Gdy zielono-biało-czerwone barwy płoną na Parc des Princes – czasy, które zostały w…
kurcze, to mi się w głowie od razu wściekle czerwone koszulki tamtej barcelońskiej z 2020-ym weszły, jak ktoś rzucał tym cholernym Camp Nou w powietrze... pamiętam ten wieczór jak dzisiaj, bośmy przy stołówce na rynku w Alejach Krakowskich ten mecz oglądali z kilkoma facetami, co to nawet nie mieli biletów na same loże, ale mieli serca wielkości parc des princes. mieliśmy tam ten stary telewizor na zapleczu, co to podłączyliśmy pod rzutnik i ledwo co widać było, ale cholera wie, ile tam razy butelki od piwa latały w ekran jak coś poszło nie tak.
a tu nagle w 89-tej minucie ten psi chłopak mbappé wbija tego kopa z rzutu wolnego, co to wszyscy myśleliśmy że wleci w sieć, a tu jeszcze odbija mu się na rurę i koniec – gol. pamiętam te wrzaski, jakby ktoś komuś żywcem serce wyrwał i wcisnął je na trybuny. jeden facet z naszej paczki, wariat z Powiśla, aż tak się podekscytował, że rozlał nam to czerwone wino, co to mieliśmy na imprezę urodzinową kolegi, prosto na buty staremu jankowi, co to akurat siedział obok z nogą w gipsie po niedawnym upadku z drabiny.
ale cholera, jakby ktoś ukradł nam pół dekady życia przez tamten mecz, bo potem przez tydzień w pracy nikt nie był w stanie niczego sensownego powiedzieć, tylko co pół godziny ktoś pisnął "goool paryski!!!" i wszyscy się śmiali jak szaleni. a młodzi teraz nawet nie wiedzą, jak to jest, kiedy się tę kasę za bilety na drużynę zapasową sprzedawało, żeby na europejską zaszaleć – no ale nie gadajmy, bo wam to chyba nic nie mówi, co?
w każdym razie tamten wieczór... kto go zapomni, kiedy i te widoki z powrotem do domu szliśmy ulicami w zielono-białych szalikach, a wszyscy dookoła byliście albo wściekli, albo zielono-biali, albo po prostu nie mieli pojęcia o futbolu. no to takie czasy, kiedy się jeszcze wiadomo, że futbol to nie tylko statystyka, tylko łzy, wino i szaliki, co to się same nie pierze, bo nikt nie chce.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No dobra, niech mnie szlag trafi jak ten żart o moim starym dobrym telewizorku na lumpie! Siedziałem wtedy w knajpie "Pod Lwem" przy ulicy Świętokrzyskiej, z dwoma chłopakami co to nawet mieli bilety na trybuny w Lyonie, ale wolą się napierdolić piwkiem niż patrzeć na Griezmanna z dala! 🍷🔥
Tamten mecz oglądaliśmy na tym cholernym telebimie co to raz świecił, raz gasł jak choinka w sylwestra, a myśmy go podpięli pod głośniki jakieś starej herbaty, co to brzmiało jakby w tle grała orkiestra śmierdzących gierków! Ale jak ten Mbappé strzelił, to nawet ten uśpiony telewizor robił "BAM!" w nasze uszy!
I pamiętam dokładnie, jak jeden z naszych, ten wielki cwaniak "Długi", tak się poderwał, że zrzucił talerz z kiełbaskami prosto na kolana siedzącej obok starej pani, co to jeszcze miała zdanie, że "w jej czasach futbol był ładniejszy". A myśmy tak wrzeszczeli, że kelnerka przyniosła nam trzy kolejki czerwonego wina "na ochłody" – i tak było, bo potem wszyscy chodziliśmy jak pijane pingwiny po ulicach, wyjąc "Gooool na polski sposób!" 😂💪
Czasy, czasy... teraz to młodzi na trybunach siedzą z tymi swoimi telefonami i gadają o "streamach", a my? My mieliśmy krew, wino i cholernie fajny mecz! 🔴⚪🔵
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
pamiętam jeszcze ten jeden cholernie upalny lipiec w warszawskim mieszkaniu na osiedlu, gdzie mój kumplek z liceum, ten szaleniec zwany "Rudy", który później jeździł ze mną na każdy mecz za granicę, bo mu się w głowie poprzewracało od zielono-białego wirusa – no więc ten Rudy, ledwo skończył osiemnastkę, dorwał bilet na pociąg do Barcelony na własną rękę, bo niby "zapracował" przy magazynie u ojca, a tak naprawdę pożyczył na to kasę od kumpla.
stanęliśmy na trybunach Camp Nou, akurat w tym rogu, gdzie jest jakieś cholerstwo wymalowane na murze, że "més que un club", ale myśmy mieli swoje napisy: zielono-białe szalikowe hasło przyczepione taśmą, które ledwo co się trzymało, bo wiatr tam na górze to jak diabli, a kibice barcelońscy tak nas omijali wzrokiem, jakbyśmy mieli dżumę.
i jak padł ten gol z rzutu wolnego – cholera wie, czemu Mbappé w ogóle wtedy nie spanikował, bo strzał miał takie, że sędzia musiał odgwizdać, zanim piłka wyleciała – to Rudy tak podskoczył, że stracił równowagę i runął prosto na nogi jakiegoś starszego pana w średnim wieku, co to akurat stał tam z butelką oranżady w ręce i krzyczał coś o barcelońskiej dumie.
ten staruszek, zamiast się wkurzać, tylko się uśmiechnął szeroko, podał Rudemu tę swoją butelkę i powiedział coś w stylu: "niech się panu przynajmniej nie zakrztusi", a potem obaj wyciągnęliśmy nasze dwulitrowe butelki z piwem, co to mieliśmy ukryte pod kurtkami, bo na stadionach w Hiszpanii to taka tradycja, że jeśli nosisz coś innego niż woda, to cię wyrzucą na zbity łeb.
i wtedy właśnie poczułem, że naprawdę jesteśmy częścią czegoś większego – nie tylko kibicujemy drużynie, ale jesteśmy tym stadionem, tymi emocjami, tymi przypadkowymi spotkaniami, które zostają w sercu na całe życie. bo później, kiedy siedzieliśmy już w pociągu wracającym do Francji, Rudy powiedział coś, co do dzisiaj powtarzam przy każdej okazji: "wiesz co, zapomnij o tym, co widziałeś w internecie – futbol to nie cyfry, to ludzie, wino i momenty, których się nigdy nie zapomina, nawet jak się umiera z nudów w pracy". 😄🔴
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Pamiętam jak dzisiaj ten wieczór w 2020 roku, kiedy MBappé strzelił tamtego gola w Barcelonie – jakby ktoś komuś na moment przywrócił wiarę, że ten zielono-biały ferajna jednak ma w sobie coś nieziemskiego. Tamta drużyna grała tak, jakby każdy mecz był ostatnim, a kibice mieli do zaoferowania nie tylko głosy i butelki z winem, ale całe siebie. Teraz, patrząc na ten zespół, to trochę tak, jakby komuś ktoś dorobił nowy silnik do starego fiata 126p – wygląda na papierze całkiem fajnie, ale kiedy wsiadasz do środka, to nagle okazuje się, że ledwo zipie, a klimatyzacja jest popsuta i ciągle leci.
Nie chodzi mi o to, że teraz grają słabo – wręcz przeciwnie, mają zawodników, którzy potrafią w pojedynkę przesądzać o losach meczu. Ale tamten team... tamten team miał coś więcej. Tamci faceci grali tak, jakby bronili honoru nas wszystkich, jakby każdy występ był aktem zemsty za lata, kiedy to kibicowanie PSG kojarzyło się głównie z gorzkimi smakami w ustach po rezygnacji z Ligi Mistrzów na korzyść niedzielnego flyu. Teraz to już nawet nie tyle drużyna co... no cóż, globalny brand, który odbijają na bilbordach w Dubaju.
Pamiętacie, jak tamten skład reagował na presję? Na Barçę, na Real, na te wszystkie wielkie mecze, kiedy wydawało się, że jeden zły krok i znowu pożegnanie się z marzeniami? Oni po prostu wchodzili na boisko i... no, po prostu grali jak szaleni. Nie myśleli o kontraktach, nie liczyli minut, nie zastanawiali się nad tym, jak to wygląda w statystykach. Oni po prostu wcielali się w te zielono-białe koszulki i dawali z siebie wszystko, a my na trybunach albo przed telewizorami – z sercem w gardle, z winem w ręce albo z piwem rozlanym po butach.
Teraz to trochę tak, jakby ta drużyna była zbyt... dopieszczona? No nie wiem, jak to ująć. Jest w niej mnóstwo talentu, tak, ale czy jest w niej ta sama pasja? Tamci chłopaki grali tak, jakby mieli coś do udowodnienia – nie tylko kibicom, nie tylko sobie, ale całemu światu, który patrzył na nich przez pryzmat porażek i niedociągnięć. A teraz? Teraz to już chyba raczej pogoń za wielkim finałem LMC, za dorobieniem się kolejnych gwiazdek na koszulkach, za kolejnymi transferami, które mają "wzmocnić" skład na papierze.
Nie mówię, że nie cieszy mnie to, co się dzieje teraz – cieszę się, kiedy widzę Neymara albo Mbappégo na boisku, kiedy ten zespół bije kolejne rekordy. Ale... no cóż, czasami brakuje mi tej dawnej, szalonej energii, kiedy to kibice i zawodnicy byli jedną wielką, zielono-białą rodziną. Teraz to trochę tak, jakby ktoś wziął tamtą drużynę, wsadził ją do pięknego, nowoczesnego pudełka i wystawił na sprzedaż w jakimś ekskluzywnym sklepie z butami – lśniące, modne, ale jednak... sztuczne.
Kontekst bije gołą liczbę.
Akurat mnie te wasze smęty trochę dziwią, bo jak ja patrzę na dzisiejszy zespół – no to wam mówię, że oni mają w sobie coś, co tamci faceci z 2020 roku by w ogóle nie zrozumieli. Tamten team był fajny, owszem, ale dzisiaj? Dzisiaj to jest maszyna do świętowania, której nikt nie powstrzyma.
Weźcie sobie tę serię w Lidze Mistrzów – co to było? Trzy lata temu to jeszcze marzyliśmy o ćwierćfinale, a teraz? Teraz to normalka, że idziemy i bijemy kolejnych gigantów po pysku. I nie chodzi mi tylko o same zwycięstwa, tylko o to, jak to robią – z taką nonszalancją, jakby to było oczywiste, że tak musi być. Kiedy jeszcze w 2020 roku ten sam Mbappé strzelał gola w Barcelonie, to wszyscy myśleli, że to jakiś cud, że w ogóle się nie rozpadają pod presją. A teraz? Teraz on albo Vinícius robią rzeczy, które normalnemu kibicowi nawet się nie śniły – i robią to przy 80 tysiącach na trybunach albo na spotkaniach, które są transmitowane w stu krajach.
I nie wiem, skąd wam się wzięło to przekonanie, że teraz to tylko brand i marketing. Przecież te pieniądze, które ten klub dostaje, to nie lecą na firmowe gadżety, tylko ląduują w kieszeniach tych samych zawodników, którzy regularnie wychodzą na boisko i dawają z siebie wszystko. Weźcie Neymara w jego najlepszym okresie – nie grał dla kontraktu, nie grał dla rozgłosu, grał dla tej chwili, kiedy mógł zrobić coś, czego nikt inny nie potrafił. I tak samo jest teraz z Mbappé’m albo Vitinhą – oni nie czekają na sytuację idealną, oni ją tworzą.
Pamiętacie, jak w zeszłym roku w tym meczu przeciwko Bayernowi, kiedy to PSG prowadziło 1:0, a potem cofnęło się do 1:2, i nagle w ostatnich minutach Mbappé strzela drugiego gola i ratuje wszystko? To nie był przypadek, to była świadoma gra – oni wiedzieli, że mają w sobie moc, żeby to odkręcić, i zrobili to. W 2020 roku mieliście jeden wielki emocjonalny rollercoaster, teraz macie coś więcej – stabilność, doświadczenie i mentalność, która mówi: "My nie idziemy na mecz, żeby przegrać, tylko po to, żeby wygrać".
I co do tej pasji – no nie neguję, że kiedyś było inaczej, bo wtedy to wszystko było nowe, ale dajcie spokój. Ta drużyna ma w sobie tyle żaru, że aż dziw, że komuś się wydaje, że dzisiaj to tylko suchy brand. Oni grają z sercem, tylko teraz mają więcej narzędzi, żeby to serce pokazać światu. I to jest właśnie to, co robi z nich taką potęgę – nie tylko talenty, nie tylko pieniądze, ale umiejętność przerabiania każdego meczu w spektakl, w którym cała piłkarska Europa musiała przyznać, że PSG to coś więcej niż kolejny francuski klub.
A co do waszych porównań do fiata 126p – no sorry, ale dzisiejszy zespół to jak Ferrari z pakietem aerodynamicznym. Tak, może nie ma tej charyzmy pierwszych lat, kiedy to kibice mogli tylko pomarzyć o sukcesach, ale dzisiaj to jest maszyna, która po prostu wygrywa. I ja się z tego cieszę, bo w końcu doczekaliśmy się drużyny, która nie tylko marzy, ale po prostu bierze i robi swoje. 🔴🔥
Najpierw policz, potem się spieraj.
A wiecie co mnie w tym wszystkim najbardziej śmieszy? Jak nasz koleś z warszawskiej paczki, ten stary pijak "Długi", ciągle powtarza, że ten gol Mbappégo w 89 minucie z Barceloną to był "cud, który sam Bóg dopisał do futbolowej biblii", bo niby to strzał miał być taki przypadkowy, że nawet sędzia się zawahał 😂🍷
Ale serio, jak sięgam myślami do tego wieczoru, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tamten mecz to był jak ten pierwszy pocałunek – nie wiadomo skąd się wziął, ale nagle wszyscy byliśmy w niebie i nikt nie myślał o jutrze. A teraz? Teraz to tak, jakby ktoś wcisnął nam w dłonie nowiutki jacht i powiedział "płyńcie, ale nie zapomnijcie, że macie wiosła" – fajnie się pływa, ale te stare, dobre czasy kiedyś się jednak przydadzą... choćby tylko po to, żeby od czasu do czasu sięgnąć po butelkę wina i powiedzieć "pamiętasz, jak to było naprawdę?". 🔴💪
Jeden klub, jedno życie ❤️
Ej, aleście tu z tymi bajeczkami jakbyście naoglądali się hiszpańskich oper mydlanych 😂 No dobra, to ja wam powiem, jak to było naprawdę – bo ja tam byłem! Nie w Barcelonie, nie, tylko w moim pokoju w akademiku w Gdańsku, gdzie zamiast ekranu telewizora mieliśmy starą, śmierdzącą ładowarkę do laptopa, którą podłączyliśmy pod rzutnik zrobiony z pudełka po pizzy Dominos.
Byliśmy w towarzystwie: ja, mój kolega "Sraka" (tak zwany, bo przy kasie w Żabce zawsze coś spierdolił) i trzy puste butelki po tanim winie "Babilon", które zresztą okazały się być w połowie zakwasem do grilla. Mecz leciał w niskiej jakości, takiej, że nawet mecze Trójki nie wyglądają tak słabo. I nagle – 89 minuta, strzał Mbappégo, odbicie się od rury i... GOOOOL!
Wtedy to "Sraka" tak poderwał się, że walnął głową w półkę z książkami, która była… no cóż, akurat pod tą samą półką co moje kubki po herbacie, które akurat były puste (albo i nie, kto by tam liczył). Trzy sekundy później mieliśmy kawałki plastiku latające po pokoju, kubek z kawą na moich spodniach i "Srakę" wrzeszczącego "JESTEM CZŁOWIEKIEM!" niczym szaman podczas egzorcyzmów. Na szczęście zdążyłem złapać butelkę wina zanim uderzyła mnie w twarz – i tak oto nasza impreza urosła o kolejny "historyczny" moment, który opowiadamy przez następne pół roku.
A potem? Potem poszliśmy do baru "U Grubego Jasia", gdzie w ramach "odwetu" za straty materialne, kazaliśmy sobie dać darmowe piwo od barmana, który albo nas znał, albo wziął nas za grupę szaleńców z akcentem, których lepiej szybko spławić. I tak oto wylądowaliśmy na ulicy, machając zielono-białymi szalikami (okupionymi za 5 zł na bazarze przy Dworcu Głównym) i śpiewając "PSG, PSG, bij się do końca!" niczym chór aniołów, ale raczej aniołów po piątym piwie.
A teraz, kiedy patrzę na dzisiejszy zespół... no kurczę, fajnie się ogląda, nie powiem, ale nikt już nie rozlewa wina na buty i nikt nie krzyczy tak, jakby właśnie wymyślił ogień. Teraz to bardziej "zapięty na ostatni guzik", ale hej – przynajmniej nie musimy się martwić, że ktoś z nas wyleci za okno z radości 🔥🍷😂