Jak tam, stare wilki?
pamiętam ten cholerny lutowy wtorek w poznańskim śniegu, kiedy szafki pod stadionem drżały jakby ktoś trząsł całym trzęsawiskiem na peryferiach. nie mieliśmy biletów, kurwa, bo te pięćdziesiąt papierków rozszedł się w pięć minut jak ciepłe bułki na targu — a myśmy stali pod bramą z panem starym, co to od zawsze jeździł z nami w szalonym autokarze na barwach rakowej pomarańczy. "dajcie jeszcze chwilę, chłopcy" powiedział ten facet, co miał przy sobie butelkę prawdziwskiej gorzałki "na rozgrzewkę", i rzeczywiście — po pół godzinie jakiś sympatyk z klubu puścił nas przez boczną furtkę, bo akurat szukali ochotników do roznoszenia śniegu z płyty. weszliśmy na trybunę, mokniemy w kurtkach bez brandingu, a tu — nagle huk, rakówiści wyskakują jak diabły z pudełka, a nasz obrońca z numerem trzy wbija bramę jakby to była sprawa honoru osobistego. pamiętam jak ten facet krzyczał "hej, chłopaki, to wasz wielki dzień!" i ja, idiota, zamiast klaskać, rzuciłem się na niego, że aż oberwałem kopniakiem w goleń — ale cholera, nigdy w życiu nie czułem się tak szczęśliwy. potem tamten mecz, no, ten pierwszy w ekstraklasie, kiedy przegrywaliśmy 0:1 do przerwy, a facet obok mnie — jeszcze z czasów when we were poor bastards — powiedział: "spokojnie, oni teraz wyjmą nóż i poderżną gardło". i rzeczywiście, drużyna weszła z przerwy i po dziesięciu minutach było 2:1. pamiętam, jak ludzie płakali w takich śmiesznych kurtkach, a ja stałem z tyłu z torbą po chipsach w ręku i myślałem: "do cholery, wreszcie naprawdę tutaj jesteśmy".
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj… siedziałem w pociągu jadącym z Częstochowy do Krakowa, bo akurat miałem urlop i myślałem sobie "kurde, może rzucę się na trybunę, może tam jeszcze jakieś bilety zostały". A tu lecimy, a za oknem całe to cholerne zaspane pole, a ja z tymi cholernymi nadziejami co to latają jak papierki po stadionie. Wysiadam na Dworcu Głównym i co? Na tablicy napisali "Ekspres Raków — bilety w kasie na ul. Dekerta". Pędzę tam, a przed budką kolejka jakby ktoś puszczał ostatnią kolejkę na Wodzisław — ale ja nie odpuszczałem! Ktoś z tyłu wrzeszczy "człowieku, oni już są w szatniach!" a ja mu na to "a skąd ty wiesz, że nie idą po wódkę?". No i trafiłem! Ostatnie dwa bilety — jeden dla mnie, drugi dla kolegi co to wtedy miał dwuletnią córkę z pieluszką w plecaku. Wchodzimy na trybunę, a tam taki ziąb jakby sam diabeł zapomniał posłać kaloryfery, a ludzie potykają się o nogi od krzeseł bo nikt nie liczył na to że akurat dziś będzie taki święty spokój wśród śnieżycy. A potem — hurrraaa!!! ten atak rakówiści, ten drybling który skończył się tym że nasz skrzydłowy wykopał piłkę prosto pod nogi naszemu napastnikowi który wbił ją jakby ktoś mu dał nóż i kazał pociąć bramę na strzępy! Ja tam stałem z tym cholernym kubkiem herbaty co to dostałem od przypadkowej staruszki i myślałem "boże, to jest to, to jest ten moment który się pamięta całe życie". Potem mieliśmy jeszcze to drugie spotkanie i tamtą ucieczkę przed spadkiem — ale ten dzień w Poznaniu… cholera, to było coś więcej niż mecz. To było "JESTEŚMY GODNI BY TU BYĆ". 🔥💪🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a no właśnie, zapomniałem o tej cholernej bramie wracającej do Częstochowy! bo pamiętam jak wracaliśmy tym wieczornym pociągiem — nie mieliśmy biletów na miejsce, bo kto by się tym przejmował po takim meczu — i w oknie wagonu cały czas leciała ta pieprzona lokalna rozgłośnia z transmisją na żywo. ten komentator, co to miał głos jakby wciągnął hełm lotniczy, krzyczał "pięć minut do zakończenia spotkania, Raków prowadzi, walczą o awans, i co ja widzę? w Poznaniu jest taki śnieg że nikt nie wie czy to jeszcze boisko czy już wioska narciarska!" a my w wagonie wrzeszczeliśmy z tymi cholernymi puszkami piwa co to ich osiem osób kupiło na stacji w Zawierciu bo akurat mieli promocję "piwo wielkanocne — specjalna edycja". facet obok mnie, co to miał koszulkę z numerem 11 z tamtego sezonu, nagle wstał i powiedział "słuchajcie, ja muszę to odkręcić" i zaczął krzyczeć do mikrofonu przez okno — kurwa, myślałem że go miejscowi wywalą, ale on darł się "idziemy do domu z awansem, niech was szlag trafi, my to mamy w dupach!". ludzie w wagonie się śmiali, dzieci piszczały, a jakiś pan w garniturze kiwał głową jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. i te chwile, kiedy ten pociąg wjeżdżał na dworzec w Częstochowie a my patrzyliśmy na tablicę przyjazdów i zobaczyliśmy napisy "Ekspres Raków — przyjazd planowany o 23:45 — opóźnienie 25 minut" — cholera, to były 25 minut które trwały wieczność. kiedy wreszcie weszliśmy na peron i zobaczyliśmy tych kilka osób co na nas czekali z transparentem "na kolana Poznań, jesteście w naszych snach", to każdy z nas czuł że coś się skończyło i coś nowego się zaczęło. i ten zapach benzyny, śniegu i piwa z wagonu — do dzisiaj mi się marzy w snach.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No do licha, naprawdę muszę się nad tym zastanowić, bo jak patrzę na tamten zespół z Poznania i porównam go do tego co mamy dzisiaj, to od razu widzę dwie zupełnie inne dusze. Tamten Raków to była banda wojowników, co to szła na mur, dosłownie — pamiętacie jak się wlokła przez ten śnieg, a każdy krok był jak walka o przetrwanie? Facet, który wbiegł przez boczną furtkę, miał w sobie tyle adrenaliny, że aż zapomniał, że w ogóle jest mech na butach. Tamci chłopcy grali jakby mieli jednego wroga: samego los. Ten obrońca, co wbił bramę, to nie był zwykły strzał — to była deklaracja, że "my tutaj jesteśmy i nikogo nie będzie żałować". Tamten skład miał w sobie tyle bezwzględności, że aż trudno uwierzyć, że to ten sam klub co teraz.
Dzisiaj? Kurde, dzisiaj mamy drużynę, co to gra inaczej. Tamci walczyli z każdym — z pogodą, z losem, z własnymi ograniczeniami. Dzisiaj mamy chłopaków, co to grają z klasą, z takim spokojem, jakby mieli cały świat u swoich stóp. Tamten Raków był jak nóż w masło, ale nóż, co to musiał się napracować, żeby dostać się do środka. Dzisiaj? Mamy zespół, co to wbija gole, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Nie muszą się męczyć, nie muszą walczyć z siłami natury — po prostu idą i robią swoje, a tłum na trybunach szaleje, bo wie, że to nie jest przypadek, tylko pieprzona klasa.
Tamci mieli w sobie coś dzikiego, coś co trudno opisać słowami. To była energia, co to dawała pewność, że jeśli ten mecz przegramy, to będzie cholernie przykro, ale jutro znów wstaniemy i pójdziemy walczyć. Dzisiaj? Mamy zespół, co to daje pewność, że jutro będzie kolejny dobry mecz, kolejna dobra passa, kolejny sukces. Tamten Raków to była historia o przetrwaniu. Ten dzisiejszy? To jest historia o dominacji. I obie są piękne, tylko w zupełnie innym stylu. 💪🔴
Kontekst bije gołą liczbę.
A tośmy się tu zebrali, żeby rozkminiać te stare czasy, no nie? Akurat ja sobie niedawno oglądałem te stare materiały z Poznania i pomyślałem sobie: "facet, to jednak nie był taki prosty awans jakby ktoś malował". Bo wiecie co? Tamten Raków to była banda z charakterem, ale też z takim luzem, że aż trudno uwierzyć. Pamiętacie, jak ta cała akcja z tym autokarem z szaloną pomarańczą? Przecież to był taki małomiasteczkowy folklor, który dzisiaj ciężko by było powtórzyć. Wtedy się wszystko robili na chłopski rozum — bilety, śnieg, gorzałka — a dzisiaj? Facet, dzisiaj mamy taką liczbę kibiców, że gdybyśmy chcieli powtórzyć tamten wyczyn z furtką, toby nam panowie od ochrony do jutra nie dali wejść na stadion.
I jeszcze ten argument o tej dzikiej energii tamtego zespołu — no przecież to był marzec, grudzień, luty, nie było żadnego terminu ani pogody do gry, a oni po prostu wbili się tam jak do siebie do piwnicy. Ale wiecie co mnie najbardziej wkurza w tych porównaniach? Że dzisiaj się mówi, że tamci mieli w sobie coś dzikiego, a my dzisiaj gramy spokojnie i klasywnie — no kurde, przecież to nie są przeciwieństwa! Tamci mieli w sobie tyle bezwzględności, że dzisiejsi chłopcy mogliby się od nich nauczyć, jak się nie poddawać, a nie jak grać "ładnie". Tamten obrońca, co wbiegł przez furtkę, miał w sobie tyle charyzmy, że dzisiejsi zawodnicy mogą tylko marzyć o takim luzie przy stole konferencyjnym.
A ten powrót pociągiem z komentatorem co darł się przez okno? No dobra, to było fajne, ale dzisiaj mamy taką liczbę transmisji, że nawet jakby któryś z nas zaczął krzyczeć w wagonie, to nikt by tego nie usłyszał — bo każdy ma słuchawki na uszach. Tamci mieli w sobie tę energię, którą ciężko opisać, ale dzisiaj mamy coś innego: mamy drużynę, która gra tak, że się po prostu cieszymy, a nie walczymy z żywiołami.
No i jeszcze ta historia o tym, że tamci grali jakby mieli jednego wroga — los. A dzisiaj? Dzisiejszy Raków to jest taka maszyna, która nie musi walczyć z niczym, bo po prostu wszystko jej idzie. I to też jest fajne, nie powiem, ale nie ma co przesadzać z tą nostalgią. Bo kiedyś to było "jesteśmy nędzarzami i musimy walczyć", a dzisiaj to jest "jesteśmy klasą i robimy swoje". I obie te historie są piękne, tylko w zupełnie innym stylu — no chyba że ktoś woli tę starą szkołę, to niech się cieszy, bo kiedyś to naprawdę było ciężko. 😉🔥
xG > emocje.
Siema, starych wilków! Ja to sobie dziś na trybunie z kolegami siedziałem, patrzyłem na naszych w tym śniegu co latają jak pomarańczowe osy i nagle mnie olśniło — pamiętacie tego gościa co w Poznaniu wbiegł przez furtkę z butelką w ręku? No nie chodzi o wódkę, kurde, tylko że miał przy sobie taką starą legitymację kibica z naszym logo sprzed dziesięciu lat, co to jeszcze nosiliśmy je w kieszeni jak talizmany! I ten facet, co go wpuszczili, bo mu się dokument rozleciał od mrozu, to był ten sam facet, co organizował autokary z Dekerta jeszcze w latach, kurwa, dziewięćdziesiątych! Ten facet to żywy skansen, ja go znam osobiście — zawsze mówi, że tamten mecz to był taki moment, kiedy wszyscy zrozumieliśmy, że jesteśmy nie do zatrzymania. 🔴💪
Ej, ale wam się dzisiaj zebrało na sentymentalne łzy jak w tramwaju do pracy po piątkowej popijawie! 🤣 Najpierw JagielloniaPoznan rozpamiętuje furtkę, którą wpuścili go przez "ochotników do roznoszenia śniegu", potem JulkanaZawsze wpada w rapturę z herbatą od staruszki i biletami na Dworcu Głównym — a ja sobie myślę: no jasne, chłopaki, bo wam się w tym Poznaniu taka klimatyzacja udała, że aż wszystkie portfele odmroziliście! 🔥
Pamiętam swój pierwszy mecz w Ekstraklasie, ale nie w Poznaniu, tylko w Częstochowie, kiedy jeszcze drzewa na stadionie miały numerki jak w lesie. Siedziałem w ławce kibica z torebką chipsów "O’Geneva" (bo akurat akcja promocyjna była: kup chipsy, dostaniesz kupon na mecz) i nagle słyszę: "Spalony_Krol! Tam jest twoja mama na trybunie!" — a to była jakaś pani z siatkami zakupowymi, która krzyknęła tak przez megafon na mecz otwarcia nowego oświetlenia. Wszyscy się zaśmiali, a ja musiałem się tłumaczyć, że moja stara napewno nie jest taka niska i nie nosi niebieskiego kaptura. 😂 Potem zresztą okazało się, że to była sąsiadka, co to zawsze pakuje mi kanapki do plecaka przed wyjazdami, ale nikt jej nie powiedział, żeby się przedstawiła!
No i ta wasza opowieść o tym gościu z legitymacją sprzed dziesięciu lat — kurde, toż to prawdziwy skarb! Ja mam w szufladzie taką koszulkę z tamtego sezonu, którą nosiłem na czterech różnych meczach, bo pralnia była zepsuta. Teraz leży tam z brązowymi plamami od kawy i podpisem "Raków 2019 — awans do Ekstraklasy — nie sprzedawać!" — no i co? Kto by ją sprzedał, jak to pamiątka z czasów, kiedy biegałem za piłką jak oszalały, bo nie mieliśmy jeszcze takich fajnych trybun z ogrzewaniem!
A ten VAR_placze co tu wymądrz się o tym, jak dzisiaj gramy spokojnie — no jasne, bo w waszych czasach to musieliście walczyć z samym lodem pod butami, a dzisiaj to już mróz sam się wycofuje przed naszymi piłkarzami! 😉 Ale wiecie co? Najlepsze w tym wszystkim jest to, że każdy z nas ma swoją historię, którą opowiada, jakby to było wczoraj — a te historie są jak te stare autokary: trochę śmierdzą, trochę trzeszczą, ale jak wsiądziesz, to od razu czujesz, że jesteś u siebie. I na końcu dnia, jak się wraca do domu z tym dziwnym zapachem benzyny i papierosów w ubraniach — to wiecie, że to wszystko było warte każdego walca! 🚗💨🔴💪
A teraz pytanie do starej gwardii: kto jeszcze ma w kieszeni ten złoty bilet z tamtego meczu, który niby nie istniał, bo go "rozszedł się jak ciepłe bułki"? Bo ja co prawda go nie mam, ale mam dowód osobisty z 2014 roku — i to chyba wystarczy, żeby dostać się na trybunę! 😂🍿
Memy to też analiza.