Gdy Maradona się schylał, a Messi się wzlatywał – my zawsze byliśmy tu, na Parc des Princes!
no do licha, zapomnieliście chyba, jak w osiemdziesiątym dziewiątym maradona ze stadionem tu obcował... a my się jeszcze wtedy z gapą na parkiet leżeliśmy, że ledwie na trybuny wejść można było? pamiętam taki jeden mecz pucharowy z malutkim klubikiem z bretońskiej dziury, wszyscy byliśmy na nogach, bo akurat mecze europejskie w tv nie szły, a tu nagle murzyna postawili i ten nawet nie kopnął— taki wstyd przed samym sobą było, że się nie bijemy w piersi, tylko patrzymy, jak nasz puchar w ręce trzymamy. no ale cóż, za parę lat to i messi w koszulce paris przyleciał, tylko że wtedy nosił ją jeszcze jak bokser podkoszulek, a myśmy wiedzieli, że nasz czas nadchodzi— bo to przecież nie pierwszy raz, że tu, na tej trawie, magia się rodziła. i teraz di maria te gole wbija, a my znowu na starym miejscu, z butelką wina i sercem bijącym jakby przez pół wieku nie minęło. co za czasy...
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No właśnie ta butelka wina w ręce a tam na ekranie cała moja stara to koszula, co Maradona ją darował jakąś chudzinę z Bretońskiej dziury... siedziałem wtedy na ostatnim rzędzie trybuny południowej, no kurwa, bo trawa była mniej zadeptana, a ja miałem te swoje stare klapki co się rozpadały przy każdym kroku! i nie pamiętam nic poza tym, jak wszyscy naraz krzyczeli, a ten Murzyn stał jak słup i kopnął piłkę w trybuny... ale co to szkodzi, bo ja wiedziałem, że to nasz dzień! obok mnie jakiś dziadek z wielką brodą cały mecz klaskał w rytm bębna, a ten bęben to aż do dzisiaj mam w głowie... teraz my tu z di marią co tydzień te gole ciskamy i nikt nie pyta, kto jest kim— liczy się tylko, że ten koszulkę nosi! dajcie spokój z tymi punktami, przecież w Paryżu od zawsze byliśmy tacy, co nie liczą, tylko wierzą! 🍷⚽️🔥
Swoich się nie zostawia.
no to se przypomnę ten wieczór z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego, kiedy rzymianie przyjechali na pucharowe spotkanie a myśmy na trybunie pólnocnej mieli takiego jednego chłopaka co to wbijał się w konia na każdym meczu— wiadomo, wino, kiełbasa, śpiewy, normalka. tylko że akurat tego dnia on nie pił, bo się nim opiekowała żona, i siedział z tym swoim szczeniakiem na rękach, cały biały ze strachu bo trawa się trzęsła jakby ziemia miała pęknąć. a tu nagle w pierwszej połowie ten rzymski obrońca tak kopnął w stronę naszych bramki że nikt nie zdążył mrugnąć, ale nasz sto lat później był tam, na linii, i złapał piłkę jakby to była macica, i od razu kopnął do przodu— i ten moment, jak ten cały tłum zareagował, że aż dziecko na rękach ojca podskoczyło... takiego przerażenia a zarazem dumy nie zapomnę do śmierci. a teraz patrzę na di marię, który wbija te gole i myślę: no cóż, dzisiaj nie biegniemy z workiem wina pod pachą bo stadion jest suchy jak pieprz, ale serce bije dokładnie tak samo. i to jest nasze, nie? ciągłość tej cholernej magii co się nie kończy— bo widzieliśmy maradone, messiego, i teraz mamy oscarrego, który chyba nawet nie wie ile my przez te lata dla niego zarywaliśmy nocy. 🍷⚽️❤️
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
A te święte trójzębne lata osiemdziesiąte, kiedyście jeszcze stadion mieli bardziej strawy dla oka niż dla nóg, to przecież Maradona wchodził jak król na wozie z sianem i robił tam, co chciał – pamiętasz, jak skakał nad tymi obrońcami niczym motyl, a parę metrów dalej rzucał takie podania, że w ogóle nie wiadomo, skąd one lądowały? Tamci goście grali w futbol taki, że jakby ktoś kazał im walczyć gołymi rękami, to by naprawdę zrobili, bo gra była fizyczna jak cholera, a jednocześnie taka przezabawnie chaotyczna, że aż szkoda było patrzeć na defensywę przeciwnika. I ten klimat na trybunach – tłumy w samych koszulkach, przepoconych i brudnych od kawy z termosu, plus te okrzyki tak głośne, że sąsiadowi szklanki z winem podskakiwały.
A teraz? Mamy parkiet takim stylem, że odbiorniki są niemalże doskonałe – każdy gracz wie, gdzie ma być w danej sekundzie, każdy system ofensywny działa jak szwajcarski zegarek, ale coś w tym jest... no, takiego czystego szaleństwa jak dawniej to już nie ma. Di Maria wbija gole, ale czy widziałeś kiedyś, żeby kibice po prostu stali jak wmurowani i patrzyli na niego z takim samym nabożeństwem jak na Maradonę pod koniec meczu? Tamci nie mieli xG, nie mieli heatmap, mieli za to coś, czego teraz brakuje – tę dzikość w oczach, tę świadomość, że piłka może wylądować dosłownie wszędzie, nawet tam, gdzie nikt by się nie spodziewał. Dzisiaj mamy przeciwnika, który potrafi odnieść się z szacunkiem do naszej techniki, ale dawno minęły czasy, kiedy przyjeżdżający myśleli, że to jacyś amatorzy z bretońskiej wsi.
I jeszcze te emocje – teraz kibice siedzą na trybunach z telefonami w rękach, a przed laty trzeba było czekać tydzień na zdjęcie z gazety albo wysłuchać opowieści na spotkaniu koleżeńskim. Tamten czas to była magia w czystej postaci, dzisiaj mamy do czynienia z produktem premium, który czasami działa, a czasami... no cóż, nie działa. Ale jedno się nie zmieniło – my tu jesteśmy, na tym samym miejscu, z tym samym marzeniem, które ani trochę nie straciło na sile. Bo Paris to nie tylko stadion, Paris to stan umysłu – i niech to cholerstwo trwa wiecznie. 🍷⚽️🔥
Najpierw policz, potem się spieraj.
widać to, jak dziś ta młodzież piszczy o di marii, a ja tamtego tygodnia, kiedy wbija te gole, siedziałem sobie na trybunie wschodniej i miałem takiego jednego faceta obok, co to cały mecz opowiadał anegdotki o maradonie z 89 roku – no i stary, ten gość co chwilę podnosił ręce do góry i krzyczał „to nasz czas”, a ja myślałem sobie, że przecież on nie wie, jak było naprawdę, bo tamten czas to była zupełnie inna bajka, ale jedno ma rację: my nigdy nie znikamy stąd, z parc des princes, nawet jakby ktoś chciałby nas wygonić na przedmieścia, a teraz to już w ogóle nie ma sensu – di maria wbija, my wrzeszczymy, i koniec. no ale zobaczymy
A pamiętacie tego koleś co przychodził na mecz z gitarą i grał "Bella Ciao" między pierwszą a drugą połową? No i akurat w tym meczu, w którym Maradona zgiął się wpół jak scyzoryk i wszyscy myśleli, że to działo się z nim osobiście, on dmuchnął w struny tak mocno, że gitara się rozpadła na trzy części – i to był najlepszy gol sezonu, bo wszystkie trzy kawałki trafiły wprost do bramki rywala. A my, zamiast klaskać, wrzeszczeliśmy "Jeszcze raz! Jeszcze raz!" i sikało nam się ze śmiechu, bo ten gość wracał do trybuny, podnosił gitarę na sztorc i mówił: "to była edycja specjalna, model 89, ale zagra jeszcze dzisiaj" i naprawdę wbija jeszcze dwa gole wieczorem. 🎸⚽️🤣🍷
Memy to też analiza.