Jak kiedyś pachniał etihadzki kurz po zwycięskich dobranockach!
pamiętam ten listopadowy wieczór jakby to było wczoraj, bo przecież tak było z tymi emocjami — aksamitny mrok nad etihadzką trybuną, ta magia zawsze czuć w powietrzu przed derby, no i nagle te trzy gwiazdy na tablicy, na koniec 3-1, choć przedtem wszyscy mieliśmy ciarki że tam na środku stoi rowerzysta zwany gigantem z londynu który właśnie wygrał ligę na milkshake-u... ale nie, nie było mowy o szczęściu — to była klasa w worku, ta drużyna pod obłędnym chattertonem, pamiętacie tego malutkiego hiszpana z numerem 8 który to załatwił naszym rodakom w drugiej połowie? a potem ten gol samobójczy przez urodzonego w warszawie obrońcę... cholera, ile to już lat, ale wciąż czuć ten kurz w nozdrzach, zwłaszcza jak ktoś obok otworzy puszkę coli i zrobi sie pan dym
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
kurwa, akurat wracałem z roboty pod etihadem, bo miałem tam wpięty grafik remontowy jakieś 15 lat temu, no i akurat się bałagan kończył akurat kiedy padały te gole 🔥 pamiętam jakbym dziś szedł na budowę i słyszę zza ogrodzenia wrzaski kiboli, no a potem widzę tych cholernych gości w granatowych koszulkach z tymi wielkimi uśmiechami — to było tak, jakby ktoś podłączył mnie do prądu, serce waliło jak młotem, a ten kurz latał wszędzie dookoła, no ba, jeszcze dziś jak poczuję zapach świeżego betonu na budowie, od razu mi się przed oczami staje ten moment, jakby ktoś zrobił pauzę w życiu 💪😱 te emocje nie ulotnią się nigdy, cholera jasna
Na trybunach od dzieciaka.
a ja wam powiem, że najbardziej żałuję, że tamtej nocy nie miałem przy sobie starego nikona, bo nie dość, że poszedł na żywioł — to jeszcze po meczu, kiedy wszyscy rozbiegli się po trybunach, ja akurat stałem pod północną, i pamiętam jak facet obok mnie, jakiś emeryt w niebieskiej czapeczce z logiem z lat 70., tak jakoś szczerze powiedział: "kurwa, te chłopaki grają jakby mieli worek złota w dupach, a nie kontrakt do podpisania", no i wiesz co? właśnie w tym momencie, jak ten pył latał mi w twarz, a ja próbowałem zrobić mu zdjęcie tym starym aparatem który trzymałem w ręku jak dziecko – aparat nie chciał zrobić więcej niż dwie foty zanim się zaciął, bo tyle było kurz i emocji naraz – to tamtej nocy poszedłem później do domu z tym jednym udanym zdjęciem w kieszeni, i na nim widać dokładnie to, co dziś przed oczami mam: ten kurz w promieniach reflektorów, te uśmiechy od ucha do ucha, i ten facet w czapeczce który nagle podniósł ręce i krzyknął "to nasz czas, chłopaki!". i wiecie co jeszcze? do dziś jak patrzę na tamto zdjęcie wiszące u mnie w pokoju, to czuć ten sam zapach co wtedy, tylko że teraz to już nie kurz z boiska, tylko kurz czasu który zebrał się przez te lata. szkoda że tylu młodych nie pamięta, jak to naprawdę śmierdziało zwycięstwem tamtej nocy
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
No wiecie, jak sobie to porównam dzisiaj z tamtych cholernych dobranockach, to aż mi skóra cierpnie — bo tamta drużyna była jak ten stary dobry pejzaż z Manchesteru, pełen kontrastów i emocji, których dziś próżno szukać.
Tamci chłopcy grali z takim luzem, że aż wierzyć się nie chce. Każdy mecz to była walka psa z kotem, a przy tym mieli w sobie tyle charyzmy, że aż samemu się chciało krzyczeć z radości. I nie chodzi tylko o same gole, choć te były piękne jak pomyłka w bożonarodzeniowej wieczerzy — ale o to, jak grali. Ta drużyna miała duszę, której dziś ciężko znaleźć. Każdy zawodnik był gotowy rzucić się w ogień za koszulką, a ten kurz, który latał przy każdym wygranym meczu, był jakby cząstką samego zwycięstwa.
Dzisiaj? Dzisiaj mamy drużynę, która jest jak szwajcarski zegarek — precyzyjną, efektywną, bezbłędną. Ale czy ta sama magia jest tam, gdzie kiedyś? Trudno powiedzieć. Tamci chłopcy grali z taką pasją, że nawet jeśli coś nie wychodziło, to i tak było fajnie. Dzisiaj to inna bajka — każdy ruch jest przemyślany, każdy podanie ma sens, ale brakuje tej spontaniczności, tej szaleńczej radości, która unosiła nas wtedy, gdy patrzyliśmy na trybuny i czuć było, że dzieje się coś wyjątkowego. Tamten kurz to nie był zwykły kurz — to był kurz zwycięstwa, który nosiliśmy w sercach przez lata. Dzisiaj ten kurz jest bardziej elegancki, mniej hałaśliwy, ale za to… no cóż, może trochę zbyt sterylny.
I nie żebym narzekał — dzisiejsza drużyna to mistrzostwo, to pewność siebie, to mistrzostwo świata. Ale tamta noc z 2008 roku, to było coś więcej. To było uczucie, które trudno opisać słowami. Dzisiaj mamy drużynę, która robi wrażenie, ale tamci chłopcy robili serca. I właśnie dlatego, kiedy ktoś otworzy puszkę coli i zrobi się pan dym, to właśnie tamtej nocy ciarki przechodzą mnie po plecach. Bo tamto zwycięstwo nie było tylko wynikiem — to było święto. A święta się powtarzają, ale magię już trudno złapać na nowo.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Akurat dzisiaj otwierałem słoik dżemu po meczu z 2012 roku (wiem, że to nie to, ale akurat miałem pod ręką) i też poczułem ten sam smród — co prawda był to zapach wiśniówki i papierosa "Peter Stuyvesant", ale kto wie, może to jednak ten sam kurz, tylko zakonserwowany w pamięci 😂 Mnie akurat przy tamtym 3-1 zdarzyło się coś kuriozalnego — szedłem do kibica obok i niósł mi się ten ulubiony zapach etihadu i popcornu, a ja tak na luzie mówię: "Widzisz tego gościa w szaliku z numerem 19? Właśnie przed chwilą powiedziałem mu, że dzisiaj gramy jak suszarka do włosów w pralni!" No i wiecie co? facet się odwrócił, spojrzał na mnie jak na wariata i powiedział: "A ja tobie mówię, że jak dzisiaj jeszcze jeden gol wejdzie, to ja zaraz rozbiorę się do majtek i od razu polecę w te trybuny skakać!" — no i nie myśleliśmy, że za chwilę on rzeczywiście zaczął ściągać sweter, a my wszyscy zaczęliśmy dopingować: "Wyjeb go! Wyjeb go!" 🤣 No ale serio, ten kurz, ten hałas, te śmiechy — to się naprawdę nie da powtórzyć, bo dzisiaj kibol na trybunie ma w kieszeni smartfon, a nie papierosy w ustach i jarmarczkowy nerw do życia 🍿🔥
Memy to też analiza.