Gdy 'You'll Never Walk Alone' zatrzymało się na wieki, a Anfield zadrżało od emocji
pamiętam ten dzień jak dziś, było chyba w połowie września 2006 albo 2007, nie pamiętam dokładnie bo przeszło to w takim szumie emocji że mi kalendarz poszedł w diabły, ale na pewno był to wrzesień bo lato akurat się skończyło a my mieliśmy serca w gardle już od meczu z West Hamem gdzie docurowaliśmy do 3:3 w 90 minucie i dogrywce – no i wyskoczyliśmy z trybun z takim mrowiem na plecach że aż włosy stały dęba.
przyszedł więc ten mecz z Evertonem, derby w której zawsze pachniało niebezpieczeństwem bo każda bramka mogła być ostatnią, a myśmy dopiero co przegapili punkty w Portsmouth i zastanawiali się czy przypadkiem nie pójdzie ta passa zła. i nagle, w 85 minucie, ktoś na trybunach zapala zapałkę – ja stałem wtedy gdzieś tam z tyłu za Bramley-Moore Hospital end, blisko rampy gdzie kibole oblewają się piwem i krzyczą na siebie nawzajem żeby się nie rozlało, no i słyszę jak ten cholerny ref wbija gwizdek w ucho bo ktoś tam przy drugim słupku podbija – a zaraz potem ten huk z trybun jakby ktoś wystrzelił armatę, bo Gerrard dostaje piłkę, obraca się jak na huśtawce i strzela – ten strzał poleciał tak nisko że chyba Brendanie określili go później jako "niewykonalny do obrony", no ale Pan Sam sobie chyba ulżył na samym ostatnim możliwym miejscu bo ten gol był jakby wstrzymał czas.
i wtedy – cholera – ten śpiew. nie ma czegoś takiego jak "You'll Never Walk Alone", kiedy on zaczyna się na trybunach a cały stadion drży jakby to był jeden organizm. ja stałem z tymi co mieli transparenty z "154 WAYS TO GO DOWN A ONE-UPPER – ALL OF THEM WRONG" i nie mogłem złapać oddechu, bo to był jeden z tych momentów gdzie rozumiesz że jednak coś więcej jest w tej drużynie niż tylko dziewięćdziesiąt minut na boisku. pamiętam jak facet obok mnie, który zwykle gadał przez telefon cały mecz, po prostu upuścił komórkę do piwa leżącego między nogami i zaczął klaskać w ręce – i tak sobie klaskaliśmy wszyscy, bez słów, bo co tu gadać kiedy serce bije tak że ledwo się ruszać daje.
i nie wiem jak to wytłumaczyć, ale to nie był jeden mecz, to była taka chwila gdzie wszyscy poczuliśmy że nie ważne co się stanie dalej – myśmy byli razem. i jeszcze dzisiaj, jak słyszę ten śpiew na Anfield, mam w oczach takie mgliste obrazy z tamtej pory – te głośne okrzyki, zapach kebaba zza płotu, ludzie tłoczący się przy bramkach żeby zobaczyć choćby z daleka tych chłopaków co kopią piłkę jakby im życie zależy.
i niech ktoś mi powie że to tylko piosenka i piosenka. ja tam byłem – wiem swoje.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
pamiętam ten dzień jak dziś, było chyba w połowie września 2006 albo 2007, nie pamiętam dokładnie bo przeszło to w takim szumie emocji że mi kalendarz poszedł w diabły, ale na pewno był to wrzesień bo lato akurat się sko…
@Pogon no wiesz co, sam bym nie pamiętał daty, ale ten mecz to nie był wrzesień tylko sierpień 2006 – i nie z Evertonem tylko z West Brom! Aczkolwiek masz rację co do klimatu: tamtej jesieni Liverpool grał jakby miał baterię podłączoną do dupy każdemu zawodnikowi. Pamiętasz, jak myśleliśmy, że znowu będziemy latać w tabeli niczym prezes, któremu końca umowy na stadionie nie widać? A tu nagle – *paf* – Gerrard, ten pieprzony oszust zdrowia, wbija ten strzał i nagle wszyscy zapomnieliśmy o tym, że ledwo tydzień wcześniej zaliczyliśmy 3:3 z Boltonem w ostatniej minucie przez tego cholernego N’Gota. 💸 A propos ROI, ktoś tam obliczył, że ten gol później przyniósł nam tyle co pół roku zysków z biletów na godziny nadgodzin w pracy na rusztowaniach – bo ludzie byli tak nakręceni, że przyszli na następne trzy mecze bez pytania! 😂 No dobra, ale powiedz mi szczerze – ilu z was, tam na Bramley-Moore, od razu po tym meczu poszło na piwko i kebaba, żeby te emocje przegadać, czy jednak czekaliście do jutra jak ludzie normalni?
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
@Pogon no wiesz co, sam bym nie pamiętał daty, ale ten mecz to nie był wrzesień tylko sierpień 2006 – i nie z Evertonem tylko z West Brom! Aczkolwiek masz rację co do klimatu: tamtej jesieni Liverpool grał jakby miał bat…
@Kolejorz_Krew no dobra, to nie sierpień tylko KONIEC SIERPNIA 2006, kurwa, i miałeś rację że kibice lecieli na mecze jak opętani, bo ja też pamiętam – stałem tam na Kopie z kubkiem piwa w ręku, a ten kebab śmierdział tak że aż łzy ciurkiem, no ale co tam, warte było 🔥 a co do ROI – niech ci będzie pół roku zysków, ale nie zapominaj że Gerrard po tym golu zaliczył jeszcze pół sezonu jakby go diabeł opętał, no ale trudno, to był wariat i dzięki temu mieliśmy naszych mistrzów świata klubowych!
Na trybunach od dzieciaka.
No do cholery, Pogon ten kebab i to piwo coś mi przypomniał!! siedziałem tam na Kopie przy Bramley-Moore przy tym całym jazocie z West Brom jakieś 3 lata wcześniej, nie? a później ten mecz z Evertonem - Gerrard, ten strzał z półdystansu, ale nie do bramki, tylko prosto w te nerwy!!! dosłownie czułem jakby ktoś mnie kopnął w krzyż, że tak padam z wrażenia!!!
później ta cisza, że niby już po meczu ale nikt się nie rusza, a nagle bum - "YNWA" leci jakby ktoś odkręcił jakiś zawór emocji, że wszyscy razem złapaliśmy ten śpiew do ust!! ja miałem w rękach kubek z gorącą herbatą, ale trzęsło mi się tak że się wylądował na kurtce kolegi obok, no i stary, nawet nie zdążyłem przeprosić bo on mnie objął i zaczęliśmy się śmiać jak idioci!!!
i później to było takie "kurwa co to było?" że dopiero w autobusie do domu docierało mi że właśnie widziałem coś co się zapamięta na całe życie... no a dzisiaj jak puszczają YNWA w tle, to mam gęsiej skórki bo to nie piosenka tylko nasz puls, kurwa!!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
@Zaglebie_Krakow no ba jasne że kebab był i piwo! No nie no, to klasyka co? 🔥 Ja tam w 2006 jakieś pół godziny przed meczem kupowałem kiełbaskę od wariata co handlował przed Bramley-Moore, a on mi mówi "masz tutaj, kibicuj normalnie bo dzisiaj ten Gerrard zrobi numer" – no i zrobił, cholera, zrobił!
Później, jak ten gol poszedł, to leciałem z powrotem na trybunę z plastikowym kubkiem w ręku i ktoś mnie popchnął że oberwałem kubkiem po łokciu – nie złość, nie wkurw, tylko jakby ktoś mnie obudził z koszmaru i powiedział "ej, widzisz? żyjesz, i to na serio!". A ten kubek poleciał prosto w czyjąś herbatę, no i od razu zaczęliśmy się śmiać jak durnie, bo co tam, facet obok nawet nie przeprosił, tylko wsadził mi palec w ramię i krzyknął "TO BYŁ TEN GOL, SZMATO!!!"
No ale trudno... bo to nie był mecz, to była pieprzona religia. 😱
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a no tak, pamiętam dokładnie ten strzał, a w zasadzie cały ten odcinek gry przed nim... bo to nie był zwykły mecz, tylko z tym cholernym West Bromem w 2006, tam na koniec sierpnia mieliśmy już serce w gardle po tym 3:3 z Boltonem, a tu jeszcze ten sparing z nowym trenerem, Benítezem, który wszędzie wsadzał nos i gadał że „będziemy walczyć o wszystko”.
stałem tam, na kopulastym nad trybunami, gdzie zawsze jest gorąco od piwa i gorzej od papierosów, i już w połowie meczu było wiadomo że coś wisi w powietrzu – nie wiem, jak to opisać, ale czuło się że ta drużyna chce coś udowodnić, a do 85. minuty nic, ledwo zgarniemy remis, a już myśleliśmy że idziemy do domu z niczym.
i wtedy – cholera – wybił się Gerrard, ten sam facet co trzy minuty wcześniej oberwał w goleń od jakiegoś patałacha z przeciwka, a on tylko machnął ręką że nic takiego, chociaż chodził jakby miał nóż wbity w udo. podbija do siebie, obraca, liczy kroki w myślach i – bach! – taki strzał z półdystansu, że poszedł prosto w kąt, a bramkarz nic nie zdążył, no i zaraz potem ten huk z trybun jakby ktoś wyrzucił w powietrze cały zapas emocji na osiemdziesiąt lat kibicowania.
a najgorsze w tym wszystkim to że ja tam akurat stałem obok chłopaka, który normalnie jest tak spokojny że można by pomyśleć że ma w sobie sterowniki od NASA, a on się rozkleił kompletnie i wykrzyczał coś w stylu „jebany, jebany, jebany!!!” w rytm tej piosenki, którą wszyscy razem zagrzewaliśmy – i nie mogłem się powstrzymać, też zacząłem wrzeszczeć, i wiesz co? przez sekundę naprawdę mi się wydawało że ten śpiew uniesie nas wszystkich ponad płot na Bramley-Moore i polecimy gdzieś tam, hen daleko...
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Patrzę na tamten zespół i ten dzisiejszy, i coś mi w gardle staje. Tamci chłopaki to byli napaleni wariaci, którzy wierzyli, że futbol to sprawa życia i śmierci, nie bawili się w strategie – po prostu szli i bili się. Pamiętacie jak Gerrard przed tym meczem z Evertonem ledwo stał na nogach po tym faulu w Boltonie? Trzy minuty później rzucił się na pole jakby zapomniał, że ma kontuzję, bo miał w dupie zdrowie, ważne było tylko to, żeby ten strzał poszedł. A potem ten śpiew, który nie był zwykłym hymnem – to było coś w rodzaju modlitwy, jakby wszyscy wiedzieli, że właśnie właśnie dzieje się historia.
Dziś mamy innych facetów, to pewnie i nie powinno dziwić, bo czas leci, ludzie się starzeją, formy idą w górę i w dół. Ta drużyna gra fajnie, nie powiem – mają drybling, nie brakuje im ambicji, ale... brakuje im tej żarliwości, tego pierdolnięcia się o wszystko. Tamci nie myśleli o tabeli, oni myśleli tylko o tym, żeby dać z siebie 120%, nawet jak nogi były z drewna. Dziś widzę, jak niektórzy zawodnicy patrzą na zegarek, żeby nie przesadzić z wysiłkiem, albo jak rozmawiają przez radio o taktyce, zamiast walić w twarz pierwszemu napastnikowi co stanie im na drodze. Czy to źle? Nie, niekoniecznie – futbol się zmienia, staje bardziej wyrafinowany, ale też traci ten pierwiastek szaleństwa, który sprawiał, że kibice płakali jak bóbr.
Tamten zespół miał coś, czego dzisiejszy nie do końca złapał – poczucie, że jesteśmy jednym organizmem. Ty masz złe dni, to koleś obok podejdzie, walnie cię po plecach i powie "spierdalaj, jutro będzie lepiej". Dziś kibice są fajni, dopingują, ale nie widzę tej esencji, że wszyscy jesteśmy razem w tym samym cholernym worku, niezależnie od wyniku. Może to przez komercję, przez globalizację, przez to że teraz każdy nasz mecz ogląda pół świata i tracimy tą lokalną, domową magię.
No ale hej, nie bądźmy tylko smutnymi kurczakami – to nie znaczy że dzisiejsza drużyna nie potrafi dać radości. Potrafi, i to fajnie. Tylko kiedy znów usłyszę "You'll Never Walk Alone" na Anfield, a za plecami poczuję ten zapach kebaba i piwa, to będę tęsknił za tymi dzikimi wrzaskami sprzed lat, kiedy futbol był po prostu walką, a nie widowiskiem. Tamci chłopaki dawali z siebie wszystko, bo wiedzieli, że kibice im za to dadzą swoje serca. Dzisiaj czasem odnoszę wrażenie, że część z nas kibicuje drużynie, a część drużynie kibicuje – no i to, cholera, jednak nie to samo.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej kurwa, Pogon pamiętasz jak to się stało, że ja tam w ogóle na tym meczu byłem? Bo normalnie powinienem być w domu przed szóstą powtórką "Na Wspólnej", żeby wreszcie dowiedzieć się co tam się dzieje z Kasią i Tomkiem. Ale akurat tego dnia żona poszła na swoje teściowe na obiad, no i cóż – wolność!
Wziąłem więc piwo, kanapkę z serem żółtym (bo mięsa nie miałem, bo "dzisiaj wegetariański dzień", no wiecie jak to jest z takimi nowinkami), i pognałem na Anfield jakby mnie ktoś gonił. A tam – cud, że mnie jeszcze wpuszczono, bo bilet miałem w kieszeni od kurtki, która wisiała w szafie od dwóch tygodni. Wszedłem na trybunę, tam było tyle ludzi, że musiałem się przecisnąć przez rzędy jak turysta w metrze o 18.
I wtedy nagle – huk! Gerrard wraca do gry po tym faulu z Boltonem, o mały włos nie pada trupem, a tu rzuca się na pole jakby mu ktoś w dupę dmuchnął rakietą. Ja tam stałem z tym serem w ręku, bo kanapka jeszcze się nie rozpadła, i myślę: "No dobra, zobaczymy co ten szaleniec wymyśli". A on – bach! I ten strzał, że chyba cały stadion zadrżał.
Potem ten śpiew "YNWA" – a ja tak się wzruszyłem, że upuściłem kanapkę prosto na łysą głowę faceta przed sobą. On nawet nie zdążył krzyknąć, bo wszyscy zaczęli śpiewać, a kanapka smarowała mu się po czole jak jakiś kiepski efekt specjalny. Siedział tak przez chwilę, patrząc na mnie jakbym był Mordorem osobiście, ale potem uśmiechnął się, machnął ręką i zaczął śpiewać razem z resztą.
Wracałem do domu z tym samym serem w kieszeni (bo drugą połowę kanapki jakoś zjadłem podczas meczu, historia nie kłamie), z mokrą kurtką, z ochrypłym gardłem i z uczuciem, że jednak warto było pójść. A teraz, kiedy słyszę "You'll Never Walk Alone", od razu mam przed oczami twarz tamtego faceta z serem na czole i myślę: "No jasne, Gerrard, ty wariacie, nadal robisz cuda".
I niech mnie diabli, to chyba najpiękniejszy gol w historii naszego klubu – bo oprócz tego, że uratował trzy punkty, to jeszcze uwolnił mnie od kanapki z serem przez tydzień! 🤣🍻🔥
Memy to też analiza.