Jak tam stare, dobre czasy?
pamiętam ten wieczór w lizbonie jakby to było wczoraj – ta gra w pokoju z numerem 13, te szklane butelki po piwie w rękach, że jakiegoś kibica to ledwo trzymał, a potem te dwie bramki w drugiej połowie... kto by pomyślał, że akurat w tym meczu staniemy się europejskim klubem, nie tylko lokalną dumą z poznańskiego? bileter na stadionie dał mi wtedy ulotkę z takim napisem: "lech Poznań – polski Juventus", i ja sobie wtedy pomyślał, że chłopaki na pewno naćpali w przerwie, bo przecież co to za porównanie... a jednak wyszło. no ale zobaczymy
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
A co tam było?... no ale trudno, ja akurat ten mecz oglądałem w barze przy Jeżycach, gdzie moj stary kiedyś mnie zaciągnął na pierwszą ligę, tam jeszcze piwo nazywało się "Lech" i miało logo na szyjce 🍻😂 myślałem że po prostu jakiś betonowy bój o niepodległość jest, a tu okazuje się, że jedna z najważniejszych nocy w historii klubu... bileterka dostałem od kumpla co niby miał "łącza" z kibicami i tak go zrobiło że rzucił mi papierka na stół i mówi "o to chodzi, stary!"... i co? jakiś tam Juventus psu ten mecz, myśmy ich roznieśli wiadro kadzi z lecha!!! 🔥💛💙
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a ty pamiętasz, jak w tym szaleństwie to leciałem z kolegami z wiślnej na lotnisko? bydle, co nas wiozło, miało na masce nalepkę "lech Poznań – z narodem w Europie", a myśmy w środku wrzeszczeli "będziemy w finale! będziemy w finale!" jak opętani. facet za kółkiem się nawet nie obraził, tylko na migi powiedział "dobra, trzymajcie się", że niby sam kibic. później na lotnisku w ogóle padliśmy na ten dywanik przed halą odlotów, wsadziliśmy tam chłopaka z megafonem i on tak grał "z siostrą, z siostrą" w kółko, że aż jakiś turysta zapytał "co to za demonstracja?". no i jak tu nie kochać takich chwil, że na kogoś tam wprost z uliczek poznańskich nagle padło to cale europy... a teraz ci młodzi machają na telefonach, że niby oglądają "na żywo", chociaż piwa im ktoś nie postawi przy pasie startowym... klasa robiła swoje, a nie instagram 😄
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
A, pamiętacie tamte chłopaków? Tych zielonych z numerami, co to bez żadnych bajerów, z hasłem „rób, coś musisz, idź i wygrywaj” wyhaftowanym na sercu? Tamta drużyna to był jak ten stary, solidny stół z piwnicy u dziadka — nieładny, ale kiedy siadłeś, to wiedziałeś, że się nie zawali. Dzisiaj to już raczej takie białe stoliki z Ikei, co to ładnie wyglądają, ale nogi się trochę ruszają, jak nadepnie się za mocno. Tamci mieli w oczach ogień nie z reklamy, tylko z ulicy, z tych nocnych pociągów z kibolami na dachach, z tych papierosów zapalanych w ukryciu przed policją, bo przecież „nie wolno”, a jednak było wolno — bo to była walka, nie występ.
Tamten mecz w Lizbonie? To była cegła w okno szefa administracji UEFA, dopiero co zaczął działać. Oni myśleli, że mają do czynienia z jakimś prowincjonalnym zespołem, a tu nagle sraczka im się zrobiła, bo facet z Poznania, co to wstał rano i nie wiedział, gdzie jest Bośnia, nagle gra z taką furią, że włos mu się jeży na głowie. Dzisiaj to już nawet nasz trener czasem nie wie, gdzie jest jego środkowe pole, bo oni tyle grają „na tempie”, że kibice przy alejce Musztry myślą, że to jakiś trening przed Mistrzostwami Świata w cybernetyce.
A ci chłopcy? Tamci mieli w składzie facetów, co to grali w skarpetkach po meczu, bo buty im się w nogach posypały, i nikt im nie powiedział „spocznijcie, idźcie do lekarza”. Dzisiaj widzę zawodników, co to po pierwszym meczu w tygodniu pakują się do samolotu na turniej reklamowy w Dubaju, a potem narzekają, że bolą ich łydki od „treningu mentalnego”. Kurczę, ależ to jest różnica między maratonem a sprintem — tamci biegli po to, żeby dojść, a dzisiejsi myślą, że startowali już na metę.
No ale nie powiem, że to źle — każda epoka ma swoje plusy, inaczej byśmy się nie rozwijali. Tamci nie mieli luksusów, ale mieli coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze: wiarę, że jak przegramy, to następnego dnia znowu przyjdziemy i zagramy, i tym razem może się uda. Dzisiejsi mają więcej rozumu w głowie, ale czasem wydaje mi się, że mniej serca w dłoni. Może to przez te media społecznościowe — każdy filmik musi być „doskonały”, a przecież futbol to nie Instagram, to jest gra w błoto, we łzy, w piwo rozlane na trybunie numer dwanaście.
Pamiętam, jak teraz siadam z synem na kanapie i mówię mu o tamtych czasach, a on tylko kiwa głową i pyta: „Tato, a co to jest kibicowanie?”. I ja muszę się zastanowić, bo przecież dla niego kibicowanie to jest klikanie serduszek pod filmikiem, gdzie ktoś wrzuca gola na TikToku. A ja? Ja wtedy, w tamtym wagonie na lotnisku, czułem, że naprawdę jesteśmy częścią czegoś większego niż my sami. I nie chodziło o to, żeby wygrać puchar — chodziło o to, żeby udowodnić, że jesteśmy tacy sami jak te wielkie kluby, tylko z innej ulicy, z innego miasta, z innej Polski.
Czy dzisiejsza drużyna może powtórzyć tamte czasy? Może nie do końca — świat się zmienił, futbol też. Ale może, tylko że nie wiem, czy dzisiaj komuś jeszcze na tym zależy tak mocno, jak wtedy zależało tym zielonym facetom z numerami, które się nie chciały odkleić od nóg. Bo futbol, jak i życie, to nie tylko wygrana — to jest to, co zostaje w sercu, kiedy reszta zniknie. A tamtej nocy w Lizbonie serce zostało, i dlatego do dzisiaj się w nim pałamy.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Akurat dzisiaj w tramwaju słyszałem, jak jakiś facet z facetem gadali o tej waszej sławetnej Lizbonie — ten młodszy pytał, czy to prawda, że w samolocie pili piwo z takimi fajnymi fajkami, co to miały w środku filtr z papierosa, a ten starszy kiwał głową i mówił, że owszem, ale że niby to był „czysty spirytus na tlenek”, bo przecież „w eurowygranych nie można pić”. No ja musiałem się uśmiechnąć, bo w sumie macie tam całkiem fajny mem z naszymi chłopakami: wciskacie między bajery, co tam było, a prawda to taka, że facetom się śmiało nie śmiało, ale skoro Europa musiała zobaczyć, że my z Poznania jesteśmy nie z tej bajki — no to niech tam, niech ci się zdarzy.
Tyle że teraz mi się przypomniało, jak to kilka lat temu oglądałem jakiegoś starego wywiadu z tym Wasilewskim, tym co strzelał tamte gole — no i facet mówi, że nic specjalnego, że niby „trening zawsze jest trening, a mecz to tylko mecz”, i że nie ma co robić z tego jakiejś bajki. A ja? Ja tam pamiętam, że jak premiera oglądała telewizja w Polsce, to nawet wiadomości się wtedy przesuwały, żeby pokazać nasz trybun — no, ten co wisiał z napisem „Lech Poznań – polski Juventus”, a tamci faceci w garniturach tak się gapili, że mieli miny jakby im ktoś właśnie powiedział, że na Marsie są kibice zieloni. No i teraz mi się wydaje, że może nie trzeba było aż takiego marketingu z tej Lizbony robić — bo jednak szanuję chłopaków, co grali, ale nie do końca tak, że niby „drugi Inter Mediolan”, tylko po prostu ludzie, którzy rąbali do roboty i nie mieli czasu na akademiki w stylu „tata jest prezesem”.
A pamiętacie może, jak kilka tygodni przed tym meczem mieliśmy te problemy z biletami? Byłem wtedy na anonsach i dwóch facetów prawie się pozabijało o to, kto pierwszy dostanie ten jeden bilet na lizboński lot — no i wygrał ten co miał większe plecy, bo akurat miał w aucie zestaw do grillowania. Ale zaraz potem, kiedy ten samolot wylądował w stolicy Portugalii, to nagle okazało się, że nikt nie pamięta, jak te bilety zdobywaliśmy — wszyscy tylko wrzeszczeli, że jesteśmy w finale. Czyli jednak nie chodziło o sam mecz, tylko o to, żeby udowodnić, że umiemy być razem, nawet jak świat się na nas uwziął. I to mi się w sumie bardziej podoba niż ta wasza nostalgiczna opowieść o butelkach po piwie i flagach z numerem trzynastym — bo tu akurat nie było marketingu, tylko zwyczajna walka.
Choć przyznam — jakbym mógł cofnąć czas, to bym jednak wziął ze sobą worek na śmieci. Bo wiadomo, że jak się tak imprezuje na całego przed finałem, to potem szukasz butelki po piwie w koszu na trybunie, a tam — pusto. Klasyka, nie? 😄
xG > emocje.
Akurat wczoraj mój wujek, ten co to był na tamtym meczu w Lizbonie, bo mu się komputer zablokował i musiał w końcu do serwisu, to mi opowiadał jak to on z kumplami zaszli do tego knajpianego bufetu przy stadionie da Luz i prosili o „dwie herbaty z cytryną, ale takie żeby temperatura była jeszcze lotna i nie traciła smaku”, a kelnerka na to tak bez mrugnięcia okiem „oj, rozumiem, macie na myśli herbatę z egiptu, która toczyła się wam w gardłach tak, że aż było słychać, jak wrzeszczeliście „zielony jak mundur”?”. No i tu jest ta magia starego Lecha — bo okazuje się, że facet w knajpie w Portugalii nawet nie pytał, co my tam gramy, tylko od razu wiedział, że jeśli ktoś prosi o herbatę „z klimatem”, to znaczy kibol i prawdopodobnie zapomniał już, jak się język angielski pisze, ale za to pamięta, że ma w kieszeni flagę z numerem 13.
A potem, żebyście mieli jeszcze jeden obrazek do waszych nostalgicznych folderów, to pamiętacie tę historię z tym kibicem co to wpadł na sam finał w nie swoje buty? Bo te mu buty prawdziwe poszedł but, akurat na dzien przed wyjazdem, no i co zrobił? Pożyczył od kumpla, te były o dwa numery za duże, no ale nie przejął się, bo mówi „lech w sercu, reszta to pierdoły”. I co? Przeszedł się w tych butach pół finału, aż mu skarpetki zaczęły wypadać, ale za to strzelił golem! A kiedy schodził z boiska, to te buty mu zostały w połowie boiska, bo noga mu się wysunęła — i dzisiaj w Poznaniu wciąż ludzie gadali, że ten but leży w którejś szatni w Lizbonie i czeka na powrót, żeby znowu założyć go na nogę.
Więc teraz macie co opowiadać wnukom — nie tylko o tamtych grach, ale też o butach numer 45, które zostały w finale Pucharu Zdobywców Pucharów i czekają na swojego szczęśliwca! 🍻💛💙 A jak ktoś jutro będzie gadał o „starych, dobrych czasach”, to niech się zastanowi, czy jego opowieść ma w sobie chociaż połowę tej magii co historia z butem latającym po boisku w finale. Bo u nas w Lechu to nie były czasy doskonałe — to były czasy, kiedy buty latały, a serca zostały. 😂🤣
Memy to też analiza.