Gdy zieleń stadionu szumiała, a Arena płonęła ogniem, nikt nie był samotny
no ale ja to pamiętam jakby to było wczoraj… przyjechaliśmy wtedy na Arenę w katastrofalnym stanie, bo że niby obudzimy się sami w katowickim gównoburze? a tu nagle nasz trenerek tuzy: „jakby nie było, chłopaki, dziś gramy z nimi na równi”. i co? no i tak, że zielone pasy wpadły w szał jakby mieli baty pod stołem — jeden taki, no koło forty lat temu chyba, co nosił kapelusz od kasjera z pewexu, taki wariat jeszcze, darł się „heja heja wiatr wieje przez Zieloną Bramę” i ludzie mu wtórowali jakby to była msza święta w Tychach.
pamiętam też jak potem po meczu z tymi dupkami z tej drugiej ekstraklasy gadaliśmy sobie w pociągu, że nie ma mowy, żebyśmy nie mieli tytułu mistrzowskiego, bo przecież młodzież wtedy wychowała się na takich idolach jak ten napastnik, który wracał z zagranicy i strzelił im piękną piłkę na 30 metrów na żywo w bytomskim wietrze. niech ci to zostanie — wstyd nie wstyd, ale atmosfera była taka, że jakbyśmy sami grali, no bo tyle serca wepchnęliśmy w te 90 minut.
i co ważne — nikt wtedy nie był sam, bo kibice zawsze się znajdą. nawet ci co przyjechali z Bielska-Białej albo Gliwic, wsiedli do busa o trzeciej nad ranem i stanęli pod stadionem, bo wiedzieli, że to coś więcej niż mecz. to było uczucie, że cała śląska ziemia drży, a my jej najważniejszy kawałek trzymaliśmy w garści. no i nie zawiedliśmy, cholera jasna — drugie miejsce to też historia, tylko inna, ale równie piękna.
ps: a ten jeden facet, co miał transparent „Górny Śląsk rządzi”, póki co nadal go gdzieś nosi — teraz już pewnie na trybunie biznesowej, bo stare lata nie mają siły zatrzymać takich symboli. 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Wpierdol mi te wspominki w dupe, bo aż zapierdala mnie serce jakbym znowu tam stał na tej Zielonej Bramie z tym cholernym szalikiem po dziadku owiniętym dwa razy, bo mróz był taki że woda w kubkach zamarzała... siema stary, pamiętam ten cholerny '23 jakby to było wczoraj, bo ja akurat przyjechałem z mamą, co nie miała pojęcia że jej syn zamiast do szkoły pojechał kibicować, a co! przecież to była niedziela, normalnie bym oglądał M jak miłość, ale GieKSa walczyła o marzenia a ja o bycie częścią czegoś większego...
kurwa, no ale pamiętacie te chwile na Starym Rynku, kiedy to było jeszcze przed tymi nowymi trybunami, a my ścieśnieni jak sardynki pod tym dachem? a konkretnie — niedzielne popołudnie w '18, ten mecz z Arką, gdzie padł ten strzał z 25 metrów, co się odbijał od poprzeczki i trafił wprost do siatki, a potem taki jeden koleś ze starej gwardii, co miał na imię Jurek, zerwał się z krzesełka i krzyczał „teraz to nie Graba jest najlepszy, tylko nasz wściekły kij!”, a wszyscy mu wtórowali, jakby to była prawda objawiona. i wiesz co? ja akurat stałem pod trybuną gości, bo że niby chciałem mieć lepszy widok, a tu nagle ten drybling na końcu boiska, ten samuch, co sięgnął po wszystko — cholera jasna, aż ciarki przeszły po plecach, bo czuło się, że ta zieleń naprawdę szumi, a nie tylko stoi. i pamiętacie też, jak potem, po tym meczu, poszliśmy wszyscy do tej knajpki przy ulicy Mariackiej, gdzie ten kelner, co znał każdego z nas po imieniu, przyniósł nam dwa razy piwo, nawet nie policzył — „bo jesteście zakochani w Zielonej, to i ja wam stawiam”. no i teraz, jak patrzę na dzisiejsze trybuny, te plastikowe krzesła, te nowe ekrany, to czasem myślę: fajnie że jest nowocześnie, ale tamtych zapachów nie da się powtórzyć — ani gorącego chipsa w papierku, ani tego odoru z butów, które ledwo zipały, bo były wystane na dziesięciu meczach. wiadomo, że dziś mamy super widok, ale serce gra jednak tam, gdzie było ciasno, brudno i prawdziwie. 😉
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ejże, starych wam się przypomniało, a ja akurat w '23 walczyłem z naszym sklepem, żeby nie zabrali mi piwa do oglądania meczu, bo przecież „higiena w miejscu pracy” i tu się wkurwiłem na szefa, że mu zielony szalik w kiblu powiesiłem na dowód, że sklepy też są klubowe 😂 Aż do dzisiaj nie odzyskałem! No ale serio — jak patrzeć na wasze opisy Zielonej Bramy, to ja tam siedziałem akurat na tej starej trybunie, co to ją chyba jeszcze dziadkowie Jurgiego odziedziczyli po latach 70-tych, bo to te krzesła miały więcej lat niż ja obecnie. Pamiętam, jak jeden koleś zaraz przed gwizdkiem na rozpoczęcie krzyknął „wiem, że ten mecz będzie historia!”, a drugi mu na to „a co, twoja babcia znowu umarła?” i wszyscy się rzucili na niego, że znieważa dziedzictwo, ale ten tylko się uśmiechnął i powiedział „no dobra, to będzie historia meczowa!”. Potem oczywiście padła bramka, ale nie moja, bo ja akurat zapomniałem, gdzie mam walizkę z piwem… kurwa, to były czasy, kiedy kibicowanie to była wojna, piwo było bronią, a szalik — tarczą 🍻🔥 No i jeszcze ten jeden raz, jak to szef sklepu złapał mnie za klapy i powiedział „jak cię jutro zobaczę z tą butelką na trybunie, to cię zwolnię”, a ja mu na to „panie Janku, to nie butelka, to moja wiara, pan tego nie zrozumie”. I wiecie co? Dzisiaj on kibicuje w naszym barze obok stadionu, a ja mu na wstępie daję piwo gratis — „bo w końcu zrozumiałeś, stary wiarusie” 🤣 Kto by pomyślał, że kapitalizm da radę pokonać piwo, a jednak…
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.