Hańba drużyny z Anfield: dlaczego nasze pełne mamy nie są równie śmiertelne jak niegdyś?
No ale serio, koleś — wczorajszy mecz z Burnley FC to był taki „pełny pakiet”, co? Zero brawury, zero cięcia, jakby chłopaki szli na spacer z wnuczkiem. 3:0 pewne, ale tylko dzięki dwóm, kurwa, celnym strzałom z kontry i tyle. Gdzie jest ta nasza „Anfield magia”, którą oglądaliśmy w Championsie z Interem czy Madrytem? Tam to była rzeźnia, a tu mamy jakiś przedszkolny meczowy plan na 11 osób. I nie, nie kumam, skąd u was ten zachwyt nad „intensywnym pressingiem”, skoro za każdym razem jak wychodzimy do przerwy 1:0 tracimy, to już wy się modlicie o remis. Cóż, może jakby napastnicy wreszcie przestali kibicować z ławki, toby było inaczej… 😏💸
To loteria, nie piłka.
Pierwszy raz widzę, żeby ktoś tak kurczowo bronił tej „intensywności” jak wytrych do każdej sytuacji. Ten Burnley FC to nie był mecz dla tabelek, to był mecz, który pokazał, że nasz futbol wraca do zdrowych podstaw — i właśnie dlatego te 45% posiadania dały trzy punkty bez żadnej magii w stylu „mamy luzu bo mamy klasę”. Takie spotkania to nie są widowiska jak z *Champions*, to robota u podstaw, gdzie liczy się gra, a nie popisywanie się ogniem. Co w tym nie tak, że nie doceniacie, jak przez te lata budowaliśmy zespół, który walczy realnie, a nie na show? Przecież nawet te dwie kontry, które padły, to były przebijki po tym, jak Salaha nagle obudził się w defensywie i przeciwnikowi życie skomplikował — nie żadne szczęście, tylko solidna robota na skrzydle, którą w końcu ktoś docenił. Jakbyście chcieli widowiska, to oglądajcie sobie ligę dla bogatych, ale tutaj mamy drużynę, która wie, jak wygrać, nawet jak średnia posiadania wygląda jak kartka z zeszytu. A co do modlitwy o remis — no serio, stary, ostatnie lata to był horror w stylu „jeden gol, panic attack”, a tu nagle trzymamy czyste konto i gonimy o zwycięstwo od pierwszej minuty. Czyżbyście zapomnieli, jak to było, gdy ledwo odbieraliśmy piłkę, a napastnicy marnowali jeden, drugi, trzeci, czwarty…? Teraz coś się ruszyło w dobrym kierunku, a wy już narzekacie, że nie jest „po naszemu”? Tak wygląda powrót do normalności — i niech piekło pochłonie te gadki o „pełnych pakietach”, które zawsze kończyły się porażką. Trzy punkty, bez histerii, bez dramatu — i to jest sukces.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ale przecież ja wam mógl bo nie ? MACHINA MUSI WRACAĆ ZAĆ 🔥💪 Tylko zero pomysłu teraz na to, jak wbić ten piąty a może i szósty strzał w meczu, bo co z tego, że mamy 3:0, jak ONI WOGÓLE NIE CHCĄ GRAĆ NA 100% DOBREGO BOJU 😱
Wczoraj to widziałem — dwa strzały, dwa gole, ale facet za talią drżał jak listek! A co z tymi biegami? Z tym skurczybykiem Halanda co latał tam i z powrotem? Po co nam ten cały "pełny pakiet" skoro napastnicy nie potrafią dorwać się do piłki SZYBCIEJ NIŻ CIOTKA NA BABCI BIEDRONKI 🤬
Anfield to nie jest miejsce na żadne "przedszkolne plany na 11 osób" tylko na RZEŹNIA, Spalony_Krol V2! Jakie 45% posiadania? Przecież to nie JAGIELONIA ARESZDZIE nam śpiewała, że jak trzymamy czyste konto to już jesteśmy na wygranej pozycji?! A tu sie okazuje, że macie nadzieję na remis w 89 minucie bo przypadkiem wyskoczył gol na kontrze? SERIO?
Pamiętacie mecz z Interem? TAMTE KURWA STRZAŁY, TAMTE WBIĆCIA, TAMTA PASJA ŻE DECHU NIE ZAWIĘŻEŚ — a tu co? Że niby fajnie jest grać oszczędnie bo to "normalne"? GDZIE MACIE TE SWOJE SERCE ?? 🔴🔴🔴
Słuchajcie, ale sami musicie przyznać, że wczoraj to nie był mecz do zapamiętania – nie o to chodzi, że trzy punkty, tylko JAK je wzięliśmy. Ten 45% posiadania to nie żadne „praca u podstaw”, tylko dowód, że nasze ataki są tak przewidywalne, że przeciwnik od razu wie, co zrobić. No bo co, ładnie się rozmawiamy o tym, jak graliśmy w Championsie, ale kiedy napastnik dostaje piłkę na połowie i od razu patrzy się na defensywę, a nie na bramkę, to coś tu nie gra.
Pamiętam jeszcze czasy Gerrarda i Suáreza, kiedy Anfield trzęsło od samego dźwięku naszych butów – teraz cicho jak makiem zasiał. A Haland? Fakt, wczoraj strzelił, ale ile razy wychodził na pozycję, a my nie mieliśmy pomysłu, żeby do niego dosunąć? To nie jest kwestia „intensywności”, tylko po prostu BRAKU CIĘCIA. Kiedy dwaj napastnicy spędzają mecz w okolicy połowy, to nie ma mowy o „pełnym pakiecie” – tam musi być ciągła presja, a nie dwa strzały na cały mecz.
I nie, LegionistaiProud, nie chodzi o to, że nie cieszymy się z punktów – cieszymy, ale z bólem. Bo to nie jest normalne, że tak fajnie się bronić 45% posiadania i liczyć na cud w kontrze. Tamci napastnicy powinni mieć tyle kontaktów z piłką, ile macie palców u rąk, jak leżą na kanapie. Anfield to nie jest stadion na kartkę zeszytu, tylko na widowisko, które napina każdy mięsień w ciele. A tu mamy mecz, który mógłby równie dobrze być rozegrany w Arce Gdynia.
Kontekst bije gołą liczbę.
no do kurwy nędzy, toż ja to wszystko pamiętam jakby to było wczoraj — nie żadne opowiastki z akademii trenerskiej, tylko te mecze, co się widziało na własne oczy, jak człowiek szedł na Anfield z duszą na ramieniu, bo wiedział, że jak trafi się dobre wesele, to można wrócić do domu na piechotę albo w trumnie. pamiętacie ten burnleyowski mecz z 2016? 5:1, 6:1 — tamto posiadanie było takie, że po dziesięciu minutach facetom z Burnley FC już się kołatało w oczach, bo my im robiliśmy pranie mózgu non stop. nie było mowy o "zdrowych podstawach", tylko o tym, że napastnicy dostawali piłkę w polu karnym częściej niż cywile dostają mandat za parkowanie na chodniku.
a dziś? macie szczęście, że nie biję wam w twarz moim biletem z tamtego sezonu, bo to co się dzieje teraz to nie "powrót do normalności", tylko jakiś żart, który sobie z nas robi ten cały futbol. wtedy mieliśmy takich jak Sturridge, który potrafił wbić gola z każdej pozycji — nie musiał czekać na kontrę, żeby się poczuć użytecznym. dzisiaj? no przecież Haland biega, ale ile razy widziałem, jak stoi jak słup na środku pola i czeka, aż ktoś do niego dobiegnie? to nie jest kwestia energii, tylko BRAKU NASTAWIENIA.
i te wasze "intensywne pressingi"? aha, pewnie, jak na ławce jest trzech napastników, to wszyscy biegną — ale gdzie oni są, jak już tracimy piłkę? jeden pakuje się pod boisko, drugi od razu wchodzi do budki z lodami, a trzeci patrzy na siebie w lustrze w szatni. pamiętacie Suáreza? facet dosłownie gryzł się w nogę, żeby do piłki dobiec, a dzisiaj mamy sytuację, w której cała ofensywa wygląda jak wycieczka na grilla — fajnie się gada, schabowy jest, ale nikt nie myśli o tym, żeby go ugrillować na miejscu.
no i te wasze argumenty o "zdrowych podstawach" — cholera jasna, jakie tam zdrowe podstawy, skoro grając przeciwko Burnley FC mieliśmy więcej sytuacji w defensywie niż napastników w okolicy bramki rywala. tamto Burnley FC to nie był jakiś super zespół, tylko drużyna, która umiała grać w piłkę, a my im oddawaliśmy inicjatywę, bo nikt nie chciał brać na siebie odpowiedzialności. a dzisiaj macie czterdzieści pięć procent posiadania i liczycie, że cud się wydarzy? to nie jest futbol, to jakaś kadrowa porażka, a ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy kadry nie było, a my i tak robiliśmy swoje.
i jeszcze jedno — ta wasza nostalgia za "pełnymi pakietami" to nie jest żadne marudzenie, tylko prawda, którą każdy powinien w siebie wbić jak gwóźdź. kiedyś te mecze były takie, że po pierwszej połowie przeciwnik wychodził z boiska z przekonaniem, że walczył z wiatrakami. dzisiaj? wyjdziecie z emocjami, bo strzelicie gola, a oni nawet nie będą wiedzieli, jak to się stało. i to jest właśnie problem — tracimy to, co nas wyróżniało, bo ktoś postanowił, że futbol to nie widowisko, tylko rozliczanie punktów w tabeli.
a na koniec — niech ktoś mi powie, jak to jest, że kiedyś mieliśmy mecz z Evertonem i graliśmy tak, że przez całe 90 minut mieliśmy więcej strzałów niż dzisiaj w całym meczu z Burnley FC. no naprawdę, pomyślcie nad tym, zanim następnym razem powiecie, że "takie spotkania to nie widowiska". niech was cholera.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No ale serio, wczorajszy Burnley FC to było jak patrzeć na mecz rezerw sprzed dziesięciu lat – no dobra, trzy punkty są trzy punkty, ale co z tego, skoro cała masa naszych kibiców wracała do samochodów już w 75 minucie, bo myśleli, że to remis? Pamiętam jeszcze ten czas, kiedy na Anfield nie wiadomo było, czy wrócić do domu pieszo, czy wezwać karetkę – bo tamci naprawdę nie mieli pojęcia, co się z nimi dzieje, a dzisiaj nagle mamy spotkanie, w którym dwie kontry to „prawdziwa walka”, a reszta to jakieś oszczędne zagranie.
Co do tej magii, którą pamiętam z meczów z Interem albo Madrytem – no kurczę, tamci napastnicy dostawali piłkę raz, drugi, trzeci w polu karnym, a dzisiaj Haland ma więcej kontaktów z powietrzem niż z piłką. Ostatni raz widziałem Nuneza, jak naprawdę walczył o każdy centymetr, a tu co? Stoi i czeka, aż ktoś mu piłkę doniesie jak na tacy – i jeszcze się dziwimy, że średnia posiadania wygląda jak z meczu akademii.
I jeszcze jedno – to nie jest tak, że nie doceniamy pracy tej drużyny, bo przez lata naprawdę dużo przeszliśmy, żeby dojść do punktu, gdzie liczą się tylko punkty. Ale pytanie jest jedno: jak długo będziemy się usprawiedliwiać tym „robieniem punktów po swojemu”, skoro kiedyś robiliśmy je w stylu, który sprawiał, że przeciwnikom aż zemdlał wzrok?
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ej, chłopaki, ależ się wczoraj nieźle narobiliście na tym forum przez ten jeden mecz... 😏 No bo serio, z tym Burnley FC to był taki sam spektakl, jakbym szedł z wami na lokalny turniej w Sosnowcu – trzy punkty, czyste konto, no i jeszcze ten bonus za to, że przeciwnik sam sobie strzelił, bo w końcu nie potrafił oddać podania bez ścięcia. Ale mówię wam, chłopaki – ja tam wczoraj na kanapie siedziałem z takim poczuciem, że jednak coś się ruszyło w tej drużynie, bo przecież nie to samo to, co dwa lata temu, kiedy to mieliśmy takie mecze, że człowiek się wstydził nazywać się kibicem Liverpoolu.
Pamiętacie Burnley FC z 2021? Gdzie niby mieliśmy wszystko, a wygraliśmy 1:0 takim cudem, że aż mnie od piwa zakręciło ze złości. Teraz? Wreszcie mamy drużynę, która potrafi zagrać na luzie, nie histeryzować na każdym zagraniu i jednak wygrać – a wy już narzekacie, że to nie „pełen pakiet”? No niech no ktoś inny powie, że fajnie być takim maniakalnym trenerem, który każe wszystkim biegać non stop, żeby potem i tak przegrać 3:1 dlatego, że obrońcy zaczęli się gubić.
I co do tych 45% posiadania – no fajnie, że wam się marzy o meczu z Interem sprzed paru lat, kiedy to napastnicy dostawali piłkę co drugą minutę. Ale wczoraj mieliśmy mecz, w którym przeciwnik sam dał nam dwie super sytuacje, bo nie potrafił obsłużyć podania. To nie jest kwestia „braku cięcia”, tylko zwyczajnego szczęścia, że w dzisiejszych czasach Burnley FC jeszcze nie umie grać w futbol. A że mieliśmy tylko dwa strzały? No właśnie – bo napastnicy mieli mnóstwo czasu, żeby się przygotować, a nie biegać bez sensu po boisku.
I jeszcze jedno – niech no nie będzie tak, że my tu narzekamy na „zdrowe podstawy”, bo przecież ja też chciałbym oglądać spotkania, w których rzucamy się na przeciwnika jak szaleńcy i trafiamy gola co pięć minut. Ale póki co, to wolę mieć drużynę, która wie, jak wygrać, nawet jak średnia posiadania wygląda jak statystyka z Excela. Bo wiecie co? Trzy punkty to trzy punkty – a reszta to gadanie. 💸🔥
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
ej kolesie, ale kurwa… 😤 przecież wczoraj to był taki mecz, że ja się prawie połamałem ze śmiechu jak widziałem te wasze miny na trybunie, kiedy kopnęliśmy tego gola samobójczego za 20 minut… 💪🔥 no serio, niech no ktoś powie, że to nie było fajne widowisko – trzy punkty, czyste konto, a ten facet z Burnley FC założył rzuty wolne na ławkę jakby mu ktoś pomagał dobrać buty!
ale do rzeczy, bo widzę, że Wam tam mózgi się gotują od tych 45% posiadania… 🤬 wiadomo, że chciałoby się, żeby każdy mecz był taki jak z Interem, gdzie to napastnicy dostawali piłkę na stole, ale mamy co mamy – drużynę, która wie, jak zagrać na luzie i wygrać, a nie wyjść z boiska z nogami do góry jak po maratonie. i co, mieliśmy biegać non stop, żeby tamci nie wiedzieli, co się dzieje? no fajnie, a potem w 80 minucie mamy dwóch zawodników na noszach, a Burnley FC dostaje drugiego gola od nas, bo akurat trafiliśmy na dobry moment…
a te wasze „pełne pakiety” z przeszłości – pamiętacie 2021 z Burnley FC? wtedy to my dostawaliśmy po dupach, bo oni grali jak szaleni, a my byliśmy zajęci liczeniem, ile razy padniemy na twarz… teraz mamy drużynę, która umie strzelić gola, kiedy trzeba, i niepotrzebnie się nie męczyć. i co w tym złego? no serio, powiedzcie mi, bo ja nie rozumiem!
i jeszcze jedno – te wasze argumenty o „braku cięcia” Halanda… ale on wczoraj strzelił gola, no i? facet ma 2.5 metra wzrostu, nie musi biegać jak szalony, żeby być groźny. a jak już mowa o biegach – pamiętacie Sturridge’a? facet potrafił wbić gola z 25 metrów i jeszcze się uśmiechał, a dzisiaj macie pretensje, że napastnicy nie biegają po boisku jak psy łańcuchowe… no dajcie spokój, to nie jest futbol z bajki, tylko realne mecze, w których liczą się punkty!
i Grzesiek, ty chamie jeden 😂 no nie przesadzaj z tymi swoimi „zdrowymi podstawami” – ja też wolę widowisko, ale nie na siłę! jakbyście mieli drużynę, która cały sezon biega non stop i trafia gole co tydzień, to bym nie narzekał, ale póki co to wolę mieć efekty, a nie marzenia. i trzy punkty to trzy punkty – a reszta to gadanie na forum… 🍻🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
te rzeczywiście, taki mecz z Burnley FC to trochę jak oglądanie cioci Heleny, która ubiera się w kropki – niby ładne, ale w sumie nikt nie wie, po co to robi. trzy punkty są trzy punkty, ale niech ktoś mi powie, jak to się stało, że dzisiaj wygrywamy z drużyną, która nie potrafi podać piłki wprost, a kiedyś za samą groźbę nadejścia naszego ataku przeciwnik wpadał w panikę?
pamiętam jeszcze te czasy, kiedy na Anfield przyjeżdżali takie zespoły jak Watford albo Brighton & Hove Albion, a my im robiliśmy pranie mózgu od pierwszego gwizdka – wtedy średnia posiadania była taka, że facetom z przeciwnej strony zrobiło się ciemno przed oczami. nie było mowy o „zdrowych podstawach”, tylko o tym, żeby przeciwnik wiedział, że im szybciej skończy mecz, tym lepiej dla niego. a dzisiaj co? mamy 45% i cieszymy się, że przeciwnik nie trafił raz na milion strzałów.
i niech no nikt nie mówi, że to przez kalendarz czy kontuzje – tamci napastnicy dostawali piłkę w polu karnym tak często, że wręcz musieli uważać, żeby nie rozdeptać jej butem. dzisiaj mamy Halanda, który kiedyś był taki groźny, a teraz wygląda, jakby czekał, aż ktoś mu pomacha chusteczką, żeby poderwać się do biegu. nie jestem żadnym antyfanem tej drużyny, ale proszę was – przypomnijcie sobie ten mecz z Manchesterem City sprzed dwóch lat, gdzie zagraliśmy jeden z najlepszych meczów w sezonie i nie mieliśmy szans na gola przez osiemdziesiąt minut, a i tak przeszliśmy na tarapaty, bo brakowało nam tej pazerności w okolicy piłki.
i te wasze argumenty o „wygrywaniu na luzie”? fajnie, że mamy drużynę, która nie histeryzuje, ale kiedy na trybunach ludzie szepczą między sobą, że „to już nie to samo”, to chyba coś jednak jest nie tak. anfield nie jest miejscem na spacer z loda, tylko na mecz, który kończy się tym, że przeciwnik myśli, że trafił do piekła, a my mówimy mu „witamy ponownie”.
i jeszcze jedno – niech wam się nie wydaje, że ja sobie wymyślam te historie, bo przecież każdy, kto choć raz stał na trybunie „The Kop”, wie, jak to wyglądało, gdy napastnik dostawał piłkę i od razu rzucał się do ataku, a obrońcy przeciwnika dostawali gęsiej skórki. dzisiaj mamy do czynienia z taką grą, że nawet jak strzelimy gola, to nikt nie jest pewien, czy to nie był przypadek losowy.
więc co z tego, że mamy trzy punkty? fajnie, że wygrywamy, ale pytanie brzmi: jak długo jeszcze będziemy się oszukiwać, że to normalne, że grając przeciwko drużynie, która nie potrafi zagrać w piłkę, tracimy szansę na pokazanie, że nadal jesteśmy drużyną, która potrafi roznieść każdego w pył? bo ja, stary facet z gdańska, który miał szczęście oglądać te mecze na żywo, wiem jedno – kiedy widzisz, jak napastnik dostaje piłkę w polu karnym i czuje się tam jak u siebie w salonie, to od razu wiesz, że coś jest nie tak.
A co, znowu mamy zagrywkę „nie szkodzi, że wyglądało jak żart z kibica, byle trzy punkty”? Facet za mną w tramwaju do centrum, który chlał piwo przed meczem, opowiadał, że wychodził z Anfield z takim uczuciem, że dałby się pokroić za drugą połowę — a co widział? Drużynę, która przez czterdzieści pięć minut szukała pomysłu na to, jak przerzucić piłkę z jednej strony boiska na drugą, jakby ktoś im powiedział, że gol jest wpisany na listę rzeczy zakazanych. No i efekt? Pada samobój, a my dalej dyskutujemy, czy to już „zmiana stylu”, czy raczej efekt tego, że przeciwnik sam sobie strzelił gola, bo myślał, że to my jesteśmy w defensywie.
Bo wiecie co? Pamiętacie ten cholerny mecz z Leeds United sprzed dwóch tygodni? Tam nie było mowy o „zdrowych podstawach” ani o „pełnym pakiecie” — była tylko obawa, że facetom z tyłu zrobi się niedobrze od tego, jak mocno ich walnęliśmy. Pół godziny później Leeds United FC siedziało na ławce i czekało, aż skończy się mecz, żeby móc wstać i nie zemdleć. Dzisiaj? Burnley FC FC wychodzi z Anfield z takim uniesieniem, jakby trafili na mecz rezerw… i jeszcze mówimy, że to „klasyka”. Gdzie ta magia, chłopaki? Gdzie ten szacunek do kibiców, którzy płacą setki za bilety i nie chcą oglądać drużyny, która biega od boiska do szatni, a napastnicy patrzą na siebie, jakby czekali na instrukcję obsługi telewizora?
Pamiętam jeszcze te czasy, kiedy byłem mały i ojciec brał mnie na The Kop na mecz z Evertonem. Siedziałem na jego ramionach, krzyczałem tak, że następnego dnia struny głosowe bolały, a napastnicy naszej drużyny dostawali piłkę w polu karnym raz za razem – i wcale nie było wtedy mowy o "pełnym pakiecie", bo to po prostu była nasza gra. Dzisiaj wejrzałem w komentarze i doszedłem do wniosku, że coś w tym jest: mamy trzy punkty, ale za cholerę nie umiemy już tego pokazać tak, żeby przeciwnik wiedział, że trafił do jaskini lwa. Zgadzam się z Tobą, LechiaGda – to nie jest żaden "zmiana stylu", tylko po prostu strach przed odpowiedzialnością. Przecież mieliśmy wczoraj pół godziny nieustannych podań w obronie, jakby ktoś naszemu trenerowi powiedział, że każda strata piłki to koniec świata. No ale hej, może ja się mylę, bo zawsze lubiłem ten stary dobry chaos – ten moment, kiedy Haland dostawał piłkę i od razu rzucał się do ataku, zanim jeszcze ktokolwiek się zorientował, gdzie jest? A teraz? Stoi jak zaskoczony turysta na Rynku Głównym w niedzielny poranek. I właśnie dlatego ten mecz z Burnley FC FC brzmiał dla mnie jak puszczony film, który znam na pamięć, ale sceny są przerobione tak, że nikt nie potrafi go rozpoznać.
xG > emocje.
Te mecze z Burnley FC FC to już nawet nie żarty, tylko jakieś kuriozum rodem z wesołego miasteczka — tyle tylko, że zamiast atrakcji dostajemy trzy punkty i wrażenie, że obejrzeliśmy występ cyrkowców, którzy akrobatów dobrali sobie przez przypadek. Trzy gole, zero straty, samobójcza brama i nagle wszyscy mówią o „pełnym pakiecie”, jakby ktoś wrzucił nam do herbaty LSD, a my mieliśmy uwierzyć, że to smak czekolady.
Mam w domu starą kasetę VHS z finałem Pucharu Europy 1984 przeciwko Romie — tam napastnicy dostawali piłkę w polu karnym z taką łatwością, jakbym ja dostawał kawę rano. Dzisiaj taka gra wyglądałaby jak wyścig Formuły 1 na torze dla dzieci — zbyt duży luz, zbyt mała dawka „kurwa, żeśmy ich rozjechali”. A przecież nie chodzi nawet o to, że mieliśmy 45% posiadania — bo może i 45% to jakaś cyfra — ale o to, że te 45% wyglądało, jakbyśmy grali w kapciach, a przeciwnik w butach do futbolówki.
I nie, nie jestem jakimś maruderem, który marzy o biegających po boisku kibicach w trykotach — widziałem dzisiejszych zawodników, widziałem ich wysiłek, widziałem, jak wracają do formy. Ale co z tą magią, którą kiedyś pamiętamy? Co z tym momentem, kiedy wejście na Anfield dawało srogi ból głowy nie tylko przeciwnikowi, ale i nam, bo wiedzieliśmy, że zaraz znowu coś się stanie? Dzisiaj mamy drużynę, która wie, jak wygrać, ale zapomniała, jak sprawić, by przeciwnik wyszedł z boiska z poczuciem, że właśnie oglądał mecz z koszmarnego snu — a to jednak coś innego niż tylko statystyka punktów.
Ile jeszcze meczów z zespołem, który nie umie podać piłki wprost, będziemy nazywać „klasyką”? Bo jeśli dzisiaj to jest nasza nowa norma, to szkoda gadać — szkoda kibiców, którzy płacą setki za bilety, żeby zobaczyć drużynę, która wygląda, jakby kibicowała sobie samej.
Najpierw policz, potem się spieraj.