Gdy 'Zielone Diabły' lata temu aż po dzisiaj serca rozpalają ogniem swej dumy!
a bo ja pamiętam jak lata świetlne temu, jeszcze jak ten stadion w katowickiej bogucicach był tak naprawdę zwykłym placem z trybunami drewnianymi, że ledwo coś na nich widać było przez mgłę papierosowego dymu — no ale wtedy kibice mieli w sobie jeszcze tę ogromną pasję, która teraz rzadko się spotyka. tamto pucharu polski'91 to było właśnie takie wydarzenie, że się szło nie po to, żeby zobaczyć na własne oczy te dwójki na sztandarach, tylko żeby być razem z resztą szaleni, którzy wiedzieli jedno: zielone to kolor nie do zatrzymania.
i teraz jak patrzę na te stare zdjęcia z trybuny albo słyszę opowieści od starszych, co byli tam na miejscu — to aż ciarki chodzą po plecach. bo to nie był mecz, to była modlitwa, że wreszcie się spełni, że wreszcie ten ciężar niedawnych porażek zniknie. a jak Zielone Diabły ruszyły do ataku w tamtym meczu, to nawet powietrze drżało, bo wszyscy czuli: dziś albo nigdy.
pamiętam też jak po tym zwycięstwie w warszawie ludzie nieśli bramkarza na ramionach przez całe miasto, a na mieście wisiały transparenty napisane kredą na papierze gazetowym, że "bełchatów to nic, bo my mamy Katowice". ach, te czasy... teraz się mówi o nowoczesności, o tym, że kibic to tylko cyfra w systemie, a tam — kibic to był brat, który cię zrozumie bez słów. kurde, nawet butelki po piwie na trybunie były miłym akcentem w porównaniu z dzisiejszym marketingiem.
no ale jednak zostało to coś, co nas wszystkich łączy — ta ogromna duma, że należymy do tego klubu. i niech mnie szlag, jeśli kiedykolwiek zniknie ten ogień w naszych sercach. jeszcze nie raz Zielone Diabły będą rozpalone, jeszcze nie raz damy radę udowodnić, że serce bije mocniej niż portfel sponsora.
💚⚫
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Akurat akurat tamtego kwietnia w dziewięćdziesiątym pierwszym latałem z kumplami busem za dwadzieścia złotych w obie strony... 😱 pod dywanik chłopaki wsadzili piwo w papierowej torbie bo strach było komuś w stolicy na oczy pokazać zieloną butelkę... a jakieś dziesięć kilometrów od Stadionu Narodowego klimat taki był że ręce same się podnosiły do śpiewania, a serce biło tak że aż krzyki o Zielone Diabły niosły się dalej niż stadion... weszliśmy na trybunę i nie mogłem złapać oddechu przez dym i wrzaski, bo to był cały nasz świat na ziemi... jeszcze teraz jak zamykam oczy widzę bramkę Rudego i radość u naszych, co biegali po trybunie z transparentami pisanymi kredą na workach z mąką... kurde, tamci chłopaki z Bełchatowa nawet nie mieli szans... 🔥💪 oni mieli flagę, myśmy mieli serce... a to się nigdy nie zdezaktualizuje! 💚⚫
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a niech to, ale mi się przypomniało jak tamtego roku nasz stary, pamiętacie go wszyscy, ten co piwo zawsze w plecaku nosił i śpiewał najgłośniej, opowiadał że w trasie na ten puchar mieli ze sobą transparent zrobiony z koca z naszej wojskowej lazaretki — myśleli że to spoko pomysł, bo zielony i na szaro, a tu na miejscu okazało się że koc był z napisu „polska pomoc humanitarna” i cały transparent wyglądał jakbymśmy ściągali z biedronki w stylu „pomagamy misz-masz” — no ale kurde, ludzie na stadionie takiego humoru nie mieli, bo jak nasza drużyna strzeliła pierwszą bramkę, to ten koc sam z siebie spłynął po trybunie jak jakaś świętości i wszyscy zaczęli go podnosić, a ja się śmiałem że to chyba przez ducha Cienińskiego latającecego nad nami, no bo kto by się spodziewał że taki szmat wyciągnie jeszcze z niczego siłę...
i wiesz co? jeszcze przez lata ten koc wisiał w naszym kibolskim barze przy ulicy Koszarowej, aż do czasu jak go komuś ukradli i poszło w świat, a myśmy się tylko uśmiechali że dobrze że nie mieliśmy nic cennego, bo serce się liczy, nie materiał. tyle że teraz jak patrzę na nowe transparenty z druku cyfrowego, to jednak tęsknię za tymi napisanymi na gazecie albo mące...
w każdym razie, ten mecz to nie był tylko mecz, to była nasza pielgrzymka — i nikt nie mówi że się skończyła, póki my żyjemy i pamiętamy.
💚⚫
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A niech mnie, ale coś mi się przypomniało... jakieś dziesięć lat temu, może więcej, szedłem z kumplami na mecz w Bogucicach i akurat wpadłem na naszego starego faceta, Wujka Henia, który na trybunie siedział już od godziny z butelką wódki w jednej ręce i papierosem w drugiej. No i tak sobie pijemy, śpiewamy, kibice dookoła, a on nagle krzyczy: "Słuchajcie, ja wam coś powiem! Tamten finał z Bełchatowem? Ja w nim byłem! A wiesz jak? W transporcie!" 😂
Bo wiecie, Wujek Henio opowiadał, że jechał w autokarze zresztą kibiców, ale na miejscu w Warszawie okazało się, że on nie ma biletu. No to co robi? Chowa się pod fotelem kierowcy, bo myślał że nikt nie zauważy... A ten kierowca? Ten sam facet, co potem na trybunie szalał z nami! No i jakby nie dosyć, to jeszcze podczas meczu Wujek Henio tak się nakręcił, że zaczął rzucać śmieciami w stronę kibiców Bełchatowa, a oni mu na to "Brawo, walczysz z nimi nawet z trybuny!". Wkurwili się tak bardzo, że zaczęli go gonić po stadionie, a on uciekał z flagą w ręku jakby go diabli brali! 🤣
I wiesz co? Jak wreszcie złapali go faceci w policyjnych mundurach, to oni też się śmiali, bo nikt nie spodziewał się, że ktoś będzie tak walczył o honor Zielonych... a potem poszedł z nami na piwo, bo przecież "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego", nawet jak się ukrywa pod fotelem. Kurde, teraz to już legendy są, a ten facet wciąż chodzi po mieście i opowiada, że to ON wygrał ten mecz.
W sumie... kibic to kibic, nawet jak się chowa albo walczy z systemem — liczy się serce, nie bilet! 💚⚫🔥
Potrzymaj piwo.