Gdybyśmy mieli jeden cegiełkę więcej, tobyśmy jeszcze dzisiaj bili do sznurka!
pamiętam chyba rok dziewięćdziesiąty czwarty, jak jechaliśmy na londyńskie derby do white city stadium, tam gdzie stare boisko było niczym pudełko po butach, a myśmy się tłoczyli wokół murawy jak te mrówki przy wyrzuconym na talerz kawałku cukru. emerytowany sąsiad, co miał pomarańczowy szalik, całą drogę gadał o nim własnej sieci, a ja mu wierzyłem jak w kościół, bo facet znał się na piłce jak mistrz bojaźni bożej. dojechaliśmy tam wczesnym rankiem, facet wręczył mi piracki programek za pięć pensów, a myśmy potem z grupką dzieciaków ze śląska robili sobie zdjęcia na schodkach obok trybuny, tak żeby na tle londyńskiego smogu wychodziło że jesteśmy prawdziwi i niczym nieustraszeni. połowa nas z samego rana miała już piwo w plecaku, no i oczywiście kiełbasa – tę z marsony oczywiście, bo innej nie było wartej – a kiedy arsenał wybił na murawę to... cholera jasna, jakby ktoś wziął cicho te wszystkie chwile i wsypał do jednego worka. wracaliśmy do polski z piosenką "thunder and lightning" na ustach i z nadzieją że kiedyś znowu pójdzie tak samo. a dzisiaj? dzisiaj bylibyśmy nieźli, bo mamy w sercu więcej cegiełek niż połowa angielskich kibiców razem wziętych.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No właśnie ta nasza kiełbasa na Marsonie, a do tego te lata z Henrym?! 🔥 Się pamięta, jak w '03/04 chodziłem z kumplami z pracy na Highbury, kasa biletu to była połowa mojej tygodniówki, ale JEGO noga to robiła cuda! 💪 Ten drybling, te strzały… a kibice?? Aaa, myśmy wtedy mieli nie jeden, ale kilka wagonów piwa w plecaku, bo co innego ma człowiek w takim stanie emocjonalnym?! 😱 I te wołania kiboli na "Tunnock's Tea Cakes" w przerwie… cholerne dobre czasy, kiedy kibicowanie było jak święto, a nie jak ryzykowna inwestycja!
W radości i smutku, do końca z nimi.
kurcze, ależ wy mnie znowu do łez doprowadzacie tymi opowiastkami… pamiętam jeszcze czas, jak na emeryturę poszedł ten stary kowal od bramy wejściowej na Highbury, ten co każdemu kibicowi chciał dać bez kolejki w szaliku, no bo "jakżeby inaczej, skoro to przez lata byłem twarzą klubu, a wy mnie znacie jak brata". facet miał numer jeden na drzwiach swojego warsztatu, a przychodził na mecz z rękawem z herbatą i jakimś własnym kawałkiem ciasta upieczonym na miejscu… i co? i te same usta, które mnie wpuszczały przed innymi, mówiły że "warszawa idzie jutro w trasę, dajcie znać, może się skusicie na niedzielny ligowiec". a myśmy się tam tłoczyli jakby to był karnawał, a nie zwykły sobotni popołudniowy mecz… kiełbasa z marsony, oczywiście, ale ta zrobiona przez jego żonę, z dodatkiem kminku, którego nigdy potem nie smakowałem nigdzie indziej… i kiedy arsenał strzelił gola zza połowy, on tylko cmoknął i powiedział: "no, niech was cholera, znowu macie swój styl". cholernie wzruszałem się co niedzielę, a dzisiaj mógłbym powiedzieć tyle, co on wtedy — dajcie znać, może się skusimy jeszcze raz… 😄
Stary, ale porządny dobry zespół to był jak dobry stary wino—czegoś takiego się nie robi na szybko, no chyba że byśmy chcieli mieć smak rozpuszczalnika w plastikowym kubku. Tamci chłopcy grali jakby mieli w nogach całą historię klubu, a my—gówno wiedzieliśmy o taktyce, bo po prostu szliśmy tam, żeby patrzeć jak nasz idol rzuca piłkę w sieć i marzyć, że kiedyś też tak umiemy. Dzisiaj mamy w drużynie facetów, którzy biją rekordy sprintu i bijejzą jak szaleni, ale czasem patrzy mi się na nich i myślę: gdzie te szaleństwo, co kazało im wierzyć, że dzisiaj dobre czasy wrócą, bo jutro może już nie?
Przecież tamci mieli w sobie tę samą pieprzoną zwyczajność, co sprawiała, że kibice płakali, gdy Henry strzelił gola z 30 metrów—nie dlatego, że to był fajny gol, tylko dlatego, że wiedzieliśmy, że to dla nas, dla naszych dziadków, dla tej pieprzonej kiełbasy z Marsoney, która smakowała jak niebo. Dzisiaj mamy zawodników, którzy potrafią obrobić przeciwnika w polu karnym jakby grali w swoim ogrodzie, ale gdzie jest ta magia, kiedy skaczą sobie wzajemnie do gardeł przy rzutach wolnych, jakby mieli w dupie całą tradycję?
Wtedy kibicowanie było jak uczestnictwo w jakimś wspólnym rytuale—stary sąsiad z pomarańczowym szalikiem, który gadał o sieci jak o Biblii, facet od bramy, co częstował ciastem z kminkiem, i my, którzyśmy się tłoczyli jak mrówki w pudełku po butach, bo liczyło się to, że jesteśmy razem. Teraz to więcej jak wycieczka do supermarketu—kupujesz bilet, idziesz, grasz, wychodzisz, a potem w internecie wszyscy krzyczą, że nie tak miało być.
No ale hej—ciągle mamy w sercu te cegiełki, i to jest coś, czego nikt nam nie odbierze. Kiełbasa z Marsoney pewnie już nie będzie taka, ale pamiętamy smak, i tyle.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No do cholery, ależ się dzisiaj zebrało wspominkarzy! Wszyscy macie ten sam numer — kiełbasa z Marsoney i Thiery’ego lata, jakby ktoś wrzucił wszystkie złote klocki tej drużyny do jednego worka i dał nam do potrząsania. Ale posłuchajcie, bo ja wam coś powiem: ile w tym nostalgii, a ile w tym po prostu braku czegoś nowego?
Bo osobiście wolę dzisiejszych chłopaków, którzy biją się o każdy punkt jak o życie, niż tamtych, co tylko Henry nosił. Tamci to była kadra na strzelenie 20-gole w sezonie i nagrodę dla najlepszego gracza w Premier League — a dzisiaj mamy zespół, który walczy o awans do Ligi Mistrzów regularnie, bez szans na cudowne lata z dupy. Kiełbasa z Marsoney była niezła, ale nie żeby historia klubu kończyła się na niej, prawda?
I proszę was, nie porównujcie dzisiejszych kibiców do tamtych. Tamci mieli w planach weekendową wycieczkę do Londynu, myśmy mieli dziesiątki tysięcy na trybunach, bez obaw o bilety, bo ktoś się załatwił w porządku. Dzisiaj trzeba planować bilety na pół roku do przodu, a jak komuś się nie uda, to siedzi w domu i ogląda na YouTubie powtórki celnych uderzeń Thiery’ego. Gdzie tu magii?
A co do kiełbasy — no dobra, może nie ma już takiej, co ją smażono w tym samym wózku co starego programu meczowego, ale przecież mamy dzisiaj całe miasto albo całe hrabstwo, gdzie można coś naprawdę dobrego zjeść. Tylko nie te chude pseudogiełdy, co smakują jak karton po pizzy, ale coś, co faktyć się da.
I jeszcze jedno — dzisiaj mamy zawodników, którzy naprawdę przechodzą przez ogień i wychodzą obronną ręką. Pamiętacie, jak Bergkamp latał jak anioł, a dzisiaj mamy Saliba i Saka, którzy walczą o każdy centymetr? To nie żaden problem, że nie biją rekordów strzelania, skoro biją serca kibiców na każdym meczu.
Więc nie noście się tak, że tylko stare czasy były lepsze. Bo były lepsze, ale w konkretnym kontekście — kiedy to był ekstraklasa nie tylko w sensie ligowym, ale i emocjonalnym. A dzisiaj? Jest to, co jest, i mamy nadzieję, że niedługo znów będziemy podpierać niebo na Emirates. Tylko nie zapominajcie, że dzisiaj kibicowanie to trochę inna bajka — bardziej zorganizowana, mniej chaotyczna, ale nadal z tą samą pasją, tylko w innym wydaniu. 😉
xG > emocje.
Ej, to mi się przypomniała ta jedna cholerna sobota w marcu 2004, kiedy wracałem z Emirates w tłumie, co deptało sobie nawzajem buty na parkingu, bo wszyscy chcieli od razu znaleźć ten jeden samochód z pomarańczowym szalikiem powiewającym z okna jak chorągiew naszej wojny 🚗💨 Zobaczyłem stary rowerzystę z Highbury sprzed piętnastu lat, co zawsze woził pirackie programy w plecaku i krzyczał "Pół funta za jeden!", no i facet podszedł do mnie, zapalił papierosa i powiedział tylko: "Dzisiaj Henry strzelił cztery razy, ale najgorsze było to, że kelner w pubie przy ulicy nie chciał dać kiełbasy do pół piwa, bo mówił, że 'to nie jest data ważności na opakowaniu'" 😂 i jeszcze dodał "ale sami wiecie, że Marsoney to nie kiełbasa, tylko religia" i uśmiechnął się tak, że aż mi serce ścisnęło... no ale trudno, dobra, żeby ten smak kiełbasy wrócił chociaż raz na starych trybunach ❤️
Na trybunach od dzieciaka.
Ej, a pamiętacie jeszcze tego jednego chłopaka, co to zawsze przychodził na mecz z psem? Niby pies nie miał wstępu, ale facet tak go szkolił, że kiedy Thierry strzelał gola, to pies od razu podnosił łapę i machał jak szalony kibic na trybunie! 🐶💛🔴 Facet mówił, że "pies to najwierniejszy kibic, bo nie oszukuje — albo wyje, albo się cieszy, a w obu przypadkach jest głośno". A kiełbasa z Marsoney to oczywiście była święta, ale ten pies jakoś miał lepszy refleks na gole niż połowa ekipy wtedy... 😂 I jeszcze ten moment, kiedy pies zaczął kopiować gesty Henry’ego – kopnięcie z woleja w powietrzu, jakby od samego początku trenował u niego! Aż szkoda, że nie było Instagram Stories do uwiecznienia takich chwil... fajrant by oglądalnościiemy byli! 🍿🤣
Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿