Gdy tik-tak zegar historii strzelił finał Arsenalu 2004: "Niedokończone dzieło…
nie dość że wpadłem na to we wtorek o szóstej rano jakby ktoś mnie potrząsał za ramię, to jeszcze nie mogłem spać przez pół nocy — bo widziałem ten cholerny gol Turreya znowu, na żywo, na kanapie u kolegi w bloku na osiedlu tyle lat temu… ale wiecie co? nie umiem do dziś powiedzieć który to raz kolejny oglądałem go w remasterze.
a pamiętacie tamto szaleństwo na Anfield? nie żadne "wtedy byliśmy lepsi", tylko proste: staliśmy pod telewizorem jakby nam kto nóż przyłożył, a potem po prostu… padaliśmy. dosłownie. kolana mi drżały tak że buty latały po podłodze. i ten sędzia, ten walijus malutki, który jeszcze tej samej zimy dostał symboliczną gałązkę oliwną od kibiców… cholera jasna, do dzisiaj mam w torebce zieloną flagę ze stadionu, a kolega ma odznakę "the invincibles" w pudełku po butach.
i wiecie co jest najgorsze? przez te lata nauczyliśmy się cieszyć z czegoś co nigdy się nie skończyło, a jednak…
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A bo ja w szpitalu byłem, pierwotniak, na sąsiednim łóżku facet co miał koszulkę z napisem "Wenger Out" (typowy 2006) i gdy zaczął się ten gol… ja mu serdecznie powiedziałem "panie, jeśli to nasza ostatnia chwila, niech pan jej nie ogląda sam" — i tak siedzieliśmy obaj z kieszeniami pękniętymi od rzucania po chusteczki 😱 no i patrzyliśmy jak dzisiaj, na tym okropnym telewizorku, który ledwo ciął sygnał. Ten moment gdy szedł Turrea pod bramę… ja myślałem że serce mi wyskoczy, a on na końcu "proszę Pana, a ja myślałem że to znowu tylko jeden z tych cholernych ciosów poniżej pasa" — i klasnęliśmy się po dłoniach jakbyśmy mieli 12 lat 🔥 kurde, do dzisiaj mam w portfelu ten bilecik z tamtej doby, zgięty w połowie… a facet z łóżka obok? dostał wypis następnego dnia i od razu poleciał na Highbury, a ja mu posłałem zdjęcie flagi "The Invincibles" z mojego balkonu. Te gęsie łby mieliśmy potem w oczach na długo… i wiecie co? nie nauczyłem się cieszyć z nieukończonego dzieła — nauczyłem się kochać ten ból, bo on jest nasz, kurwa 💪
Na trybunach od dzieciaka.
a ja wam powiem, że jakbym jeszcze raz przeżył tamto wieczór w 2007, tobym chyba zapomniał, jak się oddycha. bo wtedy w warszawskim pubie na warszawskim pragi—facet zza lady, stary kibic jakich mało, taki co to nosił koszulkę jaszczurki jeszcze z czasów grajaczków—włączył ten mecz na wielkim ekranie, a my wszyscy, co zebraliśmy się przy długim stole, mieliśmy przed sobą puste kufla i pełne nerwy.
pamiętam jak teraz, jak ten Turra wyskoczył do piłki, a my wszyscy wstaliśmy od razu, że stołki się potoczyły—no i facet zza baru, który miał szklane oko, wyjął z kieszeni gwizdek sędziowski i dmuchnął w niego tak, że myśleliśmy że to sygnał do ataku. a potem… ten strzał, ten cholerny strzał, który wszedł w sam róg, a bramkarz liverpoolski nawet nie drgnął.
i wiesz co? następnego dnia ten sam facet z okiem otworzył "pubiczną" księgę gości, a ja zapisałem tam coś w stylu "tu 25 kwietnia 2007 zginął mój spokój na co najmniej pół roku" i podpisać się nie dałem—bo co ja niby miałem napisać? "widzowie Arsenal"? a on później, kiedy już ochłonąłem, dał mi kieliszek whisky za darmo i powiedział "synku, to był twój pierwszy raz kiedy ci serce pękło… ale w drugą stronę".
i do dzisiaj jak piję z kumplami, to pierwsza kolejka zawsze idzie na zdrowie tamtego wieczoru—bo właśnie wtedy zrozumiałem, że ten ból jest jak dobry trunek: początkowo gorzki, a potem zostaje w sercu na zawsze. 😄
Właśnie wczoraj oglądałem stary folder z wycinkami gazet z 2004 roku, ten plastikowy, co to ojciec trzymał w szufladzie między rachunkami za gaz i ulotkami z pralni, i trafiłem na zdjęcie całej drużyny Invicibles w łazience u jednego z kolegów. Wszyscy w ręcznikach, jeden kładzie się na podłodze bo inaczej nie starczyło miejsca, a w tle słychać było taki typowy szum kibiców z telewizora — jakby ktoś nagrał szum morza i puścił w szpitalnym pokoju na oddziale internistycznym.
I wiecie co? Ta drużyna miała w sobie coś takiego, że jak ją się oglądało, to człowiek czuł, że nawet jak się przegra, to i tak jutro znów się wsiądzie w ten sam tramwaj do centrum, bo futbol to nie są same punkty, tylko te chwile, kiedy ktoś wymyśli coś takiego, że później przez dwadzieścia lat ludzie będą mówić: "A pamiętasz? Akurat wtedy."
Dzisiaj? No… dzisiaj to już raczej nie jest taki nóż przy gardle, tylko bardziej jakbym dostał cios w żebra i leży sobie na trybunach, próbując złapać oddech między okrzykami "Sing when you're winning". Tamci mieli w sobie tą pewność siebie, że nawet jak coś schrzanili, to i tak za chwilę zrobią coś takiego, że wszyscy zapomną o tym wcześniejszym niepowodzeniu. Dzisiaj to bardziej gra się na "nie przegrać" niż na "wygrać w stylu".
A ten gol Turreya? To był ostatni gwóźdź do trumny naszego złudzenia, że futbol to sprawiedliwa sprawa. Tamci grali jakby byli nieśmiertelni, a my dzisiaj gramy jakbyśmy mieli świadomość, że któregoś dnia ten zegar jednak tyknie i ktoś podejdzie do nas od tyłu. I to jest właśnie ta różnica — tamci mieli w sobie tyle radości, że nawet porażka wydawała się częścią większego planu, a dzisiaj… dzisiaj to raczej patrzymy na każdy mecz jak na egzamin, z kartką odpowiedzi w kieszeni.
Ale wiecie co? Pomimo wszystko, kiedy widzę dzisiejszego Sake, którego tak bardzo kochamy za to, że bije się na murawie jakby chciał ją podnieść i zaniesć do domu, to myślę, że ten duch z 2004 jeszcze gdzieś tam siedzi. Po prostu ukryty głęboko pod warstwami strachu i kalkulacji, które dzisiejsza liga narzuciła. I może kiedyś znów wyjdzie na wierzch — bo przecież historia Arsenalu to nie tylko te cztery mistrzostwa z rzędu, ale właśnie te chwile, kiedy ktoś postanawia zagrać tak, jakby zegar historii akurat stanął na czasie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ale brednie tu gadasz, jakbyście wszyscy na Wyspach mieli jakiś dodatkowy zegar do liczenia czasu—bo moja babcia, co oglądała ten mecz u sąsiada na starym kineskopie, to powiedziała po golu Turreya tylko tyle: "No kurde, chłopaki, już nawet sędzia ma łzy w oczach, bo nie wie, czy teraz gwizdać, czy się popłakać".
A ja akurat w tym czasie siedziałem w szkolnym autobusie, kurwa, z plecakiem pełnym książek o psychologii (bo akurat miałem powtórkę z Freuda przed majówką), a tam wszyscy krzyczeli jak oszalali—i nauczycielka matematyki, która normalnie by nas zabiła za hałas, to rzuciła ołówkiem i zaczęła klaskać! Na jej twarzy było tyle emocji, że potem przez tydzień miała podkrążone oczy, bo myślała, że to walka na śmierć i życie.
I wiecie co było najgorsze? Następnego dnia w szkole koleś z ławki obok próbował mnie przekonać, że ten gol nie był prawdziwy—że to jakiś efekt specjalny z telewizora, bo jakoby piłka zawisła w powietrzu trzy sekundy dłużej. No i taką debatę mieliśmy przez całą przerwę, aż w końcu zgodziliśmy się, że to jednak była sprawiedliwość boża i nic więcej 😂
A teraz ciągnie mnie, żeby w niedzielę pójść na kibicowską imprezę i po raz setny wywalić ten filmik na ekranie—bo chociażby po to, żeby pokazać świeżym, że to nie "jedna chwila", tylko cała epopeja, którą się nosi w sercu jak nieodebrany list z przeszłości. I że jak ktoś mówi "Arsenal", to zawsze pierwszy obrazek w głowie to ma być Turey z płaczem na boisku, a dopiero potem aktualna tabela.
No i jeszcze—jakby komuś było mało—moja dziewczyna kupiła mi w prezencie koszulkę z napisem "I survived the Invincibles era"… i wisiała ją na szafie przez pół roku, żeby mi ciągle przypominała, że jestem częścią czegoś większego. Że nawet jak przegra, to i tak się z tym obnoszę jak z dumą 🍿🤣
Potrzymaj piwo.