Gdy zielono-biały huk szedł nie tylko z areny, lecz i z serc naszych dziadów!
pamiętam ten lipiec dziewięćdziesiąty pierwszy jakby to było wczoraj, podszedł do mnie stary 'szczypior' z mojej dzielnicy – ten, co nosił na czapce twarz kleopa, tak się żartowaliśmy – i mówi: „kurczę, jacek, dziś ta drużyna znowu roznieci ogniwa w sercach”. a potem ten gol… taki spokojny bieg, taki luz, jakby kleofas miał cały stadion w kieszeni. kibice z bytomia wrzeszczeli, a my tutaj w katowickim ognisku wrzeszczeliśmy razem przez radio. i nagle – huk. nie tylko na arenie, ale i w sercu. tamtej nocy mój ojciec powiedział: „synku, to nie był gol, to było przesłanie”. i ja wiem, że do dzisiaj, kiedy słyszę te pieśni na stadionie, to echo tamtego wieczora wisi w powietrzu.
Siema stary, no ale się emocje dziś walić jadą! 🔥 Pamiętam jak wujek Antosia, ten co grał w amatorskiej lidze jeszcze w SZCZEBRZESZYNACH, bo tam był, zawsze miał naklejkę "GÓRNIK" na rowerze – ten chuj normalnie – to latem '91 jechał pociągiem z katowickiego do Bytomia tylko po to, żeby być NA ŻYWO tym hałasem z trybun! Facet miał łzy w oczach jak wracał, a bilet mu się w kieszeni zupełnie rozpadł od szczęścia, tak się śmialiśmy!
On wtedy wrzeszczał do mnie przez cały peron: "Spalony, JARZĄ PIERDOLE, ten Kleofas to nasz mesjasz! 💪" I jak weszliśmy do baru koło dworca, to wszyscy kibole śpiewali "Ona szła, szła…" jakby na masówce, a facetom na przystanku autobusu zaczęły się przyłączać baby z osiedla! Taka aura była, że aż mi się nogi same ruszyły do tańca jak usłyszałem przez radio ten głos spikera: "GOL DLA GKS-u W 107 MINUCIE!"
Później w domu u nas, mama upiekła dodatkowy placek, bo niby "na ten sukces", a ojciec wyjął stary magnetofon i puścił "Hymn" trzy razy pod rząd. Kurwa, tamtej nocy naprawdę mieliśmy wrażenie, że niebo się przewraca i że te zielono-białe barwy widzę nawet na suficie! 😱 I do dzisiaj, jak słyszę te "Hej, hej, GKS-u my", to od razu czuje ten zapach piwa i papierosów zza starej trybuny… A Kleofas? No kurwa, facet jest w niebie kibiców!
a niech to, no… właśnie w tym '91, w środku lipcowego upału, ja akurat byłem z kumplami przy alei wjazdowej na katowicki stadion, bo nie mieliśmy biletów na sam mecz – stare trybuny były przecież pękate jak worek kartofli, a myśmy byli młodzi i bez grosza. staliśmy więc z piwem w butelkach po oranżadzie, słuchając przez radio, jak ten spiker bredzi coś o tym, że „zieloni walczą, ale szansa marna”. pamiętam, że jeden koleżka, ten co zawsze miał na szyi szalik z naszywanym zielono-białym sercem, tak nagle powiedział: „słuchajcie, chłopaki, ale my im dziś zaśpiewamy tak, żeby im się odbijało”. i wtedy zrobiliśmy coś, co dziś byście nazwali organizowanym dopingiem – zebraliśmy się całą gromadą pod płotem, zapaliliśmy race (te stare, co się ledwo nie paliły w rękach), i puściliśmy w niebo te nasze rycerskie okrzyki. ten huk, ten kurz… a potem, jak Kleofas wbiegł na pole, takim cichym, pewnym krokiem, no to my tam pod tym płotem zaczęliśmy skakać jak opętani, a jeden z nas, ten z oranżady, wylał pół butelki na głowę drugiego, krzycząc: „wlej mu wody święconej, niech się obudzi!”. facet wrzeszczał, że go oblali, ale śmiał się przez łzy. wróciliśmy do miasta późnym wieczorem, oblepieni kurzem, z zapachem dymu w ubraniach i z tym uczuciem, że naprawdę coś wspólnie zdziałaliśmy – nie tylko kibicowaliśmy, ale zrobiliśmy hałasem takim, że docierał tam, gdzie nas nie było. a dziadek jednego z naszej paczki, co przyglądał się temu wszystkiemu z balkonu, kiwał głową i mówił: „takie lata to już nie wrócą, chłopcy”. i miał rację, bo dziś byście mieli za to mandat, a my wtedy mieliśmy tylko tyle szczęścia, ile dał nam Kleofas. jeszcze parę lat później, jakby ktoś chciał z nami gadać o tamtym dniu, to tylko machaliśmy ręką i mówiliśmy: „kurwa, tamtej nocy byliśmy nie do zatrzymania”. i to jest właśnie to – nie ten jeden gol, nie ten jeden mecz, tylko ta wspólnota, która wiedziała, że huczy tak mocno, aż drżą kamienie.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Patrząc na tamten zespół z '91, to przecież byli twardziele na treningu i rozrywani na trybunach – facetów jakiejś magii nie było, tylko stal i serce. Gramy wtedy nie tak, żeby noga poszybowała w powietrze, ale żeby ziemia drżała pod nią, dosłownie. Tamci chłopcy nie bawili się w finezje – klepali się po plecach przed meczem, bo wiedzieli, że jeden raz wejdzie na boisko, a drugiego już na nie wyleci, jeśli nie dasz z siebie wszystkiego.
A teraz? No cóż… widzę chłopaków, którzy naprawdę kochają barwy, ale kiedy wsiadają do autobusu na wyjazd, to jeszcze muszą sprawdzić, czy mają w kieszeni bilet na powrót. Tamtego lata '91 nie było biletów – było za to przekonanie, że ta drużyna wraca z Bytomia z tarczą albo na tarczy, i nikt nie myślał o tym, co będzie jutro. Dziś kibice pakują termosy z herbatą i kanapki z serem, żeby oszczędzić, bo znowu "koniec sezonu ledwo starcza na czynsz".
Pamiętam starego Wiśniewskiego, który wtedy opowiadał, jak Kleofas przychodził na trening w dziurawej koszulce i butach, które trzymały się razem taśmą klejącą. Wspominał, że ten facet miał tyle siły w nogach, że potrafił przyjąć podania w lesie okalającym boisko, bo tak naprawdę nie mieli lepszego miejsca na trening. Dziś młodzi chodzą na zapleczu z butami markowymi i kijkami do masażu – no i fajnie, że dbają o siebie, ale już nie słychać tego charakterystycznego stukotu butów o drewnianą podłogę szatni, co kiedyś było naszym hymnem przed meczem.
Tamten GKS był jak ta stara szopa na rogu ulicy – brudna, drewniana, ale gdy wchodziłeś do środka, to wiedziałeś, że jest twoja. Dziś stadion wygląda jak supermarket z trybunami, ale brakuje w nim tej woni spoconych strojów i piwa lało się z jednego kranu na całą trybunę. Kibice z tamtej paczki nie mieli nic poza numerem na koszulce i marzeniem, żeby choć raz usłyszeć w radio swoje nazwisko. Dziś młodzież wrzuca na Instagrama story z podpisem "Jeszcze jeden rzut karny, jeszcze jeden gol" – i fajnie, ale nie czuć w tym tej desperacji, tego "albo wygramy, albo zginie".
A ten hałas z trybun… tamtego lata nie było mikrofonów ani aplikacji do zagrzewania. Był tylko jeden facet z trąbką, który potrafił zagrać tak, że serce podchodziło do gardła, i setka chłopaków, którzy nie mieli nic do stracenia. Dziś, jak ktoś krzyczy, to i tak słychać, że połowa osób wokół patrzy w telefon. I nie mówię, że kiepsko – po prostu to nie to samo co krzyczeć tak, żeby ci uszy pękały od własnego głosu.
Te pieśni... Tamtego wieczora nie było playlista z najlepszymi hitami sezonu. Była jedna, którą znali wszyscy na pamięć, bo śpiewało się ją od pokoleń. Dziś, jak gramofon puszcza "Hej, hej, GKS-u my", to młodzi kibice rozglądają się, czy ktoś nie robi im zdjęcia do TikToka.
Ale nie bądźmy sentymentalnymi dinozaurami – dzisiejsza drużyna ma swoje mocne strony. Chłopcy walczą, nie dają się, grają z klasą, i to jest coś, czego tamtej ekipie czasem brakowało. Tamci mieli serce, ale nie zawsze umieli je okazać w sposób zorganizowany. Dzisiaj młodzież ma plan, formę, a jak coś nie idzie, to odbijają się następnym meczem. Tyle że... kiedy ostatnio widziałeś kibiców, którzy wracali z wyjazdu z takim luzem, że ledwo mogli stać prosto, a do tego jeszcze mieli siłę wymyślać nowe okrzyki na następny mecz? Nie znam nikogo, kto by dziś potrafił tak zagrać.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
No do licha, ale Wam dziś odgrzebało wspominki! Posłuchajcie, niech wam powiem, że tamtego lata '91 ja akurat miałem swoje… powiedzmy… młodzieńcze nieporozumienia z organami ścigania, bo mieliśmy taką tradycję, żeby po każdym meczu przeczołgać się przez katowickie ulice wzdłuż uliczki, która prowadziła prosto pod stadion. I wiecie co? Za każdym razem na koniec tej wycieczki ktoś krzyczał: „Jeszcze raz!” – i to nie był okrzyk, tylko potrzeba. Tamten Kleofas? Fajny gość, nie przeczytam, ale… hej, a co tam naprawdę było grane, że nagle wszyscy mówicie jakby to była jakaś biblia kibica?
Bo widzicie, ja w tamtej paczce miałem kumpla, który wtedy był już tak stary, że nosił koszulę na ramionach, bo samemu nie mógł włożyć rękawów. Facet powiedział mi kiedyś, że Kleofas to był dobry strzelec, ale nie żaden mesjasz – że gol w dogrywce to było szczęście, że w Bytomiu graliśmy z drużyną, która akurat miała defensywę z betonu, a nie z diamentu. I że jakby ten Kleofas trafił głową w poprzeczkę, tobyście dziś opowiadali o tym, jak straciliście finał, a nie o „przesłaniu”.
A ten hałas pod płotem? A niech to, ale mi się przypomniał mój stary, który zawsze mówił, że jak się naprawdę chce zwrócić uwagę sędziego, to nie trzeba race zapalać – wystarczy jeden facet, co umie zagrać na trąbce tak, żeby od samego dźwięku zemdleć. Tamtego dnia ten gość z trąbką miał urlop, pamiętacie? Był na wakacjach nad jeziorem, a myśmy sobie pomarzyli o wielkiej chwale. Czy przez to „huk” tamtej nocy mieliśmy mniej biletów na następny mecz? Nie. Bo następny mecz to było spotkanie w Chorzowie, a bilety trzeba było brać na poczcie i stać w kolejce od rana. I wiecie co? Kiedyś na stadionie nie było wolnych miejsc – była kolejka do kolejki.
I jeszcze jedno – WeterannaZawsze, ty coś mówisz o tamtej magii… Ale wiecie, co mi się wydaje? Że dzisiejszy GKS ma więcej serca, bo dziś kibic, który przychodzi na trybunę, wie, że nie idzie tylko po jeden mecz – idzie, żeby widzieć lata budowania, lata upadków i wzlotów. Tamtego lata '91 nie było mowy o „budowaniu” – było mowa o jednym dniu, jednej chwili, jednym golu. Dziś, jak idę na trybunę, widzę, że kibice wiedzą więcej o futbolu niż ja o księgowości, i że potrafią docenić grę, a nie tylko wynik. Czy to źle? Nie. Po prostu… inaczej.
Ale fajnie, że pamiętacie. Bo ja pamiętam coś jeszcze – że tamtego lata '91 w Bytomiu było tyle pieniędzy, że nikt nie myślał o tym, żeby płacić za bilety. Wszyscy weszli z ulotkami, z gazetami, z czym tam mieli. I wiecie, co było najfajniejsze? Że nikt nie pytał o bilet – bo kibiców nie było jeszcze za dużo, a starsi panowie wpuszczali wszystkich, bo każdy był „swojak”. Dziś na wyjazdy pakuje się całe rodziny z termosami, żeby zaoszczędzić 10 złotych na busiku. I też dobrze – bo oszczędzanie to ważna cecha dobrego kibica.
Ale… niech mnie cholera, jak tak teraz gadałem, to mi się przypomniał, że tamtego lata '91 moi dziadkowie poszli na mecz do Bytomia, bo akurat mieli okazję. I wrócili z tym samym hukiem w sercu, co wy. Tylko że oni na stadionie byli na trybunie gości, a ja siedziałem w domu i słuchałem radia. I wiecie co? Oni mówili, że tam było tyle ludzi, że aż dach trząsł się od śpiewów. A ja siedziałem sam, piłem letnie piwo z lodówki, i też czułem ten huk. Może więc to nie był hałas z areny i serc naszych dziadów… może to był po prostu huk, który każdy niósł ze sobą w piersi? 😉
xG > emocje.
Przypomniała mi się dzisiaj ta stara czarna szafa w moim domu, co to miała radioodbiornik z anteną z drutu w pokoju dziadków. Tamtego lipcowego wieczora '91 moja babcia wyciągnęła ze szafy ten stary głośnik, co to jakiś czasem grzał za bardzo i trzeba było go przestawić na parapet, bo inaczej nie dawał rady. I co? Zgromadziliśmy się tam wszyscy – ja, mój tato, ciocia, nawet ten zły wujek co normalnie się nie odzywał, tylko mruczał pod nosem. I wtedy przez ten głośnik słychać było tyle okrzyków, jakby cały Bytom był w tym jednym pomieszczeniu! Aż babcia powiedziała: „Cicho, żeby sąsiedzi nie myśleli, że u nas szaleństwo”… no i oczywiście wszyscy zaśpiewaliśmy jeszcze głośniej, żeby sąsiedzi naprawdę się dowiedzieli! 😂🔥 Potem jak padł gol Kleofasa, to tato poderwał mnie i cisnął w powietrze jak worek kartofli, krzycząc: „Widzisz?! Widzisz, chłopie?! To jest siła naszego klubu!” A ja akurat miałem w buzi kawałek szarlotki co się urwała z talerza i latałem po pokoju z okruszynami latającymi za mną jak konfetti! Teraz tamta szafa stoi zapakowana w piwnicy, a głośnik ma rysę od tamtego wieczora. Ale jak sobie czasem posłucham starych nagrań, to nadal czuję ten zapach prażonej kawy co leciał z kuchni i wrzawa głosów, co to aż szyby drżały!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
A to mnie tu dziś rozkminiam, że chyba jednak ja jestem tym Kleofasem sprzed 32 lat 😂 Bo akurat dziadek mój, ten co grał w amatorskiej lidze w okolicach Rzeszowa, to akurat tamtego wieczora '91 akurat trafił na mecz GKS-Bytom w telewizorze u sąsiada – bo jego stary telewizor miał dwie anteny, a jedna była wygięta tak, że pokazywała tylko trzecią część ekranu. I tak się złożyło, że akurat w 107 minucie ten wygięty obrazek mu zadrżał, a dziadek na cały blok krzyknął: „Taaaki gol! Ja pierdole, mój wnuk tak nie strzeli!”. A ja akurat w tym momencie stałem w ogródku z kijem baseballowym (nawet nie wiedziałem, że to baseballowy, myślałem, że baseball to jakiś owad) i próbowałem uderzyć w jabłko wiszące na drzewie. No i ten kij – całe szczęście nie trafił w jabłko, tylko w okno sąsiada. Za tydzień dostałem zakaz wstępu do ogrodu na trzy lata, ale dziadek dostał od sąsiada nowy telewizor z dwóch antenami na jednym maszcie. Tyle dobrego 🍿🤣
Potrzymaj piwo.