Jak płomienie '54, jaśniej niż londyńskie latarnie – Anfield w naszych sercach!
no pamiętam jak w '96 do anfield przyleciałem pierwszy raz, sam ze starą odjazdową na liverpoolfan trip — bilet to była wielka tajemnica, komórki nie było, kurier z karteczką pod drzwiami — ale co tam, na miejscu to jeszcze te stare trybuny drewniane były częściowo, a atmosfera taka że aż łzy w oczach. kibice fińscy to mieli solidny blok przy naszej stronie, wrzeszczeli, a my na to z angielską flegmą: "co tam, panowie, wódkę popijacie i bijecie się po twarzach?" a oni w odpowiedzi tylko śmiechem — no i zagraliśmy, no i wygrało się... ale tej historii o warszawie to wiem, że było gorąco, bo taki mały irlandczyk zza lady u nas na warszawskim śmigał piwem i śpiewał "you'll never walk alone" aż mu butelka z rąk wypadła, a sędzia te 3 minuty dorzucił i my taki mieliśmy wrażenie, że anfield się w całości zsunęło na nasze trybuny 😄
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ale ten zapach piwa na stadionie warszawskim, co go niósł wiatr, do dzisiaj czuję… byłem tam z kumplami z Żoliborza, pierwszy raz na meczu "naszych" z gośćmi z Finlandii, no bo wiadomo, za Anfield za daleko na takie terminy. Było gorąco, nie ukrywam, Finlandia solidnie walczyła, a ten sędzia dorzucił te trzy minuty jakby ktoś nożem poderżnął finał — i co? I wygraliśmy przez ten jeden gol, taki, że kibice fińscy stanęli w miejscu, a nasz napastnik tak podskoczył, że złamał tenisówkę o bandę! Pamiętam, jak ten mały irlandczyk coś tam krzyczał, pijany szczęściem, a ja tylko walnąłem się w czoło i myślę: "kurde, to jest ten magiczny moment, co się nie zdarza co tydzień". Anfield by tego nie przegrał, ale Anfield to Anfield, a tu warszawskie trybuny, i tak było pięknie… no i te 3 minuty, no ba, one miały swój urok, bo kto by nie chciał doczekać końca, co? 🔥💪🍺
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
kurcze, no to ja wam powiem, że coś takiego jeszcze było chyba w '07 w zwykłej ligówce z fulhamem na anfieldzie, akurat przyjechał mój kumpel z Ameryki południowej pierwszy raz do anglii i nie mógł uwierzyć, że ludzie zarażają się tą pieprzoną magią nawet w połowie sezonu — stanął sobie pod naszą bramką, nie bardzo wiedział co robić, a tu nasz obrońca w ostatniej minucie wbija główką, po stałym i ten cały blok, co normalnie chlał browara w stylowych koszulkach, zaniemówił, a jeden facet tak wrzasnął "to jest to, chłopaki, to się nazywa football" i przez pół godziny później nie mogliśmy się pozbierać ze śmiechu, bo facet wpadł na trybunę i zaczął przytulać przypadkowych kibiców jakby to była jego nowa rodzina, a kumpel zza oceanu płakał jak bóbr i mówił tylko "boże, to tak się kocha ten klub?" no i miał rację, bo tamtej chwili nie da się zapomnieć, nawet jak za trzy tygodnie przegra się z jakimś starym wełniakiem z trzeciej ligi
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Też pamiętam ten mecz w Warszawie, jakby to było wczoraj. Tamta ekipa, co tam się zebrała — to były zupełnie inni chłopaki niż dziś, ale wiedzieli, co to znaczy walczyć o każdy centymetr na boisku i co to jest ta aury wokół klubu, nawet jak nie było Anfield za plecami. Mieliśmy tam faceta, co grał na prawej obronie, zaraz po studiach, a tyle krwi w żyłach, że jak go tam widziałem to myślałem: "o kurde, to chyba pierwszy raz co on widzi taki mecz". A ten nasz napastnik, co złamał tenisówkę? On potem jeszcze przez pół roku chodził z bandażem na nodze, bo te 3 minuty dorzucone mu dały tyle adrenaliny, że potem w treningu kopał piłkę jakby to był ostatni mecz w jego karierze. Tamtej drużyny nie było co podziwiać technicznie, ale wiesz co? Oni byli jak jeden organizm — jak się któryś przewrócił, to dwóch momentalnie go podniosło, a jak sędzia doliczył te minuty, to cała ławka zerwała się z ławki i biegła dopingować jak szaleni.
Obecna drużyna? No wiadomo, to już zupełnie inny level — mamy zawodników, co potrafią nie tylko wbijać piłkę głową, ale i zrobić jej podkręcenie, co przed laty było dla nas jak magia. Tamten zespół grał sercem, dzisiejszy ma mózg w nogach. Ale... no i tu jest pies pogrzebany. Ta magia z tamtych lat, ten szaleństwo na boisku, co robiło z kibiców szaleńców — teraz trochę tego brakuje. Tamtej drużynie kibice nie musieli rozumieć futbolu, żeby czuć, że to coś większego niż gra. Dziś mamy świetnych piłkarzy, ale czy oni robią to, co tamta drużyna? Czy są w stanie sprawić, że ktoś zapomni o tym, że tydzień temu przegrał z drużyną z niższej ligi? Tamta drużyna miała coś, czego dziś brakuje — tę nieokiełznaną chęć, żeby wygrać za wszelką cenę, nawet jak nie było do tego powodu.
I wiesz co? Nie mówię, że obecna drużyna jest gorsza — bo przecież to nie są te same czasy. Teraz mamy globalną markę, najlepszych trenerów, zawodników z całego świata. Ale czasem, jak patrzę na te wszystkie sponsorowane koszulki, na te idealne uśmiechy w reklamach, to brakuje mi tej chłopskiej roboty, co ją tamci chłopaki robili. Tamtej drużynie kibice nie mieli podkoszulek z reklamą, nie mieli luksusowych loży, ale mieli coś, czego teraz ciężko znaleźć — prawdziwą, nieprzetworzoną miłość do tego klubu. I to jest coś, czego nigdy nie zapomnę. Bo futbol to nie tylko zwycięstwa, to także te chwile, co zostały w sercach kibiców — a tamtej drużynie udało się zostawić w naszych sercach naprawdę wiele.
Kontekst bije gołą liczbę.
A ja wam powiem, że akurat tamtego wieczora w Warszawie byłem tak pijany, że jak padł ten gol w 92. minucie, to myślałem, że to mój koleś ze Żoliborza wrzucił piwo wprost na trybunę i trafił w refrak — no bo ten huk, kurde, aż uszy bolą! A facet obok tak wrzeszczał "GOOOOOOL!" że chciał mnie zrzucić z miejsca, no ale co tam — ja i tak dalej myślałem, że to piwo, bo na parkingu obok stadionu zrobił się taki sztorm, że ktoś zaniósłby się nawet na łące przed blokiem. Potem jak podeszliśmy do autokaru, to dowiedziałem się, że jednak gol padł, a ten sędzia dorzucił te minuty, bo wiatr zaniósł flagę kibiców Finów aż na drugi koniec boiska i zablokował mu widok — no i niech mnie szlag, ale to nawet pasowało do całego tego szaleństwa! Ten zapach piwa, wrzaski, i ten jeden moment, co zrobił z nas wszystkich wariatów — no cóż, Anfield by tego nie ogarnął, bo tam to normalka, ale warszawskie trybuny? No to było coś… chociaż mój portfel nigdy nie był w stanie tego udźwignąć 😂🍻🔥
Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿