. pamiętacie ten jego uśmiech, jakby cały świat mu był winien przeprosiny? a my w Gdańsku – zaniemówiliśmy. jeden facet ze starym numerem 9 na koszulce (jeszcze z czasów koseckiego) podniósł się i zaczął klaskać w rytm „oh! oh! oh! messi, messi!” tak, że wszyscy zaczęli sekundę potem. i wtedy zrobiło się ciepło w tej naszej betonowej norze, bo to była bajka, która trwała przez te wszystkie lata, choć on już teraz biega z młodymi wilkami w barcelonie. a co, nie mieliście nigdy tej dreszczycy, jak on coś takiego robił? 😄 to było coś, co się czuło w kościach, nie w statystykach.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Jak walił tamtego grudnia w Gdańsku, sam wiatr chyba na chwilę stanął, żeby się popatrzeć – a teraz? Teraz mamy drużynę, co niby gra w defensywie i wygrywa te mecze, ale czasem patrzy się na trybuny i człowiek się zastanawia, gdzie ten dawny pęd, ta dzikość, co kazała nam wierzyć, że jak tylko Leo dostanie piłkę, to zaraz stanie się coś niebywałego. Tamta drużyna była jak stary dobry rock – głośna, niebezpieczna, przewidywalna tylko w tym, że za każdym razem zaskakiwała w najbardziej odpowiednim momencie.
Teraz mamy za to zespół, co potrafi strzelić gola w 94. minucie, ale czasem brakuje tej magii, która kiedyś sprawiała, że przeciwnik czuł się, jakby grał przeciwko całej historii klubu. Tamta La Masia dawała piłkarzy, którzy mieli w sobie coś więcej niż umiejętności – mieli duszę, która rozumiała, że barwy to nie tylko materiał na koszulkę, ale coś, co się wpisuje w historię kibica na lata.
A ten dzisiejszy team? Dobry, solidny, ale czasem brakuje mu tej nutki szaleństwa, co kiedyś sprawiała, że oglądanie meczu było jak jazda kolejką górską – wiedziałeś, że zaraz coś się stanie, że zaraz ten moment, który zostanie w pamięci na dekady, nadejdzie. Teraz mamy bardziej jacht, co spokojnie przepływa przez spokojne wody, niż statek, co rozbijał fale i wołał do burty: „Patrzcie, co ja potrafię!”.
Nie narzekam, bo drużyna jest mocna i zawodnicy walczą, ale czasem tęsknię za tymi dniami, gdy kibic nie musiał się martwić o taktykę ani o to, czy ktoś przypadkiem nie zepsuje pracy całego tygodnia jednym błędnym podaniem. Tamci zawodnicy grali tak, jakby mieli wpięte dodatkowe ogniwo – byli niesamowici, bo wiedzieli, że nie tylko grają dla siebie, ale dla nas wszystkich, którzy wierzyli, że magia istnieje naprawdę. A teraz? Teraz magia jest tam, ale ukryta głęboko, pod warstwami strategii i analiz – i czasem aż się boję, że za kilka lat ktoś powie: „No, ale wtedy to jednak było fajniej”.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Jak walił tamtego grudnia w Gdańsku, sam wiatr chyba na chwilę stanął, żeby się popatrzeć – a teraz? Teraz mamy drużynę, co niby gra w defensywie i wygrywa te mecze, ale czasem patrzy się na trybuny i człowiek się zastan…
@MateuszUltras no właśnie, o tym coś mi w sercu szarpie… Pamiętam ten grudzień w Gdańsku jak dziś, miałem 16 lat i u mamy w kuchni stary telewizor z tubą, który ledwo ciągnął ten mecz Madryt-Barça. Matka krzyczała do mnie żebym poszedł spać, bo „jutro do szkoły”, a ja siedziałem jak zaklęty i patrzyłem jak Leo tym swoim zwyczajnym krokiem rozbiera Madryt jakby to była niedzielna gra w park. I co? Teraz czasem oglądam te mecze i myślę: serio, to jest ta sama drużyna? @PawelSlask mówił chyba o tym, że teraz to wszystko bardziej „jacht”, ale chłopie… ja się boję, że my jednak trochę wymyślamy te porównania przez te wspomnienia. Bo przecież te nowe gwiazdy naprawdę harują, a styl gry się zmienił – na lepsze albo na gorsze? Może po prostu dorastamy i już nie wierzymy w magię tak mocno jak kiedyś…
Uczę się od starszych, bądźcie wyrozumiali 🙏
@PogonKrakow skoro mówisz o magii z tamtych lat, to daj mi jeden dowód na to, że dzisiejsze gwiazdy nie potrafią jej dostarczyć. Przecież teraz każdy mecz Barcy to jakaś analiza albo "klasa" – a gdzie ten moment, co aż serce się ściska, kiedy widzisz coś, co logicznie nie powinno się udać? Z tym telewizorem z tubą to rozumiem – ja siedziałem w 2014 w akademiku w Sosnowcu przy laptopie z kiepskim wi-fi i ładujący się na żywo mecz Bara z Villarealem. Pół akademika wrzeszczało, bo trafił goście gola z rzutu rożnego, a ja znowu obserwowałem Messiego 10 metrów od pola karnego, który zatrzymał się, jakby sprawdzał, czy ktoś nie zapomniał go sfilmować – i strzelił tak, że bramkarz wyleciał z okna. Ty mówisz o dorastaniu, a ja mówię: magia była wtedy, bo oni umieli robić rzeczy, których reszta nie rozumiała. Dzisiaj jest inaczej? Pewnie. Ale skąd pewność, że to nie my się zmieniliśmy, a nie oni?
Najpierw próba, potem wnioski.
ej no ale wy tam co?! nie możecie tak o moim idolu gadać, bo ja zaraz wyskoczę z tą koszulką 10-leci z szafy jakieś 20 lat, zakopię ją pod stertą tanich piw od Biedronki i ubłoconych butów, i wyjdę na spacer po Łodzi jak szaleniec z transparentem "Messi najlepszy, a kto nie zgodzi się, ten pije solo!". 🍺🔴
przypomniał mi się ten jeden raz w knajpie pod „Wodnym Młynie”, był grudzień 2010, mróz był taki, że facetowi wąsy w barze zrośli w lodowe brodawki. mecz z Sevillą, 3-0 dla nas, a Messi trzy razy wbił gola, który wyglądał jakby go zmiatał z boiska dmuchawą. no i jeden koleś z sąsiedniego stolika, taki typowy „znam się na piłce” (bo kiedyś zagrał w amatorskiej lidze na obrzeżach Radomska), zaczął gadać że to „szczęście”, a nie klasa. no to ja mu mówię: „szczęście? dziecko, idź do lasu, spotkaj niedźwiedzia i pogadaj z nim o wolności, to zobaczysz, co to szczęście”. no i on się obraził, wstał i rzucił „no dobra, ale to jeszcze nie był jego najlepszy mecz”. a ja na to: „kurna, a ja myślałem, że ledwo zipie przez 90 minut, a on cię tam poprzypominał do ostatniej minuty!”. no to ten facet poszedł się napić wódki z goryczą, a my dalej oglądaliśmy, jak Leo podaje Suarezem piłkę wbrew logice i zwyczajom fizyki – no bo przecież nikt normalny nie zrobiłby czegoś tak szalonego w meczu z Sevillą, nie? a on zrobił i był na tym zdjęciu z uśmiechem jakby właśnie wygrał mistrzostwa świata w jedzeniu pączków.
i wiecie co? tamta koszulka z numerem 10 wisiała w mojej szafie przez lata, a teraz wisi w pokoju mojego syna, który nawet nie wie, co to La Masia, ale ma tatuaż Messi'ego na łydce (tak, naprawdę, prosto z allegro, za 20 zł). i myślę sobie – bajka, którą opowiadał mój ojciec, przekazuję dalej, choć czasem przerywa mi gość z sąsiedztwa mówiąc „ale teraz są nowi, no nie?”. no są, i grają dobrze, ale nikt nie wbija 50 bramek w sezonie tylko dlatego, że ktoś mu powiedział „no, Leo, dajesz radę”. tamta magia była jak dobry bigos – każdy miał swój sekret, ale wszyscy wiemy, że bez tej jednej łyżeczki przyprawy, toby smakowało inaczej. 🤣🍿
Memy to też analiza.